
Na łódce brakuje tylko Morgaine z "Mists of Avalon" (wiem, że to było na sąsiedniej wyspie, ale co tam ...). ;)
Witam po krótkiej wakacyjnej przerwie. Wybraliśmy się na tydzień do Irlandii, niechcący wybierając chyba jedyny kraj o tej porze roku w Europie, który przywitał nas (i pożegnał zresztą też) rzęsistym deszczem. Pierwsze wrażenie to oczywiście zieleń, niewyobrażalnie soczysta. Skojarzyła mi się od razu z Azorami. Miejscami Irlandia rzeczywiście przypomina te leżące trochę bardziej w głąb Atlantyku wyspy. Drugie wrażenie to przestrzeń - wśród morza zielonych pastwisk tylko gdzieniegdzie widać ludzkie osady. Miasteczka są raczej niewielkie, nawet Dublin nie był jakoś szczególnie zatłoczony (może większość mieszkańców pojechała w mniej deszczową okolicę ;) ). Trzecie wrażenie to spokój - nie wiem czy to natura, czy może pogoda działają w Irlandii jakoś kojąco i usypiająco.
Zobaczyliśmy w zasadzie tylko południową i środkową część Éire. Była w planach północna połowa wyspy z Giant's Causeway, jako główną atrakcją, ale w końcu została odłożona na następny raz. Być może będzie to w bardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych.
Ja głównie polowałam na wszystko co celtyckie. Chyba moje uwielbienie dla książek fantasy czerpiących wyjątkowo obficie z tej mitologii dało o sobie znać. Pamiętacie wyspy Skellige u Sapkowskiego? One istnieją naprawdę, tylko brakuje im literki "e" na końcu. Ponad tysiąc lat temu temu mnisi zbudowali tam pustelnię i prowadzące do niej imponujące schody, które przetrwały do dzisiaj.
Najwięcej jest właśnie pozostałości z czasów wczesnego celtyckiego chrześcijaństwa. My zaczynamy od Clonmacnoise, jednej z głównych atrakcji wnętrza wyspy. Nie tak łatwo w końcu spotkać klasztor z VI wieku, nawet jeśli tylko w ruinach. Największe wrażenie robią jednak High Crosses. Typowe dla Irlandii krzyże, prawie zawsze rozpięte na planie koła i misternie zdobione. Oryginały stoją w pobliskim muzeum, na świeżym powietrzu jedynie kopie, co nie dziwi przy tej wilgoci. Jak mówią kropla drąży kamień... High crosses do dziś są w Irlandii popularne, nawet na współczesnych cmentarzach jest ich sporo, choć powoli coraz mniej w nich elementów celtyckich.
Zaskakujące, że tylko 11% populacji mówi płynnie językiem irlandzkim (gaelic), choć kraj jest oficjalnie dwujęzyczny. Tym bardziej mnie to zdumiewało, gdy myślałam o historii Szmaragdowej Wyspy i walce z angielskimi wpływami. Cóż, językowo Anglicy wygrali i chyba trudno byłoby to dzisiaj próbować odwrócić, wobec dominacji tego języka na świecie. Gdy zaczęłam to zjawisko porównywać z naszą polską przeszłością nagle zrozumiałam, dlaczego my się oparliśmy rusyfikacji i germanizacji , a oni dali się "zangielszczyć". Po prostu irlandzkie problemy z Anglikami sięgają XII wieku (gdy jeden z pomniejszych irlandzkich królów zaprosił rycerstwo zza miedzy, żeby mu pomogło odzyskać włości). Wynika z tego, ze można się skutecznie opierać wpływom obcej kultury przez stulecie z ogonkiem. Trudniej widać jest to ciągnąć przez 700 lat... Język jest może trochę zmarginalizowany, jednak irlandzka kultura ma się wyśmienicie. Religia katolicka, tradycyjna muzyka i taniec to jedne z jej potężnych filarów.
Widok na okolicę z zamku w Cashel, z celtyckim krzyżem. Killarney National Park. Detal z zamku Cashel.
Z Clonmacnoise ruszamy na południe, przez ledwie widoczny w ulewie Cashel, ze swoim imponującym zamkiem, chyba jak większość miejsc w Irlandii źle potraktowanym przez Cromwella (ten ostatni to chyba zły duch irlandzkiej historii). W kompleksie zamkowym jest kaplica z unikalnymi w Irlandii, XII-wiecznymi freskami, które jednak łatwiej sobie wyobrazić niż zobaczyć gołym okiem. Czas i deszcz zrobiły swoje. Dzisiaj konserwatorzy zabytków walczą z niszczącymi dzieło sztuki mikrobami, naświetlając je promieniami UV. Dla laika szala zwycięstwa wydaje się jednak przechylać na stronę sił przyrody.
Z Cashel już całkiem niedaleko do Cork, gdzie będziemy spać. Na kolację jedziemy jednak do nadmorskiego Kinsale, do restauracji "Jola's" prowadzonej przez naszą przemiłą rodaczkę panią Jolę Wojtowicz. Być może Was dziwi wybór takiej restauracji w Irlandii zamiast natychmiastowej wizyty w prawdziwym pubie, gdzie Guinness leje się strumieniami. Były jednak ku temu powody. "Jola's" nawet w uważanym za bardzo gourmet Kinslane jest jedną z najlepszych restauracji, a menu bardzo zgrabnie łączy ze sobą tradycje irlandzkie, polskie i nawet nieco śródziemnomorskich. Niby fusion, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Co powiecie na znakomitą lokalną czarna solę (u brytyjskich sąsiadów znaną jako Dover sole), pierogi z nadzieniem z najlepszego black pudding z Clonakilty (czyli czegoś w stylu naszej swojskiej kaszanki), ciasta phyllo wypełnionego nadzieniem z kaszy gryczanej i jaglanej, z orzechami, feta i suszonymi pomidorami? Maciek skusił się nawet na stek z irlandzkiej wołowiny, co w jego wypadku bywa ryzykowne, bo to co zwykle ląduje na talerzu jest dla niego albo za krwiste, albo dla odmiany przypomina podeszwę. Tutaj jednak dostał taki, jak lubi - jedynie lekko różowy w środku. Równie miło było móc być obsłużonym po polsku i pogawędzić sobie z uroczą właścicielką. Bardzo to budujące widzieć, jak "nasi" odnoszą sukcesy na obczyźnie.
Przyznam, że nie nastawiałam się w Irlandii na jakieś szczególne doznania kulinarne. Piwa nie pijam, whiskey nie znoszę, jedzenie nawet w/g mojego przewodnika "Lonely Planet World Food - Ireland" miało być tutaj raczej bez polotu. Po podaniu przepisu na boxty (coś w rodzaju ziemniaczanego placka) autor nawet z zaskakującą autoironią proponuje danie zrobić, spróbować, a następnie śmiejąc się z samego siebie wyrzucić do kosza. Nie wiem właściwie dlaczego... Co prawda boxty nie miałam okazji spróbować, ale przepis wyglądał jak skrzyżowanie placków ziemniaczanych z krokietami. To wszystko jednak nie nastrajało najlepiej do tubylczej kuchni. Coż się jednak okazało? Irlandia jak i ościenna Wielka Brytania przeżywała od lat 90-tych renesans nie tylko ekonomiczny, ale i kulinarny. Ten pierwszy to już niestety w/g wielu naszych rozmówców przeszłość, drugi natomiast ma się nie najgorzej. Poznany przez nas mieszkający od wielu lat w Irlandii Francuz (co ze względu na narodowość już nadawało jego wypowiedziom obiektywizmu) wspominał, że w latach 90-tych jak grzyby po deszczu pojawiały się w Dublinie nowe restauracje, a konkurencja wśród szefów kuchni była taka, że - i mówił to zupełnie serio - można było tam zjeść lepiej niż w Paryżu. W to ostatnie może trochę trudno uwierzyć, ale otwarcie na świat na pewno bardzo dobrze zrobiło irlandzkim obyczajom kulinarnym.

Oprócz otwierania się na etniczne smaki zaczęli też Irlandczycy być dumni ze swoich produktów. Nastąpił swoisty boom na produkcję czekolady. Pojawiły się niewielkie firmy ręcznie produkujące znakomite trufle, fudge itp. My zupełnie przypadkiem trafiliśmy na naszej trasie na maleńki sklep, do którego przylegało coś w rodzaju miniaturowej czekoladowej manufaktury, do której można było nawet zajrzeć i podglądnąć "czekoladników" przy pracy. Nie wiedzieliśmy o istnieniu tego miejsca, ale na widok napisu "Handmade chocolates" zapala mi się natychmiast znak "stop" i odruchowo naciskam hamulec.
Firmę "Lorge Chocolatier" założył Francuz Benoit Lorge pochodzący z Lotaryngii, a mieszkający od lat w miejscowości Bonane, w hrabstwie Kerry i bardzo zżyty z lokalną społecznością. Organizuje między innymi co 2 miesiące czekoladowe warsztaty dla dzieci, które jak można się spodziewać, cieszą się wśród maluchów ogromnym powodzeniem.

Sklep jest maluteńki, ale gatunków czekoladek jest więcej niż w wielkiej szwajcarskiej fabryce Cailler, którą kiedyś zwiedzaliśmy. Benoit zdobył już nawet w 2006 roku kilka "oskarów" za swoje czekoladki (tak bowiem żartobliwie nazywane są w świecie kulinarnych profesjonalistów brytyjskie The Great Taste Awards). Kupujemy trochę czekoladek do spróbowania i parę kawałków fudge. Tylko ten ostatni dojechał do Portugalii, czekoladki zniknęły ja sen złoty przy pierwszej filiżance herbaty. Tak, tak - herbaty, a nie kawy. Po kilku próbach picia kawy zakończonych smakowym fiaskiem (być może źle trafialiśmy, ale bardziej prawdopodobne, że mamy "sportugalszczone" kubki smakowe) przyszło nam się przestawić przynajmniej na tydzień z kofeiny na teinę. Ja jeszcze łapię w biegu Buck's fizz curd (kuzyn lemon curd, ale na bazie pomarańczy i szampana, jak przystało na imiennika popularnego drinka). Tymi smakołykami osładzamy trochę nasze przemoczone do szpiku kości wakacje.

A w następnym odcinku Irlandia nieco bardziej wytrawna...





37 comments: