sobota, września 25, 2010

San Francisco - Azja na talerzu

Japaneese Gardens San Francisco
Drewniana pagoda w Japanese Tea Garden.

Miał być dziś przepis na chleb z San Francisco, ale eksperymenty w Kuchni nad Atlantykiem jeszcze trwają. Piekę już 3 bochenek z kolei, ale jeszcze mu odrobinę brakuje do ideału. Będzie więc w dzisiejszym wpisie - zamiast chleba - azjatyckie oblicze San Francisco. Jest powszechnie wiadome, że w mieście tym zadomowiła się ogromna populacja przybyszów z Azji. Nie wiem ilu jest ich procentowo (znalazłam informację, że prawie 40% rezydentów miasta urodziło się poza USA), ale kultura Wschodu niewątpliwie odciska swoje piętno w tkance miasta.

W parku przy Washington Square codziennie rano jeszcze we mgle, starsi Chińczycy ćwiczą tai chi. W pobliżu przepięknych japońskich ogrodów można spotkać Japończyków trenujących jakieś bliżej dla mnie niezidentyfikowane sztuki walki. Najsympatyczniejsze jest to, że wśród Azjatów widzi się też gimnastykujących się przedstawicieli innych ras, z wyraźną przyjemnością chłonących egzotyczną kulturę.

W Japanese Tea Garden, założonym w 1894r przez zamożnego marszanda  pana George'a Turnera Marsha i doglądanym aż do 1942r. przez japońską rodzinę Hagiwara, można napić się zielonej herbaty, zjeść zupę miso lub słodkie mochi cake. Nie omieszkujemy oczywiście z tego skorzystać. Herbatę podają nam w czajniczkach ze śmiesznym uchwytem, a pije się ją tradycyjnie z małych czarek. Przyjemnie rozgrzewa w mglisty i wilgotny poranek nad Pacyfikiem. Sweet mochi cake ma prześmieszną konsystencję - gąbczaste, a jednocześnie jakby lekko zakalcowate (jak się domyślacie nasz domowy wielbiciel zakalca był w siódmym niebie), o wyraźnym posmaku ryżowej maki. Herbaciarnia mieści się w niewielkim pawilonie na wolnym powietrzu i można tam ze wszystkich stron podziwiać, jak ujęte w ramy obrazy, dzieła sztuki ogrodniczej.

Japaneese Gardens San Francisco
Sztuki walki w San Francisco w japońskim wydaniu. Największy posąg Buddy na zachodniej Półkuli. Moon Bridge. Zielona herbata z widokiem. Wszystkie zdjęcia zrobione w okolicach Japanese Tea Garden.

Nasz kolejny punkt na azjatyckiej mapie San Francisco to oczywiście Chinatown. Nie możemy go przegapić, bo mieszkamy w hotelu tuż za rogiem. Tętniące życiem, z tłumami turystów, wylewającymi się ze sklepów z dalekowschodnim kiczem, ma swój urok. Przy bliższym poznaniu można też odkryć tam prawdziwe perełki. Jedną z nich są restauracje z autentyczną chińską kuchnią (ach, co za dim sum!), tchnące egzotyką apteki, pełne słoi z ziołami, korzeniami żeń-szenia, czy innymi specyfikami niemożliwymi do rozpoznania dla znających jedynie przyziemną, tabletkowo-ampułkową, zachodnią medycynę. W tych przybytkach można poddać się akupunkturze, akupresurze i w ogóle wymasować od stóp do głów, ze szczególnym wskazaniem na te pierwsze, i wyleczyć ze wszelkich możliwych przypadłości.

China Town SF
Chinatown w pełnej krasie. W pierwszym rzędzie na środku: uliczny grajek (instrumentu nie rozpoznałam, mogę tylko powiedzieć, że był strunowy). Środkowe zdjęcie w środkowym rzędzie - Chińczycy z pasją oddający się jakiejś grze planszowej (takich grupek było w okolicy co najmniej z 15). W dolnym rzędzie z lewej apteka, a z prawej skrupulatnie zawieszony w wielkim słoju okazały korzeń żeń-szenia.

Mimo tego bogactwa orientalnych dziwów, mnie jednak najbardziej zachwyciła odkryta przez mojego męża manufaktura fortune cookies. Pewnie nie jest Wam obcy ten przysmak, który wbrew pozorom jest rodem z San Francisco, a nie jak mogłoby się wydawać i wiele osób jest święcie o tym przekonanych (ja też się do nich zaliczałam ;)), z Dalekiego Wschodu. Pewnie nie raz i nie dwa, jak świat długi i szeroki bywalcy chińskich restauracji pod każdą szerokością geograficzną kosztowali tych chrupiących wafelkowych ciasteczek z wróżbą w środku.

Fabryczka, którą trochę przypadkowo odkrył Maciek, jest absolutnie "klimatyczna". W bocznej uliczce, gdzie można by kręcić filmy sensacyjne o chińskiej mafii, znajduje się zagracona, wąska i długa klitka, w której siedzą 2 czy 3 Chinki, nie mówiące słowa po angielsku (wiemy, bo próbowaliśmy nawiązać konwersację ;)), które ręcznie zawijają papierki z wróżbą w okrągłe wafelki,  piekące się wcześniej w przedziwnej maszynie - taśmociągu. Resztę pomieszczenia zajmują mniejsze lub większe woreczki ze świeżo upieczonymi, gotowymi do sprzedaży fortune cookies. Za dolara wynosimy stamtąd spory woreczek, którego zawartość chrupiemy sobie włócząc się po Chinatown. Wróżby mamy pozytywne, choć jak to w chińskiej filozofii życia - nie mamy co się spodziewać hazardowych sukcesów w Las Vegas, nagroda przyjdzie dopiero po ciężkiej pracy.;)

China Town SF
Fabryczka fortune cookies.

Ostatni już azjatycki akcent to restauracja Slanted Door zlokalizowana w Ferry Building. Nasi niezawodni przyjaciele Dorota i Maciek zdobywają dla nas rezerwację i już możemy się delektować wietnamskimi przysmakami, choć trochę w stylu fusion (np.papryczki jalapeños, a nie azjatyckie chili dodane do klasycznej wietnamskiej zupy). Ale San Francisco to akurat miejsce, które będąc tyglem tylu kultur ma święte prawo do tego stylu w kuchni. Uczymy się więc jeść wietnamską zupę phở bo. To cała ceremonia z zanurzaniem jeszcze surowych, cienkich plastrów wołowiny we wrzącym rosole, doprawianiem zupy piekielnie ostrym sosem sriracha i łagodniejszym śliwkowym oraz posypywaniem kiełkami, tajską bazylia, plasterkami chili  i skrapianiem limonką. Zajadamy pyszne noodles z krewetkami i znakomitego kurczaka w 5 przyprawach i sosie z owoców tamaryndowca.

The Slanted Door, San Francisco
Restauracja Slanted door : z zewnątrz, od strony baru i od kuchni.

Odbywamy też dość niespodziewanie długo odkładaną inicjację w świecie gourmet. Zawsze myślałam, że nadejdzie na to czas w jakiejś francuskiej restauracji, a tu niespodzianka stało się to w wietnamskiej - po raz pierwszy odważamy się spróbować surowych ostryg. Wbrew moim pewnym wcześniejszym obawom, okazują się znakomite - kwintesencja smaku morza, zaostrzona dodatkami w postaci świetnie dobranych sosów i odrobiny sosu z cytryny. Pewnie moje świadectwo mogłoby Wam nie wystarczyć (ja w sumie jestem najodważniejsza kulinarnie z całej rodziny), ale nawet zazwyczaj kręcący nosem na owoce morza Maciek jadł ostrygi z prawdziwą przyjemnością. To zresztą tutejszy lokalny specjał - hodowane są kilka mil od miejsca, gdzie się nimi delektujemy. Gatunki, których próbujemy to beausoleil, coromandel, island creek i marin gem. Przyznam, że jako raczkującą w ostrygowym temacie nie potrafiłam na razie odróżnić, które są które.

Kończę już na dzisiaj opowiastki z Zachodniej Półkuli i mam nadzieje, ze w kolejnym odcinku uda mi się w końcu podzielić z Wami, choćby tylko wirtualnie, San Francisco sourdough bread z własnego pieca.

środa, września 15, 2010

San Francisco - mekka chleba

San Francisco cablecar
Po czym poznać, że jesteśmy San Francisco? Podpowiem, że są dwie prawidłowe odpowiedzi. A może nawet trzy ;)

Neapol ma swoja pizzę, Walencja paellę, a San Francisco swój sourdough bread, czyli chleb na zakwasie. Zakwas to nie byle jaki - to słynny wśród piekarzy San Francisco sourdough starter, pełen cudotwórczych bakterii, występujących szczególnie obficie w rejonie Zatoki San Francisco. Doczekały się one nawet  swojego miejsca w mikrobiologii - noszą miano Lactobacillus sanfranciscensis. Chciałam początkowo napisać - bo żyłam w takim przekonaniu - że te szczególne pałeczki kwasu mlekowego występują jedynie w tym rejonie Zachodniego Wybrzeża, okazuje się jednak, że to nieprawda.  Lactobacillus sanfranciscensis pojawia się w większości hodowanych na świecie zakwasów. Unikalny dla tego obszaru geograficznego i tym samym dla zakwasów tu hodowanych jest raczej ich skład procentowy, stosunek ilości drożdży do bakterii i  dominacja tej bakterii nad innymi szczepami. Te charakterystyczne cechy sourdough są odpowiedzialne za wyjątkowy smak chleba z San Francisco. Nie bez znaczenia są też jak sądzę tradycje wypieku tego typu pieczywa.

W poszukiwaniu najlepszego sourdough bread  udajemy się do mającej długą historię piekarni Boudin na Fischerman's Wharf. Podobno ich zakwas datuje się aż z czasów gorączki złota, gdy w 1849r. pierwszy właściciel burgundczyk Isidore Boudin wykorzystał go do upieczenia chleba. Dzisiaj to wielka firma i chlebowa instytucja w San Francisco. 

Po drodze na miejsce podziwiamy lwy morskie na Pier 39, które wylegują się na specjalnych platformach, robią zadziwiająco dużo hałasu i wdzięcznie pozują dla turystów. W tle widać wyspę Alcatraz z jednym ze słynniejszych w świecie więzień. Można ją oczywiście zwiedzać, co sobie darowujemy. Zwiedzanie więzienia, choćby rezydowali tam hollywoodzkimi filmami rozsławieni kryminaliści jakoś nie mieści się w naszym turystycznym kanonie. Gdyby to było jakieś miejsce martyrologii, to jeszcze bym rozumiała całe zamieszanie, ale płynąć na miejsce, gdzie siedziały zwykłe bandziory....Nawet Al Capone mnie nie wzrusza. To just aspekt amerykańskiej kultury, a może raczej popkultury, bo inspirowany głównie chyba adaptacjami filmowymi, którego jakoś nie potrafię zrozumieć. Można nawet kupić książki na temat Alcatraz z autografami byłych więźniów. 

foki
Downtown. Lwy morskie leniuchujące na Pier 39. Piekarnia Acme Bread w Ferry Building.

Moje chłopaki natomiast ekscytują się łodzią podwodną USS Pampanito zacumowaną w Fisherman's Wharf. To mam zawsze jak w banku, gdzie tylko stoi jakiś okręt wojenny, łódź podwodna, a już nie daj Boże lotniskowiec, oni znikają na jego pokładzie na długie godziny.

Ja tymczasem jednak mam się czym zająć. Wracam do Boudin. Chodzą słuchy, że to z ich pieców po raz pierwszy wyszedł, jak to sami określają, "Original San Francisco Sourdough French Bread". Dziś oprócz piekarni z dużym sklepem i możliwością obserwowania piekarzy przy pracy, jest tam muzeum chleba, spory sklep z lokalnymi smakołykami z północnej Kalifornii oraz kawiarnia i restauracja.

Można zacząć dzień od French toasts albo jajecznicą z kilkoma pokaźnymi pajdami chleba lub wrócić na lunch na kultowy clam chowder, podawany w chlebowej misce (to chyba sztandarowa potrawa okolic Fischerman's Wharf, sprzedają ją tu na każdy rogu). Chyba nie muszę dodawać, że chleb w każdej z tych potraw to San Francisco sourdough bread.

Sourdough bread
Trzy odsłony pysznej gęstej zupy clam chowder podawanej klasycznie w miseczkach z San Francisco sourdough bread. Wszystkie zdjęcia zrobione w okolicach Fischerman's Wharf.

Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu sprzedawczyni w Boudin Bakery  informuje mnie jednak, że od kilku lat już nie mają w sprzedaży sourdough starter, który ja zamierzałam zakupić, zabrać do Portugalii i w mojej kuchni nad Atlantykiem upiec choć jeden w miarę autentyczny bochenek chleba z kulturami bakterii i drożdży z Zachodniego Wybrzeża.  Boję się, że z upływem czasu i tak moje bakterie znad Atlantyku pokonałyby te znad Pacyfiku i opanowały moją hodowlę, ale przynajmniej chciałam spróbować. ;)

Sourdough bread
 Boudin Bakery. Mówią, że to najstarsza piekarnia w San Francisco.Piekarz nacina wzorek na skorupach zakwasowych żółwi. Moje śniadanie w Boudin - French toasts ze świeżymi owocami. Bagietki na zakwasie.

W sukurs przychodzi oczywiście niezawodna Dorota, która przynosi mi w prezencie na nasze kolejne spotkanie wysuszony i sproszkowany autentyczny San Franciscan sourdough starter. Będą więc jednak nad Atlantykiem eksperymenty z Lactobacillus sanfranciscensis przywiezionym prosto z jego ojczyzny (w San Francisco bowiem bakterię zidentyfikowano i nazwano).

Sourdough bread
Tak powstaje chleb w Boudin Bakery. Zwróćcie uwagę na śmieszną maszynę, która wytrząsa kawałki ciasta - wychodzą z niej idealne kuleczki. Okrągłe bochenki dopiero co wyjęte z pieca to właśnie omawiany tu obszernie chlebowy klasyk. A na koniec zakwasowy miś w zbliżeniu.

Dobrych piekarni jest w San Francisco i okolicach zatrzęsienie. My docieramy jeszcze do bardzo znanej ACME Bakery (właściciele rozpoczynali karierę w Chez Panisse, chyba większość liczących się w Bay Area w kulinariach postaci pracowało kiedyś w lub dla tej restauracji; wychodzi na to, że Alice Waters to rzeczywiście matka kalifornijskiej kuchni). Ta piekarnia zapoczątkowała w regionie modę na tzw. artisanal breads. Wybór jest u nich ogromny, aż żałuję, że jesteśmy tu tak krótko i spróbowanie tego wszystkiego jest po prostu fizycznie niemożliwe, nawet w rozłożeniu na 3 degustatorów. :)

Żegnam Was dziś bardzo chrupiąco ;), nawet się nie łudząc, że ta pisanina i fotografie dadzą pojęcie o zapachu i smaku pysznego chleba z miasta Św. Franciszka. 

niedziela, września 12, 2010

Jesienna sałatka prawie jak u Alice Waters

1

Tyle nawypisywałam w poprzednim poście o Alice Waters i jej restauracji w Berkeley, niedaleko San Francisco, że grzechem byłoby nie podać tu jakiegoś przepisu inspirowanego jej daniami. Padło na prostą jesienną sałatkę z książki "Chez Panisse Café Cookbook". Jest ona ilustracją kulinarnych zasad właścicielki Chez Panisse: proste, sezonowe, główne składniki dania, a kwintesencja ich smaku wydobyta przed mądrze dobrane dodatki. Słodkawe buraczki (muszę się pochwalić - moje były z własnego ogródka), gorzkawa cykoria i łagodne awokado tworzą zgodne trio w połączeniu z szalotkowo-cytrusowym sosem vinaigrette.

Wykorzystałam do tej sałatki moje znalezisko z ostatniej wizyty w "oliwnym zagłębiu", jakim z pewnością jest Andaluzja. Nazywa się to cudo Aceite y Naranja, czyli po prostu "oliwa i pomarańcza". Dwa wielkie skarby południa Hiszpanii. Nie wiem w jaki sposób uzyskano ten pachnący oliwny nektar, bo w składzie - równie enigmatycznie jak w nazwie - figurują jedynie słowa: azeite y naranja. Ma delikatny pomarańczowy zapach, łagodzący aromat samej oliwy i świetnie z nią współgrający. Trudno powiedzieć czy oliwa była jakoś macerowana ze skórką pomarańczową, czy z całymi owocami. Jakkolwiek by nie było efekt jest znakomity i przy okazji świetnie mi "podpasował" do dzisiejszej sałatki, w której prawdziwym clue programu jest cytrusowy vinaigrette. Moje  Aceite y Naranja jeszcze zgrabnie podkreśliło dodatek soku i skórek z cytrusów.  Można oczywiście użyć do tego przepisu dobrej jakości oliwy extra virgin zamiast andaluzyjskich wynalazków (to zresztą poleca sama Alice Waters).

2

Odstąpiłam jeszcze od oryginału zastępując chervil (Gosia mi słusznie podpowiada, że to po polsku trybula) zwyczajną pietruszką. To pierwsze, uwielbiane przez francuskich szefów kuchni, ziółko jest chyba jedyną przyprawową rośliną, której smaku nie toleruję. Mam do niego awersję niemal tak wielką jak mój mąż do natki kolendry. Zresztą moim zdaniem to właśnie trybula,  a nie kolendra ma mydlano-anyżkowy zapach i smak.

Zapraszam na prostą, a jednocześnie wykwintną sałatkę na początek jesieni (z tą jesienią to tu u nas coś nie bardzo - od piątku temperatury znowu oscylują wokół 30ºC ;) ).

3
Sałatka już gotowa i jeszcze Golden Gate we mgle ze specjalną dedykacją dla mojej czytelniczki SanFran. :)

Sałatka z buraczkami, awokado i cykorią w szalotkowo-cytrusowym vinaigrette

3 upieczone lub ugotowane buraki lub odpowiednio więcej małych buraczków
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
1 łyżka octu z czerwonego wina
1 i 1/2 łyżki oliwy extra virgin

1 awokado
2 cykorie
gałązki natki  pietruszki

Szalotkowo-cytrusowy vinaigrette: 
1 nieduża szalotka pokrojona w drobną kostkę
2 łyżki octu z białego wina
1 łyżka soku pomarańczowego
1 łyżka soku cytrynowego
1/2 łyżeczki soli morskiej
skórka starta z 1/4 cytryny
1/4 łyżeczki skórki startej z pomarańczy
50 ml oliwy extra virgin
1 łyżka drobno posiekanej natki pietruszki


Buraczki obieramy ze skórki i kroimy w plasterki. Doprawiamy solą i pieprzem i zalewamy octem z czerwonego wina i 1 i 1/2 łyżki oliwy. Odstawiamy do przemacerowania.

Drobno pokrojone szalotki zalewamy octem z białego wina, sokiem cytrynowym i pomarańczowym i doprawiamy solą. Zostawiamy na 15-30 min do przemacerowania. Po tym czasie dodajemy 50 ml oliwy, skórki starte z cytrusów, posiekaną natkę pietruszki i dobrze mieszamy.

Z miąższu awokado wykrajamy kulki (Alice Waters proponuje plasterki).
Na dużym talerzu rozkładamy liście cykorii, na nich buraczki w zalewie i kulki awokado. Polewamy wszystko sosem szalotkowo-cytrusowym i przybieramy natką pietruszki.

wtorek, września 07, 2010

San Francisco - raj dla hedonistów

Alamo Square
Słynny rząd wiktoriańskich domów na Alamo Square nazywanych "Painted Ladies" ("występowały" m.in w serialu "Full House"). W tle nieodłączna w San Francisco mgła zasnuwająca szczyty najwyższych drapaczy chmur.

Już kolejny rok z rzędu spędzamy schyłek lata na Zachodniej Półkuli. Od kilku lat nasze myślenie o planach wakacyjnych wygląda tak: Gdzie by tu pojechać? Najpierw przerzucamy się pomysłami, a potem  znajdujemy coraz więcej "przeciw" niż "za" dla  każdego z potencjalnych kierunków kanikuły . Kończy się ta burza mózgów zawsze tak samo. Znienacka całą trójką dochodzimy do wniosku, że jedyną opcją pozostała niezawodna Ameryka.

Jest coś niezwykłego w podróżowaniu po Stanach. Konglomerat wielkich metropolii, bezdroży amerykańskiej prowincji (a raczej niekończących się, prostych jak strzała i opustoszałych dróg)  i monumentalnej przyrody to mieszanka zaspokajająca w 100% nasze wakacyjne oczekiwania. Gdy już na miejscu wpakujemy wszystkie manatki do miniwana i ruszamy w dal, czujemy się niemal jak w amerykańskich filmach drogi. 

Podróż przez Atlantyk przedłuża nam się w tym roku dość niespodziewanie o 1 dzień, który spędzamy na Azorach na wyspie São Miguel (samolot miał awarię i wylecieliśmy 24 godz. później, wrrr....). Łukasz zaczepia wszystkich tubylców, żeby usłyszeć przezabawny tutejszy portugalski akcent. Potem z właściwą nastoletniemu wiekowi beztroską śmieje się do rozpuku, gdy tamci nie widzą.

W USA tym razem zaczynamy od perły Zachodniego Wybrzeża - miasta św. Franciszka. Od razu muszę się pożalić, że czasu na posmakowanie tego "najbardziej hedonistycznego miasta USA" mieliśmy o wiele za mało. Na szczęście w wyszukiwaniu i wybieraniu miejsc absolutnie koniecznych do zobaczenia służyli nam nieocenioną pomocą nasi przyjaciele Dorota i Maciek, mieszkający od wielu lat w Berkeley i posiadający wręcz nieprzebrane pokłady wiedzy o Kalifornii.

San Francisco wita nas poranną mgłą i temperaturą w okolicach 15ºC. Trochę nas to zaskakuje, bo u nas w Porto takie temperatury panują zimą. Najwyraźniej trzeba było się z tym liczyć, bo już Mark Twain powiedział, ze nigdzie nie przeżył takiej surowej zimy jak lato w San Francisco (niektórzy dowodzą, że  miał na myśli Paryż ;) ).

Nasze pierwsze kroki zaraz po przylocie kierujemy do kultowej restauracji Chez Panisse w pobliskim Berkeley. To jedna ze słynniejszych restauracji w Stanach i z pewnością "the most influential", czyli z największą siłą oddziaływania i potencjałem kreowania kulinarnych trendów. O właścicielce pani Alice Waters pisze się już nawet książki. Nawet ja na moim skromnym blogu nie omieszkałam kiedyś o niej  wspomnieć. Alice Waters zapoczątkowała w latach 80-tych (restauracja powstała w 1971 r) swoistą rewolucję kulinarną, stając się gorącą orędowniczką lokalnych, ekologicznie wyhodowanych i co najważniejsze sezonowych produktów. Można powiedzieć, że ruch seasonal cooking i local farming odmienił kulinarne oblicze Ameryki, a sama Waters stworzyła kuchnię kalifornijską. Przestał być to li i jedynie kraj fast food (choć nie ukrywajmy, że to ostatnie ma się nadal całkiem dobrze). Zaczął się trwający do dzisiaj boom na zakupy na lokalnych targach (farmers markets) w poszukiwaniu ekologicznie uprawianych owoców i warzyw. Wtajemniczeni twierdzą, że to pani Waters stoi za warzywnym ogródkiem założonym w Białym Domu przez Michelle Obamę. Kalifornia, którą czasem nazywa się "narodowym koszykiem owoców" (nation's fruit basket) przypomina klimatycznie basen Morza Śródziemnego, z dostępem do świeżych  warzyw i owoców przed dużą część roku, z czego w restauracji Chez Panisse korzysta się w całej pełni.

San 
Francisco
 Jedna z wizytówek San Francisco - Transamerica Pyramid (najwyższy skyscraper miasta) , a na pierwszym planie kamienica należąca do Francisa Coppoli. Bardzo popularny farmers market przy Ferry Plaza w samym sercu miasta.

Już Epikur mówił "Naprzód spojrzyj, z kim jesz i pijesz, a dopiero potem, co jesz i pijesz." My zastosowaliśmy się do tej rady. Spędzilismy uroczy wieczór w Chez Panisse z naszymi przyjaciółmi. Co do jedzenia to trzeba powiedzieć, że zaskakuje ono .... prostotą. Główny akcent położony jest na jakość i pochodzenie produktów, co niezwykle podkreślane jest już w samej karcie. A jak każdy dobry kucharz wie, gdy mamy znakomite składniki, nie będziemy ich psuć i odbierać im naturalnego smaku skomplikowaną obróbką czy nawałem dodatków i przypraw. Najlepszą ilustaracją tej teorii, czego dowiedziałam się od Doroty, jest deser jaki zaserwowała Alice Waters Billowi Clintonowi. Była to perfect peach - piękna, dojrzała, pachnąca kalifornijska brzoskwinia. 

Chez Panisse to restauracja, gdzie widać wpływy francuskie (w książce "Chez Panisse Café Cookbook" autorka pisze, że czerpie też z tradycji Kampanii i Katalonii), ale tutejsze dania przypominają raczej to, co możemy zjeść na francuskiej prowincji czy wręcz w domowej francuskiej kuchni, a nie u paryskich artystów kulinarnych. W moim odczuciu to nie zarzut, wręcz przeciwnie - raczej komplement. Jednak nie wszyscy tak uważają. Czytając opinie o restauracji często też można spotkać się z krytyką, że w tym przedziale cenowym  ludzie spodziewali się haute cuisine, a dostali proste, niemalże rustykalne dania.

Czym się delektowaliśmy? Na przystawkę ricottą z czereśniowymi pomidorami i bazylią, sałatką z buraków i awokado z imbirem i anyżowym hyzopem. Panowie raczyli się toskańską pomidorówką (czyli pappa al pomodoro). Łukasz zażądał pizzetta z  karczochami i rozmarynem, która okazała się pokaźną pizzą. Na główne danie wybrałam soczystą pierś z kurczaka ze szpinakiem, zielonym groszkiem i shoestring potatoes. Te ostatnie okazały się czymś w rodzaju długich i cieniuteńkich - rzeczywiście jak sznurówki - chipsów czy frytek, zrobionych z ziemniaków w mundurkach. Łukasz z Dorotą zajadali ręcznie robiony makaron z kurkami, tymiankiem i crème fraîche, a dwóch Maćków skusiło się na okonia morskiego z fasolką szparagową, pomidorami, szafranem i sosem aïoli. Do tego piliśmy Sauvignon Blanc i Zinfandel z pobliskiej Napa Valley.

Ja bardzo czekałam na desery, pamiętając, że Alice Waters od zawsze zatrudnia nie tylko świetnych szefów kuchni, ale i znakomitych cukierników. Tu zdobywał pierwsze szlify szeroko dzisiaj znany m. in. dzięki swojemu paryskiemu blogowi i znakomitym książkom o deserach David Lebovitz. Łukasz jadł klasyczny amerykański cobbler z brzoskwiniami i owocami leśnymi w towarzystwie lodów waniliowych. Ja skusiłam się na waniliowy crème anglaise z truskawkami i ciasteczkami ossi dei morti,  a Maciej i Dorota na śliwkowe tarty z kremem z płatkami róży (tarty są zawsze żelaznym punktem deserowego menu).
Chez Panisse restaurant
 Ukryty w zieleni skromny budynek restauracji w stylu Arts and Crafts.  Kilka ujęć z bezpretensjonalnego wnętrza. Jedna z moich najnowszych książkowych zdobyczy. Zinfandel, którym popijaliśmy nasze potrawy.

Dodam jeszcze, że karta zmienia się w Chez Panisse Café codziennie, w zależności od tego co najlepszego wypatrzą kucharze u swoich dostawców. Właścicielka wręcz ich zachęca, żeby tworzyli menu dopiero po powrocie z targu. Restauracja ma u mnie duży plus za obsługę. W przeciwieństwie do kelnerów np. w nowoorleańskiej NOLA u Emerila Lagasse, na których już się tutaj skarżyłam, ci od Alice Waters byli uprzejmi, kompetentni, zawsze pod ręka, ale dyskretni i nienarzucający się. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że właścicielka zaangażowana jest od 1995 r. w projekt Edible Schoolyard w pobliskiej szkole im. Martina Luter'a King'a. Polega on na tym, że dzieciaki same hodują warzywa i owoce, a potem zbierają swoje plony i uczą się je wykorzystywać w prostych i  smacznych, własnoręcznie wykonanych potrawach. Teraz już wiem skąd Jamie Olivier miał inspirację na swoją kampanię Jamie's School Dinners.

Jeszcze parę słów o samym Berkeley. To bardzo sympatyczne, uniwersyteckie miasteczko pełne księgarni (z Half Price Books moi towarzysze podróży musieli mnie wyciągać siłą i nie było im lekko, bo uginałam się od książek ;)), galerii sztuki, małych sklepików i oczywiście dziesiątek restauracji (nie brzmi to dobrze  dla polskiego ucha, ale dzielnicę restauracji nazywa się Gourmet Ghetto).

Tak więc pierwszy wieczór w Bay Area (tak nazywają Amerykanie okolice Zatoki San Francisco)  upłynął  nam w "świątyni" kalifornijskiej kuchni.Okazało się jednak, że czekające nas jeszcze atrakcje wcale tym pierwszym wrażeniom nie ustępowały.