niedziela, marca 28, 2010

Bardzo czosnkowy schab w ziołach

schab1

Dzisiaj  nadal pozostajemy w przedświątecznym nastroju, ale tym razem razem będzie wytrawnie. Chciałam podzielić się z Wami moim przepisem na schab, który gości u nas zarówno na bożonarodzeniowym, jak i wielkanocnym stole już od wielu, wielu lat. Tak jak już kiedyś wspominałam, Święta to właściwie jedyna pora, gdy jestem wierna tradycji, a eksperymenty, na które sobie pozwalam, to głównie udoskonalanie starych przepisów. Zdarzają się oczywiście jakieś nowości, ale są one tylko dodatkiem do klasycznego i obowiązkowego repertuaru. 

To mięso było kiedyś zwykłym schabem szpikowanym czosnkiem, z czasem doszła mu ziołowa skorupka. Ewoluował również sposób obróbki termicznej - moją ulubioną metodą jest od kilku lat pieczenie w rękawie foliowym. Schab  pozostaje wilgotny i soczysty. Właściwie największą sztuka jest znalezienie idealnego dla naszego piekarnika czasu pieczenia. Jedyny sposób to niestety metoda prób i błędów. Zanim doszłam do perfekcji zdarzało mi się rozcinać pieczeń w połowie długości, żeby  sprawdzić czy jest już OK i jeszcze w razie potrzeby dopiekać. Ważne, żeby nie przepiec, bo wtedy żadne rękawy foliowe nie pomogą na mięso suche jak wiór.

Jeszcze tylko uprzedzę, że ten schab jest dla poważnych wielbicieli czosnku. Kto za jego smakiem nie przepada, niech się trzyma od tego mięska z daleka. ;)

schab2

Bardzo czosnkowy schab w ziołach

schab bez kości o wadze ok. 1 -2 kg
1-2 główki czosnku


Pasta do natarcia mięsa:
1/2 łyżeczki suszonej szałwii lub łyżeczka świeżej posiekanej
1/2 łyżeczki suszonej mięty lub łyżeczka świeżej posiekanej
1 łyżeczka suszonego oregano
3 łyżeczki suszonego majeranku
1 łyżeczka
mielonego kminku
1 łyżeczka suszonego cząbru
3 dodatkowe
ząbki czosnku roztarte z 1 łyżeczką soli
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
2 łyżeczki musztardy
2 łyżeczki chrzanu
1 łyżeczka soku z cytryny

1-2 łyżki oliwy do polania mięsa
rękaw do pieczenia lub folia aluminiowa

Ze wszystkich stron ponakłuwać schab ostrym i spiczastym nożem i w nacięcia włożyć ząbki czosnku.
Wymieszać ze sobą wszystkie składniki pasty.
Mięso ze wszystkich stron natrzeć pastą, włożyć do rękawa do pieczenia lub zawinąć w folię aluminiową i zostawić na min. 4 godziny lub na całą noc w lodówce. Przed pieczeniem skropić oliwą
Piec w 180ºC. Czas zależy od wagi kawałka mięsa. Zwykle jest to ok. 45 min na 1kg schabu.

 

środa, marca 24, 2010

Mazurek czekoladowy z bakaliami

Easter Holidays Mazurek

Klasycznych mazurków na kruchym cieście jakoś nikt u nas w domu nie lubi. Głowię się więc zawsze jakby tu zrobić mazurek jak najmniej mazurkowy. ;) Przygotowuję zwykle te dwa, ale w zeszłym roku w poszukiwaniu odmiany obmyśliłam sobie czekoladowy, który dzisiaj Wam prezentuję. Mam zawsze problem z ozdabianiem mazurków, bo jakoś w przedświątecznym zabieganiu brakuje mi weny (no i zdolności artystycznych, ale tych to już mi brak nie tylko przed Świętami, ale permanentnie :) ), poszłam więc na łatwiznę i napełniłam po prostu czekoladą dziurki od wafla, z pomocą rękawa cukierniczego.

Easter Holidays Mazurek

Jak dobrze przemyśleć, to jest to w zasadzie stary dobry blok czekoladowy, który nasze mamy wymyśliły w zamierzchłych już na szczęście czasach, ubogich w czekoladę ( i nie tylko ). Tego mazurka jednak nie można już nazwać ubogim, zwłaszcza ze względu na bogactwo powtykanych do masy przeróżnych bakalii. Zaletą w/g mnie jest duża ilość bogatej w smakowitości, gęstej, czekoladowej masy, zero ciasta, a jedynie 2 cienkie wafle, które pozwalają mazurkowi utrzymać kształt. Może ktoś się skusi na ten przepis na tegoroczną Wielkanoc.

Easter Holidays Mazurek

Mazurek czekoladowy z bakaliami

3 duże wafle
3/4 szkl mleka pełnotłustego
3/4 szkl cukru
250g masła
500g mleka w proszku
3 łyżki ciemnego kakao
2 łyżki nutelli
50g wiórków kokosowych 


ok. 350g bakalii (posiekanych orzechów włoskich, laskowych, migdałów, rodzynek ciemnych i jasnych uprzednio sparzonych i namoczonych w rumie, pokrojonych w paski suszonych śliwek i moreli)

Do dekoracji:
100g białej czekolady

100g czarnej gorzkiej czekolady
2 łyżki masła

6 łyżek słodkiej śmietanki 18%

kilka całych migdałów

Mleko z cukrem doprowadzamy do wrzenia (ten ostatni musi się całkowicie rozpuścić - to ważne!). Dodajemy masło i mieszamy aż się roztopi. Zostawiamy do lekkiego przestudzenia. Mleko w proszku mieszamy z kakao i ucieramy na gładką masę z przestudzonym masłem, mlekiem i cukrem. Dodajemy nutellę, ponownie mieszamy. Teraz wsypujemy kokos i 1 drobno pokruszony wafel, a na koniec dodajemy resztę bakalii i wszystko ze sobą łączymy. Wykładamy masę równomiernie na jeden wafel, przykrywamy drugim. Obciążamy dużą deską do krojenia i stertą książek i pozostawiamy tak najlepiej na całą noc. Następnie przechowujemy w lodówce, owinięty szczelnie w folię aluminiową.

Każdą z czekolad roztapiamy osobno z połową masła i śmietanki w mikrofalówce  (na mocy 180 W przez ok. 1-2 min, potem wyjmujemy, mieszając sprawdzamy czy się roztopiła i jeśli potrzeba wstawiamy jeszcze na chwilę do mikrofali) lub w kąpieli wodnej. Przekładamy czekolady do rękawów cukierniczych i ozdabiamy dowolnie mazurek. W jeszcze miękką czekoladę wciskamy migdały. 




Inne moje wielkanocne przepisy:


niedziela, marca 21, 2010

Zielony sos wiosenny

Easter Holidays Souce

Wielkanoc jakoś dla mnie w tym roku zupełnie niespodziewanie sie zbliżyła. Mam wrażenie, że jeszcze nie zdążyłam odreagować po Bożym Narodzeniu, a tu już znowu trzeba myśleć o przedświątecznym planie działania. 

Dziś, żeby sie wprawić w świąteczny nastrój, pokażę Wam prosty sos, bez którego już od paru ładnych lat nie wyobrażam sobie u nas w domu Wielkanocy. Dzięki pokaźnej ilości świeżej zieleniny ma piękny kolor i jest bardzo wiosenny. Obowiązkowo gości na naszym świątecznym stole jako niezastąpiony dodatek do jajek. Ale jadamy go również z pieczonymi mięsami czy pasztetem. Ja uwielbiam zanurzać w nim rzodkiewki czy kawałki świeżych ogórków.

W Boże Narodzenie kilka dni świątecznego biesiadowania doprowadza do tego, że zaczynam marzyć o jogurcie i sałatkach. Nic takiego nie ma miejsca po Wielkanocy - może właśnie dzięki temu zielonemu sosowi w ślad za którym trafiły na nasz stół świeże warzywa i lżejsze sałatki (choć i nieśmiertelna jarzynowa też musi być ;)).

Zielony sos wiosenny


1 jajko ugotowane na twardo
pęczek natki pietruszki
pęczek szczypiorku
pęczek koperku
pęczek liści aromatycznego czosnku (opcjonalnie) lub kilka liści szpinaku
1 łyżka chrzanu
1 łyżeczka musztardy
3 łyżki majonezu
250ml kwaśnej śmietany  18% lub jogurtu greckiego
sól i pieprz do smaku


Jajko i zioła drobno siekamy (najszybciej jest wrzucić wszystko do małego malaksera i krótko pulsacyjnie zmiksować). Dodajemy musztardę, chrzan, majonez i śmietanę i dobrze mieszamy. Doprawiamy solą i pieprzem. Sos podajemy schłodzony.

środa, marca 17, 2010

Portugalski sernik na zimno

Portuguese Cheesecake

Dochodzą mnie słuchy, że za mało piszę o Portugalii i tutejszych potrawach. Pewnie jest trochę prawdy w powiedzeniu, że nie docenia się tego, co się ma na co dzień. ;) Dzisiaj spróbuję więc się trochę zrehabilitować i zaproponuję Wam bardzo popularny, jak Portugalia długa i szeroka, deser. To, co Portugalczycy robią na bazie musu, kremu czy bitej śmietany jest moim zdaniem o wiele bardziej pociągające niż ich klasyczne ciasta przeładowane cukrem i jajkami.

Do tej kategorii zalicza się też mój dzisiejszy cheesecake. W Portugalii trzeba koniecznie wymawiać "szizkejk", bo inaczej można nie zostać zrozumianym. ;) Bywalcom fast foodów polecam również zamawianie "szizburgera", w skrócie nazywanego "szizz". Ja tu sobie robię z nich śmichy, chichy, a my w Polsce chyba nie jesteśmy lepsi, bo mój syn kiedyś w KFC dowiedział sięod obsługującej, że zamówił "jednego kolesława". Choć z Łukasza to akurat wybitny złośliwiec fonetyczny. Może tak to już jest, jak się ktoś 3 języków nauczył bezwiednie dzieckiem w kolebce będąc, a teraz sobie stroi żarty ze starej matki, każąc jej wyartykułować słowo "ryż" (arroz) po portugalsku, z gardłowym, charkoczącym "r", krórego do końca świata nie wymówię tak jak rodowity Portugalczyk z północy.

Portuguese Cheesecake

Koniec dygresji językowych, wracamy do sernika na zimno. Oprócz lekkiego podpieczenia spodu (co nie jest obowiązkowe, tutaj Portugalki rzadko to robią ), deser ten wymaga tylko pobytu w lodówce. Bardzo tu popularny i powszechnie dostępny w każdej restauracji i kafejce. Chętnie jedzony po posiłku. Długo zadziwiała mnie nazwa tego ciasta, bo co jak co, ale smak sera jest tu tylko bardzo dyskretnie, o ile w ogóle, wyczuwalny. Przez jakiś czas myślałam nawet,  że jest to cheesecake bez cheese. Masa jest jednak bardzo smaczna - puszysta i śmietankowa. Ma w składzie trochę serka philadelphia, słodzone mleko skondensowane i kremówkę. Dwa ostatnie składniki królują w lżejszych portugalskich deserach.

Ponieważ mój Łukasz za tym sernikiem przepada, postanowiłam go zrobić w domu. Dostosowałam przepis do naszych upodobań smakowych - zmieniłam proporcje składników, żeby był mniej słodki (a i tak nadal jest w nim całkiem sporo słodyczy) i zmieniłam polewę. Klasycznie w portugalskim wydaniu masę serowo-smietanową smaruje się dżemem. Zazwyczaj truskawkowym, czasem innym - jeżynowym lub z owoców leśnych. Ja wolę na wierzchu owoce w kisielowatym sosie, w stylu frużeliny. A że jesteśmy jeszcze poza sezonem letnich owoców proponuję użyć jagód w zalewie lub wiśniowego kompotu, zagęszczonych trochę skrobią kukurydzianą (konsystencja jest lepsza i mniej gumowata niż przy zastosowaniu mąki ziemniaczanej). Znakomitym i prostym rozwiązaniem jest też gotowa frużelina lub nadzienie do amerykańskich pies. Ja swoje jagodowe przywiozłam aż z Azorów (dzięki Ci Panie za amerykańską bazę wojskową na wyspie Terceira), bo w kontynentalnej Portugalii jest nie do zdobycia.

Zapraszam wszystkich na portugalski sernik na zimno w mojej nie do końca klasycznej interpretacji.

3

Portugalski sernik na zimno

tortownica o średnicy 25 cm
Spód:
 150 g herbatników typu digestive
30 g (2 łyżki) miękkiego masła
 Masa:
400 g (1 i 1/4 szkl = 310 ml) słodzonego mleka skondensowanego 
200 g kremowego serka typu philadelphia 
600 ml śmietany kremówki 35%
ziarenka wyskrobane z 1/2 laski wanilii
5 listków żelatyny
4 łyżki mleka
Wierzch:
frużelina lub jagody w zalewie
skrobia kukurydziana do zagęszczenia

Spód:
W malakserze miksujemy herbatniki z masłem. Otrzymanymi okruszkami wykładamy dno tortownicy (ja je wcześniej wykładam folią aluminiową). Ubijamy je trochę dnem szklanki i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180ºC na 10 min. Studzimy. Jeżeli ktoś się spieszy może pominąć etap pieczenia i tylko wstawić spód do lodówki.
Masa:
W średniej misce miksujemy mleko skondensowane z serkiem kremowym i wanilią. W dużej misce ubijamy na sztywno śmietanę. Namaczamy w wodzie listki żelatyny, odsączamy je i rozpuszczamy na minimalnym !! ogniu w 4 łyżkach mleka (nie wolno dopuścić do zagotowania). Jeszcze letnią żelatynę cienkim strumieniem wlewamy do ubitej śmietany ciągle miksując. Wlewamy do śmietany masę serowo-mleczną i ubijamy jeszcze chwilę aż utworzą gładką masę. Wykładamy całą masę na przygotowany spód i zostawiamy na całą noc w lodówce do zastygnięcia. 
Wierzch:
Skrobię kukurydzianą rozrabiamy w kilku łyżkach wody. Wlewamy tę miksturę do wrzącego kompotu z owocami. Gotujemy 1-2 min do zgęstnienia, ciągle mieszając. Ilość skrobi zależy od ilości zalewy i oczywiście od tego jak gęstą chcemy mieć polewę. Lepiej rozrobić od razu kilka łyżek proszku i stopniowo dodawać do kompotu.

Sernik wyjmujemy z formy i polewamy na wierzchu owocami z sosem.

niedziela, marca 14, 2010

Moros y Cristianos w Miami

Miami Beach

Gotowałam dziś słynne kubańskie danie moros y cristianos i przypomniałam sobie, że o zgrozo nie dokończyłam relacji z naszych letnich wakacji na Południu USA. Było o Cape Canaveral, było o Luizjanie, a zapomniałam wspomnieć o największej metropolii Florydy - Miami. Byliśmy tam już po raz trzeci, bo zwykle zmuszają nas do tego połączenia lotnicze z Madrytu. Na pierwszy rzut oka Miami jest jak każde inne wielkie amerykańskie miasto, jednak ma swoje cechy szczególne. Pierwszą jest klimat - wilgotny, tropikalny, przez okrągły rok gorący (obserwuję od dłuższego czasu tamtejsze temperatury na google i właściwie przez większość czasu jest tam 25-30ºC). Ja ciepło lubię i świetnie je znoszę, tak że nigdy się tam nie skarżę, że jest za gorąco.

Miami Beach

Druga cecha wyróżniająca Miami to ogromna ilość latynoskich emigrantów. Zwłaszcza Kubańczyków jest tu zatrzęsienie, a hiszpański staje się bardzo szybko językiem równorzędnym z angielskim. W sklepach bardzo często sprzedawcy pytają czy chcemy mówić po angielsku czy po hiszpańsku.

My przed odlotem do domu zatrzymaliśmy się na okrzyczanej Miami Beach. Nasz hotel na Ocean Drive, niby w stylu art deco, mocno nas rozczarował, za to mieliśmy niezłą uciechę obserwując czarnoskórych Amerykanów i ich dziewczyny. Panowie byli jakby żywcem wyjęci z gangsterskich filmów - rapujący, w wielkich podkoszulkach, z grubymi łańcuchami na szyjach, a panie obwieszone złotem wręcz do niemożliwości, w satynowych topach obszywanych cekinami i fikuśnych szortach.

Miami Beach

Wracając do Kubańczyków, to oczywiście przeszczepili na amerykański grunt swoją kuchnię. Mieliśmy możliwość skosztować przysmaków z ukochanej wyspy Hemingwaya w bardzo ciekawym miejscu. Jeszcze przed odlotem znajomy Kubańczyk, który kiedyś pracował z Maciejem, polecił nam restaurację swojego przyjaciela. Francisco Cespedes , skończył na Kubie medycynę, w USA nie pracuje jednak w wyuczonym zawodzie. Jest muzykiem i właścicielem clubu i restauracji El Clique, cieszących się sporym powodzeniem wśród amerykańskich Kubańczyków. Przy akompaniamencie kubańskiej muzyki serwuje się tam autentyczne potrawy z ich ojczyzny.

Christians and Moors

Tam właśnie po raz pierwszy próbowałam Moros y Cristianos, czyli "Maurów i chrześcijan", potrawy mającej swoje korzenie jeszcze w Hiszpanii czasów rekonkwisty. Danie jest połączeniem czarnej fasoli i białego ryżu (ten kolorystyczny kontrast był źródłem nazwy, fasola reprezentuje Maurów a ryż chrześcijan), z dodatkiem sofrito, czyli podsmażonych warzyw, w tym wypadku głównie cebuli, czosnku i papryki.

Christians and Moors

Hiszpanie przeszczepili to proste danie na grunt skolonizowanej Kuby, nazywanej jeszcze wtedy Isla Juana (od Juana, księcia Asturii ). Do dzisiaj w okolicach Walencji odbywają się w wielu miejscowościach festiwale pod nazwą "Moros y Cristinanos", upamiętaniające zmagania z czasów rekonkwisty. Najsłynniejszy ma miejsce w Alcoy w dzień Św. Jerzego, patrona chrześcijańskiego rycerstwa.


Christians and Moors

Wersji dania "Moros y Cristianos" jest jak na popularną potrawę przystało bardzo wiele. Ja oczywiście musiałam do przepisu dodać swoje 3 grosze. W tym wypadku jest to dużo większa niż w oryginale ilość papryki, w dodatku mieszanki zielonej i czerwonej, a nie jak tradycyjnie powinno być tylko zielonej. Jak widać na załączonych zdjęciach oprócz Maurów i chrześcijan są u mnie chyba jeszcze Indianie.;)

Potrawa jest bardzo smaczna, na Kubie i w Miami jedzona często jako dodatek do ropa vieja ( co można by przetłumaczyć na urokliwe "stara szmata"; jest to sztandarowe kubańskie danie z gotowanej wołowiny, jak się nazywa tak wygląda, ale zapewniam, że jest pyszne).

Moros y Cristianos

1 łyżka oliwy
1 duża cebula, pokrojona w kostkę
1/2 czerwonej papryki, pokrojonej w kostkę
1/2 zielonej papryki pokrojonej w kostkę
2 ząbki czosnku, przecisnięte przez praskę
1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki oregano
2 goździki utłuczone w moździerzu na pył
szczypta pieprzu cayenne
1 liść laurowy

1 i 1/2 szkl wody
1 i 1/2 szkl ugotowanej czarnej fasoli*
3/4 szkl długoziarnistego białego ryżu
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
pietruszka do przybrania potrawy

Na rozgrzanej oliwie szklimy cebulę i paryki. Pod koniec smażenia dodajemy czosnek i wszystkie przyprawy. Wlewamy wodę, wrzucamy ryż i fasolę. Solimy i pieprzymy do smaku. Doprowadzamy do wrzenia i na małym ogniu gotujemy pod przykryciem, nie mieszając, aż ryż będzie miękki i potrawa wchłonie wodę (w zalezności od gatunku ryżu jest to zwykle ok. 15-25 min). Podajemy potrawę przybraną natką pietruszki.

* można użyć fasoli z puszki, ale ja polecam ugotować ją samemu, w/g poniższego przepisu. ja zwykle podwajam porcję i resztę wykorzystuję do innych dań lub mrożę na później.

Gotowana czarna fasola

3/4 szkl (ok. 130 g) suchej czarnej fasoli, namoczonej przez 12 godz
1/2 cebuli
2 goździki
liść laurowy
1/2 łyżeczki suszonego oregano 
5 ziarenek pieprzu
50 g wędzonej szynki, pokrojonej w kostkę
 sól do smaku

Opłukaną fasolę zalewamy wodą (powinna sięgać z 6 cm powyżej poziomu fasoli). Doprowadzamy do wrzenia, gotujemy przez 10 min i wylewamy całą wodę. Ponownie zalewamy fasolę wodą i dodajemy wszystkie przyprawy oprócz soli i szynkę. Po doprowadzeniu do wrzenia na malutkim ogniu i pod przykryciem gotujemy do miękkości. 15 min przed końcem gotowania solimy do smaku. 
Ja gotuję na minimalnym ogniu w żeliwnym garnku, żeby mieć pewność, że fasola się nie rozpadnie i zajmuje mi to ok. 2 godz.

środa, marca 10, 2010

Sezamowe ciasteczka szczęścia

1udereniowe

Mam kilka przepisów, które całe wieki temu podałam na forum CinCin i cieszą się tam one sporą popularnością. Nie wiem, jak to się stało, ale wielu z nich nie ma tutaj na blogu. Postanowiłam to zmienić. Dzisiaj mój mały CinCin-owy hit, lubiane przez wiele osób sezamowe ciasteczka szczęścia, które dorobiły się już wielu wersji i udoskonaleń, proponowanych przez niezawodnych forumowiczów. Dziewczyny z CinCin swoimi pięknymi zdjęciami przypomniały mi, że strasznie dawno nie piekłam tych ciasteczek, a nieskromnie muszę stwierdzić, że są to jedne z najsmaczniejszych "małych co nieco" wychodzących z mojego piekarnika.

3

Podobno ziarno sezamowe jest w Afryce symbolem powodzenia, stąd nazwa ciasteczek. Trudno mi powiedzieć jakie jest natężenie tego szczęścia, ale gwarantuję przynajmniej jego minimalny czas trwania - równy czasowi chrupania tych sezamowym przysmaków. ;) Przyznam, że to są chyba najbardziej lubiane ciasteczka w naszym domu. Od czasu gdy je piekę mój mąż daje im pierwszeństwo przed sezamkami, od których był wręcz uzależniony. Tu zresztą sezamki można zdobyć jedynie w sklepach .... z produktami dietetycznymi. ;) Portugalskie pojęcie o zdrowej żywności do dzisiaj  nie przestaje mnie zastanawiać .... 

Tutaj podaję wersję prawie klasyczną, z odrobinę zmniejszoną ilością cukru i 2 rodzajami sezamu. Sezamowe ciasteczka szczęścia są naprawdę wyśmienite, pysznie chrupiące, otoczone sezamową skorupką.

Życzę smacznego wszystkim ciasteczkowym potworom ! 

2

Sezamowe ciasteczka szczęścia

ilość: 40 szt (2 duże blaszki do pieczenia)

100 g  (2/3 szkl) sezamu, można dać mieszankę jasnego i czarnego
100 g masła
 
70 g  (1/3 szkl) białego cukru 
85 g (1/2 szkl) jasnego brązowego cukru
1 duże jajko
1 opakowanie cukru waniliowego
 
170 g (1 i 1/4 szkl) mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki cynamonu

Uprażyć na suchej patelni sezam (ok. 5 min na niedużym ogniu, czekamy aż sezam zacznie lekko pachnieć, nie ma potrzeby go rumienić). Utrzeć masło z 2 rodzajami cukru i cukrem waniliowym. Dodać jajko. Wymieszać mąkę z proszkiem, solą oraz cynamonem i stopniowo dodawać do ciasta nadal ucierając. Na koniec wmieszać do ciasta połowę uprażonego sezamu. Wstawić je na minimum 1 godz. do lodówki. 

Nagrzać piekarnik do 190ºC. Ciasto wyjąć z lodówki i formować z niego kulki o średnicy ok. 3cm (można nabierać ciasto łyżeczką, ale najwygodniej jest użyć małej gałkownicy do lodów o średnicy 3 cm, a potem toczyć kulki w dłoniach). Każdą kulkę obtaczać w pozostałym sezamie, kłaść na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i lekko rozpłaszczać dłonią na kształt talarka. Układać na blaszkach, zachowując dość duże odstępy miedzy ciasteczkami - maksimum 20 kulek na dużą blaszkę od piekarnika.

Piec ok. 10-15 min, aż będą złote ( złote !, a nie brązowe, nie wolno ich zbytnio przepiec, im dłuższy czas pieczenia tym ciasteczka będą bardziej chrupiące, ja najbardziej lubię 11-12 minutowe ;), no ale to oczywiście zależy od piekarnika). Zdejmować z papieru do pieczenia dopiero po ostygnięciu.

niedziela, marca 07, 2010

Gołąbki w sosie pomidorowym

1


Mam zawsze wątpliwości, czy warto na blogu publikować klasyczne przepisy kuchni polskiej. W końcu moi czytelnicy je z pewnością doskonale znają. Ba, sądzę nawet, że mają swoje ulubione ich wersje i metody przygotowania, często przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie zachwycę więc, ani nie zaskoczę nikogo tym co może mieć, być może  w lepszej wersji u siebie w domu na codzień. Kusi mnie jednak, żeby podzielić się z Wami naszą domową klasyką, a może i porównać ją z Waszymi wersjami przepisu lub jego udoskonaleniami. Jest jeszcze jeden powód, dla którego niewiele piszę o kuchni polskiej. Taki mianowicie, że nasze potrawy, choć niezwykle smaczne często są fotograficznym wyzwaniem. O ileż łatwiej fotografować pełną jaskrawych kolorów kuchnię włoską niż nasze szarobure pyzy i bigosy.

Dziś więc moja wypracowana przez lata domowa wersja gołąbków. Klasyczny przepis z kuchni polskiej jest inny, trochę inaczej również robiło się je w moim rodzinnym domu. Te gołąbki jednak najlepiej odpowiadają naszym gustom. Podobnie robię również nadziewaną paprykę. Bardzo ważny jest sos, dodający gołąbkom wyrazistości, przyjemnie kontrastujący z ich łagodnym smakiem.

Polish golabki

Gołąbki w sosie pomidorowym

2 duże główki kapusty (dla urozmaicenia może być 1 biała i 1 włoska)

500 g mielonego mięsa wieprzowego
500 g mielonego mięsa wołowego
oliwa do smażenia
2 duże cebule pokrojone w drobną kostkę
3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
sól i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku
1 łyżeczka suszonego cząbru
1 łyżeczka suszonego majeranku
250g ugotowanego na półtwardo ryżu
2 jajka
pęczek pietruszki drobno posiekany

750 ml bulionu mięsno-warzywnego

Sos pomidorowy:
oliwa do smażenia
1 cebula pokrojona w drobną kostkę
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
2 utarte marchewki
1 utarta pietruszka
1/2 bulwy kopru włoskiego drobno posiekanego
500ml przecieru pomidorowego
1/2 szkl czerwonego wina
1/2 łyżeczki bazylii
sól i pieprz do smaku


Obgotowujemy liście kapusty, aż lekko zmiękną. Ostrożnie ścinamy grubsze nerwy z liści.

Cebulę szklimy na oliwie, na koniec dodajemy do niej czosnek. W dużej misce łączymy ze sobą wszystkie składniki nadzienia i dokładnie je wyrabiamy. Nakładamy nadzienie na liście kapusty, pozostawiając trochę mniejszych liści do przykrycia gołąbków.

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC (ponieważ przy tej ilości gołąbków używam zwykłe 2 naczyń do zapiekania najczęściej włączam termoobieg na 160-170ºC). W żeliwnym dużym garnku lub dużym naczyniu żaroodpornym układamy dość ściśle gołąbki (maksymalnie w 3 warstwach), nakrywając je pozostałymi liśćmi kapusty. Zalewamy je wrzącym bulionem i wkładamy do piekarnika. Pieczemy przez ok. 1-1 i 1/2 godz, gdyby wierzch się zbytnio rumienił przykrywamy naczynie przykrywką lub folią aluminiową.

Sos:
Szklimy cebulę na oliwie, gdy zmięknie dodajemy marchewkę, pietruszkę i koper, a na koniec czosnek. Wlewamy wino i przecier i gotujemy na małym ogniu pod przykryciem przez ok. 20-30 min. Doprawiamy bazylią, solą i pieprzem.

Podajemy gołąbki gorące z dodatkiem sosu pomidorowego i z gotowanymi ziemniakami posypanymi natką pietruszki.


środa, marca 03, 2010

Ciasto z batonikami Daim i białą czekoladą

Daim white choc cake

To ciasto przeszło bardzo długą drogę i ewolucję. Boję się, że oryginał i mój dzisiejszy przepis mają ze sobą już niewiele wspólnego. :) Najpierw pani Lisa Yockelson's wydała książkę Baking by Flavor, w której zamieściła przepis na Buttercrunch almond tea cake. Ciasto zawierało w sobie kawałki amerykańskich batoników Heath. Przepis wykorzystała duńska blogerka Zarah Maria, która wpadła na pomysł wykorzystania łatwo dostępnych w Skandynawii karmelowo-czekoladowych batoników Daim zamiast tych amerykańskich. Potem Clotilde Dusoulier, autorka słynnego bloga Chocolate and Zucchini zmodyfikowała je jeszcze na swoją modłę.

A teraz przyszła kolej na moje zmiany. ;) Pozostaję przy Daim'sach, bowiem w Portugalii, jak i zapewne w Polsce, łatwo je kupić. Wystarczy przy okazji jakichś sprawunków w Ikei zaopatrzyć się w paczkę batonów. Potem aż do czasu pieczenia ciasta należy je głęboko schować przed domownikami, a i samemu dobrze by było chwilowo wyrzucić z pamięci ich miejsce pobytu. ;) U mnie to się nie do końca udało. Z tego powodu musiałam uzupełnić w cieście brakujące batoniki białą czekoladą. Zmniejszyłam też ilość proszku do pieczenia i soli (jak na mój gust w amerykańskich przepisach jest ich obu zawsze zbyt wiele). Zwiększyłam ilość migdałów, zmieniłam proporcje cukru. No właściwie chyba tylko nie zmieniałam ilości mąki. :)

Daim

Wyobraźcie sobie, że ciasto wytrzymało te wszystkie wariacje na temat i ciągle jest pyszne. Pierwsze wrażenie to jego przyjemna wilgotność i wspaniały maślany smak. Potem trafiamy gdzieniegdzie na czekoladowe, miejscami chrupiące kawałeczki, z odrobiną ciągnącego się jak toffi karmelu. Mam wrażenie, że w ciecie batoniki są nawet lepsze niż jedzone normalnie (jak na mój gust są one nieco zbyt twarde). Pewnym sprytem trzeba się jednak wykazać, żeby kawałki batonika rozłożyły się w cieście w miarę równomiernie (mają bowiem złośliwa tendencję do opadania na dno). Przede wszystkim mieszamy kawałki Daims'ów z łyżką mąki przed dodaniem do masy. Poza tym ja na samo dno foremki dałam kilka łyżek ciasta bez dodatków, a dopiero resztę wymieszałam z batonikami. 

Zapraszam wszystkich na smakowite batonikowo-czekoladowe ciacho.

Jeszcze mała uwaga dla tych, którzy nie mają akurat pod ręką Daim'ów: myślę, że można je zastąpić mleczną czekoladą, krówkami i odrobiną bardzo drobno posiekanych migdałów. Jest możliwość, że z tymi dodatkami ciasto będzie nawet lepsze niż to w oryginale. :) Przychodzi mi jeszcze do głowy, że w Ikei są takie czekoladowe mleczne pastylki firmy Marabou (kocham ich mleczną czekoladę) właśnie z kawałkami Daim'ów. Myślę, że pokrojone w mniejsze kawałki też by się genialnie nadawały do tego ciasta.

Daim white choc cake


Ciasto z batonikami Daim i białą czekoladą
 
2 keksówki

360 g mąki
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
200 g batoników Daim, posiekanych na kawałki
100 g białej czekolady pokrojonej w małą kostkę
30 g zmielonych migdałów
220g miękkiego masła
170g białego cukru
100g jasnego brązowego cukru
4 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
250 ml jogurtu naturalnego

Nagrzać piekarnik do 180ºC.
Przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia, sodą, gałką muszkatołową i solą. Następnie wymieszać ze zmielonymi migdałami. Posiekaną czekoladę i batoniki oprószyć 1 łyżką mącznej mieszanki.
Masło zmiksować z dwoma rodzajami cukru. Dodawać pojedynczo jajka i ekstrakt waniliowy, nie przerywając miksowania.
Na koniec na niskich obrotach miksera stopniowo dodawać mąkę z dodatkami na zmianę z jogurtem. Miksować do dobrego połączenia składników (niezbyt długo). Dodać czekoladę i batoniki i wymieszać szpatułka do ciasta lub drewnianą łyżką.

Nałożyć ciasto do keksówki i piec przez ok. 55-60min, aż wierzch się zezłoci, a patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy.