niedziela, wrzesień 27, 2009

Lody z raju

Pozwólcie, że jeszcze raz przerwę moje nudzenie o Azorach (obiecuję, że już niewiele go zostało). Tym razem przyczyną jest oficjalnie rozpoczęty sezon "granatowy" i wrześniowe upały w Porto. Już w zeszłym roku nudziłam Was tutaj tym w co przetwarzam jesienne granaty. W tym roku ocet aromatyzowany tymi owocami również już tradycyjnie zrobiłam, ale tym razem skusiłam się na lody z dodatkiem soku z granatów. Mam na myśli sok ze świeżo wyciśniętych owoców, a nie o wiele mniej atrakcyjne smakowo (już nie mówiąc, że zdrowotnie) granatowe soki dostępne w sprzedaży. Zwykle cukru i wody więcej tam niestety niż granatów.

Przepis, na którym bazowałam, oryginalnie autorstwa Nigelli Lawson, już nieco zmodyfikowany znalazłam tutaj. Obawiam się, że mój jest prawdopodobnie dość daleki od tego, co proponuje gwiazda brytyjskich kulinariów. Niestety konkretnych różnic nie mogę zweryfikować ze śmiesznego powodu - nie mam dostępu do oryginału. Otóż muszę się Wam do czegoś przyznać. Pewnie trochę zdziwię, a może i rozczaruję swoich czytelników. Jak pewnie pamiętacie, mam sporą kolekcję książek kucharskich. Nie ma jednak w mojej bibliotece ani jednej pozycji napisanej przez panią Lawson. I to nie dlatego, że mam cokolwiek przeciwko autorce. Ba, nawet z przyjemnością oglądałam kilka jej programów telewizyjnych. Powodem jest chyba przekora - absolutnie wszyscy jej książki mają, więc ja doszłam do wniosku, że chyba ich nie potrzebuję, bo co ciekawszymi przepisami znajomi (ci z "realu" i ci internetowi) się ze mną podzielą. ;)

Do tego deseru, na który przepis ponoć można znaleźć w książce "Nigella Express", autorka nie używa maszynki do lodów, zwyczajnie je zamraża w pudełku. Ja jednak, będąc szczęśliwą posiadaczką tego urządzenia, postanowiłam je wprawić w ruch. Nie wiem jak lody wychodzą bez maszynki, przy jej użyciu - ku mojej wielkiej radości - otrzymujemy istny puch.

Tak nawiasem mówiąc to technicznie w/g niektórych klasyfikacji nie są to lody, bo nie mają w składzie jajek, tylko szerbet (uwaga to nie literówka: szerbet a nie sorbet). Ale że to jakiś amerykański podział my pozostaniemy przy bardziej swojskiej nazwie.

Moim autorskim dodatkiem jest jeszcze odrobina melasy z granatów, bardzo podnoszącej smak lodów. Poza tym zastąpiłam cukier puder zwykłym cukrem, który równie idealnie rozpuszcza się w soku z granatów. Ostatnia już zmiana to użycie 30% kremówki zamiast 48% - o zgrozo ;) - double cream.

Smakowo są te lody znakomite - słodko-kwaśne nuty granatów, pogłębiająca aromat melasa i wspaniała puszysta, śmietankowa konsystencja. W sumie - mrożona ambrozja na zakończenie lata. Ja bym je nawet nazwała rajskimi, bo to ponoć na granat, a nie jabłko, skusili się Adam i Ewa.


Pasteloworóżowe lody z granatów

2 dojrzałe granaty

1 limonka

150 g cukru
1 łyżka melasy z granatów
500ml śmietanki kremówki 30%
1 łyżeczka grenadyny dla koloru*

Najlepiej dzień wcześniej umieszczamy w zamrażarce wkład do lodowej maszynki.

Kroimy granaty w poprzek na pół i wyciskamy z nich sok (najwygodniej użyć wyciskarki do cytrusów, ale można to zrobić zgniatając ziarenka w dłoniach; do tego ostatniego warto się zabrać w rękawiczkach, żeby nie mieć przez jakiś czas przynajmniej krwistoczerwonych dłoni). Przecedzamy sok przez gęste sitko. Do lodów będziemy potrzebować 200ml soku, to co zostanie można ze smakiem wypić.

Wyciskamy sok z limonki. Oba soki mieszamy z cukrem oraz z melasą i na chwilę odstawiamy do rozpuszczenia. Następnie wstawiamy je do lodówki do mocnego oziębienia, w tym samym miejscu umieszczamy śmietankę kremówkę.


Wyjmujemy z zamrażarki wkład do maszynki do lodów. Soki mieszamy ze śmietaną lekko ubijając trzepaczką, tylko do połączenia składników. Kręcimy lody w/g instrukcji naszej maszynki.


*tylko wtedy jeśli kupione granaty mają niezbyt intensywnie czerwone ziarenka

niedziela, wrzesień 20, 2009

Azory: São Miguel - five o'clock na wyspach.

Krajobraz w okolicach Porto Formoso do złudzenia przypomina Azję.

Na ostanie 3 dni wakacji wracamy na São Miguel. Jak już wspominałam to największa i najbardziej cywilizowana wyspa archipelagu. Zwiedzam ją sama, bo Maciej niestety pracuje od rana do nocy. Atmosfera jest tu zupełnie inna niż na do niedawna jeszcze zupełnie odciętej od świata São Jorge - więcej turystów, lepsze drogi, sporo miejscowości na wybrzeżu, z zupełnie już miejską Ponte Delgada. Jednak nadal można znaleźć mniej uczęszczane szlaki i cudowne krajobrazy.

Namalowane na typowych portugalskich azulejos (kafelkach) logo fabryki herbaty. Herbaciane tarasy schodzą gdzieniegdzie aż do oceanu. Tak w początkach ubiegłego wieku wyglądał zbiór herbaty.

Chcę przede wszystkim zobaczyć tutejsze plantacje i fabryki herbaty. Pierwszy zaczął hodować herbatę na Azorach Jacinto Leite w 1820r. Krzaczki Camellia sinensis trafiły na São Miguel dość okrężną drogą, bo z Brazylii. Jak dotarły do Ameryki Południowej? Przywiózł je tam portugalski król João VI, uciekając przed inwazją napoleońską. Sam otrzymał je w prezencie od cesarza Chin. Również Chińczycy, ale tym razem z Macao, zdradzili mieszkańcom Azorów sekrety hodowli i procesu produkcji herbaty. Swoje apogeum uprawa herbaty osiągnęła na Azorach w drugiej połowie XIX wieku. Produkowano jej wtedy ok. 250 ton, a plantacje zajmowały obszar 300 ha. Od czasu I Wojny Światowej herbaciany przemysł zaczął podupadać. Przyczyniło się do tego wydatnie obniżenie ceł na herbatę z Mozambiku (wówczas portugalskiej kolonii). W 1966 z 14 fabryk pozostało 5, a dzisiaj są jedynie dwie.

Herbaciane krzewy po zbiorach i utensylia z herbaciarni.

Ja wybieram ładniejszą i bardziej kameralną Fábrica de chá Porto Formoso. Trudno to miejsce właściwie nazwać fabryką - to raczej niewielka manufaktura, od jakiegoś dopiero czasu posiadająca sprowadzoną z Indii maszynę do suszenia herbacianych listków. To co mi się najbardziej podoba to nieprawdopodobny zapach, którym przesiąknięte jest całe to miejsce. Listki zbiera się ręcznie od kwietnia do września, mam więc okazję widzieć całe kosze świeżo zebranych, a potem ciemne kopczyki już wysuszonych. Aby wyprodukować czarną herbatę, liście Camellia sinensis po zbiorze muszą zwiędnąć, zostać zrolowane, a następnie mieć przez jakiś czas kontakt z powietrzem, podczas którego dochodzi do ich częściowej fermentacji i procesu utleniania. Następnie listki się suszy.

Produkuje się tu 3 gatunki herbaty: orange pekoe (to szczytowy pączek i najwyższy listek) - ta herbata daje najbardziej aromatyczny napar, pekoe ( drugi od góry listek) i broken leaf (to najpośledniejszy 3 listek ). Sortuje się i pakuje herbatę dopiero zimą. Uprawa i produkcja herbaty są na São Miguel całkowicie ekologiczne - na wyspie nie istnieją żadne choroby ani szkodniki atakujące Camellia sinensis, wobec czego nie ma potrzeby stosowania żadnych pestycydów. Nie używa się również nawozów sztucznych, ani żadnej chemicznej obróbki już zebranych liści.

Potężna maszyna do sortowania listków. Herbata kilka godzin po zbiorze. I znowu azulejos.

Ciekawym gatunkiem czarnej herbaty produkowanym w drugiej fabryce Chá Gorreana jest tzw. ponta branca lub silver point. Nazwa pochodzi od koloru szczytowej części pędu, która w pełni lata, dla ochrony przed słońcem pokrywa się biało-srebrnym puszkiem. Ten gatunek herbaty jest słodszy i ma mocniejszy aromat, sam napar jest jednak nieco bledszy niż typowa czarna herbata. Gorreana produkuje również zieloną herbatę typu Hysson, poddawaną przed suszeniem sterylizacji parą wodną, aby zatrzymać fermentację i zachować kolor. Proces zwijania listków trwa w jej przypadku o ponad 1/2 godz dłużej niż zwykłej zielonej herbaty, co zapewnia intensywniejszy smak i aromat.

Kubek dla zakochanych i jeszcze jedno ujęcie plantacji.

Po zwiedzaniu można w urządzonej w rustykalnym stylu herbaciarni delektować się świeżo przyrządzonym naparem. Zakochani mogą pić herbatę z kubków dla dwojga. Są to śmieszne jakby połówki kubków ustawione na jednym spodeczku. Fabryka ma widokowy taras wychodzący na plantację. Przy odrobinie wyobraźni patrząc na rzędy herbacianych krzaczków można się przenieść do Indii lub Chin. :)

czwartek, wrzesień 10, 2009

Azory: Faial - wilki morskie, wulkany i wieloryby

Panoramiczny widok na wulkaniczny przylądek Capelinhos. Tutaj większa wersja zdjęcia.

Kolejny dzień naszych wakacji przeznaczony jest na Faial, niedużą wyspę również widoczną z naszej przystani na São Jorge. Tamtejsze miasteczko Horta to ważny port dla żeglarzy przepływających Atlantyk. Można sobie wyobrazić jaką radość musi budzić widok lądu, zwłaszcza u tych docierających tu od strony Ameryki, po przebyciu tysięcy mil po pustym oceanie. Dumni z siebie żeglarze zostawiają tu po sobie pamiątki. Tradycją jest ozdabianie przez załogi nabrzeża własnoręcznie wykonanymi malunkami. Istnieje nawet przesąd, że jeśli nie zostawi się tutaj po sobie jakiegoś napisu ściągnąć można gniew Neptuna. Po kilkudziesięciu latach trwania tego procederu wszystkie jachtowe nabrzeża wyglądają jak kolorowe mozaiki. Jak widać żeglarze to przesądni ludzie. ;) Szukaliśmy rzecz jasna jakiegoś polskiego akcentu, ale udało nam się znaleźć jedynie wpis załogi jachtu o wdzięcznej nazwie "Varsovie".

Tak żeglarze z całego świata ozdabiają nabrzeża portu w Horta na wyspie Faial.

Mekką transatlantyckich wilków morskich jest też słynny bar noszący oficjalną nazwę Sport Cafe, a wśród wtajemniczonych znany jako Peter's Bar. Założył go, po powrocie na rodzinną wyspę, mieszkaniec Azorów, który wcześniej wyemigrował do Wielkiej Brytanii i tam zrobił karierę w Royal Navy. U Petera całe pokolenia żeglarzy zostawiają jakieś proporczyki czy inne pamiątki po pobycie tutaj.

Ten sam człowiek stworzył również tzw. Museo de Scrimshaw. Długo się zastanawialiśmy co oznacza ten ostatni angielski wyraz. Okazuje się, że nazwano tak sztukę wykonywania rysunków rylcem na .... zębach lub kościach zwierząt. W przypadku Azorów te zwierzęta to zazwyczaj wieloryby i kaszaloty. Od ponad 30 lat polowanie na nie jest zakazane, można jednak spotkać w sprzedaży sporo niewielkich dzieł sztuki, wykonanych już jakiś czas temu lub rysowanych na materiale wyłowionym jeszcze w dawnych czasach.

Słynny bar Petera z zewnątrz i w środku. Scrimshaw.

Sztuka ta istnieje od czasów prehistorycznych, jednak spopularyzowali ją amerykańscy wielorybnicy w XIX wieku. Zajmowali się nią w czasie długich rejsów na morzach całego świata i przetrwała nawet zmierzch wielorybnictwa. Obecnie najsłynniejszym artystą na wyspie Faial jest Holender - John van Opstal. Tematyka scrimshaw to statki, morze, wieloryby i rodziny marynarzy pozostawione na lądzie. Sama technika jest dość skomplikowana. Najpierw kości się poleruje, następnie nakłada pigmenty, potem graweruje je specjalnym rylcem , i znowu kolejna warstwa pigmentu.

Sztuka scrimshaw zanika, bo zmniejsza się podaż materiału czyli wielorybich kości i zębów sprzed zakazu polowania. Jeszcze 20 lat temu sporo kości i zębów wyłowili nurkowie w pobliżu starych stacji wielorybniczych, obecnie jednak jest o to coraz trudniej.

Drugą wielką atrakcją wyspy jest przylądek Capelinhos. Jest to stosunkowo świeży nabytek terytorialny Portugalii, ponieważ powstał na przełomie lat 1957/1958 wskutek 3 okresów aktywności wulkanicznej. Erupcja wulkanu miała miejsce pod wodą, w głębinach oceanu ok. 1 km od ówczesnych wybrzeży wyspy. Wulkan wyrzucił z siebie 30 mln ton popiołów i lawy. Powstało w ten sposób 2,4 km2 nowego lądu , z czego do dzisiaj pozostała tylko połowa – reszta uległa morskiej erozji. Cała zachodnia część wyspy została pokryta 1,5 m grubości warstwą popiołów. Początkowo po pierwszej erupcji powstała 100m wysokości wyspa, która w ciągu nocy zniknęła w czeluściach oceanu. Dwa miesiące później wulkan wznowił aktywność, która tym razem trwała ok. 1 roku.

Droga na przylądek Capelinhos. Widok na całkiem świeży nabytek terytorialny Portugalii.

John Kennedy wydał wtedy „The Azorean Refugee Act”, pozwalający mieszkańcom wyspy znaleźć schronienie w USA. Fala emigracji wyludniła wyspę, od tej pory trudno znaleźć kogoś stąd nie mającego rodziny w Ameryce Północnej. Podobno JFK był kolekcjonerem scrimshaw i miał w swoich zbiorach wiele dzieł z Azorów .

Obecnie przylądek Capelinhos jest atrakcją turystyczną, zdudowano nawet za ponad milion euro centrum informacji (znajdujące się praktycznie pod ziemią, żeby nie psuć krajobrazu - rzadka w Portugalii dbałość o estetykę ;) ), świetnie omawiające erupcję i dające spore pojęcie o wulkanologii w ogóle. Samo zwiedzanie przylądka to już innego rodzaju dzonania. Po krótkim acz dość ostrym podejściu znajduje się człowiek w dziwnej niecce, pokrytej czarnym pyłem. W południe i przy słonecznej pogodzie ma się wrażenie przebywania na wielkiej, rozgrzanej, żeliwnej patelni (o, nawet kulinarne porównanie mi wyszło ;) ).

Wiecie już wszystko o żeglarzach, wielorybnikach i wulkanicznej przeszłości Faial, a co z kuchnią? Jak się można łatwo domyślić wyspa słynie z ryb. Ich gatunków są tu chyba setki. Łatwo się pogubić, bo mnóstwo jest zupełnie nieznanych na kontynencie, a nawet te popularne często noszą inne nazwy. W restauracjach często wisi coś w rodzaju atlasu jadalnych ryb poławianych w pobliżu Azorów. My spędzaliśmy sporo czasu przy nim próbując cokolwiek zidentyfikować. W końcu dawaliśmy za wygraną i zdawaliśmy się na obsługę, która zawsze coś dobrego potrafiła polecić.

Szczególnie przypadła nam do gustu duża ryba o wdzięcznym imieniu lírio oraz boca negra (ta druga to w wolnym tłumaczeniu - czarna paszcza ;) ). Tutejsi szefowie kuchni traktują wszystkie te cudownie świeże dary morza bardzo prosto - natarte grubą morską solą grillują (czasem z gałązką świeżego zielska o nazwie poejo) i podają skropione oliwą. Równie popularne są tu caldeiradas -rybne zupy, które chyba najłatwiej porównać do francuskiej bouillabaise. Ubóstwiającym małże można polecić lapas, mięczaki występujące u wybrzeży archipelagu. Znakomite są też tutejsze kraby (można je łatwo spotkać wałęsające się stadami po skalistych wybrzeżach), krewetki i langusty. Summa summarum jest to raj dla wielbicieli ryb i owoców morza, ale i zwolennicy mięsa nie obejdą się na wyspach smakiem, o tym jednak dopiero w następnym odcinku. ;)

niedziela, wrzesień 06, 2009

Bananowy chlebek z migdałową posypką

Mała przerwa w niekończącej się opowieści o Atlantydzie, żeby Was już na śmierć nie zanudzić wyspiarskimi klimatami. Jednak kilka dzisiejszych zdjęć (pewnie łatwo się domyślicie których) jest ciągle stamtąd. ;) Nadszedł wrzesień i trzeba powoli myśleć o powrocie do codzienności. Łukasz co prawda zaczyna szkołę dopiero jutro, ale ja już powoli dumam nad porannym prowiantem dla mojego nastolatka.

Są pewne rodzaje ciast, które notorycznie goszczą na naszym stole i cieszą się nieustającym powodzeniem, zwłaszcza u mojego dziecka. Do takich należą bananowe chleby. Długo trzymałam się jednej wersji, podanej kiedyś przez Liskę na forum cincin, która już się znalazła tutaj na blogu i weszła do kanonu naszych śniadaniowych smakołyków.

Jednak, że jestem nieuleczalnie chora na eksperymenty postanowiłam spróbować przepisu Bill'a Granger'a z jego najnowszej książki "Feed me now". Pewnie jest Wam znany jako kulinarna gwiazda telewizyjna z antypodów i właściciel kilku bezpretensjonalnych restauracji typu bistro, znanych zwłaszcza ze świetnych śniadań. Ten wypiek też jest znakomity właśnie o poranku. Nigdy w restauracjach Granger'a nie byłam, ale oglądając jego książki mam wrażenie, że bardzo by mi odpowiadała ich atmosfera i menu - dania proste, niezbyt wyszukane, ale mające w sobie coś domowego i kojącego, czyli kwintesencja comfort food, którego często w dzisiejszych kryzysowych czasach tak potrzebujemy.

Czym to ciasto różni się od innych bananowych wypieków? Przede wszystkim sympatyczną posypką z pokruszonych migdałów i brązowego cukru, która częściowo się karmelizuje w trakcie pieczenia. Banany obowiązkowo muszą być przejrzałe i warto je ugnieść tylko tak z grubsza, żeby w cieście po upieczeniu było trochę niedużych bananowych kawałków. Szczypta cynamonu i zero zakalca (o co w tego typu ciastach wcale nie tak łatwo) to kolejne plusy bananowego chlebka. Piecze się to ciasto w niedużych keksówkach i mam wrażenie, że to też jest dość istotne w zapobieganiu pojawienia się zakalca. Ciasta w foremkach wydaje się początkowo niedużo, sięga ledwie do połowy, jednak rośnie bardzo ładnie i wychodzą całkiem pokaźne bochenki. Ja zmniejszyłam ilość cukru, część śmietany zastąpiłam jogurtem i zmieniłam dość mocno sposób wykonania. Mogę chyba napisać, że przepis Grangera był dla mnie jedynie inspiracją, tyle w nim zmodyfikowałam. ;)


Bananowy chlebek z migdałową posypką

2 keksówki o wymiarach 10 x 20 cm

Posypka:
40 g jasnego brązowego cukru
30 g posiekanych migdałów

Ciasto:
125 ml kwaśnej śmietany 10%
125 ml greckiego jogurtu
1 łyżeczka sody
100 g stopionego masła
200 g cukru
2 jajka
250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka mielonego cynamonu
215 g ugniecionych dojrzałych bananów (ważonych bez skórki)

Mieszamy ze sobą w małej miseczce składniki posypki. Przesiewamy mąkę z cynamonem i proszkiem do pieczenia.
Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Jajka ubijamy z cukrem na kremowa i puszystą masę. Śmietanę i jogurt mieszamy z sodą i gdy zacznie sie pienić dodajemy do masy jajecznej razem z rozpuszczonym masłem. Teraz partiami, już na niskich obrotach miksera, dodajemy mąkę z proszkiem i cynamonem. Wyłączamy mikser, dodajemy rozgniecione banany i lekko mieszamy z masą.

Wykładamy ciasto do 2 wysmarowanych masłem i wysypanych bułką tartą keksówek, posypujemy migdałami z cukrem i pieczemy przez ok. 1 godz. (sprawdzamy drewnianym patyczkiem wbitym w środek ciasta czy jest już upieczone - patyczek powinien być suchy po wyjęciu). Jeżeli chcecie upiec ciasto w jednej dużej foremce czas pieczenia może być dłuższy. Zostawiamy do ostudzenia w foremkach na ok. 30 min w foremkach, następnie wyjmujemy i studzimy na kratce.

czwartek, wrzesień 03, 2009

Azory: Pico - pinik pod wulkanem

Widok na stożek wulkanu znad jeziora Lago do Capitano.


Z okna hotelu na wyspie São Jorge widzimy codziennie sąsiednią wyspę Pico, słynną z uprawy winorośli i charakterystycznego stożka wulkanu, prawie zawsze otoczonego koroną chmur. Widok jest tak kuszący, że decydujemy się popłynąć tam promem na jeden dzień.

Podróż jest krótka, to tylko 30 minut statkiem, bo wyspy dzieli 8 mil morskich. Za to wiatr w cieśninie daje się nam trochę we znaki, ale dzielnie spędzamy całą podróż na zewnętrznym pokładzie. Pogoda na Azorach jest niesamowicie zmienna, mówi się że każdego dnia można tu zaznać 4 pór roku. To może przesada, bo śnieg nie pada, a temperatura nie spada poniżej 15ºC, ale słońce co chwila zasnuwa się chmurami i przelotnie pada. Jest za to cały czas ciepło i wilgotno. Ekwipunek turysty na wyspach latem to T-shirt, bermudy i kurtka przeciwdeszczowa.
Pico, mimo że tak blisko położone wyspy São Jorge, mocno się od niej różni. Aktywność wulkaniczna jest tu o wiele świeższej daty. U podnóży idealnie uformowanego stożka Pico są całe pola wulkanicznego żużlu, a na wybrzeżu można podziwiać smoliście czarne warstwy spiętrzonej lawy.


Kolejne ujęcie imponującego stożka wulkanicznego dominującego nad wyspą. Pola lawy.
W czymś w rodzaju wulkanicznego pyłu rosną również tutejsze winogrona. Pico to jedyna wyspa w całym archipelagu, gdzie na większą skalę uprawia się winorośl (są też niewielkie winnice na wyspie Terceira i na São Miguel). Sama metoda hodowli przypomina nieco to, co już widzieliśmy na Lanzarote na Wyspach Kanaryjskich. Krzaczki winorośli otaczane są systemem murków (curral, canada), zbudowanych z wulkanicznego bazaltu, które mają je chronić przed oceaniczną bryzą (roślinom szkodzi zarówno rozpylona w powietrzu słona woda morska, jak i zbyt silny wiatr). Murki nagrzewają się w ciągu dnia i oddają zgromadzone ciepło nocą, zapewniając specyficzny mikroklimat. Ich wysokość i szerokość nie jest dziełem przypadku, a wynikiem wielowiekowego doświadczenia tutejszych hodowców winorośli. Ogromna wilgotność powietrza tu, prawie na środku Atlantyku, powoduje również pewien stopień odwodnienia winnych gron i tym samym zwiększa stężenie cukru, co jest bardzo pożądanym zjawiskiem . Cały obszar, gdzie uprawia się winorośl przypomina położony tuż nad oceanem kamienny labirynt i objęty jest patronatem UNESCO, jako unikalny krajobraz stworzony przez człowieka.
Prawie zupełnie nie widzi się na Pico wszędobylskich gdzie indziej na Azorach hortensji. Mnóstwo jest za to maleńkich wioseczek, gdzie większość domów zbudowana jest z wulkanicznego kamienia, spajanego często białą zaprawą, co daje typowy efekt dla tutejszego budownictwa. Świetnie też wygląda połączenie czarnego kamienia z czerwonymi okiennicami i drzwiami domów.


Dwa popularne wina z Pico. Nazwa tego drugiego pochodzi od zakonnika, który był jednym z pionierów hodowli winorośli na wyspie. Jeśli kogoś ciekawią inne gatunki wina z tych okolic zapraszam tutaj.

Najbardziej znanym winem z Pico jest słodkie vihno licoroso (jedno z bardziej znanych nosi nazwę Lajido) robione głównie z odmiany winogron o nazwie verdelho (czasem samo wino również nazywane jest verdelho). Uprawę tego gatunku rozpoczęto zaraz po zasiedleniu wyspy, jeszcze w XV wieku. Wino było chyba dosyć sławne skoro eksportowano je do Anglii, Niemiec, Brazylii, Indii Zachodnich i trafiało nawet na stoły rosyjskich carów. Uprawy mocno ucierpiały w czasie plagi filoksery, która dotarła nawet na wydawałoby się odcięte od świata Azory. Wystarczy wspomnieć, że w 1866r zamiast zwyczajowych 15.000 beczek wina wyprodukowano tylko 100.

Currais czyli systemy murków chroniących winorośl.

Obecnie winnice są mniejsze niż w XIX wieku. Poza wspomnianym słodkim verdelho produkuje się tu jednak sporo bardzo ciekawych wytrawnych win białych (te często mają nuty miodowe i mineralne) oraz trochę czerwonych i różowych. Nie wiem, czy to siła sugestii, ale za każdym razem, gdy je piliśmy odnosiliśmy wrażenie, że wulkaniczna ziemia odcisnęła na nich swoje wyraźne piętno.
Na wyspie jest też niewielkie muzeum wina, gdzie objaśnione są tajniki jego produkcji i oprócz zwiedzania klasycznej winnicy, można też sobie pospacerować po ogrodzie pełnym monstrualnie wielkich smokowców. To są niesamowite drzewa, podobne nieco do juki, endemiczne dla Makaronezji. Ten ostatni termin był dla mnie nowością. Okazuje się, że tą piękną nazwą (z greckiego makáron - szczęśliwy, nesoi - wyspy, czyli ni mniej ni więcej tylko - wyspy szczęśliwe; ta Atlantyda jak widać ciągle się nam tu narzuca) określa się archipelagi Północnego Atlantyku położone u wybrzeży Europy i Afryki (czyli właśnie Azory, Maderę, Wyspy Kanaryjskie i Wyspy Zielonego Przylądka). Wracając do smokowców - rosną one bardzo powoli, osiągając metr wysokości dopiero po 10 latach, a gdy natnie się ich korę wypływa z niej czerwona żywica nazywana "smoczą krwią".

Typowa architektura wyspy Pico. Endemicznie rosnący na wyspach smokowiec, tu bardzo okazały i stary egzemplarz. Tak rośnie winorośl na Azorach.
Oprócz degustowania wina polujemy na czubek stożka wulkanicznego, będącego jednocześnie najwyższym wzniesieniem Portugalii (2351m npm), który dosłownie co kilka sekund odsłania się lub zasnuwa chmurami. W końcu decydujemy się na mały piknik u jego podnóży i wreszcie udaje nam się go uwiecznić na zdjęciach.
Wieczorem znowu wychłostani atlantyckim wiatrem wracamy do naszej przystani na São Jorge. Jutro czeka na nas kolejna wyspa – Faial, kiedyś mekka wielorybników, a teraz żeglarzy z całego świata.

PS. Tekst ten ukazał się w wydaniu styczniowym 2010 roku na portalu http://vinisfera.pl/. Link: http://vinisfera.pl/wino