wtorek, września 11, 2012

Paprykowa fiesta w hiszpańskiej Galicji


Festa do Pemento de Hebron
Klasyczny sposób podawania pimientos de Padrón. Tapería w galicyjskim Cambados.

Może ktoś pamięta jeszcze moje plantacje paprykowe z kilku ostatnich lat? W tym roku uprawy zostały powtórzone, już z większym spokojem, spowodowanym chyba pewnym doświadczeniem w powyższej kwestii. Od dwóch lat natomiast pilnuję dat, żeby nam nie przepadło święto papryki w hiszpańskiej Galicji, w małej miejscowości Hebrón.

Jest to papryka bardzo szczególna. Hodowany w Hebrón gatunek szerzej jest znany pod nazwą pimientos de Padrón (Padrón to nieco większe miasto w okolicy i to ono nadało nazwę paprykom). Uprawy jednak tak naprawdę zapoczątkowano we franciszkańskim klasztorze w mniejszej miejscowości Hebrón, dokąd nasiona trafiły w ręce zakonników z Ameryki Środkowej razem z powracającymi stamtąd konkwistadorami. Cecha szczególna tych zielonych i niewielkich papryk to ... nieprzewidywalność. Nigdy nie wiadomo czy trafimy na łagodny czy pikantny egzemplarz. W tym podobno tkwi ich główny urok. ;)

Festa do Pemento de Hebron
 Papryczkowe plony. Hiszpańskie dzieciaki przebrane za pimientos de Padrón.

Pisałam już tutaj o tych pysznych, małych zielonych papryczkach i ich o trudnej do przewidzenia ostrości. Dwa lata temu potraktowałam je jednak niezbyt ortodoksyjnie. Te moje ogrodowe urosły bardzo duże, jak na tę odmianę, i nadawały się do nadziewania, czego Hiszpanie raczej nie robią. Oryginalne papryki z Hebrón są całkiem niewielkie i jada się je w zasadzie zawsze w całości.


Festa do Pemento de Hebron Porcja świeżo usmażonych na oliwie papryczek posypanych jedynie grubą solą, jedzonych w czasie fiesty w Hebrón.

W każdą pierwszą sobotę sierpnia mieszkańcy Hebrón organizują w cienistym parku pod klasztorem franciszkanów wspomnianą fiestę, poświęconą swoim papryczkom. Zaczyna się poważnie - rolnicy prezentują swoje plony, przyjeżdżają całe udekorowane traktory z wozami pełnymi papryk i przyznawane są nagrody dla najlepszych hodowców.

Potem jest coraz bardziej rozrywkowo. Grają mniej lub bardziej ludowe zespoły (te ostatnie z nieodłącznymi gaitas - kobzami, w końcu celtyckie korzenie Galicji zobowiązują), uczestnicy święta zaczynają pląsy. W międzyczasie przechodzimy też do najważniejszego punktu programu - degustacji papryczek.

Festa do Pemento de Hebron
Lokalna grupa muzyczna z nieodłącznymi celtyckimi kobzami.

Tradycyjnie pimientos de Padrón obsmaża się całe (razem z ogonkami i nasionami) do miękkości w gorącej oliwie. Na święcie w Hebrón smaży się je w wielkich kadziach i wyjmuje przy użyciu cedzaków przypominających raczej wielkie chwytaki do ryb. 

Festa do Pemento de HebronPapryczki podane z kukurydzianym pan de milho. Franciszkański klasztor w Hebrón. Kotły smażących się papryk. Nie brakowało i czegoś konkretniejszego.
Wystarczy kupić gliniany talerz z logo fiesty i potem można już do woli opychać się papryczkami, po usmażeniu posypywanymi morską solą i podawanymi z pan de milho - wielkimi kawałami ciężkiego chleba z dodatkiem mąki kukurydzianej, przypominającego bardzo portugalską broa de milho. Do tego jeszcze czarka tutejszego białego vino del pais (trochę kwas, ale co tam - ważne że lokalny) i już świętujemy na całego.

Festa do Pemento de Hebron
Regionalne wino podawane w czarkach. Przygrywający do tańca saksofonista. Kolejne dzieci tym razem jako aniołki, w końcu klasztorne pochodzenie papryk zobowiązuje do religijnych akcentów.

Hiszpanie kochają swoją kuchnię i hołubią regionalne produkty, a Galisyjczycy wręcz słyną ze swojego przywiązania do tradycji i uroczystości tego rodzaju mają co niemiara. Kolejnego dnia na wybrzeżu odbywa się inscenizowana bitwa między Wikingami i Celtami, na którą niestety tym razem nie docieramy. Nic straconego. Za rok będzie kolejna. Opuszczamy Hebrón objedzeni po uszy papryczkami, obiecując sobie wrócić tu znowu w przyszłym roku.

18 komentarzy:

  1. Wspaniałe zdjęcia i opisy. Fajnie byłoby się tam znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się że Galicja się podoba Majanko.

      Usuń
  2. zapragnąłem tam być - dziękuję :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. pozdrawiam i...
    http://old-white-table.blogspot.com/2012/09/sow-kilka-o.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam papryczki de padron, po dlugim czasie tez, zdalam sobie sprawe, ze bardziej lubie Galicje niz sie do tego przyznaje:)
    Bardzo ciekawa relacja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Galicja to niby taki Kopciuszek Hiszpanii, ale ma swój urok. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  5. Wspaniala relacja. Papryczki bardzo kuszace. Chociaz wielu odmian chilli juz probowalam to tych nie mialam okazji. Czy jadlas moze takie smazone papryczki w Indiach? Zastanawiam sie, czy nie sa podobne.

    Przy okazji moze Cie to zainteresuje
    http://zdrowesalatki.blogspot.com/2012/09/saatka-z-czarnej-fasoli.html
    Twoje zdjecie, ukradzione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thiesso, nigdy nie byłam w Indiach i nie miałam okazji próbować tamtejszych smażonych papryczek. Wyobrażam sobie, że muszą być pyszne. Papryczki padrón są bardzo popularne i łatwe do dostania na całym Półwyspie Iberyjskim, ale nie wiem jak jest poza nim. Wbrew pozorom tych pikantnych okazów jest raczej niewiele, większość jest łagodna.

      Dziękuję za czujność, spróbuję zwrócić tej osobie uwagę, zobaczymy z jakim skutkiem. Nie potrafię pojąć po co ludzie coś takiego robią...

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  6. cudowne klimaty, cudownie sie ciebie czyta, cudownie ze mozna byc tu a dzieki twoim zdjeciom jakby tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przemiły komentarz i pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. pimientos de Padrón udało mi się jeść raz, kiedy znajomi przywieźli całą siatkę (było tego z 2 kg) z wycieczki na półwysep Iberyjski. Były rewelacyjne. Ale pewnie na miejscu smakują inaczej, atmosfera i miejsce jedzenia robią swoje:) piękna relacja! pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, to widzę, że miałaś prawdziwą papryczkową ucztę. 2 kg to fura papryk. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  8. Dzisiaj jedliśmy domowe papryki peperoncini przygotowane w identyczny sposób jak padron i.... świetnie się sprawdziły. Polecam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ojjjjaaa właśnie wróciłam z Lanzarote obżarta papryczkami do granic możliwości :) !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak cała Hiszpania je kocha, łącznie z wyspami. A jak tam w parku wulkanicznym, dalej pieką kurczaki na wulkanie?

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.