środa, lipca 21, 2010

Irlandia dla nieprzemakalnych

Killarney National Park, Ireland

Na  łódce brakuje tylko Morgaine z "Mists of Avalon" (wiem, że to było na sąsiedniej wyspie, ale co tam ...). ;)

Witam po krótkiej wakacyjnej przerwie. Wybraliśmy się na tydzień do Irlandii, niechcący wybierając chyba jedyny kraj o tej porze roku w Europie, który przywitał nas (i pożegnał zresztą też) rzęsistym deszczem. Pierwsze wrażenie to oczywiście zieleń, niewyobrażalnie soczysta. Skojarzyła mi się od razu z Azorami. Miejscami Irlandia rzeczywiście przypomina te leżące trochę bardziej w głąb Atlantyku wyspy. Drugie wrażenie  to przestrzeń - wśród morza zielonych pastwisk tylko gdzieniegdzie widać ludzkie osady. Miasteczka są raczej niewielkie, nawet Dublin nie był jakoś szczególnie zatłoczony (może większość mieszkańców pojechała w mniej deszczową okolicę ;) ). Trzecie wrażenie to spokój - nie wiem czy to natura, czy może pogoda działają w Irlandii jakoś kojąco i usypiająco.

Zobaczyliśmy w zasadzie tylko południową i środkową część Éire. Była w planach północna połowa wyspy z Giant's Causeway, jako główną atrakcją, ale w końcu została odłożona na następny raz. Być może będzie to w bardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych.

Ja głównie polowałam na wszystko co celtyckie. Chyba moje uwielbienie dla książek fantasy czerpiących wyjątkowo obficie z tej mitologii dało o sobie znać. Pamiętacie wyspy Skellige u Sapkowskiego? One istnieją naprawdę, tylko brakuje im literki "e" na końcu. Ponad tysiąc lat temu temu mnisi zbudowali tam pustelnię i prowadzące do niej imponujące schody, które przetrwały do dzisiaj.

Najwięcej jest właśnie pozostałości z czasów wczesnego celtyckiego chrześcijaństwa. My zaczynamy od Clonmacnoise, jednej z głównych atrakcji wnętrza wyspy. Nie tak łatwo w końcu spotkać klasztor z VI wieku, nawet jeśli tylko w ruinach. Największe wrażenie robią jednak High Crosses. Typowe dla Irlandii krzyże, prawie zawsze rozpięte na planie koła i misternie zdobione. Oryginały stoją w pobliskim muzeum, na świeżym powietrzu jedynie kopie, co nie dziwi przy tej wilgoci. Jak mówią kropla drąży kamień... High crosses do dziś są w Irlandii popularne, nawet na współczesnych cmentarzach jest ich sporo, choć powoli coraz mniej w nich elementów celtyckich.

Zaskakujące, że tylko 11% populacji mówi płynnie językiem irlandzkim (gaelic), choć kraj jest oficjalnie dwujęzyczny. Tym bardziej mnie to zdumiewało, gdy myślałam o historii Szmaragdowej Wyspy i walce z angielskimi wpływami. Cóż, językowo Anglicy wygrali i chyba trudno byłoby to dzisiaj próbować odwrócić, wobec dominacji tego języka na świecie. Gdy zaczęłam to zjawisko porównywać z naszą polską przeszłością nagle zrozumiałam, dlaczego my się oparliśmy rusyfikacji i germanizacji , a oni dali się "zangielszczyć". Po prostu irlandzkie problemy z Anglikami sięgają XII wieku (gdy jeden z pomniejszych irlandzkich królów zaprosił rycerstwo zza miedzy, żeby mu pomogło odzyskać włości). Wynika z tego, ze można się skutecznie opierać wpływom obcej kultury przez stulecie z ogonkiem. Trudniej widać jest to ciągnąć przez 700 lat... Język jest może trochę zmarginalizowany, jednak irlandzka kultura ma się wyśmienicie. Religia katolicka, tradycyjna muzyka i taniec to jedne z jej potężnych filarów.

Ireland

Widok na okolicę z zamku w Cashel, z celtyckim krzyżem.  Killarney National Park. Detal z zamku Cashel.

Z Clonmacnoise ruszamy na południe, przez ledwie widoczny w ulewie Cashel, ze swoim imponującym zamkiem, chyba jak większość miejsc w Irlandii źle  potraktowanym przez Cromwella (ten ostatni to chyba zły duch irlandzkiej historii). W kompleksie zamkowym jest kaplica z unikalnymi w Irlandii, XII-wiecznymi freskami, które jednak łatwiej sobie wyobrazić niż zobaczyć gołym okiem. Czas i deszcz zrobiły swoje. Dzisiaj konserwatorzy zabytków walczą z niszczącymi dzieło sztuki mikrobami, naświetlając je promieniami UV. Dla laika szala zwycięstwa wydaje się jednak przechylać na stronę sił przyrody.

Z Cashel już całkiem niedaleko do Cork, gdzie będziemy spać. Na kolację jedziemy jednak do nadmorskiego Kinsale, do restauracji "Jola's" prowadzonej przez naszą przemiłą rodaczkę panią Jolę Wojtowicz. Być może Was dziwi wybór takiej restauracji w Irlandii zamiast natychmiastowej wizyty w prawdziwym pubie, gdzie Guinness leje się strumieniami. Były jednak ku temu powody. "Jola's" nawet w uważanym za bardzo gourmet Kinslane jest jedną z najlepszych restauracji, a menu bardzo zgrabnie łączy ze sobą tradycje irlandzkie, polskie i nawet nieco śródziemnomorskich. Niby fusion, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Co powiecie na znakomitą lokalną czarna solę (u brytyjskich sąsiadów znaną jako Dover sole), pierogi z nadzieniem z najlepszego black pudding z Clonakilty (czyli czegoś w stylu naszej swojskiej kaszanki), ciasta phyllo wypełnionego nadzieniem z kaszy gryczanej i jaglanej, z orzechami, feta i suszonymi pomidorami? Maciek skusił się nawet na stek z irlandzkiej wołowiny, co w jego wypadku bywa ryzykowne, bo to co zwykle ląduje na talerzu jest dla niego albo za krwiste, albo dla odmiany przypomina podeszwę. Tutaj jednak dostał taki, jak lubi - jedynie lekko różowy w środku. Równie miło było móc być obsłużonym po polsku i pogawędzić sobie z uroczą właścicielką. Bardzo to budujące widzieć, jak "nasi" odnoszą sukcesy na obczyźnie.

Przyznam, że nie nastawiałam się w Irlandii  na jakieś szczególne doznania kulinarne. Piwa nie pijam, whiskey nie znoszę, jedzenie nawet w/g mojego przewodnika "Lonely Planet World Food - Ireland" miało być tutaj raczej bez polotu. Po podaniu przepisu na boxty (coś w rodzaju ziemniaczanego placka) autor nawet z zaskakującą autoironią proponuje danie zrobić, spróbować, a następnie śmiejąc się z samego siebie wyrzucić do kosza. Nie wiem właściwie dlaczego... Co prawda boxty nie miałam okazji spróbować, ale przepis wyglądał jak skrzyżowanie placków ziemniaczanych z krokietami. To wszystko jednak nie nastrajało najlepiej do tubylczej kuchni. Coż się jednak okazało? Irlandia jak i ościenna Wielka Brytania przeżywała od lat 90-tych renesans nie tylko ekonomiczny, ale i kulinarny. Ten pierwszy to już niestety w/g wielu naszych rozmówców przeszłość, drugi natomiast ma się nie najgorzej. Poznany przez nas mieszkający od wielu lat w Irlandii Francuz (co ze względu na narodowość już nadawało jego wypowiedziom obiektywizmu) wspominał, że w latach 90-tych jak grzyby po deszczu pojawiały się w Dublinie nowe restauracje, a konkurencja wśród szefów kuchni była taka, że - i mówił to zupełnie serio - można było tam zjeść lepiej niż w Paryżu. W to ostatnie może trochę trudno uwierzyć, ale otwarcie na świat na pewno bardzo dobrze zrobiło irlandzkim obyczajom kulinarnym.

Ireland

Oprócz otwierania się na etniczne smaki zaczęli też Irlandczycy być dumni ze swoich produktów. Nastąpił swoisty boom na produkcję czekolady. Pojawiły się niewielkie firmy ręcznie produkujące znakomite trufle, fudge itp. My zupełnie przypadkiem trafiliśmy na naszej trasie na maleńki sklep, do którego przylegało coś w rodzaju miniaturowej czekoladowej manufaktury, do której można było nawet zajrzeć i podglądnąć "czekoladników" przy pracy. Nie wiedzieliśmy o istnieniu tego miejsca, ale na widok napisu "Handmade chocolates" zapala mi się natychmiast znak "stop" i odruchowo naciskam hamulec. 

Firmę "Lorge Chocolatier" założył Francuz Benoit Lorge pochodzący z Lotaryngii, a mieszkający od lat w miejscowości Bonane, w hrabstwie  Kerry i bardzo zżyty z lokalną społecznością. Organizuje między innymi co 2 miesiące czekoladowe warsztaty dla dzieci, które jak można się spodziewać, cieszą się wśród maluchów ogromnym powodzeniem.

skladankamale4sztuki

Sklep jest maluteńki, ale gatunków czekoladek jest więcej niż w wielkiej szwajcarskiej fabryce Cailler, którą kiedyś zwiedzaliśmy. Benoit zdobył już nawet w 2006 roku kilka "oskarów" za swoje czekoladki (tak bowiem żartobliwie nazywane są w świecie kulinarnych profesjonalistów brytyjskie The Great Taste Awards). Kupujemy trochę czekoladek do spróbowania i parę kawałków fudge. Tylko ten ostatni dojechał do Portugalii, czekoladki zniknęły ja sen złoty przy pierwszej filiżance herbaty. Tak, tak - herbaty, a nie kawy. Po kilku próbach picia kawy zakończonych smakowym fiaskiem (być może źle trafialiśmy, ale bardziej prawdopodobne, że mamy "sportugalszczone" kubki smakowe) przyszło nam się przestawić przynajmniej na tydzień z kofeiny na teinę. Ja jeszcze łapię w biegu Buck's fizz curd (kuzyn lemon curd, ale na bazie pomarańczy i szampana, jak przystało na imiennika popularnego drinka). Tymi smakołykami osładzamy trochę nasze przemoczone do szpiku kości wakacje.

Ireland

A w następnym odcinku Irlandia nieco bardziej wytrawna...

37 komentarzy:

  1. pierwszy obrazek i czekoladki.. niesamowite

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak fajnie jest zobaczyć to wszystko ponownie Waszymi oczyma. Zdjęcia wspaniałe.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja zwykle przeczytałam z ogromną przyjemnością!

    OdpowiedzUsuń
  4. super, że już wróciłaś! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. no proszę, a o rzut beretem za Kanałem umieraliśmy w tym czasie z gorąca ;)
    Agnieszko, żadne palmy, niebieskie laguny nie "rozkładają" mnie tak jak północne klimaty. i co z tego, ze pada, widać musi ;)
    my planowaliśmy zasmakować brytyjskosci na którejś z angielskich wysp kolo Francji ale mój mąż jest tak zarżnięty pracą, ze nie damy rady :/ inną razą ;)
    pozostają nam angielskie sklepiki w okolicy oraz bretońskie pola i lasy, być może tez Kaszuby :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe zdjęcia, wspaniałe przysmaki:)
    Cieszę się,ze wrócilaś Agnieszko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie poczytać, mi jakoś zawsze nie po drodze w te rejony, moje serce należy do Południa:) Pierwsze zdjęcie jest przepiękne.
    A tego deszczu trochę zazdroszczę (kto by pomyślał:)

    OdpowiedzUsuń
  8. nie mogę się napatrzeć na te zdjęcia:)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Wpis pycha :) Napisałaś tak dużo o miejscu w którym byłaś tylko przez tydzień! Agnieszko niektórzy mieszkają tam bardzo długo i mogą tylko pomarzyć, by TAK piać. Z wielką chęcią kupiłabym przewodnik napisany przez Was :)
    Zdjęcie to pierwsze na samej górze jest genialne :)

    OdpowiedzUsuń
  10. oj jaka szkoda ze nie wiedzialam ze sie wybierasz :) stanelabym na glowie zeby zaprosic Cie gdzies na kawe, albo dobra czekolade :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczywiście pisać a nie piać :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Agnieszko, piekny płynny opis... Moi Przyjaciele mieszkają w Irlandii i niebawem przyjdzie czas na odwiedziny, na pewno zajrzę do Ciebie przed wyjazdem...
    I juz wiem co przywieźć z podróży:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Och! Irlandia. Marzenie. Swego czasu miałam małego fioła na punkcie celtów. 150 stron pracy magisterskiej napisałam o wpływie ich mitologii na współczesną kulturę. Ale nigdy nie udało mi się odwiedzić wyspy. I kto by pomyślał, że jest tam tyle smakołyków do spróbowania. W życiu bym nie przypuszczała;))) Może kiedyś będzie mi dane:)

    OdpowiedzUsuń
  14. zdjęcia po prostu powalające

    OdpowiedzUsuń
  15. Uwielbiam Twoje gawędy i zdjęcia z podróży. Jest w nich jakaś magia. A kiedy czytałam o manufakturze czekolady... Jejku! Jak ja chciałabym tam kiedyś trafić.

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Przepiękne zdjęcie z tymi mgłami i jak zwykle wspaniałe czytanie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo, bardzo ciekawa relacja. My za kilka dni wyruszamy do Katalonii a na razie ze wszystkich sił próbujemy jakoś przetrwać w tym upale. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  18. Witam, Agnieszko, to chyba pierwszy mój wpis na Twoim blogu. Zdjęcie z łódką jest tak piękne i nastrojowe, że mogłoby pochodzić z jednej z książek Alforda i Duguid :)A dzięki Twojemu opisowi na chwilę zapomniałam o nieznośnie upalnej Warszawie. Bardzo ciekawie brzmi nadzienie do ciasta phyllo, muszę wypróbować podobne.

    OdpowiedzUsuń
  19. Zdjęcia znakomite! Pierwsze - albumowe! Brawo!
    I opowieść kulinarna - palce lizać! :-) Czekam zatem na rozdział "wytrawny"! Pozdrawiam!
    Nno i zaintrygował mnie Buck's fizz curd... To musi być mniammmm...

    OdpowiedzUsuń
  20. Witaj, trafiłem na Twoją stronę przez FotoIrlandię, bardzo podoba mi się Twoja relacja (na poły kulinarna) z Irlandii i czekam na ciąg dalszy, dla wytrawnych. Lubię czytać wrażenia osób, które do Irlandii przyjechały z wizytą, bo sam mieszkam tu już kilka lat więc świeże spojrzenie z zewnątrz jest dla mnie cenne. Gdybyś chciała pooglądać irlandzkie i celtyckie klimaty w słońcu to zapraszam do siebie na stronę. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  21. Za zdjecia wypadaloby chyba pochwalic męża, pozwolę sobie zatem się do nich nie odnosić :)
    Co do wpływu języka i jego dominacji to wydaje się, że problem jest głębszy, m.in. czy pełnił on rolę 'pozareligijną', np. czy nie byl nośnikiem rozwiązań ustrojowych, modelu i stylu życia, nie był łączony z przyjęciem lub nie standardów szeroko rozumianej kultury prawnej. Ale to tylko mała dygresja.
    Relacja jest u urzekająca, niewiele blogerek potrafi zachowac ujmujacą równowagę między rzeczowością a subiektywizmem własnego spojrzenia. Myślę, że Ty należysz do tego wąskiego grona. Budzisz ochotę na podróże, które Wy odbywacie, a to chyba właśnie świadectwo wartości Twoich relacji.
    Bardzo miłe miejsce... ten Twoj blog :)

    OdpowiedzUsuń
  22. @Adria: Mam to szczęście, że oboje z Agnieszką dzielimy wiele pasji, jak np. fotografowanie. Zdjęcia, które wstawiamy na blog to prawie zawsze wynik "team work". Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Piękne zdjęcia, a czekoladki bardzooo apetyczne :)

    OdpowiedzUsuń
  24. @Maciek, jeśli tak to bardzo przepraszam. Wspólne pasje to cudowna rzecz, a udany team work niesie radość także dla czytelników :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Agnieszko chyba ucięło mi komentarz. Czy byłabym bardzo niedyskretna gdybym spytała jakim obiektywem było zrobione pierwsze zdjęcie? :)

    OdpowiedzUsuń
  26. @All, bardzo, bardzo dziękuję wszystkim komentującym, że zechcieli skrobnąć tu słówko. Cieszę się, że Irlandia widziana moimi oczami Wam się spodobała.

    Leloop, wiem, wiem, nawet Anglicy mieli wtedy upały. A w Irlandii orzeźwiające 20ºC i deszczyk. A co do angielskich wysp - to na jednej nawet do 2008r panował feudalizm, ale znieśli go niestety. ;)
    http://en.wikipedia.org/wiki/Sark
    Kaszuby i bretońskie pola i lasy to brzmi całkiem nieźle jak dla mnie. My tego lata niestety na Kaszuby nie zawitamy. Pozdrawiamy Was bardzo serdeczne i czekamy aż się zdecydujecie na wizytę w PT. Mam nadzieję, że Was nie odstraszy, że niestety jest tu trochę palm, a na południu i parę błękitnych lagun się złośliwie znajdzie. ;)

    Lady Aga, mnie zaczęło chyba w końcu nudzić portugalskie słońce i teraz ciągnie nas w zimniejsze rejony. Chociaż do życia to ten nasz tutejszy klimat nie jest zły. Zapomnieć co to rękawiczki, czapki i puchowe kurtki nie jest takim złym zjawiskiem. ;)

    Polko, o ho, ho, to jeszcze niestety nie koniec o Irlandii! Ja tam mam jeszcze trochę do naskrobania. ;) Bardzo mi się podobała pierwsza wersja z "pianiem". :D

    Agatku, no widzisz, to ze mnie gapa. Następnym razem się poprawię, bo bym bardzo chętnie z Tobą sobie pogawędziła.

    Ewelajno, miło mi bardzo. Polecam jeszcze do przywiezienia czekoladę z nadzieniem z Bailey's. Do dostania we wszystkich choć trochę turystycznych miejscach.

    Felicity, wiesz ja bym sobie Twoją pracę magisterską z ogromną przyjemnością przeczytała. Moja własna siostra miała podobną przypadłość jak Ty, tyle że ją interesowała bardziej współczesna historia Irlandii. Mimo, że studiowała anglistykę, chyba do dzisiaj większą sympatią darzy Irlandczyków, a Anglikom nie może darować pewnych historycznych zaszłości. ;)

    Zaytoon, dziękuję za taki miły komentarz.

    Aniu T., trzymam kciuki za Wasze katalońskie wakacje. Nad morzem powinno być trochę ożywczej bryzy. Wyobrażam sobie jak gorąco musi być u Was, skoro nawet tutaj jest skwar trudny do zniesienia. Tutejsi mówią, że to przez wiatr z Hiszpanii. A jak mówi przysłowie z Hiszpanii "nem bom vento, nem bom casamento". Tylko cytuję złośliwych tubylców. ;) Niedawno w większym portugalskim gronie śmiałyśmy się z tego z hiszpańską farmaceutką, która tu mieszka od 30 lat i ma męża Portugalczyka. :)

    Quinoamatorko, bardzo dziękuję za komentarz i miłe słowa. Fajnie spotkać kogoś kto lubi te same książki. :) Ja też się przymierzam do tego nadzienia. Było zawinięte w takie spore "pakunki" z phyllo. Ale myślę, ze można byłoby też zrobić to jak borek lub spanakopitę.

    OdpowiedzUsuń
  27. Maggie, Buck's fizz curd jest pyszny. Pewnie by można jakoś zmodyfikować przepis na lemon curd, żeby go uzyskać. Jak będę miała nadmiar szampana, muszę coś pokombinować, ale to może nieprędko nastąpić. ;)

    Pendragon, zacznę od tego, że bardzo mi się podoba twój nick. To moje spojrzenie turysty jest pewnie bardzo subiektywne. Ja u swoich Portugalczyków po 10 latach z hakiem widzę o wiele więcej wad niż udało mi się zobaczyć w tydzień u Irlandczyków. Ale to chyba normalne. Ze śmiesznych i przyziemnych rzeczy to strasznie tam macie mało śmietników. ;) Uganiałam się kilometrami za jakimś koszem z ogryzkiem czy papierkiem. A mimo to kraj jest niezwykle czysty, widać ludzie zdyscyplinowani. Dziękuję za wizytę u mnie i komentarz. Twoja strona robi wrażenie. Świetne zdjęcia i opisy.

    Adrio, co do języka gaelic to ja już zupełnie zgłupiałam, gdy przeczytałam, że do jego upadku przyczyniło się w XIX wieku duchowieństwo katolickie. Było do niego źle nastawione, bo uważało, że ten język jest nośnikiem protestanckiego prozelityzmu.... Jak to było możliwe nie wiem, chyba za słabo znam irlandzką historię. Na chłopski rozum powinni go bronić, bo to chyba z językiem angielskim kojarzył się bardziej protestantyzm czy anglikanizm. Ale może tak jak piszesz to była kwestia raczej kulturowego ostracyzmu, w zdominowanym przez brytyjskie wpływy kraju. Może też więcej rodowitych Anglików osiedlało się w Irlandii niż Rosjan czy Niemców na terenie Polski pod zaborami. Ale to są już tylko moje niepoparte danymi hipotezy. Adrio, dziękuję Ci bardzo za taką wnikliwą ocenę bloga. Niezwykle mi miło, że tak to widzisz. Zapraszam do mnie jak najczęściej.

    Polko, to żadna tajemnica. Większość zdjęć pejzażowych robimy Sigmą 10-20mm, f/4,6-5.

    OdpowiedzUsuń
  28. Agnieszko relacja i zdjęcia jak zwykle genialne. Powinnaś pomyśleć o wydaniu przewodnika kulirno-turystycznego. Uwielbiam Twojego bloga i prawdziwy talent fotograficzny.

    Jeszcze mała 'dygresja' do Adrii, język, jego wpływ i dominację bardzo rzadko da się wytłumaczyć prostymi zjawiskami socjologicznymi jak religia, historia, kultura itp. Dominacja języka angielskiego w Irlandii ma bardzo dużo wspólnego właśnie z jego ogromną popularnością na całym świecie. Proponuje zajrzeć do doskonałej literatury socjolingwistycznej niejakiego Raymonda Hickey, specjalisty od tzw. Hiberno-English.

    Marta

    OdpowiedzUsuń
  29. @Marto, dziekuje za bibiograficzne wskazowki. Nie moge sie jednak zgodzic, ze kultura czy religia to 'proste zjawiska socjologiczne'. Zwlaszcza, ze zaproponowany przez Ciebie R. H. to wlasnie socjo-lingwista.
    Wybacz Agnieszko kolejny 'off topic' :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Na Północ koniecznie! Tu jest pięknie choć zawsze pada :) Cudowne zdjęcia i lektura :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Boże, co za zdjęcia! Podejrzewam, że w rzeczywistości Irlandia az taka piękna nie jest, jak na Waszych zdjęciach To już sztuka!
    Zapraszam do mnie na nowy adres lubie.gotowac.com.Stara domena (bardzo-lubie-gotowac.pl)wygaśnie za kilka dni

    OdpowiedzUsuń
  32. już się nie mogę doczekać następnej części opowieści.. bardzo przyjemnie napisane i mimo iż mieszkam w Irlandii ponad 2 lata nie poznałam jeszcze miejsc, w których byliście.. przy każdej okazji urlopu uciekamy stąd ponieważ pogoda potrafi wpędzić w depresję :(
    na następną wycieczkę polecam kwiecień-czerwiec, lipiec i sierpień to jedne z najbardziej deszczowych miesięcy.
    pozdrawiam i gratuluję takich wspólnych pasji :)

    OdpowiedzUsuń
  33. Pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że aż serce boli...

    OdpowiedzUsuń
  34. Oj boli :)
    Dziękuję Agnieszko!

    OdpowiedzUsuń
  35. Agnieszka, Twoj wpis jak zwykle niesamowity, szczegolowy, rzetelny, a zdjecia - zdjecia jak z najlepszych czasopism podrozniczych - naprawde gorna polka!

    Pozdrawiam Cie cieplo :-)

    OdpowiedzUsuń
  36. irlandzka kuchnia rzeczywiscie nie zachywca, po spedzonych tam 3latach do udanych dan jakie probowalam zaliczam guinness beef w dzien Sw. Patryka i swieze ryby, najlepiej przygotowane jak najprosciej. w Irlandii zachywcaja glownie piekne widoki-takie jak na Twoich zdjeciach! oraz wspaniali otwarci ludzie.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.