sobota, stycznia 02, 2010

Samochodem przez USA: Nowy Orlean

Z biegiem Mississipi wracamy do NOLA - tak nazywają tubylcy Nowy Orlean (skrót od: New Orleans, Luisiana) - niezwykłego amalgamatu wielu kultur. Swoje piętno odcisnęli tu Francuzi, Hiszpanie, ale przede wszystkim ogromna populacja Afroamerykanów. Jest jeszcze inna popularna nazwa miasta - chyba bardziej oddająca klimat tej metropolii - The Big Easy.
Spędzimy tu tylko dwa dni, natychmiast więc musimy włączyć "turbo", żeby zobaczyć wszystko, co mamy w planie. ;)

Mieszkamy przy Rampart Street, dokładnie naprzeciwko parku imienia Louisa Armstronga. Nasz hotel leży w najstarszej części miasta: French Quarter (Vieux Carré), zajmującej centralną część Nowego Orleanu, tuż przy jednym z zakrętów rzeki Mississipi. Uliczki są wąskie, jak w Europie, ale - jak przystało na Nowy Świat - krzyżują się pod kątem prostym. Dzielnica Francuska nie jest duża: zajmuje obszar o wymiarach jedynie 1.5 x 1 km. Na pewno bardzo rożni się od jakiejkolwiek innej części miasta w Ameryce. Gazowe latarnie, niskie, kolorowe domy, z balkonami o misternie kutych balustradach (nie wyglądają na zrobione z metalu, wydaje się, że są z koronki), przyozdobione mnóstwem roślin, mogą się podobać.

Na szczęście najsłynniejsza dzielnica Nowego Orleanu, niezbyt mocno ucierpiała podczas huraganu Katrina (jak i pozostałe stare dzielnice, wybudowane na terenach położonych powyżej poziomu morza). Zresztą po 4 latach nie widzimy wiele zniszczeń, Amerykanie świetnie poradzili sobie z odbudową. Właściwie spuściznę dotkliwego kataklizmu obserwuje się głównie w jednej dziedzinie - tak przynajmniej głoszą w telewizji - Nowy Orlean nosi niechlubne miano stolicy przestępczości Stanów Zjednoczonych ( a ściślej mówiąc - stolicy morderstw). Czy to jednak jedynie pokłosie huraganu ? Chyba niekoniecznie .... W każdym razie do dzisiaj miasto zamieszkuje jedynie 2/3 populacji sprzed Katriny.

Powróćmy do walorów miasta. Nowy Orlean to mekka muzyki. Muzyki, która ma tu swoje korzenie. To przede wszystkim miejsce narodzin jazzu (ale także rythm and bluesa i muzyki zydeco). A jeśli jazz to oczywiście natychmiast przychodzi na myśl rozrywkowa Bourbon Street z jej nocnymi klubami i barami z muzyką na żywo. Snują się tu jeszcze ciągle duchy najsłynniejszych jazzmanów świata, liczne są też przeróżne przybytki związane z wierzeniami voodoo.

Zwiedzanie miasta zaczynamy ze słuchawkami w uszach podążając szlakiem Jazz Walk of Fame (opis trasy i fragmenty najsłynniejszych jazzowych kawałków można bezpłatnie ściągnąć ze strony Jazz National Historical Park ). W głowie aż nam huczy od wiadomości i muzyki Luisa Armstrong'a, Henry'ego "Red" Allen'a, Sidney'a Bechet'a i wielu innych. Może to makabrycznie zabrzmi, ale trochę żałujemy, że nie udaje nam się trafić na żaden jazzowy pogrzeb. Pamiętacie tę scenę z filmu o Bondzie "Live and Let Die"?

Później wałęsamy się po French Quarter trochę bez celu, zaglądając do antykwariatów, galerii sztuki, wypatrując ciekawych restauracji, słuchając muzyki na żywo, no i chłonąc unikalną atmosferę miasta. Docieramy też nad rzekę. Po jej drugiej stronie znajduje się, od zawsze zaniedbana, dzielnica Algiers: serce czarnego Nowego Orleanu i miejsce narodzin jazzu. Przy brzegu rzeki stoją parowe statki, którymi można popłynąć w górę Mississipi aż do Natchez.

W Nowym Orleanie nie można pominąć kwestii kulinarnych. Jedzenie to bardzo istotna część tutejszej kultury. Jak i w innych dziedzinach życia, tak i w kuchni widzi się w Luizjanie etniczny miks, takie naturalnie powstałe, a nie wymyślone przez szalonych szefów kuchni, fusion. Przeważają tradycje francuskie, utrzymały się nawet obco brzmiące nazwy wielu dań - étouffée, remoulade. Ale wszystkie potrawy, jak na świetną kuchnię przystało, wykorzystują lokalne produkty. Ostrygi, raki łowione w pobliskich bayous, ostre sosy chili będące specjalnością regionu (stąd pochodzi znane na całym świecie tabasco), znakomita wędzona kiełbasa andouille, cukier z trzciny cukrowej i pekany (z których robi się kreolskie pralinki), proszek filé pozyskiwany z liści rosnącego w okolicach drzewa sassafras i używany do zagęszczania gumbo. Nawet wszędobylskie aligatory znajdują tu swoje kulinarne zastosowanie (wahałam się czy nie kupić puszkowanego mięsa tego gada, sprzedawanego na każdym rogu).

Nie można zapomnieć o popularnym nowoorleańskim fast food - po'boys. Są to długie kanapki robione, jak na miejsce o francuskich skłonnościach przystało, z bagietek. Te najbardziej tradycyjne podawane są na ciepło, ze smażonymi krewetkami, ostrygami lub rostbefem. Można poprosić o dressed po'boy, wtedy w środku będą dodatkowo sałata, pomidory i majonez.

Na śniadanie natomiast najlepiej udać się do słynnej Café du Monde, kawiarni przy French Market, od 1862 roku serwującej najlepsze w mieście beignets (coś w rodzaju kwadratowych pączków bez nadzienia) i café au lait (koniecznie z dodatkiem cykorii). Tradycją jest, przy zapraszaniu tam znajomych po raz pierwszy, dmuchnięcie im w twarz cukrem pudrem (to podobno zapewnia powodzenie dmuchającemu ;) ).

Dłuższych studiów wymaga kwestia kuchni kreolskiej i cajun. Termin creole oznacza potomka osadników sprzed 1803 roku (czyli daty zakupu Luizjany przez USA). Kiedyś określano tak, głównie ludzi europejskiego pochodzenia, potem znaczenie rozszerzyło się też na potomków czarnych niewolników. Tym samym creole cuisine to, bardzo ogólnie rzecz ujmując, kuchnia Luizjany o korzeniach francuskich lub hiszpańskich, z domieszką karaibską. Słowo cajun dotyczy natomiast populacji wywodzącej się od uciekinierów z Kanady nazywanych Akadyjczykami (dla utrudnienia też głównie Francuzów z pochodzenia).

Generalnie rzecz biorąc kuchnia kreolska jest bardziej wyszukana, formalna, elegancka (taką serwowano na pewno w Oak Alley Plantation pierwszym jej właścicielom). Cajun food to zaś potrawy proste, domowe, rustykalne, za główny cel mające zaspokojenie apetytu. Co nie znaczy, że mniej smaczne niż te kreolskie. ;) Niektórzy twierdzą, że przebój Hank'a Williams'a "Jambalaya on the bayou" spopularyzował bardziej tutejszą kuchnię, niż wszyscy szefowie kuchni razem wzięci.



Ufff, to by było tyle na dzisiaj, choć zapewniam Was, że o kuchni Luizjany można pisać w nieskończoność. W następnym odcinku: parę słów o pewnej nowoorleańskiej restauracji i moja próba odtworzenia tamtejszego przepisu na gumbo. Sami ocenicie czy udana. ;)

12 komentarzy:

  1. Nowy Orlean mnie fascynuje. To jedno z tych miejsc, które na pewno chcę odwiedzić w przyszłości. Może to wpływ książek Anne Rice... a może po prostu ciągnie mnie do miejsca tak zróżnicowanego, tak ciekawego...?

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne kolory. I klimat opowieści.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj kochana Agnieszko! Ależ pięknie opisujesz podróż po Nowym Orleanie. Ja rozkoszuję się czytajac Twoje słowa. Gratuluję pieknych opisow no i zdjęc! Pozdrawiam Ciebie, Macieja i Łukasza. Joanna H.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekamy na Twoją ksiązke! Do podziwu Twoich opisów dołacza sie Ryszard H. i znajomi z Ktorymi dziś jesteśmy! Joanna H.

    OdpowiedzUsuń
  5. uwielbiam Twoje opisy podróży i czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy wspominałem już, że bardzo lubię Twoje opowieści? A, może nie wspominałem. No więc przepadam. Czytając tę ostatnią, wspomaganą świetnymi jak zwykle fotami, prawie że poczułem zapach aligatora z puszki ;) (to był oczywiście - może i mało śmieszny - żart). Czekam na gumbo, czymkolwiek jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Z zapartym tchem śledzę następne odcinki podroży. Pozdrawiam autorkę.
    Krzysztof.

    OdpowiedzUsuń
  8. jak zwykle pasjonujaca opowiesc, chcialoby sie wiecej:) nawet ja przez chwile chcialam tam pojechac (a normalnie wcale mnie tam nie ciagnie ;) ), najbardziej, zeby popatrzec na te "koronkowe" domy, zreszta gdy pada haslo Nowy Orlean to wlasnie przychodzi mi na mysl i scena z pogrzebu ;)
    ciekawe czy nowoorleanska andouille przypomina swe europejskie kuzynki, na zdjeciu w Wiki sfotografowano moja "sasiadke" ;) ja osobiscie uwielbiam
    pozdrawiam z zmrozonej na kosc Bretanii

    OdpowiedzUsuń
  9. Zaytoon, to ja trzymam kciuki, żeby marzenie się spełniło! A Anne Rice to na razie u mnie ciągle na liście "do przeczytania". Tyle mojego, że chociaż "Wywiad z wampirem" oglądałam. ;)

    Delie, dzięki za miły komentarz. Pozdrawiam.

    Joanno i Ryszardzie, bardzo, bardzo Wam dziękuję za przemiłe komentarze i pozdrawiam Was i znajomych.

    Kozico, miło mi ogromnie. Pozdrawiam.

    Antoni, ależ, gdzie mi tam do mistrza! Ale dziękuję za dobre słowo i miło mi, że da się to grafomaństwo czytać. A gumbo już tuż, tuż. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. Co prawda potomkowie kanadyjskich Francuzów maczali w nim palce, więc może podpadać pod "francuskopieskowe figle-migle" ;)

    Krzysztofie, cieszę się bardzo, że mam stałego czytelnika i również serdecznie pozdrawiam.

    Leloop, no, no, no, gdyby udało mi się przekonać Cię do subtropiku to już by było coś. Jak pewnie pamiętasz, bo już to omawiałyśmy, ja tej francuskiej andouille nie jadłam, więc nie porównam. Ta z Luizjany to mi prawie pod jakąś polską zwyczajną wędzoną kiełbasę podpada, więc chyba trochę inna jest od pierwowzoru. Nie ma wewnątrz tych wszystkich, jakby to ładnie ująć ... a niech tam - flaków.;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Agusia, jak zwykle zdjęcia powalające. Idę wczytać się raz jeszcze, świetny opis.

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne zdjęcia! Trafiłam na Twój blog zupełnym przypadkiem, szukając zdjęć Nowego Orleanu, bo tez jestem odjechana na punkcie NO i marzę o zwiedzeniu tego miasta. Nawet mam ustawione pokazywanie pogody w Nowym Orleanie, zamiast w Krakowie ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Kawo, dzięki za dobre słowo. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Teslo, witam tu u mnie bardzo serdecznie wielbicielkę NOLA. :) Zapraszam jak najczęściej. To miasto ma w sobie rzeczywiście coś magicznego, trudno to opisać czy sfotografować, najlepiej rzeczywiście samemu doświadczyć. Ja pogodę śledzę w Porto, Gdańsku, Granadzie i Miami. Takie skrzywienie. :D

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.