sobota, sierpnia 04, 2012

"Mały Rzym" w sercu Estremadury

Mérida, Spain
Przedstawienie przed świątynią Diany w czasie w czasie 58 Międzynarodowego Festiwalu Teatru klasycznego w Méridzie.

Od lat mam hopla na punkcie historii starożytnych Rzymian. Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce na temat ich imponująco rozwiniętego państwa. Śledzę losy mniej lub bardziej szalonych cesarzy, szlachetnych zwolenników republiki i dzielnych legionistów. Z tematu "Juliusz Cezar" przy odrobinie chęci mogłabym wziąć udział w "Wielkiej Grze". Mieszkając na Półwyspie Iberyjskim mam też szczęśliwie okazję konfrontować słowo pisane z materialną spuścizną Rzymu, która zachowała się do dziś. W dalekich zachodnich prowincjach, które nie przysparzały stolicy tylu kłopotów co Germania czy Judea, lud się szybko i w miarę bezboleśnie romanizował i przetrwało tu całkiem sporo pamiątek po najbardziej prężnej starożytnej cywilizacji. Jeździmy tu ciągle po rzymskich mostach, jeszcze w końcu XX wieku korzystano ze zbudowanych prawie 2000 lat temu akweduktów, a cała sieć głównych dróg komunikacyjnych na Półwyspie Iberyjskim pokrywa się z tą, którą zaczął wyznaczać Juliusz Cezar w I wieku p.n.e.

Miejscem szczególnie bogatym w pamiątki po Imperium Rzymskim jest Mérida. Mnie ciągnęły do tego miasta, założonego przez cesarza Oktawiana Augusta dla legionistów na emeryturze, przede wszystkim cudownie zachowane mozaiki i najbardziej kompletny na Półwyspie Iberyjskim rzymski teatr.

Wjeżdżamy do miasta od strony Trujillo i nic nie zapowiada ukrytych tam atrakcji. Współczesna panorama dawnej stolicy prowincji Lusitania niczym szczególnym się nie wyróżnia. Mijamy bezpłciowe przedmieścia i gęsto zabudowane centrum. GPS wskazuje, że tuż za rogiem zaczyna się la pequeña Roma (Mały Rzym), a my dalej nic interesującego nie widzimy. Tylko nazwy ulic świadczą o historii tego miejsca: Calle de Legión X, Paseo de Roma, Calle de Octavio Augusto. Nawet już przy wejściu na tereny teatru i amfiteatru widoczny jest jedynie ogród, bo Rzymianie do budowy tych miejsc użyteczności publicznej wykorzystali naturalne zagłębienia terenu. W końcu ukazuje się naszym oczom potężny amfiteatr, rzeczywiście zbudowany w niecce, gdzie walczyli gladiatorzy i dzikie zwierzęta. Ma też fosę, w której inscenizowano bitwy morskie. Zachowały się nawet oznaczenia sektorów - w końcu budował to świetnie zorganizowany naród.

Tuż obok położony jest teatr z piękną kolumnadą za sceną i świetnie zachowaną widownią. I pomyśleć, że do dzisiaj nie wymyślono nic zmyślniejszego architektonicznie do przedstawień i imprez sportowych. Trafiamy na 58 Festiwal Teatru Klasycznego, co jest nie lada gratką. Jednak przygotowania do wieczornych spektakli psują mocno wygląd teatru w ciągu dnia. Nocna inscenizacja "Elektry", którą mamy okazję oglądać w teatrze mającym 2 milenia, rekompensuje nam wszystko i jest niezapomnianym przeżyciem.

Mérida, Spain
Teatr w Méridzie w trakcie festiwalu i mozaika z amorkiem z Casa de Mitreo.

Równie wielką atrakcją jest dla mnie wizyta w Museo Nacional de Arte Romano. Celem architekta Rafaela Monneo Vallés było zaprojektowanie wnętrza w taki sposób, aby jednym rzutem oka można było objąć od razu po wejściu większość najciekawszych eksponatów. Udało mu się to znakomicie. Tak fantastycznie zaprojektowanego nowoczesnego muzeum ze starożytnymi eksponatami, mieszczącego się w dawnym klasztorze, jeszcze nie widziałam.

A skarbów tutaj nie brakuje - dziesiątki marmurowych posągów, kolumn, fryzów  i niemal kompletnie zachowane gigantyczne mozaiki. Biżuteria modniś z czasów wczesnego cesarstwa, ich spinki do włosów, fibule, którymi spinali płaszcze ich mężowie. Setki denarów, aureusów i sestercji. Mosiężne dekoracyjne figurki, gliniane naczynia, z których jedli i szklane czary, do których nalewali wino. Jest tu wszystko - od atrybutów ziemskich uciech, aż do symboli kultów religijnych i powagi śmierci - z nagrobnymi stelami, urnami i sarkofagami (przez jakiś czas w starożytnym Rzymie występowały obok siebie 2 rodzaje pochówku - zmarłych grzebano albo palono). Szlachetne i surowe rysy legionistów w spoczynku i ich cesarza. Pewnym zgrzytem wśród geometrycznych elementów dekoracyjnych na mozaikach są .... swastyki. Wtedy jednak jeszcze nic nie zapowiadało ich ludobójczej nazistowskiej wymowy - były jedynie niewinnym symbolem powodzenia. W podziemiach muzeum widzimy prace archeologiczne w toku. Krok po kroku odkrywane są fundamenty rzymskiego miasta - ściany z freskami, kolumnady świątyń, vias romanas. Udaje mi się nawet zrobić wrażenie na własnym mężu, gdy z daleka, wśród dziesiątków marmurowych popiersi, rozpoznaję to należące do cesarza Augusta. ;)

Mérida, Spain, museum.
Bogactwa Muzeum Sztuki Rzymskiej. Eksponaty znajdują się w dawnym budynku klasztoru. Na zdjęciu denar bity w mennicach Emerita Augusta z wizerunkiem nieistniejącej dziś bramy wjazdowej do miasta i aureus Oktawiana Augusta, pierwszego cesarza Rzymu, który był założycielem miasta. Swastyka często pojawia się na mozaikach jako symbol powodzenia.

Współczesna Mérida leży na ruinach swojej rzymskiej poprzedniczki Emerita Augusta. Wiele nowych budynków budowanych jest jakby na palach - brak fundamentów i betonowe kolumny umożliwiają ciągłość prac architektonicznych. Widać to świetnie wokół świątyni Diany, której piękna klasyczna struktura została zepsuta przez tutejszego XVI-wiecznego wielmożę, który dosłownie w jej wnętrzu wybudował sobie renesansową rezydencję. Od świątyni rzymska droga wiedzie pod kamieniczkami do pobliskiego forum - centrum życia starożytnego miasta. Co krok wśród współczesnych budynków widzimy wydobywane na światło dzienne rzymskie ruiny.

Spotkało mnie jednak w Méridzie jedno rozczarowanie - Casa del Anfiteatro, na której terenie są przecudne mozaiki, m.in. pisa de uva czyli deptania zebranych winogron na wino, była w renowacji. Miałam jednak rekompensatę - zwiedzanie innej rzymskiej posiadłości nazywanej Casa de Mitreo. To niezwykle rozległe domostwo, prawdopodobnie jakiegoś patrycjusza, położone jest tuż przy Plaza de Toros. Freski, mozaiki, cieniste patia, kompleks termalny, a wszystko to na terenie gdzieś tak 2.000 m2. Tak się niektórym żyło za czasów cesarstwa.

Mérida, Spain
Mozaika "Polowanie na dzika".

Hiszpanom pozostały do dziś skłonności zaszczepione przez starożytnych Rzymian. Zamiast walk gladiatorów oklaskują na arenach torreadorów potykających się z bykami. Podstawą ich diety jest chleb, oliwa i wino, dokładnie tak, jak to było 2000 lat temu. Nawet uwielbienie Rzymian dla garum (sosu ze sfermentowanych ryb, którego jednym z ważniejszych producentów była Hispania Baetica) - ma swoje echa w cenionych dziś w Hiszpanii intensywnych w smaku anchois.

Oliwa i wino są w dzisiejszej Estremadurze znakomite. Zwłaszcza w ostatnich latach pojawiło się wielu winemakerów inwestujących w jakość. Nas szczególnie zachwyciły dokonania firmy Habla. Zanim zaczęli produkować wino jej właściciele eksperymentowali z odmianami winorośli, wybierając te, które najlepiej się w tutejszym klimacie udają. Te testy wypadły znakomicie. Piliśmy ich jedno-szczepowe Syrah pod nazwą Habla nº8 i blend Habla del silencio. Oba wina były ponad przeciętną, ale to drugie (o dziwo mimo znacznie niższej ceny) rzuca na kolana.

Mérida, Spain.
Wielokondygnacyjny Acueducto de los Milagros. Rzymscy legioniści do dzisiaj reklamują miasto, ten jest jak wyjęty z komiksów o Asteriksie. Oktawian August jak Pontifex Maximus (główny kapłan). Nasze ulubione wino z Estremadury.

Poza Rzymianami w Méridzie pozostawili po sobie ślad Wizygoci (warto zwiedzić muzeum poświęcone sztuce tego zapomnianego okresu w historii Iberii). Jest też, jak w prawie każdym hiszpańskim mieście, trochę spuścizny Maurów. W zamku Alcabaza arabska architektura przetykana jest gotyckimi łukami.
Od południa ulice Méridy spryskiwane są mgiełką wody, żeby trochę lepiej dało się znieść tutejsze temperatury. Wyjeżdżamy  nieco zgrzani, ale pełni wrażeń. Mam nadzieję, że uda nam się tu jeszcze wrócić.

12 komentarzy:

  1. Ago piękne relacja i zdjęcia! mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam dotrzeć! dla mnie najfajniejszymi eksponatami w muzeach ze sztuka starożytną zawsze była biżuterią, piękna i tak misternej roboty, z chęcią ponosiłabym ja na co dzień!
    ciepło pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa Magdo. Z biżuterią masz absolutną rację. ja uważam, że Rzymianki miały świetny gust w tych sprawach. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Agnieszko mnie również zachwyciła Merida, sam fakt, że mogłam tam być był dla mnie bardzo wzruszający, bo jeszcze w głębokiej podstawówce, wydawała mi się miejscem niezwykłym. Wróciliśmy właśnie z Asturii i Kantabrii, brak mi słów, żeby napisać, jak nam tam było dobrze, ile pięknych miejsc widzieliśmy, ile pyszności próbowaliśmy. Będę o tym opowiadać na blogu zapewne przez okrągły rok:) Wracaliśmy przez Tordesillas, o którym kiedyś pisałaś, niestety nie dane nam było spróbować klasztornych ciasteczek, w dniu świątecznym (15 VIII) siostry zamknęły klasztor dla zwiedzających. Teraz niestety dopadła nas twarda rzeczywistość czyli okrutny kastylijski upał, co roku zastanawiam się, jak zorganizować sobie życie, żeby nie musieć go znosić, niestety prawie trzy wolne od szkoły miesiące trudno jest całkowicie zagospodarować. Odpowiadając na zadane wcześniej przez Ciebie pytanie, u nas sierpień jest miesiącem urlopowym i pod wieloma względami martwym, poczta np. nie działa po południu, nieliczne sklepy otwarte w czasie sjesty, w sierpniu zmieniają zwyczaje. A propos biżuterii, jesienią w Museo Thyssen Bornemisza w Madrycie będzie wystawa Cartiera:) Pozdrawiam serdecznie Ania T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, bardzo ciekawa jestem twoich asturyjsko-kantabryjskich postów. Będę śledzić na bieżąco. Ciasteczek z Tordesillas żal, bo one smkowite bardzo, no i sam sposób kupowania fajny, ale Wy to pewnie macie na co dzień. W PT też niby są tradycje klasztornych słodyczy, tylko że nie da się ich kupić u źródła, bo po siostrach zakonnych słuch prawie zaginął. ;) Po naszych estremadurskich doświadczeniach upału nie zazdroszczę (wcześniej zawsze zazdrościłam i narzekałam na nasze ciągłe 22-25ºC, nie wiedziałam co mówię!, teraz już złego słowa nie szepnę nawet na tutejszy klimat). W takim skwarze naprawdę odechciewa się nawet prostych aktywności... Widzę, że sierpień w całej Iberii jednakowy... totalnie wakacyjny. Co do Merdidy to ja zaraz po powrocie miałam pomysł, żeby tam jechać jeszcze raz, ale Maciej mówi, że człowiek powinien kontrolować swoje obsesje. ;) Może jesienią do Madrytu zawitamy na tego Cartiera, brzmi zachęcająco... U nas za to polecam w Lizbonie cuda Lalique'a u Gulbenkiana. http://www.museu.gulbenkian.pt/nucleos.asp?nuc=a11&lang=pt

      Usuń
    2. Agnieszko, ja też żałuję tych ciasteczek, prawdę mówiąc nigdy nie kupowałam słodyczy w klasztorze, myślę że najbliżej nas możliwe jest to w Toledo. 22-25 stopni brzmi dla mnie jak uosobienie Raju, tak właśnie było na północy Hiszpanii i bardzo za tym tęsknię. Do Lizbony pewnie nie dotrzemy a dla mnie to właśnie było miasto, do którego w zeszłym roku od razu chciałam wrócić. Sporą kolekcję Lalique'a można w Hiszpanii zobaczyć w Salamance we wsponiałym Museo Art Nouveau y Art Déco Casa Lis. W tym samym czasie oprócz Cartiera w Tyssen będzie też Gaugin. Pozdrawiam serdecznie A.

      Usuń
    3. Aniu, dzięki za namiary na to muzeum w Salamance. Byliśmy w tym mieście już 2 razy, bo od nas to właściwie tak jak do Lizbony, ale przyznam się, że do o tym muzeum nie miałam pojęcia. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Aga, lepsze rozwlekłe wywody o Ryzmianach od reklamowania dziwnych rzeczy, pitolenia o kawie i zdjęć z telefonu, ale moim zdaniem martwe blogi lepiej zamykać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że masz takie zdanie, w kwestii Rzymian. ;) Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Agnieszko, na Twoj blog "wpadlam" szukajac przepisu na jablecznik z twarogiem :) Banalne, nie? Ale okazuje sie, ze ja przez ten jablecznik, to sobie wpadlam niczym ta przyslowiowa sliwa! bo najzwyczajniej mi sie tu podoba!
    Moze dlatego, ze najpierw ujelo mnie opowiadanie o polskich truskaweczkach, nieznanych poziomkach i tartach z jablakmi...jakas taka, hmmm...jednosc? no coz, wiem o czym mowisz, bo ja prawie "po sasiedzku" - z kraju tart i tych slynnych "chaussons" ;) no a potem to juz do tych Rzymian przeszlam ;)
    Pozdrawiam parysko. Zostaje!
    Gosia vel Siostra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, bardzo, bardzo dziękuję za ten komentarz i miło mi ogromnie, że Ci się tu u mnie podoba. To prawda - emigracyjne tęsknoty jednoczą. :) Ale u Ciebie poziomki pewnie czasem bywają (widziałam kiedyś na straganie, co prawda to było gdzieś na południu Francji)? Ja stwierdziłam, że kiedyś muszę zrobić inną wyliczankę - czego by mi brakowało, jakbym wróciła do PL. Pewnie też masz taką listę? U mnie ona zaczyna się od tutejszej kawy.:)

      Usuń
    2. Aaaaa! liste mowisz a no mam i nie mam! Ale jak to smiesznie wyglada: mam mowic czego by mi brakowalo "w druga strone", a wpierniczam polskie "kukulki" i "raczki" :))) Alez "cudownie" oklejaja zeby! ;)
      No nie wiem czego by mi brakowalo tak naprawde. Chyba caloksztalt sprawia, ze...Ale cos bym znalazla, niby nic takiego, ale np "coeurs de palmiers" (glupio, bo ja nawet nie wiem jak to sie po polsku nazywa!) albo korniszonki (chociaz kiszone z domu przywoze!). Domyslasz sie, Agnieszko, ze dlugo by o tym pisac/opowiadac, wiec nie bede monopolizowac miejsca ;) Ale niedawno, wlasnie po powrocie z Pl, po rozmowach z kolezankami z roznych zakatkow swiata, otworzylam lodowke, oberwalam calkiem siarczysty policzek zapachu kielbachy! i naszla mnie refleksja: "jeeeeeja! to chyba najciezsza kuchnia Europy!" A sa i tacy, ktorzy nabijajac sie ze mnie, mowia, ze my to nawet lody z kapusty robimy! ;)
      Poki co, kapusta u nas lepsza! o!
      I tym optymistycznym, smakowitym kapusciano-kielbasianym akcentem, pozdrawiam!
      Do nastepnego wiec :)
      Gosia

      Usuń
    3. Gosiu, aż się uśmiecham, gdy czytam co napisałaś. Fakt, że ja do iberyjskich wędlin nie jestem w stanie się w żaden sposób przyzwyczaić (od 12 lat). Przestałam już tłumaczyć na czym polega fenomen kiszonej kapusty czy ogórków, bo patrzą na mnie tu bardzo podejrzliwie. Moja szefowa opowiadała mi z przerażeniem, że jedna nasza wspólna polska znajoma gotowała jakieś danie z kapusty przez 3 dni. A sekretarka przyjechała z przerażającymi rewelacjami z Niemiec, że tam się je kanapki na kolację (które o zgrozo zapija się herbatą) i kiełbasy na Boże Narodzenie. Tu dla odmiany na Boże Narodzenie przez dwa dni je się niezwykle wykwintne danie - suszonego dorsza gotowanego z kapustą i ziemniakami.:) Wracając do tematu to najbardziej bym chyba płakała za tutejszymi serami. Myślę,że większość tutejszych gatunków jest poza PT nie do zdobycia. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.