piątek, sierpnia 19, 2011

Wokół Segowii - czyli co Hiszpanie ukrywają przed turystami

A castle of Pedraza, Spain.
Zamek strzegący średniowiecznego miasteczka Pedraza.

W pobliżu Segowii pełno jest turystycznych perełek, znanych jednak głównie Hiszpanom. Obcokrajowcy koncentrują się zwykle na popularnych atrakcjach, nie zbaczając z utartych turystycznych szlaków, często tracąc okazje na poznanie autentycznej Hiszpanii. Zupełnie przypadkiem trafiamy do Pedraza. Tego średniowiecznego miasteczka położonego na górze o stromych zboczach nie polecają żadne przewodniki. Strzeże go całkiem zgrabny zamek i mury obronne. W obrębie murów czas jakby się zatrzymał. Drgające od upału powietrze, brukowane uliczki, rynek otoczony podcieniami i wieżą ratusza. Co krok małe kościółki i wszystkie okna zastawione doniczkami pelargonii. Uliczki są senne, bo my jak zwykle trafiamy tu w porze siesty.

Pedroza, Spain
Pedraza: wszystkie okna w pelargoniach, herby na każdym rogu i regionalne specjały.

Gdy zbliżamy się do rynku zaczyna narastać gwar. To niezawodny znak na obecność tubylców. Hiszpanie to hałaśliwy naród. Okazuje się, że wszyscy chyba mieszkańcy i przybysze (głównie madrytczycy spędzający tu upalną sobotę) usadowili się w licznych knajpkach, otaczających Plaza Mayor (jak wiadomo każdy główny plac w Hiszpanii nosi nazwę Plaza Mayor lub gdy ich ewentualnie poniesie fantazja Plaza d’España).

Town of Pedraza, Spain
Jeszcze kilka migawek z Pedraza, m.in. moje ulubione hiszpańskie kołatki.

Gdzieniegdzie podjadają tapas, ale jest też wielu amatorów cochinillo na sobotni obiad, czyli pieczonego małego, mlecznego prosięcia. Dania hołubionego w całej Kastylli, będącego też specjalnością regionu Bairrada w Portugalii. Drugi tutejszy rarytas to równie młoda jagnięcina zwana lechazo. My za przykładem miejscowych również siadamy w podcieniach rynku, zamiast całego prosiaka zadowalamy się jednak nieco delikatniejszym solomillo de cerdo ibérico (czyli schabem z iberyjskich czarnych świnek) i sympatycznym deserem, o którym jeszcze za chwilę parę słów.

Town of Pedroza, Spain.
Kościół San Juan w Pedraza.

Kastylia, jak ciasto rodzynkami, poutykana jest bajkowymi wprost pałacami i zamkami. Od ogromnego barokowego kompleksu pałacowego w La Granja de San Ildefonso, zbudowanego przez pierwszych hiszpańskich Burbonów, do obronnych, ale niezwykle fotogenicznych średniowiecznych zamków w Cuéllar i Coca. To ostatnie jest rodzinnym miastem cesarza Teodozjusza Wielkiego, ma tu tablicę pamiątkową i niewielkie popiersie w środku kwietnika.

Cuellar Castle, Spain.
Zamek książąt Alburquerque w Cuellar.

Z Iberii zresztą pochodziło kilku rzymskich imperatorów (m.in. Hadrian i Trajan), więc mieszkańcy się tym swoim ziomkiem, władającym jako ostatni cesarz całym (wschodnim i zachodnim) Imperium Romanum,  specjalnie nie emocjonują. Może to jednak bardziej kwestia upływu czasu niż indyferencji dla tego, który zrobił z chrześcijaństwa religię państwową całej ówczesnej cywilizowanej Europy (i przy okazji kawałka Afryki i Azji).

A town and castle of Coca, Spain.
Pałac Burbonów w La Granja de San Ildefonso. Zamek w Coca i jego detale. Popiersie Teodozjusza również w Coca.

U podnóża zamku w Coca jest też arena, na której odbywają się corridy. Nie wyobrażacie sobie jak wysoki status społeczny mają tu matadorzy, nie wiem czy nie wyższy niż sławni piłkarze. Hiszpanie są niezwykle, jak na obecne czasy, przywiązani do swoich tradycji. Chyba żaden kryzys nie zmieni obyczajów w południowej Europie. W niedzielny poranek w każdej mieścinie kawiarnie szumią gwarem popijających café con leche lub moczących w gęstej aromatycznej czekoladzie swoje churros Hiszpanów. “Aprovecha el día - słyszymy na każdym kroku. To takie iberyjskie carpe diem. I oby ta filozofia życia przetrwała następne tysiąclecia.

Castle of Coca, Spain
 XV-wieczny  Castillo de Coca w chrześcijańsko-muzułmańskim stylu mudéjar.

A na zakończenie parę słów o naszym deserze. Był to bardzo popularny w całej Hiszpanii flan - co oznacza tutaj odmianę francuskiego crème caramel.  Deser na bazie mleka i jajek, zapiekany w piekarniku, ociekający karmelem. W Pedraza odstąpiono nieco od od klasyki i podano nam flan pomarańczowy, co bardzo fajnie i delikatnie przełamało jajeczno-mleczne smaki.

2

Ten deser trzeba lubić. Są tacy- jak mój mąż - co go nie tykają (on tłumaczy, że słodkiej jajecznicy nie jada), są inni - jak mój syn - co gotowi wchłonąć 3 porcje za jednym posiedzeniem. Wszystko to rzecz gustu. Robi się go szybko i bez zbędnych komplikacji. Można go upiec w jednej dużej foremce i kroić na porcje lub tak ja tym razem postąpiłam - przygotować w indywidualnych foremkach. Spróbujcie mojej domowej wersji flan de naranja.

1

Flan de naranja

8-10 foremek do flan lub crème caramel
Karmel:
1/2 szkl cukru
3 łyżki wody

Masa:
5 jajek
2 żółtka
250 ml świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego*
100g cukru
3 łyżki śmietanki kremówki
1 łyżka likieru pomarańczowego Cointreau

Karmel:
Gotujemy w rondelku cukier z wodą aż nabierze miodowo-złotego koloru. Wlewamy gorący karmel do foremek pokrywając nim dno i boki.

Masa:
Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Ubijamy trzepaczką do piany sok pomarańczowy z jajkami, żółtkami, cukrem, śmietanką i likierem. Wlewamy masę do pokrytych karmelem foremek. 
Foremki wstawiamy do dużej formy. Wlewamy do niej wodę, w takiej ilości by sięgała do połowy wysokości foremek. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok. 25-30 min, aż wierzch przestanie być płynny. 
Wyjmujemy z piekarnika i zostawiamy na blacie aż osiągną temperaturę pokojową. Wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Przed podaniem wyjmujemy z foremek.

*Możecie przecedzić sok, żeby nie miał drobinek miąższu, wtedy flan będzie miał gładszą strukturę, ale nie jest to konieczne, to raczej kwestia gustu.

7 komentarzy:

  1. Agnieszko! uwielbiam Twojego bloga! jak zwykle bardzo duzo ciekawego i nowego :)) a to wszystko okraszone pieknymi zdjeciami...mozna sie rozmarzyc...bardzo Ci dziekuje,za to ze jestes :))pozdrawiam cieplutko, Justyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnieszko, cudownie tu u Ciebie. Gorąco, słodko, inteligentnie. Twoje pisanie, zwłaszcza o podróżach, przeplatane ciekawostkami o zwyczajach i kuchni, przypominają mi prozę Herberta. (swoją drogą może czytałaś Barbarzyńcę w ogrodzie?)

    Pozdrawiam Cię serdecznie, będę tu często zaglądać (tak jak już od dłuższego czasu robię )

    Julia

    OdpowiedzUsuń
  3. I znowu piękne zdjęcia, historia i ciekawy, odbiegąjacy od rutyny innych blogow przepis. Dziękuję.
    Kaśka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Po tym jak to tak poleciłaś Pedraza przeżyje pewnie najazd turystów:) Ja należę do obozu wrogów flanu, ale pomarańczowy, kto wie, może by mi smakował?:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam okazję spróbować cochinillo cortado con plato - była to nie tylko uczta, ale i spektakl dla oczu ;)) Zdjęcia przepiękne!

    OdpowiedzUsuń
  6. Agnieszko, spełniasz moje kulinarne marzenia. Flan to dla mni synonim Hiszpanii, flan pomarańczowy to jeszcze oczko wyżej. Koniecznie do zrobienia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak pięknie! :)
    Flan jest pyszny. Kojarzy mi się tylko i wyłącznie z Hiszpanią, jedlismy go tam i robiłam takze w domu :). Właśnie pomarańczowy.
    Pysznie wyglada u Ciebie.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.