wtorek, grudnia 29, 2009

Samochodem przez USA: Plantations i lemon mint julep

Słynna dębowa aleja w Oak Alley Plantation.

Podróżujemy drogą międzystanową numer 10 wciąż na zachód. Wkrótce po minięciu Pensacola opuszczamy Florydę i posuwamy się wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Przejeżdżając przez centrum miasta Mobile w Alabamie mijamy zacumowany przy nabrzeżu pancernik USS Alabama, obecnie muzeum. To okręt, który w czasie II wojny światowej jako jeden z pierwszych amerykańskich pancerników chronił konwoje do Murmańska.

Po półtorej godzinie mijamy wielką tablicę: "Welcome to Louisiana". Wreszcie jesteśmy u celu. Stajemy przy informacji turystycznej. Uprzejma Amerykanka trochę automatycznie wręcza nam mapę Nowego Orleanu. Oczywiście pada sakramentalne: "Where are you from guys ?". Tym razem jednak bez cienia zainteresowania w głosie pytającej. Pani w informacji prowadzi statystykę przyjeżdżających turystów. Zaglądam jej przez ramię. Na pierwszym miejscu są turyści z Teksasu i Florydy. Pani z lekkim zdenerwowaniem przerzuca kolejne kartki szukając Polski. Wreszcie jest. Z dumą wpisuje do rubryki liczbę 3.

Co kilka kilometrów przydrożni sprzedawcy oferują lokalny przysmak: hot boiled peanuts. Już nie pierwszy raz słyszymy w Stanach, że gdzieś tu w okolicy rosną orzeszki ziemne. Nigdy jednak nie udało nam się na własne oczy zobaczyć tych hodowli. W każdym razie te świeże fistaszki sprzedawane przy drodze są znakomite.
Godzinę później mijamy Nowy Orlean. Spośród wielu wieżowców downtown wyróżnia się wielka kopuła The Luisiana Superdome - stadion lokalnej drużyny NHL Saints. Tutaj właśnie w 2005 roku 20 000 mieszkańców schroniło się przed huraganem Katrina.

Jedne z wielu przydrożnych stoisk z lokalnych przysmakiem - orzeszkami ziemnymi.

My jednak na razie pozostawiamy miasto za sobą i kierujemy się na północny-zachód. Przejeżdżamy potężny most - pod nami rzeka Mississipi. Jest wielka i dziwnie spokojna. A przecież to największa amerykańska arteria wodna. I najgroźniejsza. Podczas Wielkiej Powodzi w 1993 rzeka zalała tereny wielkości Szkocji. Skręcamy na zachód i wąską drogą jedziemy wzdłuż Mississipi. To biedna okolica. Drewniane domy są zamieszkane głównie przez murzyńskie rodziny. Droga ciągnie się dziesiątkami zakrętów chyba w nieskończoność. W końcu dojeżdżamy na miejsce. Przed nami Oak Alley Plantation.

To jedna z najpiękniejszych posiadłości w południowych stanach USA, leżąca tuż nad Mississipi. Zbudowana w 1839 roku w stylu Greek Revival przez rodzinę Roman o francuskich korzeniach, leży na gigantycznej plantacji trzciny cukrowej. Eksport cukru do Europy przyniósł w XVIII i XIX wieku właścicielom bajeczne zyski. Producenci cukru należeli do elity finansowej ówczesnego świata. Dębowa, prawie 300-letnia aleja (zasadzona ponad 100 lat przed wybudowaniem domu), prowadząca z głównego budynku nad rzekę zapiera dech w piersiach. Wałęsamy się po parku. Jest gorąco i wilgotno. W miejscu, gdzie dawnej stały czworaki dla niewolników spotykamy pamiątkową tablicę z dziesiątkami imion. Dowiadujemy się, że np. rodzina niewolników kosztowała kilka tysięcy ówczesnych dolarów. Zakup młodego niewolnika to wydatek rzędu 1000 dolarów. Stary niewolnik był bardzo tani, kosztował tylko 100 dolarów.... Gorzka kropla w tak na pierwszy rzut oka rajskim miejscu.

Posiadłość Oak Alley Plantation. Boże Narodzenie w stylu "American South", a raczej w stylu Cajun, gdzie zamiast renifera z czerwonym nosem występuje aligator z nosem zielonym. Mint julep w kafejce na Plantacji. Cieniste werandy otaczające dom i chroniące przed gorącym słońcem Południa.

Co pół godziny na terenie plantacji rozlega się bicie dzwonu. W ten sposób ogłasza się początek wizyty z przewodnikiem w głównej posiadłości. O tej porze roku (jest początek września) nie ma tutaj wielu turystów - jesteśmy więc sami z oprowadzającym. Wnętrza chwilami do złudzenia przypominają arystokratyczne chateaux we Francji. Nie ma się co dziwić, całe wyposażenie sprowadzono z Europy. Seria architektonicznych trików miała służyć walce z piekielnie gorącym klimatem - cały dom otaczały wspierające się na kolumnach głębokie balkony, zapewniające cień pomieszczeniom, wysokie okna i drzwi położone w jednej linii miały wywołać choć odrobinę przeciągu w parnym powietrzu amerykańskiego Południa. Widoki z drugiego piętra domu na ogród są fantastyczne. Właściciele mogli stąd też podziwiać Missisipi i pływające nią parowce, jednak zniknęła ona z pola widzenia odkąd wybudowano wał przeciwpowodziowy.

Wszystko przypomina nam tutaj scenerię z filmu "Przeminęło z wiatrem". Historia pierwszych właścicieli jest jednak trochę mniej romantyczna. Tuż po wybudowaniu "Bon Séjour" (tak nazwała posiadłość pani domu) Roman Empire, czyli fortuna rodziny Roman, zaczęło się chylić ku upadkowi. Małżonkowie przeżyli w posiadłości we względnym spokoju wojnę secesyjną, jednak potem pan domu Jacques zmarł na gruźlicę, a dwoje z jego dzieci na żółtą febrę. Jego piękna żona Celine, przyzwyczajona do luksusowego życia XIX-wieczna zakupoholiczka, roztrwoniła majątek do ostatniego grosza. Rodzina musiała sprzedać Oak Alley Plantation. Posiadłość przechodziła odtąd różne koleje losu, na początku XIX wieku trafiając znowu na właścicieli, którzy się w niej zakochali. Ostatnia pani na Oak Alley Plantation - Mrs. Stewart stworzyła fundację i przekazała swój dom do publicznego użytku, dzięki temu możemy go dzisiaj zwiedzać.
Jak to w Ameryce, nie może zabraknąć na miejscu sklepu z pamiątkami, restauracji i małego baru. Zamawiamy, jak na miejsce przystało, mint julep. Ma on 4 podstawowe składniki: burbon, miętę, cukier i lód. Nazwa julep pochodzi od perskiego gulab, co początkowo oznaczało wodę różaną, a później wszelkie napoje na bazie słodkich syropów. Drink ten kojarzy się co prawda najbardziej z Kentucky Derby (najsłynniejszymi wyścigami konnymi na Zachodniej Półkuli), ale można powiedzieć, że jest synonimem tego, co powinno się sączyć na upalnym Południu. Najlepiej oczywiście ze srebrnych szklaneczek, na cienistej werandzie amerykańskiego domu, w drewnianym bujanym fotelu.
Szczerze powiedziawszy mint julep jest okropny .... Sprzedawczyni lojalnie uprzedzała i proponowała mi lemon mint julep, ale ja się uparłam na klasykę. Ta ostatnia skończyła .... w koszu na śmieci - mocne to, obrzydliwie mdłe i słodkie, no i nawet mięta go nie ratuje (boję się, że nawet fotel bujany by wiele nie pomógł).
Nie poddałam się jednak i postanowiłam w domu wypróbować wersję z sokiem cytrynowym. W końcu - tłumaczyłam sobie - to prawie jak mojito, tylko cytryna zamiast limonki i whiskey zamiast rumu. ;) Że soku cytrynowego jest dużo, dużo więcej niż burbona, stanowiącego podstawę klasycznego mint julep, znienacka cytrynowa wersja robi się całkiem smaczna. Ja może nie powinnam się tu bawić w oceny, bo whiskey (i whisky również ;) ) jest dla mnie zasadniczo niepijalne. W zasadzie lemon mint julep jest pierwszym drinkiem z tym alkoholem, który jestem w stanie wypić (co nie znaczy, że jest lepszy od mojito, na które zapraszam tutaj). ;)
W/g purystów powinno się pić mint julep w takich szklaneczkach. U mnie w domu zbliżone wyglądem były jedynie kubki do mycia zębów ;), więc pozostałam przy zwykłych highball glasses. Od lat trwa też dyskusja co robić z miętą w mint julep: mocno ucierać ją za pomocą specjalnego barmańskiego tłuczka zwanego muddler, tylko lekko ugnieść łyżeczką, czy zaledwie ścisnąć w dłoni. Ja nie miałam wątpliwości: każdy sposób, żeby zdominować smak burbona był na wagę złota. ;) Mocno więc rozgniotłam miętę i dałam duuużo cytryny.
Pewnie wielbiciele whiskey uznają taki koktajl za świętokradztwo, ale mi on smakuje. Poza tym skoro GoodFood ośmiela się nadać nazwę mint julep, czemuś zmieszanemu z szampana, bez kropli burbona (notabene - całkiem ciekawy może być ten ich miks :) ), to ze mną chyba nie jest jeszcze aż tak źle. Mając już na uwadze zbliżającego się Sylwestra zapraszam na moją wersję lemon mint julep.
Cdn.



Lemon Mint Julep

4 porcje w szklankach o pojemności 330 ml

5 cytryn (ok. 300ml soku po wyciśnięciu)
225 g cukru
250 ml wody
1/2 pęczka świeżej mięty
kruszony lód do wypełnienia szklanek
160 ml burbon whiskey

Obrać skórkę z 1 cytryny i zachować. Wycisnąć sok ze wszystkich cytryn. Wymieszać wodę z cukrem, dodać obraną skórkę z cytryny. Gotować przez ok. 15-20 min lub aż do uzyskania syropu. Wystudzić, wyrzucić skórkę z cytryny. Wlać sok cytrynowy. Otrzymamy ok. 440 ml płynu.

Rozgnieść po kilka listków mięty w każdej z wysokich szklanek. Napełnić je po brzegi kruszonym lodem (najwygodniej włożyć kostki lodu do worka i uderzyć kilka razy tłuczkiem do mięsa; można też oczywiście użyć kruszarki do lodu, jeśli ktoś takową posiada). Wlać po ok. 110 ml syropu cytrynowego do każdej ze szklanek i dodać po 40 ml burbona. Przybrać świeżymi gałązkami mięty (wcześniej należy je wziąć w garść i uderzyć z góry drugą dłonią, żeby uwolnić miętowy zapach). Podawać ze słomką.

Podaję tu takie ścisłe proporcje, ale tak prawdę mówiąc to proponuję zasypać szklankę kruszonym lodem z czubkiem, nalać podaną ilość syropu cytrynowego i ostrożnie dolewać burbona w/g własnego smaku i gustu. U mnie górną granicą tolerancji jest 30-40 ml burbona na szklankę. ;)

Moje inne "miętowe" propozycje :


niedziela, grudnia 27, 2009

Samochodem przez USA: Przylot i Cape Canaveral


Czy słusznie się domyślam, że na jedzenie chwilowo nie możecie patrzeć? Że słowa - uszka, bigos, barszcz, piernik i makowiec aktualnie nie budzą w Was takiego entuzjazmu jak zawsze? Dla odreagowania świątecznego przesytu zapraszam na zaległą relację z naszych tegorocznych wakacji w południowo-wschodnich stanach USA. Dzisiaj oddaję głos mojemu mężowi.

Pierwszy kontakt z prawdziwą Florydą następuje tuż po otwarciu się automatycznych drzwi w hali przylotów lotniska w Miami. Opuszczamy klimatyzowane pomieszczenie i nagle "zderzamy" się z lokalnym klimatem: jest niemiłosiernie wilgotno i gorąco. Przez te kilka kroków mamy już czoła zroszone potem. Wsiadamy do minibusa, który zawiezie nas do wypożyczalni samochodów. "Welcome to Miami guys!" krzyczy uśmiechnięty kierowca. Siadamy. Klimatyzacja nastawiona jest chyba na 10ºC. W środku jest po prostu potwornie zimno. Cóż, musimy się do tego przyzwyczaić - prosto z wilgotnego tropiku do środka lodówki. Tak będzie niestety w każdej restauracji, sklepie, taksówce i hotelu na całym Południu.

Największym stresem tego popołudnia okazują się, jak zresztą przy każdej naszej wyprawie do USA, pierwsze dwie minuty w wypożyczonym samochodzie. Siadamy w naszym dodge'u i ..... jak zawsze w pierwszym momencie używania samochodu z automatyczną skrzynią biegów przeżywam chwile, kiedy kończyny zaczynają mi się plątać, szukając nieistniejących pedałów i dźwigni. Przy ruszaniu Dodge wykonuje serię skoków w przód i w tył ku uciesze obserwujących to wszystko pracowników wypożyczalni.

Ruszamy na północ, drogą międzystanową numer 95. Ruch na drodze przez Miami, a potem aż do Fort Lauderdale jest duży. Z tylnego siedzenia zadowolony Lukasz wykrzykuje nazwy zauważonych kolejnych "burgerowni": Arby's, Denny's, Wendy's, Checkers.... i oznajmia nam, ze zamierza je wszystkie odwiedzić. W skrytości ducha też mam na to ochotę, nie ma to jak klasyczny amerykański hamburger jedzony u źródła. ;) (No i widzicie, wydało się co tak naprawdę lubią moi domowi "smakosze" A.)

Jedziemy kilkadziesiąt mil na północ, aż do Stuart, gdzie jest nasz pierwszy hotel. Centrum tego maleńkiego miasteczka jest dość przyjemne ale wieje silny wiatr znad oceanu. Zaraz po prysznicu natychmiast zasypiamy jak kłody. Jet-lag działa.

Tej nocy, nieco na północ od Stuart, w bazie Cape Canaveral, zaplanowano start wahadłowca Discovery. Jesteśmy tak zmęczeni, że niestety nawet nie rozważamy kwestii zobaczenia tej nie tak częstej w końcu atrakcji.

Następnego dnia rankiem......
Około godziny 10.00 rano zjeżdżamy z Interstate 95 na NASA Parkway. Przylądek Cape Canaveral to olbrzymie bagniste tereny, rozciągające się po obu stronach drogi. Mijamy pierwszy z mostów i po lewej w oddali na horyzoncie widać obrazek znany z telewizora: Space Shuttle Launch Pad, czyli miejsce skąd startują wahadłowce. Ku naszemu zdziwieniu nadal stoi tam Discovery, który rozpoznajemy z tej odległości głównie po wielkiej czerwonej rakiecie z paliwem wodorowym podczepionej do promu kosmicznego. Nieco później okazuje się, że zaplanowany na poprzednią noc start wahadłowca został wstrzymany ze względu na burzową pogodę. Tak będzie jeszcze przez następne kilka dni - przelotne deszcze i burze, krótkotrawałe, ale częste o tej porze roku będą krzyżowały plany astronautów, całej obsługi naziemnej i przybyłych na miejsce gapiów.

"Rocket garden" w centrum lotów kosmicznych. Tablica odliczająca czas do najbliższego startu wahadłowca Discovery.

W Kennedy Space Center parking przed południem jest dość pusty. Kupujemy bilety. Visitors Center to właściwie jeden wielki park rozrywki.

W sklepie z pamiątkami można kupić m.in. paczuszki z zamkniętym hermetycznie, liofilizowanym jedzeniem, identyczne jak zabierają ze sobą astronauci w kosmos. Są tam też garnki, spodnie, zabawki, koszulki, odkurzacze .... wszystko z emblematami NASA. W wybranych godzinach zakupione pamiątki podpisują byli astronauci.

Przed wejściem po lewej stronie widać prawdziwy "las" rakiet kosmicznych. To tzw. Rocket Garden, który można obejrzeć z bliska. Dla zwiedzających udostępniono też Muzeum Lotów Kosmicznych.

Posiłki dla astronautów do kupienia w Cape Canaveral.

Kierujemy się do symulatora startu wahadłowca. To podobno najfajniejsza z "zabawek" tego kompleksu. Symulator został otwarty zupełnie niedawno. Najpierw krótki trójwymiarowy film wyjaśnia całą teorię startu wahadłowca. Następnie siada się ( a właściwie leży na plecach ) w replice pomieszczenia, w jakim znajdują się w prawdziwym space shuttle astronauci i doznaje wszelkich wrażeń ze startu promu (głównie chodzi o akustykę i przeciążenie, to ostatnie jest identyczne jak w czasie realnego startu).

Kompleks NASA jest olbrzymi. Jest już mocno po południu kiedy wracamy na naszą trasę i kierujemy się na północ. Czeka nas długa i dość nużąca droga przez Daytona Beach do Jacksonville. Tam skręcamy na wschód na Interstate 10. Powoli zupełnie płaski i bardzo monotonny krajobraz Florydy zaczyna się zmieniać. Pojawiają się niewielkie wzgórza i lasy.

W późnych godzinach wieczornych zmęczeni dojeżdżamy do hotelu w De Funiak Springs. W recepcji pada oczywiście typowe pytanie: "Where are you from guys ?" Często odpowiedź "Poland" nie wystarcza. Po pierwsze prawie nikt nie wie, gdzie leży Poland, a po drugie najczęściej Amerykanie rozumieją: Holland. Trzeba więc uogólnić i dodać: "Europe", to zwykle wystarcza. Recepcjonista zaczyna narzekać na ciężką sytuację finansową w okolicy, opowiada o tym jak dotknął ich kryzys. "Kto ma pracę jest szczęśliwy" - mówi. Dowiadujemy się, że w tym regionie zachodniej Florydy panuje ponad 12% bezrobocie. Także w amerykańskiej telewizji słychać ciągle o oszczędzaniu, nawet - o dziwo - w reklamach. Hotel najlepsze dni ma już zdecydowanie za sobą, ale jest za to nieprzyzwoicie tani.

Wieczór kończymy szybką kolacją w przydrożnym barze Whataburger: "Since 1950. Just like you like it". Bar jest pusty. Obsługa mówi dziwnym południowym dialektem, a ja prawie nic nie mogę zrozumieć. "Hadź ja la jo burger ?" pyta mnie sprzedawca. Na szczęście z odsieczą przybywa Łukasz, który widząc moje zdziwienie szybko zamawia właściwe bułki. No cóż, nie tylko widać, ale i słychać, że jesteśmy już w American South. Cdn.


Nasze poprzednie podróże po Florydzie:


czwartek, grudnia 24, 2009

Bożonarodzeniowe życzenia 2009


Już po raz czwarty (jak ten czas leci !) składam moim czytelnikom najserdeczniejsze życzenia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. O tej porze pewnie już wszystko macie zapięte na ostatni guzik i trochę zmęczeni, ale usatysfakcjonowani efektami swojej pracy niedługo zasiądziecie do wigilijnego stołu.

Życzę, aby Wasze stoły uginały się od tradycyjnych smakowitości i abyście te Święta spędzali w gronie najbliższych. No i jeszcze trzymam kciuki, aby w Nowym Roku spełniły się Wasze marzenia. Może nie wymagajmy, żeby wszystkie, bo to by było trochę nudno ;), ale przynajmniej te najistotniejsze. :)

środa, grudnia 23, 2009

Paszteciki krucho - drożdżowe z kapustą i grzybami




W dziale tego bloga z przepisami bożonarodzeniowymi figuruje już od dawna nasz najulubieńszy dodatek do wigilijnego barszczu - robione z drożdżowego ciasta i smażone uszka znad Wilji. Gdyby ich zabrakło to wigilijna kolacja by się chyba tak nie do końca liczyła. Przepis jest w rodzinie mojej Mamy od pokoleń i my nie wyobrażamy sobie bez nich Świąt. Że jednak czysty barszcz w pięknym rubinowym kolorze jest u nas zupą bardzo lubianą, a na Boże Narodzenie to już od lat gotuję go wielki gar, który wystarczyłby dla pułku wojska, muszę też urozmaicać dodatki do niego. Żeby nie było więc nudno oprócz smażonych uszek piekę też maleńkie paszteciki z kapustą i grzybami.

Dość długo dochodziłam do idealnego przepisu na pasztecikowe ciasto. Nawet do dzisiaj trochę się waham, które jest tym numerem jeden. Generalnie robię albo ciasto krucho-drożdżowe, albo bardzo bogate (hmmm ... w masło i jajka) zwyczajne ciasto drożdżowe. Co do tego pierwszego to przestudiowałam jakiś czas temu dziesiątki przepisów na nie i oprócz różnic w samej recepturze, zdumiało mnie jak przeróżne sposoby wykonania polecają autorzy.... Na koniec tej lektury człowiek głupieje doszczętnie i naprawdę nie ma pojęcia, jak się za to ciasto zabrać. ;)

Kiedyś przeczytałam w Time , że powstaje strona internetowa, gdzie próbuje się znaleźć idealne receptury na popularne potrawy, uśredniając dostępne w necie przepisy (efekty tego matematycznego podejścia nie zawsze były zadowalające ;) ). Tak mi się to skojarzyło, bo mój przepis na ciasto krucho-drożdżowe to właśnie troszkę taka dziwna kompilacja. Efekt jednak, mnie przynajmniej zadowala, a bezcennych rad, co do postępowania z samym ciastem, udzieliła mi Dziunia na forum CinCin. Moje paszteciki są maleńkie, takie na jeden kęs. Mam nadzieję, że zdjęcia trochę przybliżą sposób ich formowania. I może jeszcze ktoś się na nie skusi tak an ostatni dzwonek przed Wigilią ... ;)


Paszteciki z kapustą i grzybami

ok. 100 malutkich pasztecików

Farsz:
25g suszonych grzybów
3 łyżki masła do smażenia
2 duże cebule drobno pokrojone w kostkę
1 średnia główka białej kapusty (ważąca ok. 1/2 kg)
1/2 kg odsączonej kiszonej kapusty
1/2 łyżeczki mielonego kminku
1/2 łyżeczki mielonych nasion kopru
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
bułka tarta (opcjonalnie)

Ciasto krucho-drożdżowe:

3 i 1/4 łyżeczki suszonych drożdży
100-125ml śmietany 21% (6 -8 łyżek)
1 łyżeczka cukru

500 g mąki
1 i 1/3 łyżeczki soli
200 g masła

1 jajko
3 żółtka

Wierzch:
1 jajko lekko ubite
3 łyżeczki białego sezamu
3 łyżeczki czarnego sezamu
2 łyżeczki czarnuszki
1 łyżeczka nasion kminku

Farsz:
Grzyby namoczyć w wodzie przez min. 1 godz. Gotować w wodzie, w której się moczyły do miękkości (ok. 20 min). Zachować ok. 1/3 szkl wywaru. Grzyby odsączyć i drobno posiekać.
Białą kapustę drobno poszatkować i gotować przez ok. 15 min w dużej ilości lekko osolonej wody. Dodać dobrze odsączoną kapustę kiszona i gotować jeszcze przez 10 min. Odcedzić i odcisnąć. Ja jeszcze po ugotowaniu ponownie siekam obie kapusty.

Cebule zrumienić na maśle na dużej patelni. Dodać ugotowane kapusty, wywar grzybowy i grzyby oraz zmielony kminek i koper. Podsmażyć jeszcze przez 5 min. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Gdyby nadzienie było za rzadkie można dodać kilka łyżek zrumienionej na suchej patelni bułki tartej.

Ciasto krucho-drożdżowe:
Drożdże wymieszać ze śmietaną i z cukrem. Zostawić na ok. 20min, żeby zaczęły pracować. Mąkę posiekać z masłem. Dodać lekko ubite żółtka, całe jajko i drożdże. Zagnieść szybko ciasto tak jak na kruche (powinno być lśniące i dość miękkie). Przykryć je i zostawić do wyrośnięcia na blacie (na ok. 50-60 min) lub włożyć do lodówki na całą noc.
Jeśli ciasto nocowało w lodówce to następnego dnia należy je z niej wyjąć i zostawić na blacie na ok. 1 i 1/2 - 2 godz, żeby doszło do temperatury pokojowej.

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Rozwałkować ciasto na prostokąt. Układać w odległości 5 cm od brzegu ciasta wałek z nadzienia i zawijać ciasto wokół niego dobrze dociskając palcami złączenie. Odciąć cały wałek ciasta i położyć go na blacie złączeniem do dołu. Posmarować wierzch roztrzepanym jajkiem i posypać mieszanką sezamu, czarnuszki i kminku. Pozwolić pasztecikom nieco podrosnąć (zwykle jak kończymy szykować 2-gą partię to pierwsza jest gotowa do wstawienia do piekarnika).
Piec przez ok. 20 min lub aż paszteciki się ładnie zrumienią z wierzchu.

niedziela, grudnia 20, 2009

Pierniczki migdałowo - gryczane

Przyprawę piernikową już mamy. Teraz pozostało już nam tylko upiec pierniczki. Piekę zwykle jeden gatunek co roku, za to w dużej ilości, żeby mieć sporo do zawieszenia na choince i jeszcze trochę do obdarowania przyjaciół. Właściwie na każde Boże Narodzenie wypróbowuję nowy pierniczkowy przepis. Tym razem miałam własną koncepcję. Wpadł mi kiedyś w oko - chyba niemiecki - przepis na pierniczki z mąką gryczaną. Przypomniałam też sobie recepturę Lucyny Ćwierczakiewiczowej na gryczane ciasto z dodatkiem migdałów. Postanowiłam więc dodać do moich pierniczków i mielonych migdałów i nieco mąki gryczanej. Ta ostatnia ze swoją orzechową nutą doskonale się w takich wypiekach sprawdza. Jej ilość jest bardzo niewielka w stosunku do mąki pszennej (nie chciałam przedobrzyć i skończyć ze zbyt intensywnym gryczanym smakiem). Jeśli ktoś takiej mąki nie toleruje, jak najbardziej może upiec pierniczki jedynie ze zwykłą mąką pszenną.

Ja przygotowałam ciasto w środę wieczorem, a piekłam swoje pierniczki w piątek. Sobota była dniem lukrowania. Do tej czynności zaganiam całą rodzinę. Muszę przyznać, że moi panowie nawet zbytnio nie oponują. Zawsze jest dużo śmiechu z tego ozdabiania, bo zdolności plastyczne mojego męża i syna są na mniej więcej równym i co tu dużo mówić - dość niskim poziomie. Ja po tym jak jednego roku udowodniłam sobie, że umiem ozdabiać pierniczki, nawet bardzo fikuśnie, przestałam walczyć o jakieś cudowne i misterne wzory. Wszystko jest proste, skromne, nie za dużo kolorów i ozdób. Inwestuję raczej w foremki i wycinam zabawne kształty. Nie raz i nie dwa zdarza się, że moją przemyślaną koncepcję Łukasz lub Maciej psują mi jakimś swoim wariackim zdobniczym pomysłem. Zwłaszcza, że każde z nas szaleje ze swoim kolorem lukru w rękawie cukierniczym i dekoruje co się da. ;) Najważniejsza jest wspólna zabawa i razem spędzony czas. Jeden z wypadków jaki zdarzył nam się przy pracy można zobaczyć tutaj. Część z tych rodzinnie udekorowanych pierniczków już wisi na naszej choince.

W tym roku przebojem był renifer, piernikowa rodzina (Maciej z Łukaszem nawet ustawili żłobek z piernikowych figurek) i foremki do wycinania ażurowych gwiazdek. Bardzo nam też przypadły do gustu ułatwiające lukrowanie foremki 3D, dzięki którym już w czasie wycinania pierniczków odciska się linie do lukrowania. Nie sądziłam, że da to taki fajny efekt. W przyszłym roku nastawiam się więc na zakup kolejnych trójwymiarowych foremek. Życzę wszystkim wesołego pierniczkowania 2009.


Pierniczki z migdałami i mąką gryczaną

200 g jasnego miodu
200 g ciemnego miodu
100g masła
100 g ciemnego brązowego cukru z melasą
100 g jasnego brązowego cukru (np. rapadura)
125 ml mleka
1 duże jajko

700 g mąki
25 g maizeny (skrobi kukurydzianej )
10 g ciemnego kakao (ok. 1 i 1/2 łyżki)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody

150 g mąki gryczanej
150 g migdałów bez skórek zmielonych na pył
2 i 1/2 łyżeczki egzotycznej przyprawy do pierników

sok i skórka otarta z 1 cytryny

Miody, cukry, masło i mleko podgrzewamy w dużym garnku, aż się wszystko ładnie rozpuści. Masa nie może się zagotować.

Mąkę pszenną, maizenę, kakao, proszek do pieczenia i sodę przesiewamy (to ważne, inaczej będą grudki kakao w cieście). Następnie dodajemy do tej mieszanki mąkę gryczaną, jak najdrobniej zmielone migdały i przyprawę do pierników i wszystko mieszamy trzepaczką do piany.

Do lekko przestudzonej masy miodowej dodajemy jajko i ubijamy trzepaczką, aż się połączy z resztą składników. Wsypujemy suche ingrediencje oraz skórkę otartą z cytryny i dobrze mieszamy (ja zatrudniam męża z drewnianą łyżką, ale można to też zrobić mikserem z hakiem do wyrabiania ciasta drożdżowego). Masa będzie lepka i gęsta i bardzo ciężko będzie ją mieszać. Na koniec dodajemy do niej sok z cytryny i ponownie dobrze wyrabiamy.

Ciasto powinno leżakować w lodówce przez minimum 24 godz (a nawet dłużej do 48 godz).

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Po leżakowaniu wyjmujemy ciasto z lodówki. Nabieramy porcję do wałkowania (reszta znowu ląduje w zimnie). Wysypujemy blat mąką i wałkujemy ciasto na grubość 3-5mm (ja wolę cieńsze pierniczki, więc u mnie jest to ta pierwsza wartość). Wycinamy pierniczki, układamy na dużej blaszce od piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy przez ok. 10-15 min w zależności od wielkości pierniczków.

Po wystudzeniu dekorujemy lukrem ukręconym z 1 szkl cukru pudru i 1 białka. Przechowujemy w szczelnie zamkniętej puszce, żeby zmiękły.

środa, grudnia 16, 2009

Egzotyczna przyprawa do pierników

W sezonie, gdy pieczemy tyle pierników, pierniczków i piernikopodobnych ciast warto się zaopatrzyć w dobrej jakości aromatyczną korzenną przyprawę. Jeszcze lepszym pomysłem, zamiast poszukiwania w sklepach takiej, której głównym składnikiem nie byłby cukier, jest zrobienie własnej mieszanki w domu. Wspominałam już tutaj, że wśród moich kulinarnych przypadłości na jednym z czołowych miejsc plasuje się zbieractwo najdziwniejszych i możliwie najbardziej egzotycznych przypraw. Przynajmniej raz do roku mam okazję swoje zbiory w praktyczny sposób wykorzystać komponując mój ulubiony aromatyczny zestaw piernikowy.

Moja mieszanka jest mało klasyczna, choć suma summarum, smakowo jak najbardziej w piernikowym stylu. Bazą jest mój ulubiony cynamon, nie skąpię też niezbędnego dla pierników imbiru. Jest też kilka sekretnych składników. Jednym z nich jest suszona skórka mandarynkowa. Niech was nie przeraża, że nie możecie jej kupić. Nic prostszego jak obrać mandarynki, ze skórki ściąć jak najwięcej się da albedo i zostawić do wysuszenia przez kilka dni w przewiewnym i słonecznym miejscu (najlepiej na parapecie). Później można spokojnie przechowywać taką skórkę w szczelnie zamkniętym słoiczku. Oprócz pierników przydaje się czasem do dań z Dalekiego Wschodu.

Kolejne moje autorskie ingrediencje to cubeb i grains de paradis. Pierwszy jest uważany za pieprz, ale z mocno korzenną nutą, jeśli nie możecie go zdobyć (ja swój kupiłam na ebayu), najbardziej zbliżonym odpowiednikiem będzie ziele angielskie, używane zresztą często w piernikowych mieszankach. Grains de paradis też są lekko pikantne i pieprzne (mimo, że roślina nie ma nic wspólnego z pieprzem, jest z rodziny imbirowatych) i te już nie bardzo wiem czym zastąpić (ale powiem Wam w sekrecie, że nie one stanowią o charakterze przyprawy ;), więc krzywdy wielkiej nie będzie jeśli je ominiecie). Nie rezygnujcie z anyżku. Ja też go nie znoszę ;), ale jego odrobina dodaje delikatnej słodyczy mieszance.

Absolutna podstawa sukcesu to użycie jak najświeższych i - gdzie to tylko możliwe - całych, a nie zmielonych przypraw. Można tradycyjnie ucierać korzenie w moździerzu (choć mi się nigdy nie udało rozetrzeć na pył skórki z mandarynek), ale chyba najpraktyczniej i najszybciej jest zmielić je w młynku do kawy. Przyprawa jest intensywna w smaku, z wyraźną cynamonową nutą, złamaną imbirem, goździkami i muszkatem, z pikantnym cytrusowym podtekstem. Mała uwaga - warto zachować pewną ostrożność w dodawaniu jej do ciast. Może być jej potrzeba nieco mniej niż nie tak aromatycznych sklepowych mieszanek. Innym zastosowaniem przyprawy jest dodatek do grzańca, a ja nawet eksperymentuję z kawą o smaku piernika (dodając szczyptę mieszanki w czasie parzenia). Zaopatrzeni więc w aromatyczną i egzotyczną mieszankę zabierzemy się wreszcie w kolejnym wpisie za pierniki. :)


Egzotyczna przyprawa do pierników

ok.35-40g


5 lasek cynamonu, połamanego na mniejsze kawałki
1 i 1/2 łyżeczki suszonej skórki z mandarynek
1 i 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
2
łyżeczki całych goździków
1/2
łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
1 i 1/2
łyżeczki drobno połamanych kwiatów muszkatołowca*
1
łyżeczka ziarenek cubeb (lub ziela angielskiego)
1
łyżeczka ziarenek wyłuskanych ze strączków zielonego kardamonu
1/4
łyżeczki grains de paradis
1/4 łyżeczki ziarenek czarnego pieprzu
1/4 łyżeczki ziarenek białego pieprzu

1/2
łyżeczki nasion kolendry
1/8 łyżeczki nasion anyżku
Wszystkie składniki mieszanki rozdrabniamy na pył w młynku do kawy. Przechowujemy w szczelnie zamkniętym słoiczku.

*jeśli nie macie pod ręką kwiatów muszkatołowca (ang. mace) można dodać o 1/2 łyżeczki więcej gałki muszkatołowej

sobota, grudnia 12, 2009

Miasteczko z piernika

Muzeum i sklep z piernikami w miasteczku Gertwiller.
Zawsze myślałam, że pierniki są specjalnością raczej polską i niemiecką, okazuje się jednak, że to Francja, a właściwie Alzacja, szczyci się posiadaniem stolicy pierników. To szumne miano nosi maleńkie miasteczko Gertwiller. No i jak to u Francuzów - 4 sklepy z piernikami na krzyż (ale za to jakie!), a zareklamowane tak, że ściągają do tej alzackiej wioski pielgrzymki wielbicieli pain d'epices (jak tu nazywają pierniki) z całej Francji.

Kierujemy się do polecanego przez wszystkich sklepu Fortwenger. Wypiekają tam pierniki od 1768 roku. Już z zewnątrz sklep robi niesamowite wrażenie - do niemożliwości wręcz obwieszony pięknymi dekoracjami. A wewnątrz ? Tam jest wypisz wymaluj, jak w piernikowej chatce, brakuje tylko Baby Jagi. ;) Wszędzie piętrzą się stosy pierników, w każdym rozmiarze i kształcie, lukrowane, w czekoladzie, przekładane kremem, nadziewane (nonnettes). Najwięcej jest chyba miękkich pierników pieczonych w papierowych keksówkach (tzw. pavés), z przeróżnymi dodatkami. Jest pain d'epices pomarańczowy, z kawałkami czekolady, jabłkowy z cynamonem, z kilkoma gatunkami rodzynek, z wiśniami i migdałami. Słowem do wyboru, do koloru, każdy znajdzie coś dla siebie. Widzieliśmy nawet piernik o wadze 10 kg pieczony, jak głosiła przypięta do niego karteczka, przez 6 godzin ) i piwo o smaku piernikowym.

10-cio kilowy piernik pieczony przez 6 godz. Zasypany piernikami sklep Fortwenger.

My również wychodzimy objuczeni piernikowymi zakupami, zwłaszcza że chcemy francuskim pain d'epices obdarować rodzinę i znajomych w Polsce. Degustujemy więc pierniki dopiero w Gdańsku. Co do wrażeń smakowych - to są te francuskie słodkości nieco inne, niż to, do czego jesteśmy w Polsce przyzwyczajeni. Mam wrażenie, że, zwłaszcza te keksówkowe pierniki, są dużo słodsze, a mniej "pierne" niż nasze. Kolor mają zazwyczaj jasno miodowy. To co mi w nich odpowiadało to ich miękkość i wilgotność. Żeby osiągnąć ideał dodałabym jednak mniej miodu i cukru, a więcej korzennych przypraw. Interesujące są też urozmaicające smak dodatki, zwłaszcza piernik o smaku pomarańczowym jest warty grzechu. Z ciekawostek - Francuzi chętnie dodają pierniki do wytrawnych dań (my też w końcu w Polsce robimy karpia w szarym sosie z dodatkiem piernika), a ubóstwianym połączeniem jest pain d'epices i foie gras. Próbowałam tego zestawu w zeszłym roku na Sylwestra i przyznam, że byłam bardzo mile zaskoczona.

Każdy znajdzie coś dla siebie w piernikowym miasteczku.

Oprócz sklepów jest w Gertwiller muzeum pierników, w którym widzieliśmy nawet wycieczki maluchów w wieku przedszkolnym. O tak, w tym kraju dbają o kulinarną edukację już od maleńkości, mimochodem wpajając dzieciom, jak ważne dla każdego z nas są tradycje. Ciekawe czy w naszym Toruniu, który by chyba najbardziej pasował na piernikową stolicę Polski, są tego rodzaju przybytki ? Bardzo by było miło, gdyby cos takiego istaniało, bo oprócz hołubienia tradycji mielibyśmy całkiem ciekawą atrakcję turystyczną. Mam nadzieję, że czytelnicy z miasta Kopernika rozwieją moje wątpliwości.

A w następnym wpisie, nadal w świątecznym nastroju, zaproszę Was do wypróbowania mojej ulubionej przyprawy piernikowej.

niedziela, grudnia 06, 2009

Bredle: nusshiffele czyli orzechowe kuleczki


Obiecałam podzielić się z Wami przepisem na bredle (niektórzy mówią bredele lub bredela) czyli drobne alzackie kruche ciasteczka. Ściśle mówiąc będzie to receptura na jeden z wielu rodzajów bredli. Ich gatunków jest bowiem zatrzęsienie. Różnią się kształtem, smakiem, niektóre się wałkuje, inne formuje zwykłą łyżeczką, jeszcze inne wyciska ze szprycy (spritzbredele). Mają przeróżne dodatki smakowe i ozdoby. Co je łączy? Są niewielkie, piecze się je, jak Alzacja długa i szeroka, głównie w trakcie Adwentu i sprzedaje na wagę na każdym rogu. Szanująca się alzacka pani domu ma oczywiście swoje przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Jest też trochę gatunków bredli popularnych w całym regionie. Słynne są springerlé - jaśniutkie anyżowe kruche ciastka, pieczone w fikuśnych wzorzystych foremkach lub odciskanych czymś w rodzaju wałków z wzorami, schwobebredle - delikatne i kruche, z mielonymi migdałami i kirszem. Podobnie jak w Szwajcarii popularne są też mailanderle (ciasteczka mediolańskie), bliskość Belgii, Holandii i Niemiec sprowadziła też do Alzacji speculatius (inaczej speculoos, o których pisałam już tutaj). Sporo też różnych odmian francuskich makaroników, sablés, czy niemieckich zimmetsterne (cynamonowych gwiazdek).

Generalnie cała atrakcja tkwi w różnorodności bredli i piec się powinno ponoć co najmniej kilka gatunków. Potem zaprasza się znajomych na podwieczorek i częstuje ciasteczkami przy stole z adwentowym wieńcem, na którym pali się tyle świec, ile mamy właśnie mijających tygodni oczekiwania na Boże Narodzenie.

Ja proponuję dziś moją wersję bardzo prostych bredli z orzechami włoskimi i gorzką czekoladą. Można je nakładać na blaszkę łyżeczką od herbaty, jednak najsprawniej idzie to maleńką gałkownicą do lodów o średnicy 3 cm. Z istotnych uwag - ciasto należy schłodzić, wtedy kuleczki zachowają ładny kształt i lepiej piec je dość krótko. Widziałam wiele przepisów, gdzie polecano czas pieczenia 15 minut i temperaturę piekarnika 200ºC ... przy takich parametrach otrzymamy raczej twarde suchary, a nie kruche ciasteczka. Przyznam się, że eksperymentowałam z różnymi czasami pieczenia i temperaturami. Ideałem wydaje mi się 180ºC i maksymalnie 10-11 min w piekarniku (przy mojej wielkości kuleczek, jeśli zrobicie większe to pewnie i czas się nieco wydłuży). Nie przejmujcie się, że bredle wydają się bardzo miękkie, gdy je zdejmujemy z blaszki, po ostygnięciu na pewno nieco stwardnieją i staną się przyjemnie kruche.



Orzechowe kuleczki (Boules de noix , Nusshiffele)

ok. 60 małych ciasteczek

225g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

100g miękkiego masła
75g cukru pudru
75g jasnobrązowego cukru
1 op cukru z prawdziwą wanilią
1 duże jajko
1 łyżka słodkiej śmietanki 12%

100g gorzkiej czarnej czekolady (najlepiej 70%)
100g orzechów włoskich, lekko zrumienionych na suchej patelni

30 ładnych całych połówek orzechów włoskich do przybrania (ich nie trzeba rumienić)

Mąkę przesiewamy z proszkiem i solą. Czekoladę drobno siekamy lub rozdrabniamy w malakserze (maja być to drobne kawałki a nie pył). To samo robimy z orzechami. Miękkie masło dość długo miksujemy z trzeba rodzajami cukru na gładki krem. Przy ciągle włączonym mikserze dodajemy jajko, a następnie śmietankę. Później porcjami wsypujemy mąkę miksując na wolnych obrotach. Na koniec dodajemy posiekaną czekoladę i orzechy i za pomocą łyżki lub szpatułki mieszamy z ciastem. Miskę z ciastem, przykrytą przezroczystą folią wstawiamy na ok. 30 min do lodówki.

Rozgrzewamy piekarnik do 180ºC. Dużą blaszkę z piekarnika wykładamy papierem do pieczenia. Ciasto nabieramy gałkownicą do lodów o średnicy 3 cm, umieszczając jednorazowo na blaszce ok. 20 kuleczek. Ostrożnie przyciskając (aby zbytnio nie spłaszczyć), układamy na połowie ciasteczkach połówki orzechów włoskich (ja resztę ciastek zostawiam bez orzechów dla tych, co za aż taką ich ilością nie przepadają). Pieczemy przez ok. 10 min. Wyjmujemy z piekarnika i studzimy na siatce do ciast.

środa, grudnia 02, 2009

Świąteczne jarmarki w Alzacji

Świąteczne stragany w centrum Strasbourga.

Jest już Adwent, czas wobec tego zacząć przygotowania do Bożego Narodzenia. Ja rozpocznę je od wspomnień. W zeszłym roku w drodze na Święta do Polski spędziliśmy kilka dni w Alzacji. Moi stali czytelnicy być może pamiętają, że pisałam już tutaj o tamtejszych winach i wypiekach. Nie zająknęłam się jednak prawie ani słowem - za to obiecałam to zrobić przed tegorocznymi Świętami - na temat największej w grudniu atrakcji w tamtych okolicach, mianowicie o bożonarodzeniowych jarmarkach.

Alzacja nazywana jest czasami Syberią Francji, ze względu na srogie ponoć zimy (srogie dla Francuzów rzecz jasna ;)), stąd też może łatwiej tu o świąteczny nastrój. Ja tak to sobie przynajmniej wykalkulowałam, bo od lat nie mogę się przyzwyczaić do portugalskiego Bożego Narodzenia z +15ºC na dworze. Nie wspomnę o tym, że o śniegu to mogę sobie tylko pomarzyć. Alzacja jednak w zeszłym roku też nas niczym szczególnym, jeśli chodzi o aurę, nie przywitała - było owszem dość chłodno, ale wymarzonego białego puchu czy choćby szronu - ani krztyny. Cóż, jak to mówią - "to się lubi co się ma".

Niezbędne na każdym zimowym jarmarku - grzane wino. Pięknie ozdobione okna i drzwi w Riquewihr.

Bożonarodzeniową stolicą Francji, jak łatwo się domyślić, jest oczywiście Strasbourg, z jego słynnym Christkindlmärik (są rożne warianty pisowni), czyli Jarmarkiem Dzieciątka Jezus. Tam oczywiście musieliśmy się wybrać. Ponieważ mieszkaliśmy w małym miasteczku oddalonym o kilkanaście kilometrów, ruszyliśmy do miasta samochodem i .... to był nasz pierwszy błąd. Stanie przez 1,5 godz w korku 2 dni przed świętami trudno nazwać atrakcją turystyczną, nawet jeśli miasto jest bajecznie oświetlone. Później postanowiliśmy zaparkować gdzieś w centrum i .... to był błąd numer dwa. Gdy z furią trzasnąwszy drzwiami, wydostałam się wreszcie z samochodu na podziemnym parkingu, moi panowie zaczęli się ze mnie śmiać. Maciej nawet stwierdził, że już teraz można mieć pewność, iż nic mi się nie będzie podobało. ;) Ratunek był jeden: dużo vin chaud czyli francuskiego odpowiednika naszego grzańca. A tego na świątecznych jarmarkach nigdy nie brakuje. ;)

Strasbourg - sprzedawca precli i niesamowite świąteczne oświetlenie.

Nieco już odprężeni i w lepszych humorach zaczęliśmy więc krążyć po licznych kramikach i straganach, przycupniętych u stóp majestatycznej strasburskiej katedry. Czego tam nie ma : ozdoby choinkowe, adwentowe wieńce z obowiązkowymi czterema świecami (na każdy tydzień oczekiwania na Świętą Noc), mnóstwo rękodzieła i jeszcze więcej....ludzi. Mnie szczególnie zaciekawiły stoiska z pięknymi foremkami do pierników i ciasteczek springerle. Jednak gdy usłyszałam cenę tych cudeniek, często kilkucentymetrowych zaledwie, było to jak kubeł zimnej wody. Tym bardziej, że mimo iż wzory są bardzo misterne, współczesne foremki rzadko kiedy są drewniane i wymagają ręcznego wykonania. Zwykle odlewane są z jakiegoś sztucznego tworzywa, co moim skromnym zdaniem nie upoważnia do tak zawrotnych cen. I mówię to ja, osoba zupełnie i chorobliwie pomylona na punkcie foremek i namiętnie je kolekcjonująca (bo chyba tak tę obsesję trzeba nazwać). Obeszłam się więc smakiem i na pocieszenie udałam do licznych stoisk z piernikami, preclami, kugelhopfami i bredlami. O tych ostatnich będzie jeszcze parę słów w kolejnym wpisie.

W sumie to odniosłam wrażenie, że jarmark w Strasbourgu jest nieco przereklamowany. Oprócz naprawdę atrakcyjnych stoisk jest też trochę .... jakby to elegancku ująć .... a niech tam, odłóżmy na chwilę na bok francuski savoir vivre i bon ton - po prostu jarmarcznych straszydełek. Ale pewnie taki już urok tego typu miejsc. Ja się co prawda nieco dziwiłam, bo czytałam kiedyś, że to mer miasta skrupulatnie wybiera stoiska i daje pozwolenia sprzedawcom, którzy przecież są wizytówką Strasbourga w tym tak turystycznym sezonie. Ale nie bierzcie tych moich narzekań tak całkiem na poważnie. ;) To pewnie wrażenia parkingowo-korkowe, grzane wino i niemożliwość położenia łapsk na foremkach, wpłynęły nieco na moje postrzeganie rzeczywistości. ;) Może też fakt, że byliśmy na jarmarku 2 dni przed Świętami wpłynął na jakość oferty. Pamiętajmy, że Christkindlmärik trwa przez cały Adwent.

Strasburska katedra w bożonarodzeniowej szacie i krążące wokół niej tłumy.

Tradycyjnie nie zawiodła nas natomiast strasburska katedra. Ja i Maciej mieliśmy szczęśliwie okazję podziwiać ją już kilkakrotnie, tym razem więc mogliśmy, jako turystyczni weterani, oprowadzić naszego syna. Głównym punktem programu był oczywiście zegar astronomiczny, no i poszukiwanie na głównym portalu .... diabła, przebranego za pięknego młodzieńca i zalecającego się do nieroztropnych dwórek (Jak rozpoznać sprytnego czarta? Wystarczy spojrzeć, że z tyłu, zza szat wypełzają mu obrzydliwe węże i inne gady). Wszystko było na swoim miejscu i atrakcyjne, jak zawsze od stuleci. ;)

Nie myślcie jednak czasem, że nie warto odwiedzić Alzacji w okolicach Bożego Narodzenia. Bardzo, bardzo warto!!! Jarmark w Strasbourgu to tylko jedna i , przynajmniej moim skromnym zdaniem, na pewno nie najciekawsza atrakcja regionu grudniową porą. Zresztą świąteczny bazar ma tu prawie każde miasteczko. Trzeba się tylko udać do biura turystycznego i tam już dostaniemy szczegółowy plan co, gdzie i kiedy się odbywa. Są koncerty, przejazdy św. Mikołaja, konkursy na najpiękniej bożonarodzeniowo przybrane okno i wszystko dookoła kipi przedświąteczną gorączką.

Miasteczko Riquewihr daje gwarancję stuprocentowego świątecznego nastroju.

Nam najbardziej się chyba podobało maleńkie miasteczko Riquewihr. Mimo braku śniegu, wyglądało pod koniec grudnia jak z bajki - ma się wrażenie, że mieszkańcy prześcigają się w konkurencji na najpiękniejsze świąteczne dekoracje. W dodatku ozdoby są w naprawdę dobrym guście, żadnych tam dmuchanych czy plastikowych Mikołajów nie uświadczysz. Zresztą nawet bez całego tego bożonarodzeniowego anturażu Riquewihr jest niezwykle urokliwe.

Stoisko z preclami w Riquewihr.

Całe centrum miasteczka, z niewielkimi sklepikami, winiarniami, kramami i stoiskami serwującymi gorące potrawy i napoje, to jeden nieustający jarmark. Opychając się preclami, zaopatrzeni w bredle i wina od Dopff et Irion (przyznam, że to był główny cel odwiedzenia Riquewihr, inne jego walory objawiły nam się trochę przypadkiem), opuszczamy uroczą alzacką mieścinę, wreszcie usatysfakcjonowani i w 100% w świątecznym nastroju. Kolejny nasz przystanek to alzacka stolica pierników, ale przedtem jeszcze w następnym wpisie podzielę się z Wami moją wersją bredli.