sobota, września 25, 2010

San Francisco - Azja na talerzu

Japaneese Gardens San Francisco
Drewniana pagoda w Japanese Tea Garden.

Miał być dziś przepis na chleb z San Francisco, ale eksperymenty w Kuchni nad Atlantykiem jeszcze trwają. Piekę już 3 bochenek z kolei, ale jeszcze mu odrobinę brakuje do ideału. Będzie więc w dzisiejszym wpisie - zamiast chleba - azjatyckie oblicze San Francisco. Jest powszechnie wiadome, że w mieście tym zadomowiła się ogromna populacja przybyszów z Azji. Nie wiem ilu jest ich procentowo (znalazłam informację, że prawie 40% rezydentów miasta urodziło się poza USA), ale kultura Wschodu niewątpliwie odciska swoje piętno w tkance miasta.

W parku przy Washington Square codziennie rano jeszcze we mgle, starsi Chińczycy ćwiczą tai chi. W pobliżu przepięknych japońskich ogrodów można spotkać Japończyków trenujących jakieś bliżej dla mnie niezidentyfikowane sztuki walki. Najsympatyczniejsze jest to, że wśród Azjatów widzi się też gimnastykujących się przedstawicieli innych ras, z wyraźną przyjemnością chłonących egzotyczną kulturę.

W Japanese Tea Garden, założonym w 1894r przez zamożnego marszanda  pana George'a Turnera Marsha i doglądanym aż do 1942r. przez japońską rodzinę Hagiwara, można napić się zielonej herbaty, zjeść zupę miso lub słodkie mochi cake. Nie omieszkujemy oczywiście z tego skorzystać. Herbatę podają nam w czajniczkach ze śmiesznym uchwytem, a pije się ją tradycyjnie z małych czarek. Przyjemnie rozgrzewa w mglisty i wilgotny poranek nad Pacyfikiem. Sweet mochi cake ma prześmieszną konsystencję - gąbczaste, a jednocześnie jakby lekko zakalcowate (jak się domyślacie nasz domowy wielbiciel zakalca był w siódmym niebie), o wyraźnym posmaku ryżowej maki. Herbaciarnia mieści się w niewielkim pawilonie na wolnym powietrzu i można tam ze wszystkich stron podziwiać, jak ujęte w ramy obrazy, dzieła sztuki ogrodniczej.

Japaneese Gardens San Francisco
Sztuki walki w San Francisco w japońskim wydaniu. Największy posąg Buddy na zachodniej Półkuli. Moon Bridge. Zielona herbata z widokiem. Wszystkie zdjęcia zrobione w okolicach Japanese Tea Garden.

Nasz kolejny punkt na azjatyckiej mapie San Francisco to oczywiście Chinatown. Nie możemy go przegapić, bo mieszkamy w hotelu tuż za rogiem. Tętniące życiem, z tłumami turystów, wylewającymi się ze sklepów z dalekowschodnim kiczem, ma swój urok. Przy bliższym poznaniu można też odkryć tam prawdziwe perełki. Jedną z nich są restauracje z autentyczną chińską kuchnią (ach, co za dim sum!), tchnące egzotyką apteki, pełne słoi z ziołami, korzeniami żeń-szenia, czy innymi specyfikami niemożliwymi do rozpoznania dla znających jedynie przyziemną, tabletkowo-ampułkową, zachodnią medycynę. W tych przybytkach można poddać się akupunkturze, akupresurze i w ogóle wymasować od stóp do głów, ze szczególnym wskazaniem na te pierwsze, i wyleczyć ze wszelkich możliwych przypadłości.

China Town SF
Chinatown w pełnej krasie. W pierwszym rzędzie na środku: uliczny grajek (instrumentu nie rozpoznałam, mogę tylko powiedzieć, że był strunowy). Środkowe zdjęcie w środkowym rzędzie - Chińczycy z pasją oddający się jakiejś grze planszowej (takich grupek było w okolicy co najmniej z 15). W dolnym rzędzie z lewej apteka, a z prawej skrupulatnie zawieszony w wielkim słoju okazały korzeń żeń-szenia.

Mimo tego bogactwa orientalnych dziwów, mnie jednak najbardziej zachwyciła odkryta przez mojego męża manufaktura fortune cookies. Pewnie nie jest Wam obcy ten przysmak, który wbrew pozorom jest rodem z San Francisco, a nie jak mogłoby się wydawać i wiele osób jest święcie o tym przekonanych (ja też się do nich zaliczałam ;)), z Dalekiego Wschodu. Pewnie nie raz i nie dwa, jak świat długi i szeroki bywalcy chińskich restauracji pod każdą szerokością geograficzną kosztowali tych chrupiących wafelkowych ciasteczek z wróżbą w środku.

Fabryczka, którą trochę przypadkowo odkrył Maciek, jest absolutnie "klimatyczna". W bocznej uliczce, gdzie można by kręcić filmy sensacyjne o chińskiej mafii, znajduje się zagracona, wąska i długa klitka, w której siedzą 2 czy 3 Chinki, nie mówiące słowa po angielsku (wiemy, bo próbowaliśmy nawiązać konwersację ;)), które ręcznie zawijają papierki z wróżbą w okrągłe wafelki,  piekące się wcześniej w przedziwnej maszynie - taśmociągu. Resztę pomieszczenia zajmują mniejsze lub większe woreczki ze świeżo upieczonymi, gotowymi do sprzedaży fortune cookies. Za dolara wynosimy stamtąd spory woreczek, którego zawartość chrupiemy sobie włócząc się po Chinatown. Wróżby mamy pozytywne, choć jak to w chińskiej filozofii życia - nie mamy co się spodziewać hazardowych sukcesów w Las Vegas, nagroda przyjdzie dopiero po ciężkiej pracy.;)

China Town SF
Fabryczka fortune cookies.

Ostatni już azjatycki akcent to restauracja Slanted Door zlokalizowana w Ferry Building. Nasi niezawodni przyjaciele Dorota i Maciek zdobywają dla nas rezerwację i już możemy się delektować wietnamskimi przysmakami, choć trochę w stylu fusion (np.papryczki jalapeños, a nie azjatyckie chili dodane do klasycznej wietnamskiej zupy). Ale San Francisco to akurat miejsce, które będąc tyglem tylu kultur ma święte prawo do tego stylu w kuchni. Uczymy się więc jeść wietnamską zupę phở bo. To cała ceremonia z zanurzaniem jeszcze surowych, cienkich plastrów wołowiny we wrzącym rosole, doprawianiem zupy piekielnie ostrym sosem sriracha i łagodniejszym śliwkowym oraz posypywaniem kiełkami, tajską bazylia, plasterkami chili  i skrapianiem limonką. Zajadamy pyszne noodles z krewetkami i znakomitego kurczaka w 5 przyprawach i sosie z owoców tamaryndowca.

The Slanted Door, San Francisco
Restauracja Slanted door : z zewnątrz, od strony baru i od kuchni.

Odbywamy też dość niespodziewanie długo odkładaną inicjację w świecie gourmet. Zawsze myślałam, że nadejdzie na to czas w jakiejś francuskiej restauracji, a tu niespodzianka stało się to w wietnamskiej - po raz pierwszy odważamy się spróbować surowych ostryg. Wbrew moim pewnym wcześniejszym obawom, okazują się znakomite - kwintesencja smaku morza, zaostrzona dodatkami w postaci świetnie dobranych sosów i odrobiny sosu z cytryny. Pewnie moje świadectwo mogłoby Wam nie wystarczyć (ja w sumie jestem najodważniejsza kulinarnie z całej rodziny), ale nawet zazwyczaj kręcący nosem na owoce morza Maciek jadł ostrygi z prawdziwą przyjemnością. To zresztą tutejszy lokalny specjał - hodowane są kilka mil od miejsca, gdzie się nimi delektujemy. Gatunki, których próbujemy to beausoleil, coromandel, island creek i marin gem. Przyznam, że jako raczkującą w ostrygowym temacie nie potrafiłam na razie odróżnić, które są które.

Kończę już na dzisiaj opowiastki z Zachodniej Półkuli i mam nadzieje, ze w kolejnym odcinku uda mi się w końcu podzielić z Wami, choćby tylko wirtualnie, San Francisco sourdough bread z własnego pieca.

17 komentarzy:

  1. czytałam z przyjemnością :) aż chciałoby się tam być

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnieszko, Japanese Tea Garden chyba odwiedziłabym w pierwszej kolejności :)
    Bardzo, bardzo ciekawy wpis. Poprzednie również:) Gratuluję pierwszych ostryg i ciekawa jestem chleba w Twoim wykonaniu! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko, mochi cake jest robione z mąki ryżowej czy z ubijanego gotowanego ryżu, jak ciasteczka mochi? Ciekawi mnie to z tego powodu, iż byłam przekonana, że mochi jest potrawą typowo noworoczną (choć może coś poknociłam).

    Druga sprawa to używanie apostrofu w języku polskim przy odmianie obcojęzycznych rzeczowników: jest on potrzebny tylko wtedy, gdy ostatnie zapisane litery nie są wymawiane (np. George'a; ale już Marsha Turnera).

    OdpowiedzUsuń
  4. Paulo, dziękuję za miły komentarz.

    Kasiac, te ogrody naprawdę są urocze. Dziękuję za miłe słowa. Ten chleb mnie męczy, ciągle nie jest taki jak jadłam w SF.

    Olu, dziękuję za uwagę na temat apostrofów. Już poprawiłam. Zawsze miałam z tym kłopot, ale teraz jak już znam regułę to się więcej nie powinnam pomylić. :)
    Co do mochi cake - jest chyba kilka typów rice cakes (do których nasze mochi się zaliczają). Jedzą je prawie w całej Azji. Mogą być zrobione, tak jak piszesz, z mielonych ziaren ryżu lub z ubijanych ugotowanych, ale również z mąki ryżowej. Ja kupiłam kiedyś chińskie rice cakes (nian gao), które były w formie białych prostopadłościanów. Można je byłokroić w plasterki i gotować na parze lub nawet smażyć w woku z wytrawnymi dodatkami.
    To mochi cake z San Francisco było zupełnie inne - przede wszystkim było to słodkie mochi cake, miało ewidentnie konsystencję lekko gąbczastego ciasta i w/g obsługującej nas Japonki było właśnie z mąki ze słodkiego ryżu (tzw. mochiko flour lub glutinous rice flour). Nam najbardziej smakowała wersja kokosowa. Jestem właśnie w trakcie poszukiwań jakiegoś zbliżonego do oryginału przepisu. Choć boję się, że dla wielu europejskich podniebień może być to dość dziwaczny wypiek (wyłączam z tej grupy wielbicieli zakalca ;)). Masz rację, że tradycyjnie w Azji jadło się ryżowe ciastka na Nowy Rok, ale podobno dzisiaj można się nimi delektować bez okazji. ;) Podobnie się stało zresztą z mooncakes, jedzonymi kiedyś na Mid-Autumn Festival, a teraz dostępnymi przez okrągły rok w każdym chińskim sklepiku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko,

    wspaniała podróż, niesamowita relacja i jak zwykle piękne zdjęcia. Powinnaś pomyśleć o książce kulinarno-podróżniczej:) Cudownie się to wszystko czyta i ogląda.

    Mała dygresja na koniec, dotycząca wpisu od OLI, zastanawiam się czy niektórzy ludzie wchodzą na czyjegoś bloga po to żeby wylać swoje frustracje i dlatego czepiają się i poprawiają cudze błędy, zamiast czytać, rokoszować się czyjąś pasją? A może to po prostu zwykła polska zawiść?

    Pozdrawiam

    Joasia

    OdpowiedzUsuń
  6. Z dużą ciekawością i jak zwykle z przyjemnością przeczytałam o azjatyckich klimatach, jakże innych od tych, których doświadczam na co dzień. W naszym mieście obecność Azjatów również jest zauważalna ale ma zdecydowanie bardziej przyziemne oblicze. Przede wszystkim są to chińskie sklepy z tanim mydłem i powidłem lub też podróbkami markowych torebek, butami i odzieżą. Powstają na miejscu upadających sklepów hiszpańskich, prawie każdy nowo otwarty sklep to sklep Chińczyków. Niestety oni sami mają przykry zwyczaj traktowania klientów jak potencjalnych złodziei, dlatego tylko raz byłam w chińskim markecie spożywczym, który powstał tuż obok mojego domu. Są również restauracje ale dowiedziałam się od mojego lektora, którego znajomy pracuje w miejscowym odpowiedniku sanepidu, ze lepiej tam nie zaglądać. Pozdrawiam serdecznie A.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam i jestem pod wrażeniem. W zasadzie można pojechać do San Francisco i poczuć się jak w Japoni. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko,

    Jak tylko znajdziesz przepis na owe mochi cake, nie omieszkaj się proszę podzielić nim na blogu - od czasu przeczytania twojego wpisu mam na nie straszną ochotę. Wyjaśnienia jeszcze pogłębiły mój apetyt na nie.

    Joasiu,

    Doprawdy twoja interpretacja mojego komentarza nie przestaje mnie zadziwiać. Jeśli została sprowokowana moimi pytaniami o mochi cake, to wyjaśniam, iż od lat kilkunastu Japonia jest moją wielką pasją, ale przy okazji wpisu Agnieszki po raz pierwszy usłyszałam o mochi jedzonym poza dniem nowego roku i dlatego poprosiłam o wyjaśnienia. Jeśli zaś chodzi o uwagę na temat apostrofów, to bynajmniej jej podłożem nie była zawiść (nie bardzo też rozumiem o co...), tylko raczej zboczenie zawodowe: jestem nauczycielem w szkole podstawowej i dorabiam korektą książek. Bloga Agnieszki bardzo sobie cenię i prawdziwą przyjemność sprawia mi czytanie jej wpisów; zawsze mogę się z nich wiele dowiedzieć i przy okazji pooglądać piękne zdjęcia, które stanowią dla mnie inspirację do planowania posiłków, pieczenia ciast (czego wcześniej nie robiłam zbyt często), podróży czy wspominania miejsc, które ja też w swoim życiu odwiedziłam; gdyby zaś blogspot dawał mi możliwość wysłania prywatnej wiadomości w tej sprawie (jeśli taka możliwość istnieje, a ja o niej w swojej ignorancji nie wiem, proszę mnie uświadomić), zapewne skorzystałabym z tej metody.

    Na przyszłość zaś proszę, powstrzymaj się od projekcji pewnych odczuć na moją osobę: niepomiernie mnie to irytuje. Z góry dziękuję.

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  9. @Agnieszko,
    w Lizbonie jest herbaciarnia (prowadzona przez Japonsko-Portugalska pare), ktorzy maja japonskie Sponge Cakes (wydaje mis ie bowiem, ze o nim mowisz) w ofercie. Ponoc to ciasto jest wplywem portugalskim w Japoniu (tak jak chleb - pao i tempura)
    @Ola: Mochi je sie zdecydowanie na Nowy Rok tak jak z makaron soba (ktore dlugosc symbolizuje szczescie w przyszlym roku) ale nie tylko. W Kyoto np. dostaniesz je przez caly rok jako fast food na ulicy (zamaczane w slodkim sosie sojowym), a moja tesciowa robi je raz w miesiacu i podaje np z ramen.

    Dziekuje za twoj komentarz dot. apostrofow. Po paru latach emigracji po prostu sie glupieje...

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobre maniery nakazują trzymać swoje 'zboczenia zawodowe' na wodzy. Nieważne czy jest się nauczycielem w szkole podstawowej czy profesorem językoznawstwa, publiczne poprawianie cudzych błędów jest najzwyczajniej w świecie niegrzeczne.

    Wybacz Agnieszko, że ta dyskusja, mocno off-topic, toczy sie na Twoim blogu. Bardzo Cię za to przepraszam.

    P.S. Olu, większość autorów blogów podaje swój adres mailowy, z tego co wiem Agnieszka również.

    Joasia

    OdpowiedzUsuń
  11. Dobre maniery nakazują trzymać swoje 'zboczenia zawodowe' na wodzy. Nieważne czy jest się nauczycielem w szkole podstawowej czy profesorem językoznawstwa, publiczne poprawianie cudzych błędów jest najzwyczajniej w świecie niegrzeczne.

    Wybacz Agnieszko, że ta dyskusja, mocno off-topic, toczy sie na Twoim blogu. Bardzo Cię za to przepraszam.

    P.S. Olu, większość autorów blogów podaje swój adres mailowy, z tego co wiem Agnieszka również.

    Joasia

    OdpowiedzUsuń
  12. a publiczne wytykanie błędów tez jest "najzwyczajniej w świecie niegrzeczne".

    Dobre maniery nakazują pomijanie błędów milczeniem an nie wytykaniem komuś "polskiej zawiści", gdyż takowa trudno znaleźć, gdy mówi się o polskiej gramatyce.

    OdpowiedzUsuń
  13. Agnieszko, stworzyłaś wyjątkowo ciekawe miejsce. Wszystko co opisujesz jest takie... do zobaczenia, spróbowania od razu. Uwielbiam podróże, uwielbiam nowe smaki więc będę do Ciebie zaglądać, ok?
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak zawsze zaczytuję się w Twoim wpisie i... czekam na chleb! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Moje klimaty. Dziękuję Ci za ten post.

    OdpowiedzUsuń
  16. czekam z niecierpliwością na chleb! piekłam ostatnio "chleb z San Francisco" ale ten mój pewnie tylko nazwę stosowną...
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. zazdroszczę tych podróży i nowych smaków..;0)
    Zapraszam do zabawy w ''Lubię''

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.