wtorek, sierpnia 06, 2013

Trás-os-Montes czyli za 7 górami, za 7 rzekami ....

Trás-os-Montes. Zachód słońca w hotelu Hotel & Spa Alfâdega da Fé. Widok na góry Bornes, prawie całe w morzu chmur.

Region zagubiony gdzieś między Portugalią i Hiszpanią. Leżący między urwistymi dolinami rzek, na wietrznym płaskowyżu i porośniętych ubogą roślinnością wzgórzach. Z własnym językiem uznanym od niedawna za drugi oficjalny język Republiki Portugalskiej, zapierającymi dech krajobrazami, z najlepszym w Portugalii mięsem wołowym (carne mirandesa) i strumieniami znakomitego wina. Jakość wina nie dziwi - po regionie wije się rzeka Douro i warunki do hodowli winorośli są w sumie podobne, jak w regionie produkującym o wiele bardziej znane porto. Okolica słynie z produkcji na niewielką skalę, zazwyczaj poza granicami Trás-os-Montes wielu gatunków wina nie można już zdobyć.

Parę lat temu mój ówczesny szef, który kupił właśnie w północno-wschodniej Portugalii stary młyn wymagający odbudowy, zaraził mnie uwielbieniem do wina Valle Pradinhos. Początkowo trudno mi było uwierzyć, że można się zachwycać winem z jakiegoś zapadłego końca świata, a nie z regionu Douro czy równie uznanego Alentejo. Wątpliwości rozwiały się, gdy spróbowałam trunku. Od tego czasu weszło na stałe na listę naszych ulubieńców, a ja skrzętnie sobie notuję wszystko, co tylko jakiś znajomy Portugalczyk poleci nam do picia. Doszliśmy już dawno do wniosku, że ten naród ma specjalny szósty zmysł do rozpoznawania dobrego wina, który najwyraźniej rozwija się w drodze ewolucji w krajach z winiarskimi tradycjami (to samo bowiem obserwowaliśmy już w Hiszpanii i we Francji).

Wino Valle Pradinhos 2005. Ruiny zamku w Mogadouro.

Miejscowości Vale Pradinhos, od której pochodzi nazwa wina, nie można znaleźć na prawie żadnej mapie. Leży w trudno dostępnej części Trás-os-Montes, blisko wschodniej granicy kraju. Jednak z pomocą GPS i mieszkańców okolicznych osad trafiliśmy gdzie trzeba. Biura winnicy mieszczą się w pięknej starej posiadłości otoczonej bujnym ogrodem. Nasz wjazd do wioski budzi wyraźne poruszenie wśród gawędzących na placu pod kasztanami mieszkańców. Gdy pytamy o godziny otwarcia i wyrażamy chęć zakupu wina, wszyscy na wyprzódki dają nam potrzebne informacje, a jedna z pań biegnie do domu sprawdzić czy nie została jej przypadkiem jakaś skrzynka Valle Pradinhos.

Jest niedziela, jedziemy więc do hotelu z mocnym postanowieniem odwiedzenia wioski następnego dnia rano. Hotel ma imponujący panoramiczny widok na otaczające góry, a jego nowoczesna architektura znakomicie komponuje się z otaczającą przyrodą. Siedzimy w jacuzzi, a nad nami latają jaskółki, orły królewskie (aguia real) i .... co nas nieco zdumiało i lekko przeraziło - sępy (mają tu nawet swój rezerwat). Przy okazji wykorzystam swój blog, żeby podziękować Uli za odkrycie i polecenie nam tego pięknego miejsca.

Na kolacji delektujemy się regionalnymi owczymi serami z tutejszym czerwonym winem. Potem Maciek zamawia słynną posta mirandesa - coś w rodzaju sporego steku, z najlepszej w Portugalii wołowiny ze specjalnej rasy mirandesa. Dodatki są dziwne - zapieczone jest to z plastrem sera, a na górze jest jeszcze czereśniowa konfitura. Mi się nieco kojarzy to wszystko z modnymi kiedyś w Polsce schabowymi po hawajsku - z serem i ananasem. ;) Maciek twierdzi jednak, że w sumie danie całkiem nieźle smakuje, a samo mięso jest istotnie znakomite.
Ja jestem bardziej zachowawcza - zamawiam polędwiczki wieprzowe z sosem pieczarkowym. Mięso jest fenomenalne - kruche i soczyste, co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo w wielu przypadkach tutejsza wieprzowina pozostawia wiele do życzenia. Okazuje się, że to również lokalna rasa tzw. porco bísaro.

Na koniec podejmuję duże ryzyko i odważnie zamawiam deser - torta de laranja. Wbrew pozorom to nie tort pomarańczowy, tylko rolada z dziwnie gąbczastego biszkoptu, przeraźliwie słodka, nasączona jeszcze syropem pomarańczowym i posmarowana wszędobylskim w Portugalii kremem z żółtek i cukru. Totalna porażka! Maciek ze mnie szydzi, że to przecież od początku było wiadomo, jak dobry może być portugalski deser i trzeba było poprzestać na kawie. No cóż, kulinarna śmiałość nie zawsze jak widać popłaca. ;) Ale teraz przynajmniej z czystym sumieniem mogę powiedzieć moim czytelnikom - tego nie zamawiajcie. :)

W poniedziałek rano jedziemy do Vale Pradinhos. Nasza wczorajsza znajoma już nas wypatrzyła z balkonu (wszystkie domy mają drewniane ni to balkony ni to werandy - dość niespotykane w Portugalii zjawisko architektoniczne). Prosi nas, żebyśmy chwileczkę zaczekali, bo szef adegi (tu dygresja: zawsze mam problem z nazwaniem po polsku miejsca/zakładu, gdzie winogrona się wytłacza, a potem samo wino składuje i butelkuje; przychodzi mi na myśl termin winnica, i jego często używam, ale to chyba raczej odnosi się bardziej do uprawnego pola z winoroślą; ubogie to nasze rodzime - a może tylko moje - winiarskie słownictwo) pojechał na chwilę do pobliskiego miasteczka. Ach, nie ma to jak spokojne, bezstresowe życie na prowincji na południu Europy ;).

Gdy pytamy gdzie możemy poczekać i napić się kawy, pani woła sąsiadkę z drugiego balkonu i ta otwiera jedyną w wiosce kawiarnię specjalnie dla nas. Kawiarnia to właściwie nieodpowiednie słowo, jest to typowa tasca - mała, ciemna salka z kamiennymi ścianami, gdzie tubylcy przychodzą coś przekąsić, napić się kawy, a przede wszystkim podzielić nowinami. Krótko mówiąc centrum informacji i tygiel życia wioski. Gospodyni mówi nam, że to bardzo słynne miejsce, bo dopiero co - wiosną tego roku - pożegnali ekipę telewizyjną, która filmowała tu - z pewnością znaną nam - telenowelę "A outra" ("Ta druga" ;) ). Ja pozwalam pani swobodnie opowiadać, nie mając pojęcia o czym mowa, bo w domu telewizji z zasady nie oglądamy. Mój mąż natomiast niespodziewanie wdaje się z nią w dyskusję, wypytuje, ogląda fontannę, gdzie był serialowy ślub i dom Zé Bento - główne miejsce akcji filmu. Nasza gospodyni jest w siódmym niebie. Ja patrzę na Maćka coraz bardziej rozszerzonymi ze zdziwienia oczami i w końcu, gdy już wychodzimy, wybucham "Nie mów mi, że Ty oglądałeś choć jeden odcinek tego serialu!". On na to: "Oczywiście, że nie, ale przecież one wszystkie są o tym samym". To się nazywa inteligencja emocjonalna. ;)

Hotel & Spa Alfâdega da Fé. Na ścianie w restauracji dumnie wisi wycinek z gazety na temat kręconej tutaj właśnie telenoweli. Nad naszymi głowami krąży orzeł królewski ... albo sęp, zdania były podzielone. Dworek Vale Pradinhos.


Tak dobrze nastroiwszy do nas okoliczną społeczność i doczekawszy się wreszcie otwarcia adegi, zwiedzamy piękny, wiekowy solar (to termin oznaczający stary dom rodzinny, coś w rodzaju naszego dworku), w którym się ona mieści i okoliczne ogrody. Winne imperium zaczął budować w 1913 roku pradziadek obecnej właścicielki. Ten biznesmen z Porto zakochał się na początku XX wieku w tutejszych pejzażach i powoli zaczął wykupywać nieruchomości w okolicy. Dzisiaj w posiadaniu pani Marii Antónii Pinto de Azevedo Mascarenhas (to jest przeciętnej długości imię i nazwisko zwykłego człowieka w Portugalii ;)), oprócz winnic Vale Pradinhos, jest również kilka innych w regionie Douro i Estalagem do Caçador - znany hotel, ponoć mekka myśliwych i portugalskiej socjety. Właścicielka produkuje 2 gatunki wina - czerwone i białe Valle Pradinhos oraz mniej wysublimowane w smaku i tańsze Porta Velha. Firma ma w swoim posiadaniu 32 ha winorośli, z czego 8 ha starych winnych krzewów daje winogrona do produkcji pierwszego z wymienionych przeze mnie trunków.

Wyjeżdżamy jak zwykle z kilkoma zakupionymi butelkami wina, w pobliskim sklepie winiarskim zaopatrujemy się jeszcze w inne mniej znane regionalne gatunki. Właściciele zawsze się dziwią, że nie chcemy kilku skrzynek, rzadko kto przejeżdża taki szmat drogi z Porto dla kilku butelek. Większość ludzi ma swoje ulubione marki, ich się trzymają i zaopatrują jednorazowo w duże ilości. Jak się domyślacie my się do tego typu osób nie zaliczamy ;). Oczywiście mamy swoje preferencje, zasadniczo jednak stawiamy na różnorodność i nowe odkrycia smakowe.

Planalto Mirandes. Przełom rzeki Douro niedaleko miasteczka Miranda. Starówka w Miranda do Douro.

Z Vale Pradinhos jedziemy do miasteczka Mogadouro, z jego ruinami średniowiecznego zamku oraz uroczym i spokojnym centrum. To jest prawdziwy interior - wszystko senne w południowym skwarze, bo słupek rtęci przekracza już 30ºC. Jest takie powiedzenie, że w tym regionie są 3 meses do inferno e 9 meses do inverno, czyli 3 miesiące piekła i 9 miesięcy zimy. No cóż, wilgotna portugalska zima może nie być zbyt przyjemna, no ale tak między nami Polakami - to oni tu o zimie nie mają wielkiego pojęcia. ;)

Prawie każda miejscowość przygraniczna ma swoje legendy o złych Maurach, dręczących ich tutaj w średniowieczu i porywających do swoich haremów chrześcijańskie donzelas (przetłumaczmy to może jako białogłowy), jak również heroiczne historie o odpieraniu ataków chciwych Kastylijczyków. Z Mogadouro wyruszamy nad granicę hiszpańsko-portugalską. Jesteśmy w widłach dwóch rzek: Tormes i Douro, które już za chwilę będzie nosić hiszpańskie miano Duero.

Panorama rzeki Douro widziana od strony Hiszpanii.

Nad nami znowu krążą orły i sępy. Ile razy wyciągamy teleobiektyw, są uprzejme w szybkim tempie znikać z pola widzenia. Cała ta okolica to chroniony przez UNESCO rezerwat Douro International, założony głównie dla ochrony w/w gatunków ptaków i fantastycznego krajobrazu. Rzeka Douro przez ładnych kilkadziesiąt kilometrów stanowi naturalną i kiedyś niewątpliwie trudną do przebycia granicę między dwoma krajami.

Przejeżdżamy na hiszpańską stronę, mijamy kilka, wyglądających na kompletnie odcięte od świata, wioseczek i znowu widzimy skalisty wąwóz rzeki Douro, a nad nią górujące portugalskie miasto Miranda do Douro. Przez wiele wieków miało ono spore znaczenie w okolicy - tuż nad urwiskiem rzeki stała potężna forteca dająca odpór różnej maści najeźdźcom, katedra i siedziba biskupstwa. Aż tu nagle w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach w czasie wojen napoleońskich połowa miasta wyleciała w powietrze. Zginęło wówczas ponad 400 osób, a miasto już nigdy nie wróciło do dawnej świetności. Pozostaje jednak pięknie położone, ma bardzo sympatyczną, choć niewielką, starą dzielnicę, szczyci się dbałością o regionalne tradycje. Mieszkańcy okolic Miranda do Douro mają własny język tzw. mirandês, charakterystyczne regionalne stroje, a nawet odrębny styl w meblarstwie i dekoracji wnętrz.

Centrum miasteczka Miranda.

W miejscowych sklepach poważną część asortymentu stanowią urządzenia do domowej produkcji wina. Mój mąż z dużym zaciekawieniem podziwia niewielkie prasy do winogron i stalowe zbiorniki do fermentacji moszczu. Domowy wyrób wina w naszym wykonaniu musi jednak trochę poczekać, a teraz już niestety trzeba wracać w domowe pielesze do Porto.

19 komentarzy:

  1. Fantastyczny wpis i zdjęcia! Coś pięknego. Już to notuję na wyprawę w przyszłości, przy najbliższej okazji wizyty w Portugalii. O winie też super ciekawe historie, mam na nie straszliwą ochotę.
    Mój Maciek bardzo podobnie zachowuje się, nie mówiąc już o tym, że TV w domu to nie mamy wcale. Jak jest rozmowa na tematy telewizyjne, to przeważnie coś o tym wiemy z prasy na przykład, albo z internetu, albo z nowości radiowych. Mamy co prawda ekran do oglądania filmów, ale nie TV.
    O tym regionie nie słyszałam nigdy i bardzo mnie zafascynował. Zaraz dam Twój wpis do przeczytania Maćkowi.
    Pozdrowienia bardzo serdeczne i podziękowania za takie ciekawe opowieści.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam i z kazdym kolejnym postem coraz bardziej kwitnie we mnie przekonanie, ze w zla strone emigrowalam. Twoja Portugalia wlazla mi za skore rok temu i siedzi, przepycha sie o miejsce z Hiszpania, skuteczna bestia ;) A ta Twoja milosc do niej ladnie upchnieta miedzy wierszami wcale nie pomaga ;) Zeby tak wiecej osob zarazalo miloscia... Dziekuje :-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczęka mi opadła, zdjęcia jak zawsze obłędne!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ pięknie! Przeczytałam jednym tchem wczoraj wieczorem, dzisiaj czytam jeszcze raz:)
    Też uważam, że trafiliście z zamieszkaniem w Portugalii w dziesiątkę! Chociaż w wielu krajach jest pięknie i ciekawie, to jednak nie każdy potrafi to docenić i wychwytywać to, co najlepsze. Na Twoim blogu Agnieszko widzę dowody, że czerpiecie garściami z danych Wam możliwości. Super!

    OdpowiedzUsuń
  5. Niesamowity artykuł i jeszcze lepsze zdjęcia. Zastanawiam się, jak to się stało, że ja tam jeszcze nie byłam?

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze i nabrałem smaku na pieczone mięsiwo i dobre czerwone winko. Dokładnie takie, z prawie zapomnianego zakątka globu a nie jakąś wysoko punktowaną przez "znawców" masówkę. Bardzo ciekawy wpis!

    OdpowiedzUsuń
  7. Słusznie zauważyłaś problem z określeniem po polsku miejsca, gdzie wytłacza się winogrona i robi wino. "Winnica" to teoretycznie miejsce, gdzie winorośl rośnie. Z kolei "winiarnia" to miejsce gdzie wino się produkuje. Oba określenia to jakby trochę za mało, nie do końca to, o czym myślimy.
    Ale cóż się dziwić, w Polsce wino wciąż jest jeszcze napojem mało popularnym, nie mamy w tej mierze zbytnich tradycji, więc i język "drętwy" ;)
    A na zdjęciu chyba jednak orzeł królewski, choć głowy nie dam ;) Zdaje mi się, że sęp płowy (bo ten gatunek występuje w tamtych rejonach) ma krótszy i bardziej rombowaty ogon i bardziej proste skrzydła.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Doroto, no to widzę, że z telewizją jesteście o krok do przodu przed nami. :) My na razie jeszcze mamy TV, ale chyba tylko dlatego, że dają ją w pakiecie z internetem i telefonem. ;)A z tym nieoglądaniem to też się jakoś nie czuję odcięta od świata, nawet z gazet wolę tygodniki i miesięczniki zamiast dzienników, bo te pierwsze lepiej filtrują zbędny szum informacyjny. :)Dziękuję Ci za jak zwykle ciekawy komentarz i również Was serdecznie pozdrawiam.

    Olasz, jak to mówią "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".:) A dla Hiszpanii też zostaw za skórą trochę miejsca, bo bestia również warta grzechu, oj warta.;) Dziękuję Ci za przemiłe słowa i pozdrawiam.

    Beato, dziękuję serdecznie za komentarz.:)

    Kasiac, z wielką przyjemnością przeczytałam Twój komentarz. Zgadza się on z moją "filozofią" życiową, żeby starać się na co dzień i blisko od siebie znajdować ciekawe miejsca, miłych ludzi i drobne przyjemności, a nie tylko od wielkiego dzwonu i koniecznie na drugim końcu świata. Takie miniwyprawy czasem potrafią lepiej naładować baterie niż wyjazd do jakiegoś topowego turystycznego hitu.

    Felluniu, koniecznie musisz to naprawić i wybrać się do Trás-os-Montes. :) Witam Cię serdecznie u mnie na blogu.

    Anonimowy, widzę że mamy podobne gusta - z nas też wielbiciele "niszowych" win. Dziękuję za komentarz.

    Michale, trochę mnie pocieszyłeś, bo już się bałam że mi język na tej emigracji dramatycznie ubożeje. :) A czy winiarnia to też nie miejsce, gdzie wino się pije (tak jak w piwiarni piwo, a w kawiarni kawę)? Rzeczywiście trudno się dziwić, że nie mamy w języku właściwego słowa - masz całkowitą rację, w końcu na obszarze Polski za wiele wina się nie produkowało (chyba jedynie gdzieś na Dolnym Śląsku były jakieś mikrowinnice). Żeby nas pocieszyć dodam za to, że w portugalskim nie ma określenia na szadź i krę.:) Jeden z moich słowników usiłował tę ostatnią opisowo przetłumaczyć na "gelo flutuante" czyli pływający lód. Tak, tak, pływający lód to ja równie dobrze mogę mieć w szklance z drinkiem. ;)
    Dzięki za wyjaśnienia ornitologiczne - mieliśmy za krótka "lufę", żeby ptaszora porządnie uchwycić, a był jednak dość daleko. W tym regionie, w okolicach miasteczka Freixo de Espada à Cinta, jest takie miejsce, gdzie orły królewskie ma się jak na dłoni - latają w samym wąwozie rzeki Douro, a człowiek siedzi sobie na skarpie i podziwia. W tym roku tam nie dojechaliśmy, ale byliśmy kilka lat temu i wrażenie jest niesamowite - szkoda tylko, że to nie bieliki, byłby polski akcent.;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, cieszymy sie straszliwie, ze udalo Wam sie odnalezc polecane przez nas miejsca i ze podobaly sie Wam one podobnie jak i nam. Uwielbiamy "wedrowac" po Portugali (i nie tylko) dzieki Twoim opisom i przecudnym zdjeciom!!!
    Pozdrawiamy serdecznie!!!
    Ula i Luis

    OdpowiedzUsuń
  10. Agnieszko zdjęcia jak zwykle obłędnie piękne! no iten opis - jak ja wam zazdroszczę tych podróży:) tak pięknie opisujesz Wasze wędrówki. Moim takim skrytym marzeniem jest kiedyś pojechać do Portugalii - jak na razie spełnia się ono - wirtualnie tylko dzięki Tobie:) dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Agnieszko przepiekne zdjecia i cudowny artykul.

    Maz sie napalil na Portugalie kilka dni temu (jego kolega z pracy wrocil wlasnie z 2 tyg wczasow i sie zachwycal) i teraz co rusz mowi ze w przyszlym roku polecimy do Portugalii.
    Moj malzonek jest zwolennikiem lezenia na plazy to od czasu do czasu da sie go wyciagnac na zwiedzanie i spacery :)w zwiazku z tym mam nadzieje ze uda sie nam conieco pozwiedzac tego pieknego kraju.

    Odkrywanie okolic w ktorych sie mieszka tez jest cudowne - np wczoraj odkrylismy niesamowicie kreta i niebezpieczna droge (bo waska) z okolic Bray do Dublina i mielismy okazje podziwiac przepiekne wrzosowiska i widoki i pelno slodkich jagniat.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ulu, ja Wam jeszcze raz serdecznie dziękuję, bo miejsca naprawdę warte grzechu i cudownie spokojne, czyli to co misie lubią najbardziej. My również serdecznie pozdrawiamy i mamy nadzieję, że się nam uda zobaczyć po wakacjach.

    Atino, to ja trzymam kciuki żeby się marzenie spełniło "w realu". I bardzo Ci dziękuję za taki miły komentarz, cieszę się, że ta pisanina i pstrykanina czasem kogoś zainteresuje.;) Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Agatko, dziękuję za miłe słowa. Tu na plaży jak najbardziej jest gdzie poleżeć, więc mąż na pewno będzie zadowolony. ;) Proponowałbym tylko przyjechać, o ile to dla was możliwe, poza sezonem, a zwłaszcza unikać sierpnia, kiedy cała Portugalia jest na wakacjach, które tutaj spędza się w zasadzie tylko i wyłącznie na plaży. Czerwiec i wrzesień są zwykle bardzo ładne i ciepłe na południu. My byliśmy kiedyś na Nowy Rok właśnie w Algarve i moje dziecko się kąpało, bo było 24ºC. Jak będziesz potrzebowała jakie info to daj znać.
    Masz rację, że często człowiek blisko siebie odkrywa wspaniałości, my mamy nawet teorię, że w miejscu zamieszkania można zrobić najlepsze zdjęcia, bo może człowiek spokojnie poczekać na odpowiednie warunki i światło.

    My za to do Irlandii się wybieramy jak sójki za morze, a teraz grozi nam, że chyba wcześniej zamkną nam połączenie Ryanair do Dublina niż się wreszcie zbierzemy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dawno tu nie byłam, a takie piękne zdjęcia sie pojawiły. Wybieram się do Portugalii od zeszłego roku i jakoś ciągle mi nie po drodze. W końcu trzeba będzie, przynajmniej tak mówią mi te zdjęcia.

    P.S.
    Bardzo lubie Twoje przepisy

    OdpowiedzUsuń
  14. sarenko, dziekuję za przemiły komentarz. mam nadzieję, że Portugalia dojdzie do skutku. Jak to mówią "Co sie odwlecze, to nie uciecze". ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Agnieszko, zaczynam czytać posty Twoje kategoriami.
    Teraz wina, i coraz bardziej ciągnie mnie na południe Europy.
    Wina, pamiętam najlepsze wino jakie do tej pory piłem, było to wino z rejonu Bordeoux, o tak niesamowicie wyszukanym smaku, ze do dziś za nim po prostu tęsknię.
    Tu, po czytaniu postu, zdjęciach, wrażeniach smakowych wyobrażonych, mam jedna myśl: album kulinarny z fotkami (czy to Maciej robił zdjęcia?) i przepisami, opowieściami.
    Proszę o album, nie małą książkę.
    Masz we mnie kupca
    Tomek!

    OdpowiedzUsuń
  16. Po przeczytaniu posta, mamy jedną trasę na wycieczkę z Porto :)
    Sądzę jednak, że zdecydujemy się na jednodniowy wypad do Vale Pradinhos, ale czy na wszelki wypadek mogę prosić o podanie nazwy hotelu w tej miejscowości lub w pobliżu?
    Wujek Google z takimi niepopularnymi turystycznie miejscami sobie kiepsko radzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hotel: Alfândega da Fé Hotel & Spa
      http://www.spahotelalfandega.com/

      Oferta tego hotelu z wejściem do spa za 49 Euro za pokój do maja:
      http://voucher.sapo.pt/escapadas/detail/9784

      Usuń
  17. Dziękuję bardzo :) Wczoraj korzystałam z przeglądarki z ustawieniami blokującymi zdjęcia i zabrakło podpisów z nawą hotelu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co. :) Życzę pełnego wrażeń pobytu w Porto w i w Trás-os-Montes.

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.