czwartek, maja 27, 2010

Marynowane mozzarelle na majówkę

a

Jedzenia al fresco ciąg dalszy. Tym razem wybraliśmy się na łono natury nieco dalej od domu. W zeszłą sobotę już po raz trzeci z kolei organizowaliśmy w okolicach Porto polski piknik. Nazywam go polskim, choć mimo dominacji rodaków, było dużo Portugalczyków, a nawet pojawiło się dwóch Hiszpanów i dwie Brazylijki. Portugalię, co zabawne, reprezentowała jak zwykle tylko płeć męska. Ukuliśmy już nawet małą teorię na ten temat - widać Polki są atrakcyjniejsze od Portugalek, stąd tyle par Polka-Portugalczyk, a nie odwrotnie. ;)

Pogoda wspaniale dopisała, uczestnicy również (co roku szukamy coraz większego stołu na piknik). W tym roku było prawie 50 osób, mimo raczej mikroskopijnej w porównaniu z innymi krajami tutejszej Polonii. Jedzenia i picia jak zwykle w bród. Wszyscy przygotowali pyszności. Stoły aż się uginały, od przystawek po desery.

"Polish + friends culinary picnic" we organized in Porto

Wina były chyba z każdego regionu Portugalii i  z północnej Hiszpanii, a nawet dla ochłody - domowa sangria. Nie zabrakło też - podobno całkiem niezłego (wiem tylko ze słyszenia, bo nie pijam ;)) - tutejszego piwa. Mieliśmy między innymi: chleb z Alentejo, polski kulebiak z kapustą i grzybami, różności na grilla, polskie wędliny (czytelników mieszkających w Polsce to pewnie nie wzruszy, ale my się roztkliwialiśmy), dziesiątki wręcz sałatek. Oprócz tego portugalskie bolinhos de bacalhau, rissois, empanada galega (wytrawny paj z nadzieniem, bardzo popularny w hiszpańskiej Galicji), prawdziwą hiszpańską tortillę (bo robioną przez Hiszpana , w hiszpańskiej kuchni i z hiszpańskich jajek ;)). Na deser - lody, pierniczki, kilka ciast czekoladowych (w tym coś w rodzaju francuskiego moelleux au chocolat, pycha muszę przy okazji wyprosić przepis), friands z truskawkami i babeczki czekoladowe z serowym nadzieniem. Nie jestem w stanie wszystkiego wymienić, mam nadzieję, że autorzy nie wspomnianych tu pyszności nie będą mieli mi za złe. W przyszłym roku muszę sobie chyba wszystko spisać na kartce. ;)

"Polish + friends culinary picnic" we organized in Porto

Trochę już przerzedzone towarzystwo piknikowe na pamiątkowej fotce.

Wśród przygotowywanego przeze mnie piknikowego prowiantu już tradycyjnie nie mogło zabraknąć marynowanych mozzarelli. Robię je zwykle 3 dni wcześniej (tym razem troszkę się spóźniłam), żeby przesiąknęły aromatem przypraw i dodatków. Przepis jest niezwykle prosty - małe kulki mozzarelli, cebulki, czosnek, trochę ulubionych ziół (w wersji leniwej - jedynie garstka suszonych herbes de Provence) i chili, a wszystko to zalane dobrą portugalską oliwą virgem extra. Świetne na przystawkę ze świeżą bagietką lub ciabattą. Samo pieczywo można sobie jeszcze rozkosznie zanurzać w nieprzyzwoitej ilości aromatycznej oliwnej zalewy. Zapraszam wszystkich wielbicieli śródziemnomorskich smaków do wypróbowania. 

uderzeniowe

Marynowane mozzarelle
 
500 g małych mozzarelli (typu bocconcini) 
4 ząbki czosnku
1 czerwona cebula,
10 (ok. 160 g) małych cebulek
kilka różnokolorowych papryczek chili (ilość uzależniam od waszego upodobania do pikanterii)
1 łyżeczka zielonego pieprzu z zalewy
1 łyżeczka różowego pieprzu z zalewy
4 gałązki świeżego rozmarynu
3 gałązki świeżego majeranku
3 gałązki świeżego oregano

1 łyżka suszonego oregano
6 gałązek świeżego tymianku (zwykłego i cytrynowego)
500 ml dobrej oliwy extra virgin
 sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku

Czosnek i cebule obieramy. Czosnek kroimy na plasterki, małe cebulki na połówki, czerwoną cebulę w ósemki. Większe papryczki chili pozbawiamy nasion i błonek i kroimy w paseczki, mniejsze można pozostawić w całości. Mieszamy w misce czosnek, cebule, papryczki chili, zielony i różowy pieprz.
Układamy w dużym słoju na przemian warstwy cebuli z dodatkami i mozzarelli. Przesypujemy każdą warstwę ziołami, solą i pieprzem. Na koniec zalewamy wszystko oliwą, musi jej być taka ilość, aby wszystko przykryła. Słój szczelnie zamykamy i wstawiamy na 3 dni do lodówki do przemacerowania. Przed każdym podaniem wyjmujemy mozzarelle na pół godziny wcześniej z lodówki, żeby odtajały, bo oliwa w niskiej temperaturze tężeje. 

28 komentarzy:

  1. Agnieszko, przepiękne zdjecia! Atmosfera iście piknikowa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, kocham pikniki, fantastyczny pomysł z taką imprezą Agnieszko!
    A mozarelle marynowane wyobrażam sobie że pyszne, dopiero co wykończyliśmy słoik marynowanego hermelina, którego niedawno zrobiłam, więc może tak na fali marynowania zrobić następny ser? :-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniały pikinik! Ileż tam ludzi, super!:))
    A jedzonko przepyszne,takie mozzarelle z chęcią bym kiedyś spróbowała:)

    Pozdrawiam Agnieszko:))

    OdpowiedzUsuń
  4. O jak fajnie :) a ja tu moknę :(
    Bardzo mi się podoba ten pomysł na mozzarellę i zdjęcia też. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama nie wiem, czego zazdroszczę bardziej: tej pysznej mozzarelli, pikniku, czy palma za plecami!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Twój blog to niewyczerpane źródło inspiracji! Podziwiam za dobry smak i estetykę!

    OdpowiedzUsuń
  7. zazdroszczę pogdy! Zdjęcia z pikniku-rewelacja

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana, te mozarelle to coś wspaniałego...! I ta świeżość słońca i zieleni...! Takie spotkanie różnych narodowości i smaków to bardzo energetyzująca sprawa.. Ach..., ja tez zazdroszcze...

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniały piknik, my w naszym hiszpańskim Albacete też od czasu do czasu organizujemy pikniki w parku ale jest nas tu garstka, czasem zresztą zwoływane są tak spontanicznie, że nawet nie ma czasu wykazać się kulinarnie. Pozdrawiam AT

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Pięknie, smacznie i z klasą.
    Uwielbiam tu zaglądać Agnieszko :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Co za klimaty... pozazdrościc, szczególnie gdy na termometrze za oknem AŻ 13 stopni...:0
    No i ta mozarella mmm... choć większe MMM... dla oliwy portugalskiej nie do dostania w mojej okolicy, a włoska to jednak nie to smao ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Aż czuć tę piknikową atmosferę!

    OdpowiedzUsuń
  14. dołączyć do portugalskiej polonii to jedno z moich większych życiowych marzeń :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Rozkochałam się w mozzarelli - a te tutaj wydają się być wręcz odlotowe!

    Taki piknik musi być świetnym doświadczeniem. ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  16. zdjęcia niesamowicie apetyczne! przepis zapisuję :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakby mi sie trafil w Pizie taki piknik z polskimi wedlinami, to tez bym sie nad nimi roztkliwiala, a co, znam te klimaty:)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Przyprawowo - zawodowo. Wstyd się przyznać ale jakoś nie wpadłem aby macerowac ten wspaniały serek. To słoiki tego smakołyku zagoszczą u mnie na półkach na stałe. Tylko ciekawe ile mogą stać... choć co ja gadam, znikną zanim przesiąkna przyprawami.
    A pikniczek? Tylko upowszechniać takie inicjatywy. Szkoda, że u nas raczej nie popularne. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  19. Tylko pozazdrościć takiego piknikowego spotkania i suto zastawionych stołów. :)
    Muszę przyznać, że i ja od czasu do czasu (częściej jednak latem, niż zimą) przygotowuję identyczne kuleczki mozzarelli. Tylko zestaw ziół się zmienia w zależności od chwilowego smaku. Uwielbiamy je do wszelkiego rodzaju sałat.
    Pozdrowienia Agnieszko!

    OdpowiedzUsuń
  20. no tylko pozazdrościć, ale nie tylko spotkania, tych białych kuleczek tez ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Polonia polnocy Meksyku pozdrawia Polonie portugalska. Wy tesknicie za wedlina, my za wszystkim :) U nas bylo 26 rodzin - niesamowite! Gratuluje iniciatywy i zycze powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  22. @All, serdecznie wszystkim dziękuję za miłe komentarze. Cieszę się, że udało się tu trochę przekazać piknikowej atmosfery.

    Moniko, aż sprawdzałam co za jeden ten hermelin. Ależ to musi być pyszne! Pozdrawiam serdecznie.

    Majanko, jeśli wypróbujesz koniecznie daj znać. Pozdrawiam serdecznie.

    Nobleva, dzięki za miłe słowa i życzę szybkiej poprawy pogody.

    Agato, palma jakoś się przyplątała.;) Nasz piknikowy lasek był głównie eukaliptusowy.

    Lepszysmak, dziękuję za taki komplementujący komentarz i pozdrawiam.

    Ewelajno, my też uwielbiamy takie spotkania, zwłaszcza na łonie natury. Pozdrawiam serdecznie.

    Aniu T., o, a ja zawsze sobie wyobrażałam, że hiszpańska Polonia to o wiele większa niż nasza (tak patrząc na tę galicyjską, która ma nawet polskiego księdza w Santiago). Na przyszły rok zapraszamy do nas. Gdybyś podała mi swój kontakt na blogowego maila to na pewno nie zapomnę przesłać info.

    Mafilko, z włoską też będą dobre, a może nawet lepsze, w końcu to mozzarelle. ;) Życzę bardziej przyjaznej aury.

    Marcin, :). Zapraszamy serdecznie w skromne "progi" portugalskiej Polonii.

    Zaytoon, koniecznie wypróbuj!

    Konsti, to roztkliwianie się jest chyba wspólne wszystkim emigrantom. No może nie tym z Niemiec i UK, bo tam oni chyba mają wszystkie polskie produkty o jakich zamarzą. Nie to co my - hołubić tu trzeba każdy kawałek polskości, jaki się trafi (wyszło mi nawet w sensie dosłownym). :)

    Bareya, właśnie ile one mogą stać ? Nie bardz wiem, bo tak jak piszesz one dość szybko się ulatniają. Na pewno ponad tydzień w lodówce są OK. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Małgosiu, masz rację - wszelkie ziołowe kompozycje się sprawdzają w zależności od sezonu i upodobań. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Anno, Polonia północy Portugalii dziękuje za pozdrowienia i też przesyła serdeczności. 26 rodzin to jest coś!! Tam od Was to jednak do polskich smakołyków trochę dalej niż od nas (choć i stąd jakoś niezbyt blisko). ;) Ale za to macie papryki ancho, które ja kocham nad życie i próbuję nawet w tym roku zahodować w portugalskim klimacie. :)

    OdpowiedzUsuń
  23. To raczej polscy mezczyzni sa malo atrakcyjni...A pary Portugalka Polak mieszkaja w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
  24. Od jakiegoś czasu zaglądam na Pani bloga i wypróbowałam już kilka przepisów, zawsze wychodzi z nich coś pysznego. Czy podobny piknik będzie organizowany w tym roku? Od dwóch miesięcy mieszkam wraz z rodziną w Bradze i chętnie wybralibyśmy się na takie spotkanie. Przyznam, że jestem tutaj "kulinarnie" zagubiona. Brakuje mi niektórych polskich produktów, np. kaszy jęczmiennej na klasyczny krupnik, czy korzenia pietruszki i selera na rosół. Nie wiem czy kuchnia portugalska ich nie zna, czy po prostu jeszcze nie odkryłam w Bradze miejsc gdzie można je kupić. Ciągle zaczepiam biednych sprzedawców i wspomagając się frazami z google translator oraz językiem migowym, "molestuję", aby pomogli mi znaleźć jakieś nieznane dla nich "delikatesy". Najczęściej, mimo wysiłków z obu stron, pozostajemy "lost in translation". Czy mogłabym czasami liczyć na pomoc z Pani strony w kwestii portugalskich nazw produktów żywnościowych oraz informacji czy można je dostać na portugalskim rynku? Z góry dziękuję i serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  25. Pani Ewelino, dziękuję bardzo za taki obszerny komentarz. Co do polskich produktów - kasze różnego rodzaju bywają w rosyjskich lub ukraińskich sklepach. Ja znam adresy tylko tych z Porto, nie wiem czy są takie w Bradze , ale coś mi się kołacze w głowie, że chyba tak.. Kaszy drobnej jęczmiennej co prawda nie widziałam, ale jest gryczana i coś w rodzaju pęczaku. Przyznam, że tą krupnikową przywożę z PL. Jest też tam do zdobycia dobry twaróg, wafle na andruty, kapusta i ogórki kiszone i pyszna kwaśna śmietana. Korzeń selera (cabeça de aipo) bywa, czasem w Makro, czasem w El Corte Ingles, w zeszłym tygodniu kupiłam go o dziwo w Continente w Porto. Przyznam, że z lenistwa zaczęłam do rosołu dodawać seler naciowy. Korzenia pietruszki nie widziałam tu nigdy. Bywa....baaaardzo rzadko.... pasternak, niby trochæ do niej podobny, nazywa się xerovia. Bardzo proszę dać mi znać na blogowego maila, gdyby miała Pani jakiekolwiek wątpliwości lub problemy. Co do pikniku - my z mężem byliśmy jego organizatorami przez 4 kolejne lata, w zeszłym roku nie mieliśmy możliwości się o niego zatroszczyć i jakoś nikt inny nie przejął pałeczki niestety. Trudno mi powiedzieć jak będzie w tym roku, ale jeśli tylko będzie coś w planach to na pewno dam Pani znać na maila. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa o blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za odpowiedź. Skontaktuję się emailowo. Pozdrawiam.

      Usuń
  26. Piekna inicjatywa!!! Ja marynuję wszystko-:) od czasu pobytu w czechach i zjedzenia właśnie: nakladanego hermelina. Tamtejszy to inna wersja, ziele angielskie, liść laurowy, troszke octu, podawany z prześnym chlebem..pycha.. Ja marynuję fetę, mozarellę, camemberta, brie, wedzonego tuńczyka i łososia oraz nawet mięso z królika. czosnek dodaję jako całe zabki, poprzednio sparzone 3 min we wrzątku, cebulkę szalotkę w całości, podobnie sparzoną...sa pyszne-:)) z dodatkiem ziól prowansalskich lub tylko tymianku i małych ostrych papryczek,bagietki...boskieee!!
    W UK mam podobny problem z pietruszką, selerem oraz koperkiem-:). Jedzą tu masowo pasternak, który,sam w sobie, jako frytki lub puree może być. Nie oddaje jednak smaku żadnemu wywarowi. Zamiast glowy selera moje dziecię kilka razy pomylkowo zakupiło łeb brukwi, która , u nas jako roslina stricte pastewna, ma tu ogromne grono wielbicieli caserrole@@@
    Mimo trzech polskich sklepów w moim nadmorskim Portsmouth rewelacji nie ma..zupki w proszku, sosy winiary, serki wiejskie i kiepskie wędliny i garmażerka, której nikt w Polsce nie ruszy...a szkoda.
    Brakuje choćby zasloikowanych lub mrożonych kurek czy prawdziwków kasza jest na wagę zlota-:)
    Autorce bloga gratuluję!!! sama równiez pisałam swojego czasu. Omoich zmaganiach z kuchnia wyspiarską, która niestety odzwieciedla charakter mieszkańców-:))
    Anyway..nauczyliśmy sie juz jeść haggis oraz czarny pudding..tylko do ichniejszych kiełbasek, w których wiecej chleba , jabłek i tłuszczu niz mięsa, jakos nie mamy przekonania-:))
    pozdrawiam
    Kamila

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamilo, dziekuję za miłe słowa o blogu. Ciekawe te twoje pomysły na marynaty. Zaskoczyłaś mnie trudnościami z kaszą w polskich sklepach w UK. Ja ją tutaj kupuję u Rosjan, bo Portugalczycy kasze sprzedają w sklepach z karmą dla zwierząt. Wędliny to tutaj też trudny dla nas temat.... Ja powoli przekonuję się do presunto (portugalska wersja jamón), a mój mąż po 13 latach pobytu nadal nie tyka żadnych. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.