Widok na Foz do Douro (ujście rzeki Douro do oceanu w Porto) o zachodzie słońca.
Od początku tygodnia mamy w Portugalii upały. Wczoraj temperatura doszła w Porto do 32ºC, dziś prognozy są podobne. Powiem tylko - wreszcie! Wcześniej mieliśmy pogodę ledwie wiosenną - trochę deszczu, trochę słońca i tak kolo 20ºC. Niby nie ma na co narzekać, ale jednak nie tego się człowiek spodziewa w maju na południu Europy. Należało więc, skwapliwie wykorzystując okazję, rozpocząć sezon grillowy.
Na pierwszy ogień w tym roku poszły ryby. Już od dłuższego czasu wybieraliśmy się na tutejszą halę rybną w portowej dzielnicy Matosinhos. Ryby tu nie dość, że są bajecznie świeże - prosto z rybackich kutrów, to jeszcze w dodatku o połowę tańsze niż w sklepach. Nigdy jednak dotąd nie dotarliśmy do lota (tak nazywają po portugalsku ten przybytek) z banalnego powodu. Warunkiem zdobycia tych najlepszych ryb w Porto jest wstanie skoro świt. Hala zaczyna zamykać swoje podwoje już koło godziny 8.00. Wreszcie jednak się zmobilizowaliśmy i w wolny dzień (zważcie jakie to poświęcenie ;)) nieco zaspani dotarliśmy na miejsce.
Już przy wejściu spotkało nas poważne rozczarowanie - nie pozwolono nam używać aparatu fotograficznego. Ja się początkowo trochę zżymałam, burcząc pod nosem, że pewnie ryby tak ważne są dla Portugalczyków, że miejsce ich sprzedaży ma status obiektu wojskowego, po chwili jednak zrozumiałam dlaczego obowiązują takie dziwne zarządzenia. Marudzący przy sprzęcie fotograf byłby naprawdę poważną przeszkodą w handlu rybami, no i natychmiast zostałby stratowany (razem z tym swoim cennym sprzętem) przez kłębiący się we wszystkie strony tłum kupujących i rój sprzedawców.
Tainha czyli cefal złotogłowy
Na wielkiej hali królują peixeiras, czyli panie sprzedające ryby. Tak, tak, to tutaj zajęcie najczęściej dla kobiet - mężczyźni łowią, a kobiety handlują, a sama peixeira to prawdziwa instytucja, no i postać wręcz przysłowiowa. Młode i starsze, często przy kości ;), w obowiązkowych szerokich spódnicach i fartuchach wiodą prym na lota. Każdy sposób na przyciągniecie uwagi potencjalnego klienta jest dobry - peixeiras krzyczą, śpiewają, rozbijają się w te i we wte z zawrotną prędkością niskimi wózkami pełnymi skrzynek ryb.
Mniej więcej 1/3 powierzchni hali przeznaczona jest dla indywidualnych klientów, reszta to sprzedaż hurtowa dla restauracji i sklepów. Wybór i ilość ryb jest porażającą, to prawdziwe rybne królestwo. O tej porze roku powoli zaczynają królować sardynki (najlepsze jednak są pod koniec czerwca, czyli wypada to idealnie na noc świętojańską - wielkie święto w Porto). Ja już powoli nauczyłam się rozeznawać w tutejszych podstawowych gatunkach ryb, ale mimo to ciągle mnie zaskakują jakimiś mniej spotykanymi i muszę się dopytywać o nazwę. Peixeiras chętnie też udzielają rad, jak przyrządzić te dary morza i recytują jak nakręcone swoje ulubione przepisy.
W pobliżu portu na samej plaży jest pomnik kobiet czekających na rybaków powracających z morza. Pstrągi i na razie pusty talerz na ryby. ;)
My wyszliśmy z lota z dobrymi 6 kg ryb. Nakupowaliśmy różności - poczynając od taniutkich i niezbyt poważanych tutaj, a pysznych makreli, przez 2 wielkie ryby o wdzięcznym imieniu tainha, nasze ulubione robalo (fajnie się tu nazywaj okoń morski, prawda?), kilka ładnych pstrągów, aż po szlachetną, nie znaną nam dotąd rybę o nazwie roncaz, o pięknym pomarańczowo-różowym kolorze, która ponoć smakuje jak owoce morza).
Z całym tym dobrodziejstwem inwentarza, ciągle jeszcze bladym świtem, dotarliśmy do domu, gdzie był akurat czas na poranną kawę. Już w następnym wpisie skrobnę parę słów o tym, co zrobiliśmy z tymi wszystkimi rybskami.







22 comments: