sobota, sierpnia 27, 2011

Jogurtowy tort na zimno z owocami marakui




Moja ostatnia wyprawa na lokalny ekologiczny ryneczek w Parque da Cidade zakończyła się między innymi przytarganiem do domu sporej torby owoców marakui. Piętrzyły się ich stosy u wszystkich sprzedawców tak zachęcająco, że nie mogłam sobie odmówić ich nabycia. Warto kupować marakuje fioletowe, są zwykle bardziej aromatyczne niż ich większe zielono-żółte kuzynki. Nauczyłam się też tutaj, że o dojrzałości i tym samym słodkości owocu świadczy lekko pomarszczona skórka (ale bez przesady - takie całkiem zmarszczone staruszki mogą być już za suche).

Owoc pasji (ta inna nazwa marakui jest podobno umotywowana budową jej pięknych kwiatów - ci z większą fantazją widzą tam narzędzia chrystusowej męki - mi.in. koronę cierniową i gwoździe) przywędrował do Portugalii z Brazylii i jest tu całkiem lubiany. Pnącze męczennicy jadalnej (tak brzmi poprawna nazwa botaniczna rośliny) też sobie nieźle radzi na Półwyspie Iberyjskim. Mi już obrosło całą skarpę w ogródku, ale okazuje się, że mam mniej atrakcyjną odmianę żółtą. Zdziwiłam się, że moja męczennica daje owoce, gdyż cały brazylijski net zgodnie twierdzi, że jej kwiaty zapylane są jedynie przez szczególny gatunek pszczoły o wdzięcznej nazwie mamangaba. Po wnikliwszych poszukiwaniach wykryłam jednak, że ten owad występuje oprócz Brazylii również w Portugalii. Widać tutejsi odkrywcy nowych lądów razem z roślinami przywlekli zza Atlantyku i pszczoły.



Kwiaty męczennicy z naszego ogrodu.

Zadomowiły się też w Portugalii brazylijskie desery z marakują, co jest o tyle dziwne, że owoc jest dość kwaskowaty, a kwaśny smak to nie jest to co portugalskie misie lubią najbardziej. No, ale tutejsze misie kompensują to jak zwykle tonami ... no może nie miodu, ale cukru. ;) Sami Brazylijczycy oprócz deserów, ze sztandarowym mousse de maracujá na czele, uwielbiają sok z marakui, a nawet robią z nią swojego narodowego drinka caipirinhę, zastępując tym owocem bardziej klasyczną limonkę.



Ja dzisiaj wymyśliłam sobie orzeźwiający, kwaskowaty tort na zimno, doskonały na upalne lato. Piekarnik nam do niego niepotrzebny. Spód jest z herbatników, a masa usztywniana żelatyną. Została mi ponad połowa kilogramowego wiadra jogurtu greckiego, więc zutylizowałam go do tortu, dla nadania lżejszej struktury łącząc z bitą śmietaną. Przetarty miąższ marakui poszedł do jogurtowo-śmietankowej masy, wzbogacając ją o egzotyczne nuty. A cała zawartość owocu, z ziarenkami włącznie, dodatkowo zatopiona została w galaretce. 

Tutaj jest do kupienia gotowy przecier z owoców pasji, który na pewno przyspiesza przygotowanie tego typu deserów, ja jednak użyłam owoców świeżych  - bez wątpienia górują smakiem nad tymi z puszki. Mój deser nie jest zbyt słodki, a sama masa jest przyjemnie puszysta. Zapraszam na letni torcik inspirowany brazylijskimi tropikalnymi smakami.




Tort na zimno z owocami marakui

tortownica o średnicy 23-24cm

Spód:
135 g (ok. 20 sztuk) herbatników typu bolacha Maria lub petit beurre
30g (2 łyżki) miękkiego masla

Masa:
650 g jogurtu greckiego
5 fioletowych owoców marakui
1/2 laski wanilii, przeciętej wzdłuż na pół

4 płatki żelatyny
2 łyżki wody
1 łyżka soku z cytryny

150g cukru i 40 g cukru
500ml śmietanki kremówki
1 op. śmietanfixu (opcjonalnie)

Wierzch:
1 op. galaretki o smaku marakui na 500 ml wody
1 fioletowa marakuja

Spód:
Herbatniki miksujemy z masłem. Wykładamy nimi spód tortownicy (ja używam tylko obręczy, którą stawiam od razu na paterze, na której będę podawać tort), wyrównując okruszki najlepiej dnem szklanki.

Masa:
Wybieramy miąższ z 5 owoców marakui i przecieramy go przez sitko. Powstały mus dodajemy do jogurtu razem ze 150g cukru i nasionkami wyskrobanymi z laski wanilii. Dobrze mieszamy masę trzepaczką, tak żeby nie było grudek.

Żelatynę namaczamy w wodzie, żeby zmiękła, odsączamy i na minimalnym ogniu rozpuszczamy w 2 łyżkach wody i w soku cytrynowym. Letnią dodajemy do masy jogurtowej cienkim strumieniem, intensywnie ubijając.

Kremówkę ubijamy z 40 g cukru. Jeśli śmietana nie jest zbyt sztywna można dla bezpieczeństwa dodać 1op. śmietanfixu. Dodajemy ubitą kremówkę do masy jogurtowej i dobrze mieszamy, aż masa będzie jednolita. Wykładamy masę na herbatnikowy spód i wstawiamy do lodówki.

Wierzch:
Galaretkę rozpuszczamy w 375ml wrzącej wody i gdy przestygnie dodajemy do niej miąższ (wraz z pestkami) wyjęty z owocu marakui. Gdy będzie zimna wylewamy ją na nieco już stężałą śmietanowo-jogurtową masę. Zostawiamy tort w lodówce do całkowitego stężenia, najlepiej na całą noc.

poniedziałek, sierpnia 15, 2011

Dżem z ciemnych czereśni i malin z maraschino




Bardzo tu cierpię tu na obczyźnie z braku wiśni. Podobno, jak już przekonała się moja polska koleżanka, nawet sprowadzone z kraju wiśniowe drzewka w tutejszej glebie czy klimacie nie radzą sobie zupełnie. Chodzą słuchy, że lubią się one wymrozić w zimie, o co w Portugalii dość trudno niestety.

Zaspokajam więc mój apetyt na wiśnie ..... czereśniami. Te ostatnie są tutaj bardzo, bardzo smaczne. Duże, soczyste, słodkie. Sezon na nie już się w zasadzie skończył, ale zdążyłam jeszcze jakiś czas temu zrobić troszkę przetworów. Żeby były intensywniejsze w smaku, połączyłam je tym razem z cytrusami i malinami.

Ten dżem jest trochę bardziej pracochłonny niż to zazwyczaj bywa - czereśnie trzeba wydrylować, a maliny przetrzeć, żeby uzyskać z nich mus. Mimo to sądzę, że warto się poświęcić. Smak dżemu jest tego wart. Jeśli macie dostęp do wiśni (aż się trzęsę z zazdrości, bo wiem, że większość z Was szczęściarze w sezonie kupuje te owoce bez żadnych problemów ;) ) możecie oczywiście użyć je zamiast czereśni. Wtedy jednak prawdopodobnie będzie trzeba troszkę zwiększyć ilość cukru.




Dżem z ciemnych czereśni i malin z maraschino

650g ciemnych czereśni (570g wydrylowanych)
650 g malin
sok i skórka okrojona z 1 cytryny
sok i skórka obrana z 1 pomarańczy
1 op. pektyny 3:1 na 1 kg owoców (typu żelfix)
400g cukru
3 łyżki likieru maraschino (lub kirschu czy wiśniówki)

Maliny doprowadzamy do wrzenia na wolnym ogniu (jeśli potrzeba dodajemy odrobinę wody) i gotujemy na małym ogniu przez ok. 10 min. Wlewamy do sitka razem z sokiem i przecieramy do dużego garnka, w którym będziemy smażyli konfitury. 

Dodajemy soki i skórki z cytrusów, a następnie wydrylowane i pokrojone w drobne kawałki czereśnie (można zostawić je w całości lub połówkach, ale wtedy dżem będzie miał tendencję do spadania z kanapek). Wsypujemy pektynę i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy przez ok. 1-2 min i dodajemy cukier. Mieszamy i znowu gotujemy przez ok. 5-10 min (to w zależności od rodzaju pektyny, powinno być to napisane na opakowaniu, w przypadku tego dżemu ze względu na niskopektynowe z natury czereśnie lepiej pogotować trochę dłużej). 

Wyjmujemy skórki z cytrusów. Dodajemy likier, mieszamy i odszumowujemy. 
Gorący dżem przelewamy do wysterylizowanych słoików i pasteryzujemy. Jak zwykle w sprawie metod pasteryzacji proponuję udać się do blogu Beaty, gdzie wszystko jest szczegółowo i jasno wytłumaczone.