niedziela, września 27, 2009

Lody z raju

Pozwólcie, że jeszcze raz przerwę moje nudzenie o Azorach (obiecuję, że już niewiele go zostało). Tym razem przyczyną jest oficjalnie rozpoczęty sezon "granatowy" i wrześniowe upały w Porto. Już w zeszłym roku nudziłam Was tutaj tym w co przetwarzam jesienne granaty. W tym roku ocet aromatyzowany tymi owocami również już tradycyjnie zrobiłam, ale tym razem skusiłam się na lody z dodatkiem soku z granatów. Mam na myśli sok ze świeżo wyciśniętych owoców, a nie o wiele mniej atrakcyjne smakowo (już nie mówiąc, że zdrowotnie) granatowe soki dostępne w sprzedaży. Zwykle cukru i wody więcej tam niestety niż granatów.

Przepis, na którym bazowałam, oryginalnie autorstwa Nigelli Lawson, już nieco zmodyfikowany znalazłam tutaj. Obawiam się, że mój jest prawdopodobnie dość daleki od tego, co proponuje gwiazda brytyjskich kulinariów. Niestety konkretnych różnic nie mogę zweryfikować ze śmiesznego powodu - nie mam dostępu do oryginału. Otóż muszę się Wam do czegoś przyznać. Pewnie trochę zdziwię, a może i rozczaruję swoich czytelników. Jak pewnie pamiętacie, mam sporą kolekcję książek kucharskich. Nie ma jednak w mojej bibliotece ani jednej pozycji napisanej przez panią Lawson. I to nie dlatego, że mam cokolwiek przeciwko autorce. Ba, nawet z przyjemnością oglądałam kilka jej programów telewizyjnych. Powodem jest chyba przekora - absolutnie wszyscy jej książki mają, więc ja doszłam do wniosku, że chyba ich nie potrzebuję, bo co ciekawszymi przepisami znajomi (ci z "realu" i ci internetowi) się ze mną podzielą. ;)

Do tego deseru, na który przepis ponoć można znaleźć w książce "Nigella Express", autorka nie używa maszynki do lodów, zwyczajnie je zamraża w pudełku. Ja jednak, będąc szczęśliwą posiadaczką tego urządzenia, postanowiłam je wprawić w ruch. Nie wiem jak lody wychodzą bez maszynki, przy jej użyciu - ku mojej wielkiej radości - otrzymujemy istny puch.

Tak nawiasem mówiąc to technicznie w/g niektórych klasyfikacji nie są to lody, bo nie mają w składzie jajek, tylko szerbet (uwaga to nie literówka: szerbet a nie sorbet). Ale że to jakiś amerykański podział my pozostaniemy przy bardziej swojskiej nazwie.

Moim autorskim dodatkiem jest jeszcze odrobina melasy z granatów, bardzo podnoszącej smak lodów. Poza tym zastąpiłam cukier puder zwykłym cukrem, który równie idealnie rozpuszcza się w soku z granatów. Ostatnia już zmiana to użycie 30% kremówki zamiast 48% - o zgrozo ;) - double cream.

Smakowo są te lody znakomite - słodko-kwaśne nuty granatów, pogłębiająca aromat melasa i wspaniała puszysta, śmietankowa konsystencja. W sumie - mrożona ambrozja na zakończenie lata. Ja bym je nawet nazwała rajskimi, bo to ponoć na granat, a nie jabłko, skusili się Adam i Ewa.


Pasteloworóżowe lody z granatów

2 dojrzałe granaty

1 limonka

150 g cukru
1 łyżka melasy z granatów
500ml śmietanki kremówki 30%
1 łyżeczka grenadyny dla koloru*
Najlepiej dzień wcześniej umieszczamy w zamrażarce wkład do lodowej maszynki.

Kroimy granaty w poprzek na pół i wyciskamy z nich sok (najwygodniej użyć wyciskarki do cytrusów, ale można to zrobić zgniatając ziarenka w dłoniach; do tego ostatniego warto się zabrać w rękawiczkach, żeby nie mieć przez jakiś czas przynajmniej krwistoczerwonych dłoni). Przecedzamy sok przez gęste sitko. Do lodów będziemy potrzebować 200ml soku, to co zostanie można ze smakiem wypić.

Wyciskamy sok z limonki. Oba soki mieszamy z cukrem oraz z melasą i na chwilę odstawiamy do rozpuszczenia. Następnie wstawiamy je do lodówki do mocnego oziębienia, w tym samym miejscu umieszczamy śmietankę kremówkę.


Wyjmujemy z zamrażarki wkład do maszynki do lodów. Soki mieszamy ze śmietaną lekko ubijając trzepaczką, tylko do połączenia składników. Kręcimy lody w/g instrukcji naszej maszynki.

*tylko wtedy jeśli kupione granaty mają niezbyt intensywnie czerwone ziarenka

niedziela, września 06, 2009

Bananowy chlebek z migdałową posypką

Mała przerwa w niekończącej się opowieści o Atlantydzie, żeby Was już na śmierć nie zanudzić wyspiarskimi klimatami. Jednak kilka dzisiejszych zdjęć (pewnie łatwo się domyślicie których) jest ciągle stamtąd. ;) Nadszedł wrzesień i trzeba powoli myśleć o powrocie do codzienności. Łukasz co prawda zaczyna szkołę dopiero jutro, ale ja już powoli dumam nad porannym prowiantem dla mojego nastolatka.

Są pewne rodzaje ciast, które notorycznie goszczą na naszym stole i cieszą się nieustającym powodzeniem, zwłaszcza u mojego dziecka. Do takich należą bananowe chleby. Długo trzymałam się jednej wersji, podanej kiedyś przez Liskę na forum cincin, która już się znalazła tutaj na blogu i weszła do kanonu naszych śniadaniowych smakołyków.

Jednak, że jestem nieuleczalnie chora na eksperymenty postanowiłam spróbować przepisu Bill'a Granger'a z jego najnowszej książki "Feed me now". Pewnie jest Wam znany jako kulinarna gwiazda telewizyjna z antypodów i właściciel kilku bezpretensjonalnych restauracji typu bistro, znanych zwłaszcza ze świetnych śniadań. Ten wypiek też jest znakomity właśnie o poranku. Nigdy w restauracjach Granger'a nie byłam, ale oglądając jego książki mam wrażenie, że bardzo by mi odpowiadała ich atmosfera i menu - dania proste, niezbyt wyszukane, ale mające w sobie coś domowego i kojącego, czyli kwintesencja comfort food, którego często w dzisiejszych kryzysowych czasach tak potrzebujemy.

Czym to ciasto różni się od innych bananowych wypieków? Przede wszystkim sympatyczną posypką z pokruszonych migdałów i brązowego cukru, która częściowo się karmelizuje w trakcie pieczenia. Banany obowiązkowo muszą być przejrzałe i warto je ugnieść tylko tak z grubsza, żeby w cieście po upieczeniu było trochę niedużych bananowych kawałków. Szczypta cynamonu i zero zakalca (o co w tego typu ciastach wcale nie tak łatwo) to kolejne plusy bananowego chlebka. Piecze się to ciasto w niedużych keksówkach i mam wrażenie, że to też jest dość istotne w zapobieganiu pojawienia się zakalca. Ciasta w foremkach wydaje się początkowo niedużo, sięga ledwie do połowy, jednak rośnie bardzo ładnie i wychodzą całkiem pokaźne bochenki. Ja zmniejszyłam ilość cukru, część śmietany zastąpiłam jogurtem i zmieniłam dość mocno sposób wykonania. Mogę chyba napisać, że przepis Grangera był dla mnie jedynie inspiracją, tyle w nim zmodyfikowałam. ;)


Bananowy chlebek z migdałową posypką

2 keksówki o wymiarach 10 x 20 cm

Posypka:
40 g jasnego brązowego cukru
30 g posiekanych migdałów

Ciasto:
125 ml kwaśnej śmietany 10%
125 ml greckiego jogurtu
1 łyżeczka sody
100 g stopionego masła
200 g cukru
2 jajka
250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka mielonego cynamonu
215 g ugniecionych dojrzałych bananów (ważonych bez skórki)

Mieszamy ze sobą w małej miseczce składniki posypki. Przesiewamy mąkę z cynamonem i proszkiem do pieczenia.
Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Jajka ubijamy z cukrem na kremowa i puszystą masę. Śmietanę i jogurt mieszamy z sodą i gdy zacznie sie pienić dodajemy do masy jajecznej razem z rozpuszczonym masłem. Teraz partiami, już na niskich obrotach miksera, dodajemy mąkę z proszkiem i cynamonem. Wyłączamy mikser, dodajemy rozgniecione banany i lekko mieszamy z masą.

Wykładamy ciasto do 2 wysmarowanych masłem i wysypanych bułką tartą keksówek, posypujemy migdałami z cukrem i pieczemy przez ok. 1 godz. (sprawdzamy drewnianym patyczkiem wbitym w środek ciasta czy jest już upieczone - patyczek powinien być suchy po wyjęciu). Jeżeli chcecie upiec ciasto w jednej dużej foremce czas pieczenia może być dłuższy. Zostawiamy do ostudzenia w foremkach na ok. 30 min w foremkach, następnie wyjmujemy i studzimy na kratce.