wtorek, września 07, 2010

San Francisco - raj dla hedonistów

Alamo Square
Słynny rząd wiktoriańskich domów na Alamo Square nazywanych "Painted Ladies" ("występowały" m.in w serialu "Full House"). W tle nieodłączna w San Francisco mgła zasnuwająca szczyty najwyższych drapaczy chmur.

Już kolejny rok z rzędu spędzamy schyłek lata na Zachodniej Półkuli. Od kilku lat nasze myślenie o planach wakacyjnych wygląda tak: Gdzie by tu pojechać? Najpierw przerzucamy się pomysłami, a potem  znajdujemy coraz więcej "przeciw" niż "za" dla  każdego z potencjalnych kierunków kanikuły . Kończy się ta burza mózgów zawsze tak samo. Znienacka całą trójką dochodzimy do wniosku, że jedyną opcją pozostała niezawodna Ameryka.

Jest coś niezwykłego w podróżowaniu po Stanach. Konglomerat wielkich metropolii, bezdroży amerykańskiej prowincji (a raczej niekończących się, prostych jak strzała i opustoszałych dróg)  i monumentalnej przyrody to mieszanka zaspokajająca w 100% nasze wakacyjne oczekiwania. Gdy już na miejscu wpakujemy wszystkie manatki do miniwana i ruszamy w dal, czujemy się niemal jak w amerykańskich filmach drogi. 

Podróż przez Atlantyk przedłuża nam się w tym roku dość niespodziewanie o 1 dzień, który spędzamy na Azorach na wyspie São Miguel (samolot miał awarię i wylecieliśmy 24 godz. później, wrrr....). Łukasz zaczepia wszystkich tubylców, żeby usłyszeć przezabawny tutejszy portugalski akcent. Potem z właściwą nastoletniemu wiekowi beztroską śmieje się do rozpuku, gdy tamci nie widzą.

W USA tym razem zaczynamy od perły Zachodniego Wybrzeża - miasta św. Franciszka. Od razu muszę się pożalić, że czasu na posmakowanie tego "najbardziej hedonistycznego miasta USA" mieliśmy o wiele za mało. Na szczęście w wyszukiwaniu i wybieraniu miejsc absolutnie koniecznych do zobaczenia służyli nam nieocenioną pomocą nasi przyjaciele Dorota i Maciek, mieszkający od wielu lat w Berkeley i posiadający wręcz nieprzebrane pokłady wiedzy o Kalifornii.

San Francisco wita nas poranną mgłą i temperaturą w okolicach 15ºC. Trochę nas to zaskakuje, bo u nas w Porto takie temperatury panują zimą. Najwyraźniej trzeba było się z tym liczyć, bo już Mark Twain powiedział, ze nigdzie nie przeżył takiej surowej zimy jak lato w San Francisco (niektórzy dowodzą, że  miał na myśli Paryż ;) ).

Nasze pierwsze kroki zaraz po przylocie kierujemy do kultowej restauracji Chez Panisse w pobliskim Berkeley. To jedna ze słynniejszych restauracji w Stanach i z pewnością "the most influential", czyli z największą siłą oddziaływania i potencjałem kreowania kulinarnych trendów. O właścicielce pani Alice Waters pisze się już nawet książki. Nawet ja na moim skromnym blogu nie omieszkałam kiedyś o niej  wspomnieć. Alice Waters zapoczątkowała w latach 80-tych (restauracja powstała w 1971 r) swoistą rewolucję kulinarną, stając się gorącą orędowniczką lokalnych, ekologicznie wyhodowanych i co najważniejsze sezonowych produktów. Można powiedzieć, że ruch seasonal cooking i local farming odmienił kulinarne oblicze Ameryki, a sama Waters stworzyła kuchnię kalifornijską. Przestał być to li i jedynie kraj fast food (choć nie ukrywajmy, że to ostatnie ma się nadal całkiem dobrze). Zaczął się trwający do dzisiaj boom na zakupy na lokalnych targach (farmers markets) w poszukiwaniu ekologicznie uprawianych owoców i warzyw. Wtajemniczeni twierdzą, że to pani Waters stoi za warzywnym ogródkiem założonym w Białym Domu przez Michelle Obamę. Kalifornia, którą czasem nazywa się "narodowym koszykiem owoców" (nation's fruit basket) przypomina klimatycznie basen Morza Śródziemnego, z dostępem do świeżych  warzyw i owoców przed dużą część roku, z czego w restauracji Chez Panisse korzysta się w całej pełni.

San 
Francisco
 Jedna z wizytówek San Francisco - Transamerica Pyramid (najwyższy skyscraper miasta) , a na pierwszym planie kamienica należąca do Francisa Coppoli. Bardzo popularny farmers market przy Ferry Plaza w samym sercu miasta.

Już Epikur mówił "Naprzód spojrzyj, z kim jesz i pijesz, a dopiero potem, co jesz i pijesz." My zastosowaliśmy się do tej rady. Spędzilismy uroczy wieczór w Chez Panisse z naszymi przyjaciółmi. Co do jedzenia to trzeba powiedzieć, że zaskakuje ono .... prostotą. Główny akcent położony jest na jakość i pochodzenie produktów, co niezwykle podkreślane jest już w samej karcie. A jak każdy dobry kucharz wie, gdy mamy znakomite składniki, nie będziemy ich psuć i odbierać im naturalnego smaku skomplikowaną obróbką czy nawałem dodatków i przypraw. Najlepszą ilustaracją tej teorii, czego dowiedziałam się od Doroty, jest deser jaki zaserwowała Alice Waters Billowi Clintonowi. Była to perfect peach - piękna, dojrzała, pachnąca kalifornijska brzoskwinia. 

Chez Panisse to restauracja, gdzie widać wpływy francuskie (w książce "Chez Panisse Café Cookbook" autorka pisze, że czerpie też z tradycji Kampanii i Katalonii), ale tutejsze dania przypominają raczej to, co możemy zjeść na francuskiej prowincji czy wręcz w domowej francuskiej kuchni, a nie u paryskich artystów kulinarnych. W moim odczuciu to nie zarzut, wręcz przeciwnie - raczej komplement. Jednak nie wszyscy tak uważają. Czytając opinie o restauracji często też można spotkać się z krytyką, że w tym przedziale cenowym  ludzie spodziewali się haute cuisine, a dostali proste, niemalże rustykalne dania.

Czym się delektowaliśmy? Na przystawkę ricottą z czereśniowymi pomidorami i bazylią, sałatką z buraków i awokado z imbirem i anyżowym hyzopem. Panowie raczyli się toskańską pomidorówką (czyli pappa al pomodoro). Łukasz zażądał pizzetta z  karczochami i rozmarynem, która okazała się pokaźną pizzą. Na główne danie wybrałam soczystą pierś z kurczaka ze szpinakiem, zielonym groszkiem i shoestring potatoes. Te ostatnie okazały się czymś w rodzaju długich i cieniuteńkich - rzeczywiście jak sznurówki - chipsów czy frytek, zrobionych z ziemniaków w mundurkach. Łukasz z Dorotą zajadali ręcznie robiony makaron z kurkami, tymiankiem i crème fraîche, a dwóch Maćków skusiło się na okonia morskiego z fasolką szparagową, pomidorami, szafranem i sosem aïoli. Do tego piliśmy Sauvignon Blanc i Zinfandel z pobliskiej Napa Valley.

Ja bardzo czekałam na desery, pamiętając, że Alice Waters od zawsze zatrudnia nie tylko świetnych szefów kuchni, ale i znakomitych cukierników. Tu zdobywał pierwsze szlify szeroko dzisiaj znany m. in. dzięki swojemu paryskiemu blogowi i znakomitym książkom o deserach David Lebovitz. Łukasz jadł klasyczny amerykański cobbler z brzoskwiniami i owocami leśnymi w towarzystwie lodów waniliowych. Ja skusiłam się na waniliowy crème anglaise z truskawkami i ciasteczkami ossi dei morti,  a Maciej i Dorota na śliwkowe tarty z kremem z płatkami róży (tarty są zawsze żelaznym punktem deserowego menu).
Chez Panisse restaurant
 Ukryty w zieleni skromny budynek restauracji w stylu Arts and Crafts.  Kilka ujęć z bezpretensjonalnego wnętrza. Jedna z moich najnowszych książkowych zdobyczy. Zinfandel, którym popijaliśmy nasze potrawy.

Dodam jeszcze, że karta zmienia się w Chez Panisse Café codziennie, w zależności od tego co najlepszego wypatrzą kucharze u swoich dostawców. Właścicielka wręcz ich zachęca, żeby tworzyli menu dopiero po powrocie z targu. Restauracja ma u mnie duży plus za obsługę. W przeciwieństwie do kelnerów np. w nowoorleańskiej NOLA u Emerila Lagasse, na których już się tutaj skarżyłam, ci od Alice Waters byli uprzejmi, kompetentni, zawsze pod ręka, ale dyskretni i nienarzucający się. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że właścicielka zaangażowana jest od 1995 r. w projekt Edible Schoolyard w pobliskiej szkole im. Martina Luter'a King'a. Polega on na tym, że dzieciaki same hodują warzywa i owoce, a potem zbierają swoje plony i uczą się je wykorzystywać w prostych i  smacznych, własnoręcznie wykonanych potrawach. Teraz już wiem skąd Jamie Olivier miał inspirację na swoją kampanię Jamie's School Dinners.

Jeszcze parę słów o samym Berkeley. To bardzo sympatyczne, uniwersyteckie miasteczko pełne księgarni (z Half Price Books moi towarzysze podróży musieli mnie wyciągać siłą i nie było im lekko, bo uginałam się od książek ;)), galerii sztuki, małych sklepików i oczywiście dziesiątek restauracji (nie brzmi to dobrze  dla polskiego ucha, ale dzielnicę restauracji nazywa się Gourmet Ghetto).

Tak więc pierwszy wieczór w Bay Area (tak nazywają Amerykanie okolice Zatoki San Francisco)  upłynął  nam w "świątyni" kalifornijskiej kuchni.Okazało się jednak, że czekające nas jeszcze atrakcje wcale tym pierwszym wrażeniom nie ustępowały.

29 komentarzy:

  1. Jak zwykle Agnieszko Twoja opowiesc czyta sie z olbrzymim zainteresowaniem i zapartym tchem....chce sie niby szybko do konca przeczytac,a na koncu przychodzi zal,ze juz sie skonczylo....
    Cudne fotki jak zwykle i garsc interesujacych szczegolow...
    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Wasze amerykańskie relacje z podróży!
    I szalenie podoba mi się filozofia tej restauracji:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe. :-) Restauracja rzeczywiście świetna. Podoba mi sie w niej wszystko - zastosowanie tego co najświeższe, najlepsze w prostych potrawach, które ukazują całe piękno składników. Codziennie zmieniające się menu zależące od zakupów (zupełnie jak w domu)i będące gwarantem dobrego smaku. Również doskonała inicjatywa dot. współpracy ze szkołą. Z przyjemnością czytałam. Chciałabym koło siebie mieć takie miejsce. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Twojemu opisowi bardzo miło rozpoczęłam dzień. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko, jak zawsze z prawdziwą przyjemnością czytam Twoje relacje z podróży i zapamiętuję miejsca warte odwiedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mój J. uwielbia SF.Czuje się tu jak ryba w wodzie.Jest prawdziwym hedonistą!
    Piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam Twój blog, zarówno przepisy, jak też relacje z podróży, opisy i wspaniałe zdjęcia.
    Śliwkowa tarta z kremem z płatków róży brzmi fenomenalnie i pewnie tak też smakowała.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy w Twojej nowej zdobyczy książkowej jest przepis na tartę śliwkową z płatkami róży?

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak zwykle świetnie się Ciebie czyta. Mam nadzieję na więcej. SF to miasto, które bardzo, bardzo chcę zobaczyć, mam nadzieję, że kiedyś w końcu mi się to uda:-))

    OdpowiedzUsuń
  10. Do pełni szczęścia brakuje mi Golden Gate skąpanego w mgle ;-) ale i tak ogromnie zazdroszczę takich wakacji

    OdpowiedzUsuń
  11. Przepiękne i takie wyraziste to zdjęcie wiktoriańskiej dzielnicy

    OdpowiedzUsuń
  12. Ah te twoje zdjęcia są bombowe. Jak na nie patrzę to żałuje że nie mogę się znaleźć w tych miejscach co ty. I zawsze jak na nie patrzę to wydaje mi się że ty ciągle masz wakacje i tylko podróżujesz i próbujesz różne dziwne potrawy. Oczywiście zazdroszczę i dziękuje za piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  13. Agnieszko, fantastycznie piszesz.. Niezmiernie sie ciesze ze tak milo wspominasz Stany I ze lubisz tutaj z rodzina zagladac :) Ja jestem Stanami zafascynowana. Milo mi bardzo czytac “posts” kogos, kto dzieli mije odczucia :)
    Serdecznie pozdrawiam I z niecierpliwoscia czekam na nastepne opisy Waszych rodzinnych wedrowek po US.

    OdpowiedzUsuń
  14. Agnieszko, jak zawsze ciekawie i pięknie:))
    Fotki są niesamowite, a słowa czyta się z wielkim zainteresowaniem.
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak ja lubię Twoje relacje, niecierpliwie czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
  16. No nareszcie! teskniłam za Twoimi opisami! :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Smakowita relacja okraszona równie aromatycznymi zdjęciami.Marzę o wycieczce do SF. Może już niedługo...:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. Uwielbiam czytać Twoje opisy Agnieszko. Każdy Twój post na blogu zaciekawia. Mam nadzieję, że napiszesz coś jeszcze na temat tych wakacji. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  19. Agnieszko, Ty to zawsze czarujesz słowami i zdjęciami:) Fantastyczne. Chce tam byc:)

    OdpowiedzUsuń
  20. Wczoraj oglądałam Doktor Dolittle 2 i w pewnym momencie filmu zobaczyłam to samo miejsce, które zastało uwiecznione na pierwszym zdjęciu z twojego wpisu. I od razu pomyślałam żeby ci to napisać. ; )

    OdpowiedzUsuń
  21. Marzę o wycieczce do San Francisco. Twoje piękne zdjęcia i opis utwierdziły mnie w przekonaniu, że odwiedzenie tego miasta to absolutna konieczność.

    OdpowiedzUsuń
  22. @All, bardzo serdecznie dziekuje wszystkim za przemile komentarze. Az chce sie dalej pisac dla takiej publicznosci. ;)

    Gosiu, strasznie dziekuje za Twoj komentarz. Bardzo mi sie zrobilo milo, gdy go czytalam. Serdecznie pozdrawiam.

    Delie, filozofia Chez Panisse jest rzeczywiscie bardzo w porzadku. W dodatku wlascicielka oparla sie pokusie, zeby stworzyc kulinarne imperium z jakimis liniami mrozonek czy sosow, jak to sie przydarza wiekszosci amerykanskich slynnych szefow kuchni.

    Krokodyl, doskonale ujete - ta kuchnia rzeczywiscie jest jak w domu. Tzn. w domu, gdzie mieszkaja smakosze przywiazujacy wage do tego co jedza.;) Pomysl na "Chez Panisse" wzial sie zreszta podobno z przyjec jakie u siebie w domu organizowala Alice Waters dla przyjaciol.

    Agato i Tili, bardzo Wam dziekuje za komentarze.

    Amber, hedonisci spedzaja w SF najprzyjemniejsze chwile. ;)

    Ana, moj maz mowi, ze tarta smakowala bosko. Ja przyznam, ze - przez nieuwage - jej nie sprobowalam, a gdy sobie przypomnialam jego talerz juz byl pusty. Przepisu niestety jak na zlosc nie ma w moich ksiazkach Alice Waters (mam co prawda tylko dwie). Tarte pewnie daloby sie odtworzyc, trudniej moze byc z kremem rozanym.

    Daga, trzymam kciuki, zeby sie udalo.

    SanFran, dzieki za mile slowa. Na razie nie Golden Gate, ale tez calkiem ladny i z okolic Bay Area:
    http://photoandtravels.blogspot.com/2010/09/first-days-san-francisco.html

    Desperate, usmialam sie serdecznie czytajac Twoj komentarz.:) Tak dobrze to nie ma, ze ja ciagle jestem na wakacjach, ale fajnie ze to sprawia takie wrazenie. ;) To chyba wynika z tego, ze ja tak rozwlekle i powoli pisze o podrozach. Gdyby mnie Maciek nie popedzal, to chyba by mi starczylo czasu tylko na wakacyjne posty. :) Dzieki za info o tym "Doktorze Dolittle 2", widze ze "Painted Ladie" sa slawniejsze niz myslalam. :)

    Joanno D.C., my jestesmy "wakacyjnie" w US zakochani. Maciek sie smieje, ze moze jeszcze cos wykroimy na przyszly rok, ale boje sie, ze niewiele nam pozostalo. Moze Alaska... ;) Natomiast nie potrafie powiedziec czy chcialabym w Stanach mieszkac. Czuje sie jednak przywiazana do Starego Kontynentu, no i czasem mam wrazenie, ze w US praca od switu do nocy jest jedyna racja bytu czlowieka. Ale to moze niekoniecznie byc prawda. Jak mowi nasz przyjaciel, US to taki tygiel ze trudno w stosunku do tego kraju wypowiedziec jakies twierdzenie, ktore by bylo zawsze wiazace.

    Majano i Aniu T., dzieki serdeczne za Wasze przemile komentarze.

    Kasiu, mam nadzieje ze nie nadwyrezylam zanadto Twojej cierpliwosci. ;) Dziekuje za komentarz.

    Diuk, trzymam kciuki rowniez za Twoja wycieczke.

    Shinju, napisze, napisze.. Istnieje obawa, ze jak skoncze mozecie miec po uszy moich amerykanskich wakacji. ;)

    Jul, dziekuje za dobre slowo. :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Agnieszko, ciesze sie ze ten post wywoluje takie reakcje. I zycze Ci, zebys jak najszybciej zawitala w SF.

    OdpowiedzUsuń
  24. Te domki na pierwszym zdjęciu wyglądają jak z bajeczki.
    Jeej! kocham Twe zdjęcia;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  25. Padłam jak zobaczyłam załączony link do zjęcia. Coś pięknego i bajecznego ;-)

    OdpowiedzUsuń
  26. Agnieszko, odpowiadam na Twoj komentarz; US jest krajem niesamowicie brutalnym i trudnym. Ja mieszkam tutaj juz prawie 19 lat i z perspektywy czasu moge powiedziec ze jezeli ktos przetrwa 10 lat w US, nauczy sie zyc "po amerykansku", pokocha i doceni to co US ma do zaoferowania, kraj ten potrafi sie odwzieczyc i zaoferowac w zamian niesamowicie duzo :)Fak faktem, ze US ma duze wymagania jezeli chodzi o godziny pracy, ale teraz wiekszosc firm oferuje vitrualna prace z domu, albo z kadkolwiek gdzie dostepny jest internet. Co do Alaski, nie bez powodu nazywanej brylantem US, mocno polecam :) Serdecznie Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Olciaky, dziekuje za mile slowa.

    SanFran, ciesze sie, ze sie zdjecie spodobalo. W nowym wpisie jest jedno ze specjalna dedykacja dla Ciebie.

    Joanno D.C., masz racje US to na pewno kraj ogromnych mozliwosci, ale tak jak piszesz kraj dla twardych ludzi. Kusi nas ta Alaska bardzo... Joanno, czy tam da sie walesac samemu samochodem czy tez jest koniecznosc zorganizowanych wypraw?

    OdpowiedzUsuń
  28. Agnieszko, ja odwiedzilam Alaske poprzez zorganizowana wycieczke statkiem; wycieczki takie mozna zlapac z Kalifornii; bylam bardzo zadowolona. Ale, jezeli masz czas i chec na to aby poczytac o miejscach ktore nalezy na Alasce odwiedzic i zorganizowac wycieczke samochodowa, to oczywiscie jest to do zrobienia... Miej na uwadze, ze powinniscie tam pojechac, kiedy na Alasce jest wiosna/lato, nie zima :) Nie wszystkie miejsca sa dostepne samochodem... Ah, no i wczesniej sprawdz ceny wynajecia samochodu, paliwo, hotele, itd., poniewaz ceny tam sa troszke wyzsze niz w pozostalych stanach US. Jak juz sie wybierzecie, zycze powodzenia w poszukiwaniach wielorybow :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Agnieszko, następny ciekawy wpis o tym, gdzie byliście i co zwiedzaliście. Zdjęcia fantastyczne i Twoje opisy po prostu pobijają wszelkie przewodniki - może dlatego, że piszesz o rzeczach, które mnie też bardzo interesują.
    I masz rację co do inspiracji Jamiego Oliviera! Pani Waters jest naprawdę bardzo zaangażowana w kalifornijskie, a nawet amerykanskie sposoby żywienia dzieci, łacznie z tym co dostają w szkołach.
    Pozdrowienia i dzięki za miłe słowa!
    Dorota

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.