wtorek, grudnia 22, 2015

Kisiel żurawinowy na Wigilię


4

Konieczny u nas w domu deser na Święta. Dość kojący po kapuściano-grzybowej wigilijnej kolacji. Kresowy w rodowodzie. Występuje we wszystkich litewskich książkach kucharskich jako klasyczny wigilijny deser.

3

U mnie w domu od zawsze robi się ten kisiel dość rzadki, taki do popijania. Tak przynajmniej tradycyjnie się robiło w domu moich pradziadków na Wileńszczyźnie. Ilości cukru i mąki ziemniaczanej pozostawiam więc trochę do Waszej decyzji - będą zależały od tego jak słodki i jak gęsty kisiel lubicie. Proponuję rozrobić trochę mąki ziemniaczanej z wodą i dodawać ją stopniowo do pożądanej gęstości.

1


Kisiel żurawinowy

500 g żurawin świeżych lub mrożonych
1 l wody
cukier do smaku
skórka obrana z 1/2 cytryny
5 łyżek mąki ziemniaczanej


Żurawiny krótko zagotowujemy z wodą i skórką cytrynową. Powinny lekko popękać i gotować się ze 2-3 minuty. Skórkę cytrynową wyrzucamy. Przecieramy owoce razem z wodą, w której się gotowały przez sito. Dosładzamy do smaku. Mąkę ziemniaczana rozrabiamy w dodatkowej 1/3 szkl wody. Żurawinowy przecier doprowadzamy do wrzenia i cienkim strumieniem, ciągle mieszając, dolewamy stopniowo mąkę ziemniaczaną z wodą. Nie ma potrzeby dodawać całej ilości mąki rozrobionej w wodzie, jeśli ktoś lubi rzadszą konsystencję. Przestajemy ją dolewać, gdy kisiel osiągnie odpowiadającą nam gęstość (pamiętajcie, że gdy ostygnie jeszcze trochę zgęstnieje).

piątek, grudnia 18, 2015

Nonnettes de Dijon czyli nadziewane pomarańczowe pierniczki z Dijon


nonnettes - french orange gingerbreads 1

Mięciutkie bożonarodzeniowe pierniczki z Dijon. Przypominają trochę babeczki. We francuskim oryginale nonnettes mają kształt walców, z nadzieniem w środku i są obowiązkowo polukrowane. Najczęściej nadziewa się je marmoladą pomarańczową, w ogóle pomarańczowy smak i aromat jest w nich dominujący.

Moje są troszkę większe niż oryginalne. Idealne byłyby do ich pieczenia niewielkie obręcze, ale można też zrobić je w małych mufinkowych foremkach. Ja używałam obręczy o średnicy 6 cm, maleńkich foremek do mufinek o średnicy 4-5 cm i foremek w kształcie piramid.

nonnettes - french orange gingerbreads 3

Dżem nakładałam na wierzch. W czasie pieczenia nieco się zapadł i tak powinno być, żeby nadzienie było mniej więcej w środku pierniczka. Można położyć na dżem jeszcze odrobinę ciasta, żeby był całkowicie przykryty, ale nie wciskać go za bardzo do wnętrza, bo opadnie na dół w czasie pieczenia. Koniecznie trzeba je polukrować ze wszystkich stron, wówczas będą długo wilgotne.

nonnettes - french orange gingerbreads 2

Nonnettes de Dijon

20-30 ciasteczek w zależności od wielkości foremek, idealne będą obręcze o średnicy 4-5 cm

125 g cukru
200 g miodu
200 ml wody
75 g masła

300 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka mielonego cynamonu 
1 i 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu

1/2 łyżeczki wody pomarańczowej
100-150 g marmolady pomarańczowo-dyniowej (lub pomarańczowej)
100 g cukru pudru

Dekoracja: 
100 g cukru pudru
1 łyżka wrzącej wody
skórka otarta z 1 pomarańczy
3-4 łyżki soku pomarańczowego

Cukier, miód, wodę i masło doprowadzamy do wrzenia w dużym garnku (często mieszając). Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia, sodą oczyszczoną, cynamonem, przyprawą do piernika i kardamonem. Do garnka z jeszcze ciepłym rozpuszczonym miodem, cukrem i masłem dodajemy wodę pomarańczową a następnie dosypujemy mąkę i miksujemy na gładką masę. Odstawiamy do lodówki na godzinę. Nagrzewamy piekarnik do 170ºC. Nakładamy ciasto do foremek, nieco ciasta zachowując. W środku każdego ciastka nakładamy po łyżeczce marmolady, a następnie przykrywamy jeszcze odrobiną pozostawionego ciasta. Pieczemy przez ok. 35 min. Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy do wystudzenia.

Ucieramy lukier z cukru pudru, łyżki wrzątku i soku pomarańczowego. Lukier powinien być dość płynny. Pędzlujemy nim pierniczki ze wszystkich stron, łącznie ze spodem. Na wierzch przylepiamy odrobinę skórki pomarańczowej. 

środa, listopada 18, 2015

Waterzooi de daurade czyli rybna potrawka z Gandawy


waterzooi

Bardzo smaczne rybne danie, które można wypróbować nie tylko z tytułową doradą. Nadadzą się w zasadzie każde filety z białej ryby. To kolejna propozycja  z pogranicza Belgii i północnej Francji. Podobno danie powstało w położonej we Flandrii Gandawie. Po flamandzku "zooien" znaczy - gotować. Dziś oprócz wersji rybnej (ryby mogą być morskie albo słodkowodne) często robi się również waterzooi z kurczaka. Podaje się najczęściej z gotowanymi ziemniakami.

Legenda głosi, że było to ulubione danie cesarza Karola V, który w Gandawie się urodził. To ten sam cesarz, który uwielbiał pimentón de La Vera (dokonał zresztą żywota po abdykacji w hiszpańskiej Estremadurze). Taka poważna postać, a całkiem zainteresowana kuchnią. ;)

Waterzooi de daurade

4-5 filetów białych ryb (najlepiej dorady, morszczuka lub dorsza)
2 łyżki masła
3 marchewki, pokrojone w julienne
2 pory, pokrojone w julienne
1/4 główki selera, pokrojonego w julienne
1 bulwa kopru włoskiego, pokrojonego w julienne
3 szalotki, pokrojone w piórka
200 ml białego wina
250 ml wywaru rybnego
200 ml crème fraîche
1 łyżka mąki

Na maśle szklimy wszystkie warzywa, dodajemy białe wino i wywar rybny, dusimy pod przykryciem aż zmiękną. Układamy na warzywach filety z ryby i dusimy pod przykryciem aż zrobią się nieprzejrzyste. Do warzyw dodajemy crème fraîche z 1 łyżką mąki i zagotowujemy do zgęstnienia. Podajemy z gotowanymi ziemniakami.

sobota, listopada 14, 2015

Tarte au sucre czyli cukrowa tarta z północnej Francji


DSC_3196x---Cópia

Północna Francja to królestwo tart. Spotkamy je w każdej cukierni czy piekarni, w wersjach słodkich i wytrawnych. Tarte au sucre nazywana jest też czasem tarte vergeoise (od nazwy brązowego cukru, produkowanego z buraków cukrowych). 

Jak sama nazwa wskazuje jej główną atrakcją jest warstwa cukru na wierzchu, która po upieczeniu zamienia się w słodką chrupiącą skorupkę. Ta wersja jest bogatsza, bo zawiera jeszcze trochę masła, crème fraîche i ubite jajka. Wszystko to tworzy znakomitą polewę. Podobne tarty piecze się i w innych regionach Francji, a nawet w Szwajcarii czy Luksemburgu. Ja sama już coś podobnego podawałam na bogu tutaj

DSC_3119x

Tarte au sucre

niska foremka do tarty lub do pizzy o średnicy 28 cm

Ciasto drożdżowe:
300 g mąki
1 i 1/4 łyżeczki drożdży
1/8 łyżeczki soli
1 łyżka cukru
2 jajka
100 ml mleka
80 g masła, roztopionego

Wierzch:
120 g vergeoise blonde (jasnobrązowego cukru z buraków cukrowych)
50 g zimnego masła pokrojonego w kostkę
2 jajka
2 łyżki crème fraîche

W maszynie do chleba lub w mikserze z hakiem do ciasta drożdżowego wyrabiamy ciasto, dodając najpierw mokre, a potem suche składniki. Po ok. 15-20 min wyrabiania wykładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej mąką foremki i przykrytą zostawiamy do wyrośnięcia w cieple na ok. 1 godz. W połowie rośnięcia zaczynamy nagrzewać piekarnik do 220ºC.

Po wyrośnięciu uciskamy palcami dno tarty formując liczne dołki i również palcami formujemy niziutki brzeg (tak żeby masa się nie wylała).
Dno tarty wysypujemy brązowym cukrem, w dołki wkładamy kostki masła. Wszystko polewamy jajkami ubitymi z crème fraîche. Pieczemy przez ok. 20 min. Studzimy na siatce. 

wtorek, listopada 10, 2015

Endives à la flamande czyli cykorie po flamandzku


Arras-glowny-plac-z-karuzela
Uroczy rynek w miejscowości Arras z ratuszem i staromodną karuzelą.

Dziś prościutkie i bardzo jesienne danie. Popularne w północnej Francji (oraz w Belgii), zwłaszcza w regionie Nord-Pas-de-Calais. Piszę parę słów o tym dość niedocenianym, a bogatym kulinarnie obszarze w październikowym numerze "Mojego Gotowania". 

Cykoria to tam jedno z ulubionych warzyw, w dialekcie ch'ti mówi się na nią chicon. Dość ascetyczna wersja, którą tu prezentuję znakomicie się sprawdza jako dodatek do cięższych mięsnych dań również typowych dla zimnawego i deszczowego Nord-Pas-de-Calais. Popularna jest również na północy - pewnie nawet bardziej znana - wersja cykorii owiniętej plastrami szynki i polanej beszamelem, również zapiekana. Ta może być daniem samym w sobie.

a1

Endives à la flamande czyli cykorie po flamandzku

6 cykorii przekrojonych na pół
2-3 łyżki masła
 sok z 1/2 cytryny
250 ml białego wina
250 ml bulionu z kurczaka
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Cykorie osmażamy na maśle z obu stron. Układamy w jednej warstwie w dużym, wysmarowanym masłem żaroodpornym naczyniu i skrapiamy sokiem z cytryny. Zalewamy winem i bulionem. Oprószamy pieprzem i solą. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180ºC do miękkości, przez ok. 35-45 min. 

środa, września 23, 2015

Sauerbraten nad Mozelą


Mosel, Germany

Trochę spóźniony dodatek "przepisowy" do wrześniowego numeru "Mojego Gotowania". W tym wydaniu gazety w dziale "Smaki Podróży" udajemy się nad piękną, wijącą się zakolami rzekę Mozelę, która pamięta jeszcze czasy, gdy rzymscy legioniści obsadzali ją krzaczkami winnej latorośli. Ta ostatnia zresztą króluje w Dolinie Mozeli do dziś. Zwiedzaliśmy ten region w zeszłym roku i muszę przyznać, że podobała nam się jego pocztówkowa uroda, tak odmienna od krajobrazów południowej Europy. 

Po Mozeli suną majestatycznie wycieczkowe statki, wzdłuż brzegów śmigają rowerzyści, a strome stoki to jedna wielka winnica. Dodatkowo jeszcze schludne, wypacykowane do najmniejszego detalu miasteczka i średniowieczne zamki, jak z utworów romantycznych poetów. Do tego przaśne jedzenie (momentami próbujące zaczerpnąć coś z francuskiej strony granicy) i bardzo dobre białe wino. Germańska idylla.

Sauerbraten

Sauerbraten to danie popularne nad Renem i jego dopływami (jednym z nich jest właśnie Mozela). My zasmakowaliśmy w nich w Nadrenii-Palatynacie, w gospodzie w miasteczku Cochem, nad którym góruje odbudowany w neogotyckim stylu zamek Reichsburg Cochem (jego historia sięga XII wieku). Do marynowania (baaardzo długiego, bo kilkudniowego) sauerbraten używa się w zależności od regionu octu i zazwyczaj czerwonego wina. Tego ostatniego produkuje się w okolicy tyle, co kot napłakał, bo to przecież królestwo białego Rieslinga. Jednak to wino czerwone właśnie najciekawiej się komponuje z wołowiną. Danie ma wyraźny kwaskowy winno-octowy smak. Marynowanie i długie pieczenie powodują, że mięso jest mięciutkie i rozpływa się w ustach. Do sosu  dodaje się  rodzynek albo nawet pokruszonych pierniczków, aby zbalansować kwaśne nuty. Ja pozostałam przy najprostszej wersji, w której słodycz bazuje jedynie na brązowym cukrze z marynaty. Sauerbraten podaje się najczęściej z knedlami, makaronem Spätzle lub gotowanymi ziemniakami.

Sauerbraten

Sauerbraten

Marynata:
500 ml czerwonego wina
200 ml octu z białego wina
100 ml octu balsamicznego
laska cynamonu
6 goździków
6 ząbków czosnku
1 cebula, pokrojona w kostkę
2 gałązki selera pokrojone w plasterki
2 marchewki pokrojone w kostkę
1/3 szkl jasnego brązowego cukru
1 łyżka ziarenek czarnego pieprzu
1 łyżka ziarenek białej gorczycy
1 łyżka ziarenek kolendry
1 łyżka owoców jałowca, zmiażdżonych
6 ziarenek ziela angielskiego
2 liście laurowe
 sól do smaku

1 kg wołowiny na pieczeń 

2 łyżki oleju
2-3 cebule
4 plastry bekonu pokrojone w kostkę
500 ml marynaty odcedzonej
1000 ml bulionu wołowego
50 + 25 g mąki
sól i pieprz do smaku

Składniki marynaty zagotować. Całkowicie ją wystudzić. Włożyć mięso do worka plastikowego zamykanego na zip i wlać tam marynatę. Włożyć worek z mięsem i marynatą do płaskiego pojemnika i wstawić do lodówki. Raz dziennie obracać mięso i marynować je przez 3 do 5 dni.

Na rozgrzanym tłuszczu w dużym żeliwnym garnku osmażamy wyjętą z marynaty wołowinę (marynatę zachowujemy) ze wszystkich stron przez ok 10-12 min. Odkładamy ją na talerz i na pozostałym oleju smażymy bekon i cebulę, aż ta ostatnia się skarmelizuje (ok. 15-20 min). Wsypujemy 50 g mąki i krótko przesmażamy. Dodajemy marynatę i bulion, dobrze mieszając i doprowadzamy do wrzenia. Wkładamy do sosu mięso, przykrywamy pokrywką i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy przez 1 godz i 30 min w 180ºC, obracamy mięso, zmieszamy temperaturę do 150-160ºC  i dopiekamy przez dodatkową 1 godz i 30 min. Wyjmujemy mięso z sosu. Sos redukujemy lub zagęszczamy dodatkowymi 25 g mąki. Kroimy mięso w cienkie plastry i polewamy gorącym sosem.

czwartek, lipca 23, 2015

Zupa dyniowa z limonkowo-imbirową śmietaną z Arizony


2

Dynia to jedna z wielkiej trójki (tzw. three sisters - trzech sióstr) jadalnych warzyw od zarania dziejów stanowiących podstawę żywienia w Mezoameryce. Pozostałe dwie siostry to kukurydza i fasola we wszelkich wariacjach. 

Rośliny dyniowate jadane są w South West pod postacią klasycznej dyni czy też przeróżnych odmian nazywanych zbiorczo po angielsku squash. Amerykanie wyróżniają: summer squash (jak cukinia, kabaczki czy patisony) - odmiany letnie, z cienką jadalną skórką i winter squash - odmiany zimowe, z grubszą skórką i nasionami z łupinkami, długo się przechowujące.

Dzisiaj prosta, delikatna zupa z dyni, ale z pikantnymi podtekstami pieprzu cayenne i wzbogacona śmietanką o nutach limonki i imbiru. Można użyć okrągłej pomarańczowej dyni (tej popularnej w czasie Halloween) albo butternut squash (dyni piżmowej) czy japońskiej odmiany kabocha squash.

1

Zupa dyniowa z limonkowo-imbirową śmietaną

Zupa:
2 łyżki masła
2-3 cebule, pokrojone w drobną kostkę
1/8-1/2 łyżeczki  pieprzu cayenne (w zależności jak pikantne smaki lubimy)
300 ml mleka
1 kg dyni obranej, bez nasion i pokrojonej w dużą kostkę
1,5 l bulionu z kurczaka
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Limonkowo- imbirowa śmietana:
sok i skórka z 1 limonki
1 łyżka startego świeżego imbiru
125 ml kwaśnej śmietany 

Zupa:
Na maśle w dużym garnku szklimy cebule, dodajemy pieprz cayenne, dynię i bulion i gotujemy do miękkości. Dodajemy mleko, ponownie zagotowujemy. Miksujemy ręcznym blenderem i doprawiamy do smaku pieprzem i solą.

Śmietana:
Sok z cytryny gotujemy z imbirem przez 2 min. Przecedzamy i wystudzony płyn dodajemy do śmietany. 

Zupę podajemy z kleksami śmietany i odrobiną startej skórki z limonki.

poniedziałek, lipca 20, 2015

Fugde pie z Arizony


Fudge Pie

Oprócz lekkich deserów na upały, jak proponowany przeze mnie wcześniej sorbet, znajdziemy w Arizonie również bardziej kaloryczne smakołyki. Znowu zaznaczają się tu wpływy Meksyku. Nie na darmo graniczy Arizona z krajem, z którego pochodzi czekolada, a właściwie xocolatl, jak mówiono powszechnie w czasach przed hiszpańską konkwistą. Jak by jej nie nazywać, znajdziemy czekolady w tutejszych słodkościach całkiem sporo.

Arizona. USA
Migawki z Arizony. Pokazy tresury dzikich ptaków w parku Saguaro. Rysunki amerykańskich Navajo. Dziwnie kolorowy i radosny cmentarz w upalnym słońcu Arizony tuż koło misji San Xavier del Bac. Arizońskie przydrożne tabliczki ostrzegawcze.

W dzisiejszym paju połączona jest z orzechami włoskimi i odrobiną cynamonu. Takie nadzienia bywają też w South West wzbogacane smakiem papryk chile, np. ancho, która ma lekko dymny i orzechowy smak. Ja nie przepadam za połączeniem czekolady z pikantnymi nutami (nie pogardzę za to czekoladą ze szczyptą soli ;)), pozostałam więc jedynie przy cynamonie, który też jest często do niej dodawany w tych okolicach i trzeba przyznać, że to się świetnie komponuje. 

Fudge Pie

Fudge pie

okrągła forma do tarty o średnicy 24-25 cm
Kruche ciasto:
235 g mąki
1 łyżka cukru pudru
szczypta soli
125 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
ok. 3-4 łyżki zimnej wody, opcjonalnie 

Nadzienie:
125 g drobno posiekanych orzechów włoskich
180 g masła
250 g gorzkiej czekolady
2 jajka
100 g cukru
100 g jasnego brązowego cukru
1 łyżka ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki cynamonu
4 łyżki słodkiej śmietanki 20%
75 g mąki

cukier puder do posypania wierzchu 

 Kruche ciasto:
Mąkę mieszamy z cukrem i solą. Dodajemy masło i szybko zagniatamy w kulę, gdyby było za suche dodajemy po lodowata wodę, po jednej łyżce za każdym razem aż do pożądanej konsystencji. Rozpłaszczamy, zawijamy w folię i wstawiamy do lodówki. W tym czasie przygotowujemy nadzienie.

Nadzienie:
Orzechy podpiekamy na suchej patelni, aż się leciutko zrumienią i zaczną pachnieć. Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Roztapiamy masło z czekoladą na małym ogniu lub w mikrofalówce. Jajka ubijamy  w mikserze z cukrami na puszystą masę. Dodajemy ekstrakt z wanilii, cynamon i śmietankę oraz masę czekoladową. Miksujemy. Wsypujemy mąkę i ponownie miksujemy. Dodajemy orzechy i mieszamy do połączenia składników. 

Kruche ciasto rozwałkowujemy. Wysmarowaną masłem i wysypaną bułką tartą foremkę wykładamy ciastem. Wlewamy nadzienie i pieczemy przez ok. 40-50 min. 

Po wystudzeniu posypujemy cukrem pudrem.

czwartek, lipca 09, 2015

Empanaditas z Arizony


Empanaditas

Bardzo popularne w amerykańskim South West botanas (przegryzki, przekąski), idealne z zimnym piwem. Pochodzą z Meksyku, a jak wiadomo ta kuchnia ma wielki wpływ na kulinarną kulturę południowego-zachodu USA.

Empanaditas jest zdrobnieniem od hiszpańskiego empanadas. To po prostu małe pieczone pierożki, takie na dwa kęsy. Ciasto jest miękkie i dość delikatne w obróbce, ale po upieczeniu genialne - kruchutkie, ale nie kruszące się i bardzo smaczne. Sekretem jest dodatek do niego kremowego twarożku i .... margaryny. Uczciwie trzeba przyznać, że ta ostatnia powoduje, że kruche ciasto staje się delikatne i wręcz listkujące.

 Empanaditas

W dzisiejszym moim nadzieniu do empanaditas przeważa zielenina, nie jest ono jednak wegetariańskie. Ma akcent mięsny i dodatek koziego serka. Jeśli chodzi o ciemnozielone liście to ja użyłam mieszanki boćwiny, popularnych tu w Portugalii pędów rzepy i szpinaku Można użyć tylko jednego gatunku z tych warzyw, albo eksperymentować po swojemu. 

Nadzienia do empanadas bywają przeróżne - klasyczne całkowicie mięsne, pyszne z dodatkiem dyni, a nawet słodkie. Choć te ostatnie są raczej rzadkością. Zapraszam na pyszną przegryzkę lubianą w Arizonie, Nowym Meksyku, Kalifornii, no i rzecz w samym Meksyku.

Empanaditas

Empanaditas

Ciasto na pierożki:
325 g mąki
25 g mąki kukurydzianej
1/2 łyżeczki soli
125 g margaryny, pokrojonej w kostkę
125 g masła, pokrojonego w kostkę
200 g serka kremowego typu Philadelphia

Nadzienie:
750 g boćwiny, pędów (naci) rzepy i szpinaku
200 g miękkiej wieprzowej kiełbasy*
1 czerwona cebula drobno posiekana
3 ząbki czosnku przepuszczone przez praskę 
1 i 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
75 - 100 g  twarożku koziego w formie walca

Wierzch:
1 jajko
2-3 łyżki wody

Ciasto na pierożki:
Mąki mieszamy z solą, dodajemy zimne masło i margarynę i zagniatamy w okruszki ( najwygodniej to zrobić w malakserze). Dodajemy serek i ponownie zagniatamy w miękką kulę. Gdyby ciasto było za rzadkie można dodać nieco więcej mąki, ale niezbyt wiele, bo i tak stwardnieje w lodówce. Dzielimy na pół, rozpłaszczamy dłonią na placek, zawijamy w folię i wstawiamy do lodówki na co najmniej 2 godziny, a najlepiej na całą noc.

Nadzienie:
Zieleninę blanszujemy 1-2 min w osolonej wrzącej wodzie. Przelewamy zimną wodą, dobrze odciskamy i drobno kroimy lub miksujemy w malakserze. Kiełbasę kruszymy lub kroimy w drobniutką kostkę i smażymy na patelni, aż się zacznie rumienić, dodajemy cebulę oraz czosnek i znowu podsmażamy. Mieszamy z zieleniną, dodajemy kumin i pokruszony ser. Mieszamy i wstawiamy do lodówki.

Wykonanie empanaditas:
Nagrzewamy piekarnik do 190ºC.
Wałkujemy ciasto, jeśli trzeba podsypując mąką, na grubość ok. 0,5 cm. Wykrawamy koła o średnicy ok. 10-12 cm i nakładamy na nie nadzienie. Zlepiamy brzegi (jeśli trzeba od wewnątrz smarujemy brzegi pierożków wodą) i dodatkowo przyciskamy brzegi zębami widelca. Ubijamy jajko z wodą i pędzlujemy nim wierzchy pierożków. Pieczmy ok. 20 min aż się ładnie zrumienią.

*idealne byłoby chorizo meksykańskie, ale z polską wiejską kiełbasą też wychodzi ok.

środa, lipca 01, 2015

Sorbet "truskawkowa margarita" z Arizony


Strawberry margarita sorbet
W ramach opowiastek o kuchni stanu Arizona dziś sorbet na bazie znanego alkoholowego koktajlu. W Arizonie to idealny deser. Na gorących pustynnych i półpustynnych obszarach, wśród kaktusów i porażających bielą hiszpańskich misji, gdzie doskwiera prażące słońce taki mrożony drink w formie sorbetu jest idealny dla ochłody.

Kosztowaliśmy go w restauracji w uroczym mieście Sedona, gdzie życie toczy się trochę  zwolnionym tempie. Wszyscy chodzą tu naładowani pozytywną energią, która koncentruje się ponoć w tutejszych górach (tak przynajmniej twierdzą adepci New Age i alternatywnych metod relaksacyjno-terapeutycznych, którzy upodobali sobie tę piękną okolicę). Wielka popularnością cieszą się tu wszelkie aktywności na świeżym powietrzu od wędrówek po tutejszych czerwonych skałach po jogę o świcie w pobliżu energetycznych "worteksów".

Arizona
Gigantyczne kaktusy saguaro mają w Arizonie sobie dedykowany park narodowy. Na terenie stanu leży największy w USA rezerwat Indian Navajo. Okolica obfituje w misje jeszcze z czasów hiszpańskich konkwistadorów. Okolice Sedony to raj dla wielbicieli New Age, terapii alternatywnych i jogi.
 
Oferta kulinarna jest tu przebogata - od lokalnych smaków South West i Meksyku, poprzez amerykańską klasykę, kuchnie europejskie i dalekowschodnie, aż do molekularnych dziwów.

Spróbowałam odtworzyć ten pyszny sorbet w domu. Dodatek tequili to meksykański akcent bardzo powszechny w kuchni South West, no i rzecz jasna obowiązkowy składnik koktajlu margarita. "Dorosły" deser warty wypróbowania w truskawkowym sezonie i bardzo orzeźwiający.

Strawberry margarita sorbet

Sorbet "truskawkowa margarita"

500 g truskawek
500 ml wody
225 g cukru
80 ml tequili
60 ml likieru pomarańczowego (np. Cointreau lub Grand Marnier)
80 ml soku świeżo wyciśniętego z limonki

Truskawki miksujemy w blenderze. Cukier zagotowujemy z wodą i gotujemy powstały syrop przez ok. 5 min, zostawiamy do wystudzenia. Mieszamy ze sobą truskawki, syrop, alkohole i sok z limonki. Bardzo mocno ochładzamy (można wstawić na 1-2 godz do zamrażarki) i kręcimy sorbet w maszynie do lodów.

niedziela, czerwca 21, 2015

Agua fresca z arbuza, malin i truskawek z Arizony


Arizona
Arizona: okolice Sedona zachwycają czerwonymi skałami i lasami zaczynającymi już się tutaj jesiennie przebarwiać; Saguaro National Park pełen gigantycznych kaktusów to przedłużenie Pustyni Sonora zaczynającej się w Meksyku.

Nie ma lepszego napoju na lato. Naprawdę nie ma. Nawet schłodzony szampan czy dobry szprycer mogą się schować przy agua fresca. U nas od kilku dni upały grubo ponad 30ºC, co tutaj w Porto nad samym oceanem nie jest częste. Zwykle cierpimy tak w lecie jedynie ze 2 tygodnie. Potem słupek rtęci przykleja się do 24ºC. Ale w tym roku jakoś ten skwar wcześnie do nas zawitał. O włączeniu piekarnika nawet strach myśleć, żar bijący z grilla też niezbyt zachęca. Siły starcza na wymieszanie sałatki, wyjęcie lodów z zamrażalnika i ewentualnie przygotowanie jakiegoś napoju.

Przypomina to mi trochę upały w Sonoma Desert i w kanionach Arizony, o którym to stanie skrobnęłam właśnie artykuł do lipcowego numeru "Mojego Gotowania" (i serdecznie zapraszam do jego lektury). Tam było jednak dużo bardziej sucho niż u nas, a wysokie temperatury utrzymywały się nie tylko, gdy byliśmy tam we wrześniu, ale nawet w czasie październikowej i listopadowej wizyty. Arizona pełna jest parków narodowych i indiańskich rezerwatów. I tutaj właśnie w restauracji serwującej tzw. "Sonoran Cuisine" po raz pierwszy piliśmy agua fresca.

Arizona
Arbuzy. Wejście do Lower Antelope Canyon, do którego Indianie Navajo wożą turystów jeepami. Wnętrze kanionu to skalne wiry w odcieniach różu i pomarańczu, na jego dnie panuje przyjemny chłód. Gdy odwiedzamy go w listopadzie spotykamy tylko oniemiałych z wrażenia, obwieszonych aparatami i statywami fotografów. Agua fresca z malin, arbuza i truskawek.

Wyjaśnijmy wreszcie co to takiego ta agua fresca. Pomysł jest latynoski, a dokładnie meksykański. Ale pija się ją również na amerykańskim Południowym Zachodzie (South West). Agua fresca to po hiszpańsku* (i po portugalsku również jeśli chodzi o ścisłość) po prostu "świeża woda", a także słodka woda (w znaczeniu, że nie morska). Słowo fresco w portugalskim ma też podtekst zimna. W portugalskiej kawiarni zapytają nas zawsze czy chcemy agua fresca czy natural, czyli czy wodę zimną czy w temperaturze pokojowej. Jak widać nawet z językowych podtekstów jest to napój na lato idealny. 

W wykonaniu ni to sok, ni to smoothie. Często rozcieńczany jeszcze wodą, albo podawany z ogromną ilością kostek lodu. Robiony z owoców niezwykle soczystych  ale jakoś paradoksalnie rzadko wykorzystywanych do klasycznych soków. Prym wiodą melony, arbuzy i truskawki. Częsty jest dodatek cytrusów, mięty, bazylii i imbiru. Owoce się miksuje, ale to jeszcze nie koniec. Gdyby miało polegać to na zwykłym miksowaniu mielibyśmy owocowe smoothie. Do agua fresca zmiksowaną pulpę odsączamy na drobnym sitku. W ten sposób pozyskujemy naturalnie istniejącą w owocach wodę, ale o wspaniałym smaku.

Dziś nasza ulubiona, bardzo klasyczna agua fresca. Z arbuza, truskawek i jeszcze odrobiny malin. Plus jeszcze trochę soku z limonki i mięta, u mnie bananowa, bo ten gatunek strasznie nam się jakoś w tym roku rozrósł.

* w tekście pozostawiam pisownię hiszpańską, po portugalsku jest akcent nad pierwszym "a".

Agua Fresca

Agua fresca z arbuza, truskawek i malin

ok. 6 porcji

1 nieduży dojrzały arbuz 
250 g truskawek
200 g malin
sok z 1/2 limonki
kilka gałązek mięty, truskawek i malin do ozdoby
dużo kostek lodu

Nad dużą miską na sitku usuwamy z arbuza pestki (chodzi o to, żeby wydobywający się podczas tej czynności sok ściekał do miski). Miąższ odkrawamy od skórki i kroimy w dużą kostkę. Razem z odszypułkowanymi truskawkami i malinami wrzucamy do miski i miksujemy ręcznym malakserem (lub w blenderze). Powstałą pulpę przecedzamy przez gęste sitko uciskając drewnianą łyżką. Wyciskamy do powstałej owocowej wody sok z limonki. Przelewamy do szklanek wypełnionych kostkami lodu. Ozdabiamy miętą, truskawkami i malinami. Jeśli ktoś ma taką potrzebę - może dosłodzić.

sobota, czerwca 13, 2015

Konfitura morelowa z rumem Malibu i wanilią


 1

W Portugalii aktualnie mamy szczyt sezonu morelowo-czereśniowego. Czereśni, których i ja, i Maciek przynieśliśmy do domu jednego dnia każde po skrzynce, pozbyłam się robiąc clafoutis i czereśniową tartę. Morele, których też mieliśmy w bród, postanowiłam przerobić na jakieś przetwory. Dżemy i konfitury o tym smaku to jedne z moich ulubionych, wolę je chyba nawet od truskawkowych. 

2a

Dodatek wanilii wydawał się się oczywisty i bezpieczny. Potem jednak stanęłam z butelką Malibu nad pachnącą morelową konfiturą nakrapianą waniliowymi piegami i zastanawiałam się czy jej tym rumowo-kokosowym dodatkiem nie zepsuję. Zdobyłam się jednak na odwagę i dolałam tego alkoholu. Zaskakująco dla mnie samej Malibu zupełnie się z morelami i wanilią nie gryzie, czego się obawiałam. Wręcz przeciwnie - świetnie z tą konfiturą współgra i podnosi jej walory. Jest nawet ciekawsze niż częściej do moreli dodawane likiery migdałowe. Bardzo polecam ten smakołyk do zrobienia wczesnym latem. Morelowy sezon jest bardzo krótki (nad czym ubolewam) wykorzystajmy go więc jak najlepiej.
3

Konfitura morelowa z malibu i wanilią


1,5 kg moreli
2 laska wanilii przekrojone wzdłuż na pół
500 g cukru
200 g cukru brązowego jasnego
1 cytryna
1 opakowania pektyny w proszku, na 500 g cukru i 1 kg owoców
50 ml rumu Malibu

Morele wypestkowujemy i kroimy na plasterki. Zasypujemy dwoma rodzajami cukru, dodajemy laski wanilii, skórkę obraną z cytryny i sok z niej wyciśnięty. Zostawiamy przykryte na noc w lodowce. 

Następnego dnia doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez 5 min. Studzimy i znowu wstawiamy na noc do lodówki. 

Kolejnego dnia dodajemy pektynę i gotujemy ok. 8-10 min. Zdejmujemy z ognia i dolewamy Malibu. Gorącą konfiturą napełniamy wysterylizowane słoiki. Zakręcamy, stawiamy na 10 min do góry dnem, a następnie odwracamy. Gdy chcemy konfitury dłużej przechowywać można słoiki pasteryzować.
 

środa, czerwca 10, 2015

Nasze ostatnie i nadchodzące podróże

2018


Kwiecień        -  Gruzja

Styczeń          -  Tajlandia i ....

2017

Grudzień        - Sardynia

Listopad         - Malta

Październik    - kilka dni w Sofii (Bułgaria)

Wrzesień        - znowu Korea Południowa i Osaka (Japonia)

Sierpień          - 4 dni w Galicji (Hiszpania)

Sierpień          - 4 dni w Aragon (Hiszpania)

Lipiec             - 4 dni w Alentejo (Portugalia)

Lipiec             - Azory

Czerwiec        - 2 tygodnie w Chinach

Maj                 - 2 x Hiszpania: wine tasting w Rueda oraz weekend w Walencji. Potem Polska

Kwiecień        - pieszo i rowerem po Alpach Włoskich

Kwiecień        - mini-weekend w Lizbonie

Marzec           - 2 dni w Cinque Terre (Włochy)

Marzec           - Nowa Zelandia

Luty               - Ibiza

Styczeń          - Rzym

Styczeń          - 4 dni w Jerozolimie (Izrael)



2016




Grudzień      - 10 dni w Portoryko (i wyspa Culebra) i przedświąteczny Madryt.

Listopad      - rodzinna wyprawa na Azory

Listopad      - 4 dni w Bukareszcie, Rumunia

Listopad      - 3 dni w Kartagenie, Hiszpania.

Październik  - Argentyna (Patagonia, Buenos Aires i Mendoza), UrugwajRio de Janeiro

Wrzesień      - portugalskie Algarve z przyjaciółmi

Sierpień       - hiszpańskie Lugo (kaniony Sil i Bierzo)

Lipiec          - San Sebastián Hiszpania (i troszkę Ribeira del Duero, Navarra i Toro).

Czerwiec      - Kopenhaga i okolice oraz Malmo i Lund (Szwecja).

Maj              - samochodem po Korei Południowej i 3 wyspy na Filipinach

Kwiecień     - wyspa Corvo, grupa zachodnia Azorów, Portugalia
                     
Marzec         - Panama City i okolice oraz wyspy San Blas + kilka dni w Bogocie, Kolumbia

Luty             - wyspa São Miguel, Azory, Portugalia

Styczeń        - wokół Sycylii, Włochy



2015



Grudzień     - Nowy Rok w Nowym Jorku - 8 dni w apartamencie na Manhattanie

Grudzień     - Drezno i okolice, Niemcy

Listopad      - Budapeszt, Węgry

Wrzesień     - jesień i czerwone klony we wschodniej Kanadzie

Sierpień       - południowa Francja - Langwedocja

Lipiec          - krótkie wyprawy po Portugalii: Alentejo i Beiras

Czerwiec     - wyspa Graciosa, Azory, Portugalia

Maj              - samochodem wokół Islandii

Maj              - okolice Cantenbury, Anglia oraz święto Santo Cristo na wyspie São Miguel

Kwiecień     - wyspa Santa Maria, Portugalia

Marzec        - tydzień w Tajlandii

Luty            - samochodem na Taiwanie + dwa razy na kilka dni w Singapurze

Styczeń       - Azory, Portugalia



2014



Grudzień     - kilka dni w Genewie, Szwajcaria

Grudzień     - narty w Chamonix (Francja) i Verbier (Szwajcaria)

Listopad      - Azory, Portugalia

Październik - kilka dni na Krecie (Grecja), kilka dni na Cyprze i city break w Bolonii (Włochy)

Wrzesień     - południowa Anglia, okolice Eastbourne i Brighton

Sierpień       - dolina Mozeli (Niemcy) + kilka dni w Luksemburgu, Belgia i północna Francja

Lipiec          - południe Portugalii - wczasy na Algarve

Maj              - kilka dni w dolinie rzeki Douro, Portugalia

Marzec        - trzy tygodnie samochodem po Japonii

Luty            - weekend w Lizbonie, Portugalia

Styczeń       - tydzień na wyspie Madeira, Portugalia.



2013



Grudzień     - Azory, Portugalia

Listopad      - Azory, Portugalia

Październik - Bari i Wenecja (Włochy), Dubrownik (Chorwacja), Izmir i Stambuł (Turcja)

Wrzesień     - samochodem po Peloponezie i Atenach (Grecja), kilka dni w Barcelonie i na Majorce

Sierpień       - Galicja (Hiszpania), Gibraltar i Andaluzja

Lipiec          - Toledo i Salamanca (Hiszpania), wyprawa na wyspy Cies (Galicja, Hiszpania)

Czerwiec     - Azory, Portugalia

Maj              - tydzień w Toskanii (Włochy), 10 dni samochodem po Maroku

Marzec        - wyspa Flores, Portugalia

Styczeń       - Azory, Portugalia



2012



Listopad      - kilka dni w Cuenca (Hiszpania)

Październik - tydzień na wyspie Madeira (Portugalia)

Wrzesień     - wokół Lizbony (Portugalia) i tydzień w Asturii (Hiszpania)

Sierpień       - Galicja (Hiszpania)

Lipiec          - Estremadura (Hiszpania)

Czerwiec     - Azory, Portugalia

Luty            - kilka dni w Liverpoolu (Anglia)


2011




Sierpień      - kilka dni w Ribeira Sacra (Hiszpania)

Lipiec          - Szkocja

Lipiec          - kilka dni w Walii (Wielka Brytania)

Czerwiec     - hiszpańska Estremadura i portugalskie Algarve

Czerwiec     - wakacje w Ribera del Duero (Hiszpania)

Styczeń       - na narty w Asturii (Hiszpania)


2010




Listopad      - Teneryfa (Hiszpania)

Listopad      - Lizbona i Cabo da Roca

Wrzesień    - wyspy Azory

Sierpień      - Kalifornia, Idaho i Utah (USA)

Lipiec         - Irlandia

Lipiec         - wyspy Azory

Czerwiec    - kilka dni w portugalskim Alentejo

Maj             - hiszpańskie Rias Baias

Luty           - na nartach w Andorze, w hiszpańskich Pirenejach i Francji

Styczeń      - na portugalskich Azorach


2009 i wcześniej





Grudzień 2009 - Vars, Francja, na nartach we Francji i Włoszech

Listopad 2009   - znowu na portugalskich Azorach

Sierpień 2009   - Floryda i Nowy Orlean (USA)

Czerwiec 2009 - As Médulas (Hiszpania)

Czerwiec 2009 - Andaluzja (Hiszpania)

Czerwiec 2009 - na portugalskich Azorach

Marzec 2009    - Toskania (Włochy)

Marzec 2009    - kilka dni na Azorach (Portugalia)

Marzec 2009    - na nartach we Francji

Luty        2009  - Lago di Como (Włochy)

Luty 2009         - na nartach w Cervinia, Courmayeour i LaThuile (Włochy), Zermatt (Szwajcaria)

Styczeń 2009    - na nartach w Portugalii (Serra da Estrela)

Grudzień 2008 -  Nowy rok w Paryżu i nad Loarą (Francja)

Grudzień 2008 - Alzacja (Francja)

Listopad 2008  - Walencja (Hiszpania)

Listopad 2008  - Azory (Portugalia)

Sierpień 2008   - samochodem wokół Europy, wiele krajów

Maj 2008          - Wiedeń (Austria)

Luty 2008         - na nartach w Prowansji (Francja)

Listopad 2007  - Belize, Key West, Miami i Arizona (USA), Cozumel (Meksyk), Honduras

Sierpień 2007   - samochodem dookoła Polski

Czerwiec 2007 - Salamanka (Hiszpania)

Maj 2007         - Barcelona

Sierpień 2006  - samochodem z Nowego Jorku nad Niagarę i do Południowej Karoliny (USA)

Kwiecień 2006 - centralne Włochy

Marzec 2006    - na nartach w Astun i Candanchu (Hiszpania, Pireneje)

Styczeń 2006   - na nartach w hiszpańskiej Manzanedzie

Styczeń 2006   - Lanzarote i Fuerteventura

Sierpień 2005  - Arizona i Kalifornia oraz Miami (USA)

Maj 2005        - samochodem po Maroko

Kwiecień 2005 - Londyn

Luty 2005         - na nartach w Andorze

Listopad 2004  - Majorka

Sierpień 2004   - Meksyk

Luty 2004         - Madeira (Portugalia)

Styczeń 2004    - Bruksela (Belgia)

Wrzesień 2003 - Dominikana

Maj 2003          - dookoła Francji

Grudzień 2002 - na nartach w Andorze

Luty 1999         - Wilno i okolice

Maj 1999          - z Nowego Jorku do Chicago i z powrotem (USA)

Lipiec 1996      - Korsyka (Francja)

Sierpień 1995   - Masyw Centralny (Francja) - od 1990 roku wiele podróży po Francji, Holandii

Luty 1992         - na nartach w Słowacji

Czerwiec 1990  - Kaukaz (Rosja)

Sierpień 1989  - Izrael, Egipt i Grecja

Wrzesień 1989  - Belgrad (Jugosławia)

Luty 1989         - narty w Tyrolu (Austria), każdej zimy od 1989 do 1999 roku

Maj 1989          - Praga (Czechy)

Wrzesień 1988 - Bułgaria i Rumunia

Maj          1988 - Grecja




















środa, maja 27, 2015

Truskawkowy sernik na zimno z galaretką


uderzeniowe

Prosty, letni, galaretkowy, owocowy. W sezonie truskawkowym jak znalazł. U nas już takowy się zaczął jakiś czas temu. Masa jest koloru różowego, kremowa i gładka dzięki śmietance kremówce oraz mascarpone, a smak ma truskawkowy. W dodatku nie potrzeba do niej żelatyny, wystarczy galaretka rozpuszczona w połowie zwykłej ilości wody. 

Pomarańcze i truskawki zatopione są również w galaretce, tym razem cytrynowej albo pomarańczowej, na wierzchu sernika. Do tego jeszcze zielony akcent pod postacią listków świeżej mięty (może być też melisa cytrynowa). Kompletna łatwizna do zrobienia i bardzo orzeźwiający deser na lato.

2

Truskawkowy sernik na zimno

tortownica o średnicy 24 cm, najlepiej z silikonową obręczą i szklanym dnem

Masa serowa:
1 galaretka truskawkowa (opakowanie na 0,5 l wody) 

275 g truskawek 
100 g cukru
2 łyżeczki soku z cytryny 
 750g serka homogenizowanego typu quark 20% tłuszczu
 250 g mascarpone
200ml śmietanki kremówki
1 op. cukru waniliowego


maślane herbatniki do wyłożenia spodu tortownicy
  
Wierzch:
1 galaretka cytrynowa  lub pomarańczowa (opakowanie na 0,5 l wody)

1 pomarańcza, wyfiletowana
truskawki do przybrania
listki świeżej mięty

Rozpuszczamy galaretkę truskawkową w 1 szkl wrzącej wody. Gdy będzie zimna dodajemy do niej truskawki zmiksowane z cukrem i sokiem cytrynowym. Serek ubijamy mikserem, dodajemy do niego galaretkę z truskawkami. Kremówkę ubijamy z cukrem waniliowym, łączymy z masą serową. 


Wykładamy spód tortownicy całymi herbatnikami (najlepsza jest tortownica ze szklanym dnem i silikonową obręczą, w takiej po zdjęciu obręczy można sernik podać bezpośrednio na stół i sernik nie nabiera metalicznego smaku). Wylewamy masę na herbatniki w tortownicy i wstawiamy do lodówki. 

Gdy masa zastygnie dekorujemy wierzch truskawkami, pomarańczami oraz listkami mięty i zalewamy zimną galaretką rozpuszczoną w 500 ml wody. Zostawiamy w lodówce do całkowitego stężenia.

środa, kwietnia 22, 2015

Yaki gyoza czyli japońskie pierożki


home made Gyoza

O chińskim rodowodzie, jak wiele japońskich potraw. Wskazuje na to nawet nazwa. W Chinach to jiaozi, w Japonii gyoza. Bardzo w Kraju Wschodzącego Słońca popularne, jako przekąska raczej niż główne danie. Po nich na stole ląduje np. wielki talerz ramen. Są bary i restauracje, które tylko w nich się specjalizują. Najwspanialsze jedliśmy w małej knajpce na tyłam eleganckiej ulicy Omotesando , dzięki Ani - naszemu tokijskiemu cicerone.

Falbaniaste gyoza mogą być gotowane, albo takie jak ja dzisiaj zrobiłam - yaki gyoza, czyli z jednej strony podsmażane i gotowane w niewielkiej ilości wody na patelni, w zasadzie na parze.

Sekretem, jak to bywa w tego typu potrawach jest niezwykle cienkie ciasto (sporo cieńsze niż nasze polskie pierogowe), tylko takie szybko się "uparuje" i będzie smaczne, a nie gumowe. Wałkowanie to ciężka fizyczna praca, ja zatrudniam do niej mojego wytrenowanego na siłowni 21-letniego syna i nawet on narzeka. ;) W wielu krajach można w azjatyckich sklepach kupić gotowe kółka ciasta do gyoza, więc nie każdy musi się tak męczyć. Ja prawdę mówiąc: po pierwsze leniłam się jechać do naszego chińskiego sklepu, a po drugie wyszłam z założenia, że wszystko co domowe jest lepsze (tego założenia nie testuję tylko z ciastem warka czy phyllo).

Część surowych pierogów można zamrozić na tacce. Potem już twarde jak kamień i nie sklejające się należy przesypać do plastikowego worka. Warto to zrobić szybko zawczasu, bo zazwyczaj natychmiast po uparowaniu cała reszta przygotowanych gyoza znika w mig, przynajmniej u nas w domu.

home made Gyoza

Yaki gyoza czyli smażono-parowane japońskie pierożki

60-70 sztuk

Ciasto:
500 g mąki
1 łyżeczka soli
350-450 ml wrzącej wody

Nadzienie:
1-2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych
200 g kapusty, drobno posiekanej w kostkę
1 średnia cebula, pokrojona w drobną kostkę
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę

400 g mielonej wieprzowiny
50 ml sosu sojowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 duży pęczek drobno posiekanej dymki
1 łyżka utartego świeżego imbiru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

olej z orzeszków ziemnych lub specjalny olej do woka do smażenia
1-2 łyżki oleju sezamowego

Sos do moczenia gyoza:
50-75 ml sosu sojowego
1 łyżka oleju sezamowego
1 łyżka octu ryżowego lub ze śliwek ume
1 łyżeczka ciemnego brązowego cukru
1-3 łyżeczki ostrej pasty chili lub oleju o smaku chili albo 1 mała czerwona papryczka chili drobniutko pokrojona

Ciasto:
Mieszamy mąkę z solą w dużej misce. Zalewamy stopniowo wrzątkiem i zagniatamy w kulę. Odstawiamy na 20-30 min, szczelnie przykryte folią spożywczą, żeby nie wyschło. W tym czasie przygotowujemy nadzienie i sos.

Nadzienie:
Na oleju z orzeszków ziemnych smażymy cebulę i kapustę, aż się zeszklą i lekko zmiękną (ok. 5 min). Na koniec dodajemy czosnek i jeszcze kilka sekund smażymy. Zostawiamy do wystudzenia. Resztę składników nadzienia dobrze mieszamy w dużej misce. Dodajemy wystudzone warzywa i ponownie mieszamy, aż utworzą gładką masę. Wstawiamy do lodówki.

Sos:
Mieszamy ze sobą składniki sosu. To są tylko przykładowe proporcje. Należy się kierować własnym gustem i odpornością na pikantny smak.

Wykonanie pierożków:
Ciasto zagniatamy, aż będzie elastyczne i gładkie. Porcjami wałkujemy bardzo cienko (dużo cieniej niż na nasze polskie pierogi, po wywałkowaniu można jeszcze porozciągać ciasto na grzbietach dłoni, powinno być niemal przejrzyste) i wycinamy koła o średnicy 8-10 cm. Układamy w stosik jedno na drugim lekko przesypując mąką. Japończycy robią to trochę inaczej. To bardziej pracochłonne, ale tą metodą możliwe jest uzyskanie jeszcze cieńszego ciasta - robią z ciasta rulony, odkrawają ok. 10g talarki i każdy talarek wałkują na cieniutkie kółko, z którego potem wycinają idealny okrąg. Moim zdaniem jeśli się mocno wysilimy i będziemy wałkować na silikonowej "stolnicy" lub marmurowym czy granitowym blacie powinno nam się udać uzyskać cieniutkie ciasto i "polską pierogową" metodą wałkowania, którą z przyzwyczajenia, a może z patriotyzmu uważam za szybszą i praktyczniejszą.

Na każdy pierożek gyoza nakładamy 1/2 łyżeczki od herbaty nadzienia (raczej niedużo go trzeba nakładać, aby udało się zrobić ładne falbankowe brzegi) i zlepiamy metodą "falbankową", tak aby pierożek "stał" na brzegu przeciwnym do tego sklejonego. Tutaj instruktaż video.

Na dużej patelni rozgrzewamy olej arachidowy lub olej do woka. Przygotowujemy sporą ilość wrzącej wody. Na rozgrzanym oleju układamy rzędami pierożki i smażmy bez przykrycia ok. 2 min aż spody gyoza zaczną się rumienić. Zalewamy wrzątkiem do ok. połowy wysokości pierożków i zakrywamy pokrywką. Parujemy je pod przykryciem przez ok. 6 min. Zdejmujemy pokrywkę, skrapiamy olejem sezamowym i krótko (1-2 min) smażymy do całkowitego wyparowania płynu. Wykładamy rzędami na talerz za pomocą paletki do przewracania omletów, układając zrumienioną stroną do góry. Podobnie postępujemy z kolejnymi porcjami gyoza.

Gorące gyoza jemy trzymając pałeczkami i mocząc w indywidualnej porcji sosu.

sobota, kwietnia 18, 2015

Tokijskie migawki


Sensō-ji temple, Tokyo

Ukazał się właśnie w kolejnym kwietniowym numerze "Mojego Gotowania" mój artykuł o pulsującej życiem i kulinarną werwą stolicy Japonii pt. "Kwitnące wiśnie i hi-tech". Chciałam się więc przy okazji podzielić również na blogu paroma tokijskimi reminiscencjami z naszej podróży do Kraju Wschodzącego Słońca.

Na zdjęciu powyżej: część kompleksu świątynnego Sensō-ji w centrum Tokio. Jak widać hipernowoczesność stoi w stolicy ramię w ramię z tradycją. Praktyczni Japończycy postawili tu koło siebie świątynie buddyjskie i shinto. Każda z tych religii ma im coś do zaoferowania. Shinto pomaga w problemach życia codziennego, buddyzm radzi sobie z przełomowymi momentami ludzkiej egzystencji.

Tokyo

Górne lewe zdjęcie: Mieliśmy okazję odwiedzić Tokio wiosną, w czasie, gdy kwitną sakura - bladoróżowe wiśnie. Cały kraj z zapartym tchem śledzi falę kwitnienia idącą z południa japońskiego archipelagu, aż na północne krańce wyspy Hokkaido. Telewizja zapowiada kiedy i gdzie drzewa są w pełnej krasie i nawet jaki procent jest pokryty kwieciem. Chyba każdy Japończyk chociaż raz o tej porze roku wybiera się na hanami - rytuał podziwiania wiśniowych drzew. Prawie obowiązkowo łączy się to z piknikiem na łonie natury.

Górne prawe zdjęcie: Rzadko w Tokio można spotkać kobiety w tradycyjnych strojach (co innego w Kioto - tam jest ich zatrzęsienie, pisałam o tym tutaj ). Jeśli już to spotkamy je tak ubrane, idące na przedstawienie klasycznego teatru kabuki mieszczącego się w dzielnicy Ginza, dosłownie naprzeciwko wielopiętrowej siedziby Sony, pełnej nowinek hi-tech.

Oba dolne zdjęcia: Takie lolitki (lokalny ideał urody) spotkamy w dzielnicach Harajuku i Akihabara - królestwie alternatywnej młodzieżowej mody i mekce japońskiej muzyki. Na każdym kroku zobaczymy tu reklamy girls-bandów i billboardy zapraszające na koncerty wirtualnej holograficznej  piosenkarki Hatsune Miku.

Tokyo street life

Górne lewe zdjęcie: Nie mogliśmy sobie odmówić wizyty na najsłynniejszym rybnym targu świata. Żeby oglądać licytacje tuńczyków za astronomiczne sumy trzeba się tu wybrać koło 4.00 nad ranem. Śpiochom pozostaje uraczenie się najświeższym sushi i sashimi świata w maleńkich barach tuż przy rynku, pełnych już od świtu (jedliśmy te delikatesy o 7.00 i jest to dość dziwne doświadczenie dla człowieka przyzwyczajonego rano południowoeuropejskim zwyczajem pić jedynie kawę z mlekiem).

Górne prawe zdjęcie: Kultową potrawą tokijczyków nie jest jednak sushi, a ramen. Miski gorącego pysznego bulionu z makaronem, plastrami mięsa i jajkiem pochłaniane są na każdym rogu ulicy i o każdej porze dnia i nocy. I my staliśmy się dozgonnymi fanami tej potrawy, mającej zresztą wiele wersji.

Dolne lewe zdjęcie: Pan na zdjęciu ma na głowie zawiązaną hachimaki - opaskę będącą symbolem odwagi i wytrwałości w dążeniu do celu. Często hachimaki mają narysowany symbol wschodzącego słońca lub jakiś budujący slogan. 

Dolne prawe zdjęcie: W Tokio króluje transport publiczny - większość ludzi jeździ metrem i pociągami (w tym superszybkim shinkansenem). Samochód to luksus, który w dodatku niezwykle ciężko w tej wielomilionowej metropolii zaparkować. Z nocnych eksapad można za to wrócić rikszą ciagniętą przez lekko mikrusowatego młodzieńca. 

To tyle na dzisiaj króciutkich tokijskich migawek. W następnym wpisie zapraszam na przepis na najpyszniejsze japońskie pierożki.