czwartek, sierpnia 11, 2011

Segovia - plebejskie śniadanie w cieniu tysiącleci

The last light over the castle of Segovia, Spain.
Alcázar w Segovii o zmierzchu.

Naszym celem jest tym razem Segovia. Położona niedaleko Madrytu w sercu Kastylii i Leon, znana jest głównie z dwóch atrakcji - dwutysiącletniego rzymskiego akweduktu i Alcázar - imponującego zamku położonego na krańcu starej części miasta. Jesteśmy tu nie po raz pierwszy, ale akwedukt zachwyca jak zawsze. Chylić czoła należy przed imperium, które w swojej dalekiej prowincji w I w.n.e. potrafiło wybudować wodociąg ciągnący się na długości prawie kilometra i osiągający w swoim najwyższym punkcie 29 metrów. Wszystko to w dodatku skonstruowano bez krztyny zaprawy murarskiej ani innego spoiwa, jedynie z 25 000 granitowych bloków. W dodatku ten kamień na kamieniu stoi sobie spokojnie od dwóch tysiącleci.

Segovia Roman aqueduct, Spain
Rzymski akwedukt o poranku.

Zapuszczamy się w kręte uliczki starego miasta. Co chwile mijamy stare kościoły i mnóstwo budynków ozdobionych bardzo szczególnym i odzwierciedlającym lokalne gusta wzorzystym tynkiem esgrafiado. Siadamy przy stolikach rozstawionych na szerokich schodach w wąskiej i stromo opadającej w dół uliczce. Miejsce wydawałoby się dziwne, ale jest pełne klientów, bo zapewnia zbawienny cień, co niezwykle ważne w lipcowe popołudnie w sercu Hiszpanii. W dodatku okazuje się, że zdobyło w tym roku pierwszą lokatę w konkursie na najlepsze tapas, o czym dumnie informuje tablica wystawiona przed wejściem.

A taste of Segovia, Spain.
Katedra widziana z wąskich uliczek starego miasta. Tablica przed barem szczycąca się zwycięstwem w konkursie na najlepsze tapas. Piękne stare drzwi w równie starym mieście. Esgrafiado.

Barman krzywi się na naszą prośbę o kieliszek jakiegoś Ribera del Duero, a że z hiszpańskim barmanem nie należy się kłócić, potulnie godzimy się na jego propozycję.  Podaje nam wino z Segowii. Okazuje się, że w Hiszpanii oprócz dużych i słynnych regionów winiarskich istnieje jeszcze mnóstwo małych, mniej znanych, a ciekawych apelacji. Wino, które ląduje na naszym stoliku to również jak w Ribera jednoszczepowe tempranillo. Przyjemne, ale jednak nie dorównuje słynnemu regionowi z sąsiedztwa. Ma mocne, słodkawe, owocowe nuty, brakuje mu jednak przyprawowego balansu. Do wina dostajemy oczywiście tapas. W Hiszpanii po prostu nie wypada pić bez choćby małej przekąski. Trochę chleba, kilka oliwek i migdałów, jakieś małe smażone kiełbaski i patatas bravas. Prawdę mówiąc, można sobie już darować kolację w tym upale.

Segovia castle early morning, Spain.
Alcázar wcześnie rano, w tym ujęciu rzeczywiście trochę przypomina dziób statku.

Przecinając całe stare miasto docieramy do wspomnianej już drugiej atrakcji Segowii - Alcázar. O korzeniach jeszcze arabskich, jak większość fortec w Hiszpanii, do świetności doszedł za Filipa II, który dla swojej austriackiej żony upodobnił go trochę do zamków ze Środkowej Europy. Alcázar wygląda jak z bajki - położony u zbiegu dwóch rzek na stromej skale, oglądany z daleka przypomina dziób statku. Odbudowano go w XIX wieku po pożarze i wtedy podobno dodano mu drażniących nieco gust znawców dekoracji. Dla mnie, architektonicznego laika, to jednak rewelacja - zamek jest fantastyczny, wydaje się być idealnym mieszkaniem dla prawdziwych księżniczek, takich co to się nie wyśpią na ziarnku grochu. Czytam gdzieś, że jego linie mogą wydać się znajome, bo posłużył jako wzór twórcom Disneylandu. Ile razy ja to już słyszałam? Co drugi zamek się tym szczyci. Naprawdę jesteśmy tu w Europie bardzo zapatrzeni w Amerykę, skoro się chwalimy podobieństwem naszej spuścizny do hollywoodzkich symboli. A może to ma jedynie służyć przyciągnięciu amerykańskich turystów? ;)

Segovia castle, early morning.
I jeszcze raz - pierwsze promienie słońca padające na Alcázar.

W cieniu Alcázar stoi sobie inna, mniej znana perełka - kościół Vera Cruz, zbudowany przez templariuszy na początku XIII wieku na planie koła, które to rozwiązanie rycerze wyjątkowo lubili. Do dzisiaj na fasadzie są symbole zakonu. Wzorem dla tej świątyni była jerozolimska Bazylika Grobu Świętego.  Dawniej przechowywano w nim drzazgę z chrystusowego krzyża, stąd nazwa Vera Cruz (hiszp. prawdziwy krzyż).

Vera Cruz Church, Segovia, Spain

Śpimy w Convento de San Antonio El Real, którego część przerobiono na hotel. Tuż przy nim zaczynają się fundamenty akweduktu. Kastylijczycy żyją tak zanurzeni w historii, że wydają się na nią nie zwracać uwagi. Rano obserwuję Hiszpanów przy śniadaniu. Oprócz obowiązkowego café con leche, każdy niesie talerz z wielkimi pajdami grillowanego pszennego chleba. Powszedni hiszpański  chleb jest moim zdaniem jadalny jedynie w postaci tostów. W stanie świeżym to sucha buła, w dodatku z twardą, łamiącą się skórką. Coś w kształcie gigantycznej, bardzo nieudanej i wysuszonej bułki paryskiej. Nie wiem czy ta ostatnia jeszcze istnieje w polskich piekarniach, jakoś nie zwróciłam uwagi przy okazji moich ostatnich wizyt w Gdańsku. To był taki sztandarowy komunistyczny zamiennik bagietki.

2
Zestaw do przygotowania pan con tomate. Pomidory tegoroczne, z naszego ogródka.

Wracając do hiszpańskiego śniadania - każda pajda chleba natarta jest przekrojonym na pół pomidorem i szczodrze polana oliwą. Niektórzy przed pomidorem wcierają w chleb jeszcze ząbek czosnku. Obok chleba na talerzach piętrzą się plasterki jamon, wyglądają jak różowe falbanki, tak cieniutkie, że aż przezroczyste. To jest kastylijska wariacja tego co Katalończycy nazywają pa amb tomàket. Może wydać się dziwne, że w sercu Kastylii piszę o daniu historycznie związanym z Koroną Aragonii. Tu nosi nazwę pan con tomate i jest jedną z niewielu wytrawnych opcji dopuszczalnych na hiszpańskie śniadanie. Danie to opanowało przebojem śniadaniowe stoły całej Hiszpanii od Barcelony, poprzez Madryt, aż do Santiago de Compostella. Rodowód potrawy jest wiejski, choć nie pojawiłaby się na Półwyspie Iberyjskim bez udziału konkwistadorów, którzy razem z nowymi lądami zawojowali też amerykańskie pomidory. To co prezentuję poniżej trudno nazwać przepisem, to raczej hiszpański sposób na chleb z pomidorami. :)

P.S. Ten nieco rozbudowany tekst o pięknej Segovii  ukazał się w sierpniowym numerze "Mojego Gotowania" z 2012 r.

1

Pan con tomate

kilka grubych pajd pszennego chleba
kilka ząbków czosnku przekrojonych wzdłuż na pół
pomidory przekrojone na pół
gruba morska sól lub flor de sal
oliwa extra virgin

Chleb opiekamy w tosterze lub w piekarniku, aż ładnie się zrumieni. Wbijamy widelec w połówkę ząbka czosnku i przekrojoną częścią nacieramy pajdy chleba. Połówki pomidorów wcieramy w chleb, wyrzucając skórkę. Posypujemy solą i polewamy szczodrze oliwą. W/g Hiszpanów zachowanie tej kolejności przygotowania jest niezmiernie ważne.

8 komentarzy:

  1. Agnieszko, akwedukt oglądałam kilka lat temu, ale do tego zamku cudownego nie dotarłam, bo tylko jeden dzień byłam w Segowii. Na mnie też zrobił niesamowite wrażenie...
    Na i po pomidory jadę jutro do mamy:). Zrobimy sobie takie "kanapeczki" zachowując odpowiednią kolejność nacierania...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super opowieść. Sprobuję zrobic sobie takie mini-sniadanko iberyjskie. Dziekuję. Kasia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ja Ci zazdroszczę tych wędrówek po hiszpańskiej ziemi. Kocham Hiszpanię i dziękuję, że chociaż dzięki Twoim zdjęciom mogę się tam na chwilę przenieść.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne zdjęcia i piękna wycieczka. Nigdy w Segowii nie byłam, ale może kiedyś...

    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  5. W Segovii bylem kilka lat temu. Strasznie piękne miasto. Dzieki za odnowienie wspomnień. Pozdrowienia. Piotr.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowicie ciekawa lektura i piękne zdjęcia! Dla mnie szczególnie interesująca, bo jestem absolutną fanką wszystkiego co hiszpańskie, a ostatnio też pisałam o śniadaniu, ale w bardziej ubogim wydaniu- pan con aceite;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ewelajno, prawda, że akwedukt jest imponujący? Musisz koniecznie wrócić do Segovii, bo alcazar też jest niczego sobie.;) Myślę, że plebejskie śniedanie z maminymi pomidorami będzie boskie!

    Kasiu, mam nadzieję, że iberyjskie śniadanko będzie smakowało. Pozdrawiam.

    Ana, dziękuję za miłe słowa. Miło mi, że dzięki temu blogowi wirtualnie podróżujesz do Hiszpanii.

    Doroto, koniecznie tu zawitaj. Miasto ma naprawdę świetne klimaty.

    Piotrze, dziękuję za komentarz i miłe słowa. Zapraszam jak najczęściej do mojego netowego kącika.

    Burczymiwbrzuchu, dziękuję za miłe słowa. Widzę, że więcej wśród nas amatorów prostych śniadań. Pozdrawiam.

    Mamarzyniu, to ja dziękuję za wizytę i zapraszam jak najczęściej.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.