poniedziałek, sierpień 31, 2009

Azory: São Jorge - wyspa serów

Interior wyspy São Jorge. W lewym górnym roku najwyższe wzniesienie Pico de Esperança. Nie przegapcie małego czerwonego ludzika na skarpie. ;)

Pisząc o wyspie São Jorge muszę trochę trochę dłużej zatrzymać się przy kwestii sera. Oprócz kontynentalnego queijo sa Serra, którym już tutaj pisałam, queijo São Jorge jest najbardziej cenionym i poszukiwanym serem w Portugalii. Jest on robiony z mleka, jak się można łatwo domyślić, krowiego (choć na wyspach produkuje się również sery owcze i kozie, pastwisk starczy tu w końcu dla wszystkich ;) ). Można kupić ser młody - najłagodniejszy w smaku oraz dojrzały, trzy- i siedmiomiesięczny. My upodobaliśmy sobie ten ostatni - najbardziej ostry i wyrazisty, z pikantną nutą, znakomity w towarzystwie tutejszych białych, leciutko słodkawych win. Tradycje serowarskie są tu mocno zakorzenione - queijo São Jorge wyrabiano już w XVI wieku. Kiedyś było na wyspie wielu małych producentów i ser z każdej wioski miał ponoć swoje charakterystyczne cechy. Teraz niestety powoli nasila się, nieciekawa moim zdaniem, tendencja do tworzenia większych kooperatyw i tym samym ujednolicania smaku finalnego produktu. Mimo tych negatywnych prądów ser jak na razie - na szczęście - pozostaje bardzo smaczny, a i trochę małych serowarni się jeszcze na wyspie uchowało.

Krowie i mleczne krajobrazy.

Wspaniała jakość sera, masła i mleka z Azorów jest podobno efektem tego, że tutejsze pastwiska mają jakiś fenomenalnie dobry dla krów zestaw gatunków traw. Dochodzi jeszcze fakt, że zwierzęta przez cały rok pasą się na świeżym powietrzu i zajadają tę super soczystą paszę. Nie bez kozery jest chyba i jeszcze jeden czynnik - praktycznie zerowe zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody. Na wyspie Św. Jerzego pastwiska zajmują ponad 80% jej powierzchni i wypasane jest na nich obecnie ok. 8000 mlecznych krów. Ser São Jorge robiony jest z pełnego, niepasteryzowanego mleka, bez żadnych chemicznych dodatków, ani barwników. Aby otrzymać pieczątkę DOC (Denominação de Origem Controlada, to samo co francuskie AOC) poszczególne etapy produkcji muszą spełniać ściśle określone kryteria, na koniec jeszcze poddaje się sery kontroli jakości - organoleptycznej, mikrobiologicznej (tej podlega również mleko i same jego producentki ;), co przy serach niepasteryzowanych jest niezwykle ważne) oraz ich właściwości fizyko-chemicznych.

Urokliwe zakątki.

Sam krajobraz łąk i pastwisk, okolonych hortensjami, z malowniczo upozowanymi na nich krowami jest jedyny w swoim rodzaju. Roślinność pagórkowatego wnętrza wyspy jest tak urocza, że jakby przeczy swojemu drastycznie wulkanicznemu pochodzeniu. A nie można zapominać, że jeszcze w zeszłym wieku Matka Ziemia dawała na São Jorge groźnie znać o sobie - mieszkańcy przeżyli tu niejedno trzęsienie ziemi. Teraz jednak te wszystkie łąki, cedrowe zagajniki i rosnące dziko kwiaty robią wrażenie, jakby zostały skrupulatnie zaaranżowane przez zdolnego angielskiego ogrodnika. Mi się to wszystko kojarzy z opisami przyrody ze znanej wszystkim dziewczynom "Ani z Zielonego Wzgórza". Nie byłam nigdy na Wyspie Księcia Edwarda, ale São Jorge zaspokaja z nawiązką moje wyobrażenia o naturze, tak pięknej , że aż się wydaje nieprawdziwa.

Wróćmy jednak do sera. Udało nam się odwiedzić małą serowarnię w miejscowości Santo Amaro. Niech was nie zmyli nazwa na zdjęciu - canada pisana bez akcentu to w portugalskim rodzaj murku, którym otacza się pastwiska lub winnice, a nie kraj do którego wielu mieszkańców Azorów wyemigrowało. ;) Niewielka fabryczka pełna jest sporych, ważących nawet do 10 kg kół sera.

Ser i wino z Azorów. Z wizytą u producenta sera.

Queijo São Jorge będzie również głównym bohaterem dzisiejszego przepisu. Zacznijmy od krótkiej historii zdobycia przeze mnie samej receptury. Przez pierwsze dwie noce spaliśmy w hotelu mieszczącym się w odrestaurowanej starej posiadłości, której początki sięgają XVI wieku. Właścicielka zaraz po przywitaniu opowiedziała nam całą historię domu, jego odnawiania i wszystkich wzlotów i upadków na drodze do powstania hotelu.

Tu znowu mała dygresja. Ja od dawna już uważałam, że Portugalczycy jako naród są niezwykle mili, uprzejmi i bardzo pozytywnie nastawieni do odwiedzających ich kraj turystów. Jednak to, jak się przybyszów traktuje na Azorach, przekracza nawet dość wygórowane portugalskie normy. Każdy tu jest chętny do pomocy, jeśli sam nie potrafi udzielić informacji to znajdzie inną osobę, która to może zrobić. Mieszkańcy wysp w zupełnie naturalny sposób starają się ułatwić nam życie - bileter otwiera zamkniętą od ponad kwadransa kasę, żeby sprzedać nam bilety na prom, właściciel hotelu bezinteresownie proponuje, że zawiezie nas na nie tworzący pętli szlak, a potem zostawi nasz samochód tam gdzie trasa się kończy. Gdy z pewną nieśmiałością pytamy, jak się dostaniemy do samochodu, mówi że zostawi otwarty, a klucze znajdziemy pod wycieraczką. O czymś takim jak przestępczość chyba tutaj nie słyszano od czasów, gdy francuscy piraci napadli na port Velas. Był to wiek bodajże XVIII. Być może to wynika z tego, że społeczność jest tak mała i wszyscy się znają jak przysłowiowe łyse konie. Daleko więc by potencjalny przestępca nie zajechał ze swoim niecnym procederem. ;)

Śniadania w Quinta de São Pedro. Właścicielka osobiście podaje russos de queijo. Zeszyty pełne kulinarnych sekretów. Jeden z typowych kościółków na wyspie.

W naszym hotelu też jest bardzo rodzinna atmosfera, choć właścicielka pani Manuela, jak na mój gust, jest jednak nieco zbyt gadatliwa i lekko zmanierowana. Musimy wysłuchać jakież to ona sławy ze świecznika tutaj gościła (osobistości głównie telewizyjne, więc my jak zwykle nie mamy pojęcia o kim mowa). ;) Dba jednak bardzo o swoich klientów, wypytuje jak się spało, czy czegoś nam nie brakuje i rozpieszcza królewskimi śniadankami. Oprócz typowych porannych wiktuałów dostajemy świeżutkie bolos lêvedos (skrzyżowanie bułki drożdżowej z plackiem, jeszcze o nich szczegółowo napiszę), ciepłe scones i prosto z pieca wyjęte russos de queijo.

Te ostatnie to specjalność wyspy - drobne, wytrawne ciasteczka z dodatkiem sera São Jorge. Moim zdaniem idealnie pasują (tak jak i scones) nie na śniadanie, ale raczej do popołudniowej herbaty lub jako dodatek do piwa czy kieliszka wina. Są jednak tak smaczne, że na porę ich podania nie śmiem się skarżyć. Udaje mi się na tyle wkraść w łaski gospodyni, że pokazuje mi stary i cenny zeszyt z przepisami swojej babci Sary, a końcu nawet, nieco się krygując i zastrzegając , że w jej rodzinie kobiety się nie dzieliły przepisami, podaje mi recepturę na russos.

Sama nazwa tych ciasteczek jest dość zabawna. Słowo russo ma w portugalskim dwa znaczenia: może oznaczać kolor rudy czy rudowłosą osobę albo .... Rosjanina. Wychodzi na to, że dla Portugalczyków rudzielec i Rosjanin to jedno i to samo. ;) Ponieważ rudzielców w tym kraju jak na lekarstwo, terminu russo używa się też dla określenia osób jasnowłosych. Zapraszam więc na serowych rudzielców babci Sary.


Russos de queijo da avó Sara
czyli
Serowe rudzielce babci Sary


175 g mąki 100 g zimnego masła pokrojonego w kostkę
1/3 łyżeczki soli

100 g sera São Jorge utartego na drobnej tarce
*
1 żółtko do posmarowania wierzchu


Mąkę, sól i masło zagnieść (a najwygodniej zmiksować szybko w malakserze). Na koniec dodać utarty ser - otrzymamy masę o konsystencji kruchego ciasta. Wstawić na 30 min do lodówki.

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Formować małe kuleczki (ja nabieram ciasto gałkownicą do lodów o średnicy ok. 3,5 cm a następnie dłońmi toczę kulki), zanurzać je w lekko ubitym żółtku i układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.
Piec przez ok. 20 min aż będą rumiane (chciałam powiedzieć rude ;) ) z wierzchu.


* doskonałym zamiennikiem będzie ser Old Amsterdam, dojrzały cheddar lub stara i krucha gouda

wtorek, sierpień 25, 2009

Azory: São Jorge - kawa z Europy

Najpiękniejsze faiãs na Wyspie São Jorge. Na pierwszym planie Fajã dos Cubres , dalej Fajã do Santo Cristo. To zdjęcie powstało dzięki poświęceniu mojego męża, który o 5.00 rano we mgle i w ciemności pojechał na punkt widokowy do drugiej stronie wyspy.

W przewodniku czytamy, że w miejscowości Fajã dos Vimes na wyspie São Jorge hoduje się kawę. Jeśli herbata z Azorów nie jest jedyną rosnącą w Europie, to może chociaż kawa nią będzie? Jedziemy z ciekawości, bo żadne z nas w życiu nie widziało cafezeiro (krzaczka kawy) w naturze. Wielkiej jakości się nie spodziewamy, w końcu São Jorge to nie Blue Mountain na Jamajce. Jak to zwykle na Azorach, zjeżdżamy z niemal pionowego urwiska na wypłaszczony półokrągły kawałek wybrzeża. Mieszkańcy nazywają to fajã i krajobrazowo jest to, jak już wspominałam w poprzednim wpisie, niezwykle piękny fenomen geograficzny. Zazwyczaj udaje się na tym skrawku ziemi przycupnąć jakiejś wioseczce. Tak jest i w tym przypadku. Miejscowość jest tak mała, że objeżdżamy ją w kilkadziesiąt sekund, ale nigdzie nie widzimy nawet skrawka znaku czy informacji wiążącej się w jakikolwiek sposób z kawą. Już mamy zrezygnowani wracać, gdy spotykamy pod kościołem dwie mieszkanki Fajã dos Vimes. Gdy pytamy o kawę jedna z nich mówi "A tak, tu każdy ma parę krzaczków, ale moja teściowa hoduje ich trochę więcej. Kawę można u niej kupić, jak również napić się parzonej na miejscu".

Tym sposobem odnajdujemy plantację kawy na Azorach - zwykły dom, daleko od ulicy, bez żadnego oznaczenia. Bogu dziękować za panie plotkujące pod kościołem, bez nich byśmy do tego miejsca nigdy nie trafili. Pod sznurami z suszącym się praniem idziemy z właścicielką na tyły domu, gdzie wreszcie widzimy upragnione rośliny. Są wysokości człowieka, trochę wiechciowate, a ich gałązki oblepiają kolorowe owocki. To właśnie przyszłe ziarenka kawy. Pani Maria dos Anjos (Maria od Aniołów ;) ) opowiada nam, że oni kawę tu hodują od setek lat, właściwie na własne potrzeby, ale kilka lat temu przyjechał do nich, przedstawiciel portugalskiej firmy Sical i zachwycił się jakością. O wysyłaniu - jak to na Azorach mawiają - na kontynent chyba nie było mowy, bo ilości są znikome, ale za to rodzina dorobiła się własnej kawiarni, gdzie ich kawę pija się z filiżanek z logo plantacji.

Skąd się wzięła kawa na Azorach? Podobno przybyła tu razem z portugalskimi żegalrzami wracającymi z Brazylii, dla których te wyspy były często przystankiem w podróży do kontynentalnej Portugalii. Warunki do uprawy tego tropikalnego krzewu są tu całkiem sprzyjające. Wilgotność jest jak w dżungli, a temperatura w zimie właściwie nie spada poniżej 15ºC. W lecie maksymalnie osiąga do 25ºC, ale chyba brak upałów kawowym krzaczkom za bardzo nie przeszkadza.

Kawowa epopeja: od kwiatka do filiżanki.

Syn pani Marii dos Anjos studiuje architekturę w Lizbonie, ale przyjeżdża do domu na każde wakacje i to on parzy nam kawę i powiada o kawowej drodze od owocu na krzaczku do filiżanki. Kawa jest tu super ekologiczna (tak jak i mleko i sery, chyba czystszy region trudniej znaleźć na świecie - przemysł tu praktycznie nie istnieje, a mieszkańcy utrzymują się głównie z hodowli bydła i rybołóstwa) - jedyna ingerencja człowieka to podlewanie krzaczków wodą z pobliskiego źródła, gdy deszcz nie pada dłużej niż dwa tygodnie, co się na wyspach niezmiernie rzadko zdarza. Zero nawozów sztucznych, zero pestycydów i herbicydów. Gdy owoce dojrzeją, suszy się je na powietrzu, a potem ręcznie za pomocą wulkanicznych kamieni pozbawia łupinki. Syn właścicielki mówi, że mistrzynią w tym jest jego babcia. Potem ziarna się praży. Gdy ja pytam czy mają do tego jakąś specjalną maszynę, on śmieje się, że nie. Zamiast kosztownych maszyn używają zwykłej dużej żeliwnej patelni. Mielą ziarenka za to już nowocześnie - w potężnym młynku firmy Sical, a parzą w ekspresie Cimbali (ta maszyna stanowi nieodłączną część kawowej kultury w Portugalii, do tego stopnia, że wiele osób zamawiając małą czarną prosi o "um cimballino"). Muszę przyznać, że - co mnie trochę zaskoczyło - kawa była zdumiewająco smaczna, niczym właściwie nie ustępowała słynnym mieszankom z kontynentu. Czułam w jej smaku nawet więcej świeżości, ale to może być już sugestia, po tym jak napatrzyliśmy się na kawowe kwiaty i owoce. ;)

Świeżo zerwane kawowe owoce. Uroczy domek w parku krajobrazowym w zachodniej części wyspy.

Na koniec jeszcze, tym razem córka właścicielki, pokazuje nam chyba istotniejsze źródło utrzymania rodziny - warsztat tkacki, gdzie powstają tradycyjne colchas de ponto alto, piękne kapy na łóżka z wypukłym wzorem. Ta, którą ja się zachwycam ma ponad 70 lat (tkała ją jeszcze prababcia oprowadzającej nas pani) i kosztuje majątek. Pozostajemy więc przy kawie - kupujemy paczuszkę, żeby delektować się nią - jak to mówią na Azorach -na kontynencie. ;)

Banany jeszcze na drzewie. Warsztat tkacki.

A jeśli już jesteśmy przy tropikalnych plonach to nie można zapomnieć że, oprócz anananasów, o których pisałam tutaj, na Azorach hoduje się też banany. Większość przydomowych ogródków ma małe poletko bananowców. Owoce stąd nie są tak słynne jak ich kuzyni z Madery, ale gatunek jest chyba ten sam, albo bardzo podobny jak z "wyspy kwiatów". Są to nieduże bananki, ale za to bardzo słodkie i aromatyczne. Gdy robimy zdjęcia jakiejś kiści, aż ciężkiej od owoców, wybiega do nas z pobliskiego domu uśmiechnięta pani wołając po angielsku, że możemy sobie ją zerwać. Maciej pod nosem mruczy, że on nie małpa i żadnych bananów nie będzie ze sobą targał (byliśmy na dłuższej pieszej wycieczce), ale mnie nieodmiennie zachwyca przyjacielskość tych ludzi.

Chyba nigdzie na świecie nie czułam się tak swobodnie i bezpiecznie jak tutaj. Na pewno zwiedzanie ułatwiała nam znajomość języka (choć wariant portugalskiego z Azorów bywa czasem zdumiewający jeśli chodzi o wymowę), jednak gotowość do pomocy i zupełnie bezinteresownych gestów całej chyba populacji wysp odczuwa większość turystów. Nie wspominając już o tym , że przestępczość zdaje się nie istnieć - wszystko tu stoi otworem od samochodów poczynając na domach i hotelach kończąc. A nie mówiłam Wam już, że to mityczna kraina szczęśliwości - Atlantyda. ;)

poniedziałek, sierpień 17, 2009

Azory: czyli we dwoje na Atlantydzie

Pola i łąki wyspy São Jorge, w tle wyspa Pico.

Nareszcie wakacje! Niezbyt długie, ale za to dość nietypowe pod względem kierunku. Już Wam nie tak dawno wspominałam o atlantyckich Azorach, ale wówczas była to jedynie relacja z drugiej ręki. Teraz Maciej, tak jak obiecał, zabrał mnie tam na krótkie wakacje. Podobno większości Amerykanów, a tych tutaj całkiem sporo jako turystów - niedługo wyjaśnię dlaczego, Azory kojarzą się jedynie z wyżem azorskim. Ja gdy mieszkałam w Polsce łączyłam je natomiast z wojskową bazą amerykańską na wyspie Terceira. ;) Dopiero mieszkając w Portugalii zorientowałam się, że wyspy mają sporo do zaoferowania, choć może nie każdemu turyście.

Lecimy z Porto do Ponte Delgada - najludniejszego miasta na São Miguel, największej wyspie archipelagu. Wita nas ona zasnutym niską warstwą chmur niebem i siąpiącym co chwilę deszczem. Nie jest to jednak nasz punkt docelowy. Na drugi dzień wsiadamy do samolotu, który wiezie nas na wyspę São Jorge (św. Jerzego), położoną w grupie środkowej archipelagu (w sumie wszystkich azorskich wysp jest 9, a grupa środkowa ma ich 5). Widok z przestworzy jest niesamowity - São Jorge leży w centrum grupy, otoczona ze wszystkich stron pozostałymi 4 wyspami. W dodatku na powitanie mamy słoneczną pogodę, co wcale na Azorach nie jest takie oczywiste, nawet latem.

Typowa architektura Azorów - czarny wulkaniczny kamień i białe spoiwo.

Od razu muszę zaznaczyć, że Azory to nie jest kierunek masowej turystyki. Nie każdemu przypada do gustu niestabilna i przysłowiowo wręcz zmienna pogoda, prawie że zupełny brak piaszczystych plaż (na większości wysp są tylko maleńkie plaże wulkaniczne lub tzw. naturalne baseny - czyli oddzielone od otwartego morza skałami i sztucznie wybudowanymi murkami przybrzeżne jakby jeziorka), a do podziwiania jest tu właściwie jedynie natura. Ale za to jaka natura! Takiej przyrody i zapierających dech w piersiach dziewiczych krajobrazów muszę przyznać, że dawno nie widziałam. Wszystkie wyspy mają rodowód wulkaniczny, pokryte są bujną roślinnością, z przewagą soczyście zielonych łąk i pastwisk. Na tych ostatnich okolonych żywopłotami z hortensji pasą się niezliczone stada krów. W końcu z Azorów właśnie pochodzi najlepszy w Portugalii nabiał.

Różne ujęcia Fajã da Caldeira de Santo Cristo.

Trochę inne są stromo spadające do oceanu wybrzeża - te przypominają raczej (przynajmniej na północnej stronie wyspy São Jorge) kadry z filmów o Robinsonie Cruzoe. Niezwykle wysoka wilgotność i ogromna obfitość ptaków potęgują jeszcze to wrażenie. Czujemy się prawie jak odkrywcy, zwłaszcza na pieszym szlaku do Fajã de Santo Cristo. Szliśmy ośmiokilometrową zupełnie pustą trasą w porze zachodu słońca, podziwialiśmy zachowaną w tych okolicach endemiczną roślinność i spadające z 800-metrowego grzbietu wyspy wodospady. Człowiek ma wrażenie przedzierania się przez mocno dziewiczą dżunglę, choć to tylko złudzenie, bo okazuje się, że co leniwsi turyści wożeni są pojazdami, które, jak mnie pouczyło moje będące na bieżąco dziecko, noszą nazwę quad'ów. Co mnie niezwykle pozytywnie nastawiło do Azorów i trochę w tej wilgotności zdumiało - to fakt, że nie było tam komarów i w ogóle ilość dokuczliwych owadów była minimalna (a nie mówiłam Wam, że to szczęśliwy ląd - po prostu Atlantyda ;) ).

Samolot SATA - linii lotniczych z Azorów. Ciasteczka espécies. Império - kapliczka Ducha Świętego.

Wspomniałam, że szliśmy do Fajã do Santo Cristo. Fajã to dość ciekawa formacja geograficzno-geologiczna. Nie znalazłam nigdzie polskiego tłumaczenia tego słowa, pewnie dlatego, że zjawisko jest dość unikalne. Na Azorach występuje w zasadzie jedynie na wyspie São Jorge. Jak pisałam wybrzeża są tu niezwykle strome, gdzieniegdzie jednak po osunięciu się skał lub z powodu spłynięcia do podnóży wyspy lawy powstały na poziomie morza zupełnie płaskie, półkoliste kawałki lądu, nazywane właśnie fajãs. Często oprócz bardzo żyznej ziemi mieszczą one jeszcze niewielkie jeziorka.

Wyspa São Jorge właściwie dopiero od czasu, gdy powstał port lotniczy ma jaki taki kontakt ze światem. Wcześniej była od niego mocno odcięta, co spowodowało jak się można domyślać, pojawienie się wielu odrębnych zjawisk kulturowych - między innymi typowej architektury i nieco innej niż na kontynencie kuchni. Co do tej pierwszej to chyba sztandarowym przykładem są tu kapliczki Ducha Świętego, nazywane impérios. Cała wyspa jest nimi usiana, a Zielone Świątki to chyba najważniejsza uroczystość religijna archipelagu.

Z tej okazji gospodynie z Azorów przygotowują wiele tradycyjnych potraw, a zwłaszcza wypieków. Gotują zazwyczaj sopa de Espírito Santo (zupę Ducha Świętego) i pieką espécies (bardzo ładne ciasteczka, ale z mdłym, anyżowym nadzieniem). Obowiązkowe jest tzw. bolo de véspera, czyli .... wczorajsze ciasto. Każda głowa rodziny ma obowiązek przynieść do kaplicy 25 sztuk tego specjału, tam jest ono poświęcone, a następnie już po nabożeństwie zaczyna się festa, w czasie której je się te drożdżowe wypieki. Bolo de véspera ma kształt okrągłych placków, na których odciskane są specjalnymi pieczątkami różne wzory, między innymi tzw. korona Ducha Świętego. Taką ozdobę na wszelkich kościelnych uroczystościach i procesjach przez 7 tygodni nosi też dziewczynka, wybierana spośród parafian w każdej z kaplic w niedzielę wielkanocną. Zawsze mnie zdumiewa, że w dwóch równie katolickich krajach jak Polska i Portugalia są tak odmienne tradycje w obrzędowości.

Typowy wypiek na Zielone Świątki - bolo de véspera.

Podobno cała kulinarna oprawa Zielonych Świątek na Azorach, a zwłaszcza zwyczaj dzielenia się jedzeniem z innymi, pochodzi jeszcze od czasów portugalskiej królowej Św. Izabeli, znanej z dobroczynności, która w tym czasie tradycyjnie wydawała posiłki biednym.

Ja nie omieszkałam oczywiście wspomnianego już ciasta kupić i spróbować. Rozczarowanie było wielkie, choć czegóż tu się było spodziewać po wczorajszym cieście drożdżowym. :) Bolo de véspera jest kuszące wizualnie, ale ... suche, kruszące się, no po prostu zwyczajnie czerstwe.

Atlantyk o zachodzie słońca. Wulkan Pico niestety złośliwie schował się po lewej stronie za chmurami.

Nie popadajmy jednak w marazm, będą i smaczne potrawy na Azorach, w końcu nie wszystko jest tu wczorajsze i udaje się nasycić nie tylko oczy. ;) Cdn.

piątek, sierpień 07, 2009

Śliwkowe ciasto z orzechami laskowymi i czekoladą

Skończyły się truskawki i czereśnie, moreli też już prawie nie widać. Nastał czas fig i śliwek. W Portugalii tych ostatnich jest nawet spory wybór. Można spotkać okrągłe i dość duże w kolorze kanarkowo żółtym lub ciemnofioletowym, są też zielonkawe raihna Cláudia (najsłynniejsze z regionu Alentejo, z okolic miasta Elvas, które się też często kandyzuje) i małe podobne do naszych mirabelek. Oczywiście, jakby na złość, najtrudniej jest zdobyć węgierki, nazywające się tutaj abrunhos i mające bardzo krótki sezon. Co roku więc poluję na nie uporczywie. Tym razem miałam je trochę wcześniej niż zwykle, bo mojemu koledze z pracy złamał się pień śliwy, jeszcze zanim owoce osiągnęły pełną dojrzałość. Tym sposobem stanęłam przed problemem zagospodarowania wielkiej miski niezbyt dojrzałych śliwek. Jeść na surowo trochę się obawialiśmy, przewidując możliwość niekoniecznie pożądanych sensacji ;), doszłam więc do wniosku, że bezpieczniej będzie upiec z nich jakieś ciasto, a resztę przerobić na chutney.

Padło znowu na przepis z brytyjskiego czasopisma Good Food (tym razem autorstwa pani Mary Cadogan). Oni mają naprawdę znakomite receptury na owocowe wypieki. To ciasto jest niezwykłe w smaku, a to dzięki fenomenalnemu połączeniu śliwek, czekolady i orzechów laskowych. Kolejny zestaw smaków, moim zdaniem, trafiony w dziesiątkę. Dzięki obecności kawałków śliwek w samym cieście jest ono przyjemnie wilgotne, czuje się nuty orzechowe, no i jeszcze, gdyby komuś było mało dobrego, te malutkie kawałeczki czekolady.

Ja zmieniłam nieco przepis - nie sypałam już całych orzechów na wierzch ciasta i nie smarowałam go dżemem. Śliwki na górę pokroiłam w mniejsze kawałki, bo tak bardziej lubimy. Należy uważać na czas pieczenia - moje ciasto piekło się dużo dłużej niż polecane w oryginale 40-50 min, bo aż ponad godzinę. Proponuję być czujnym i sprawdzać patyczkiem wbitym w środek czy jest już gotowe. Ciasto ma jedną wadę - nie prezentuje się zbyt pięknie, ale myślę, że smak ten brak urody z nawiązką wynagradza. ;) Zapraszam na sierpniowego śliwkowca.


Śliwkowiec z orzechami laskowymi i czekoladą

tortownica o średnicy 22-24cm

500 g śliwek węgierek

175 g masła
175g jasnobrązowego cukru
3 jajka
175g mąki
175 g drobno zmielonych orzechów laskowych

1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

50 g gorzkiej czekolady, dość drobno posiekanej (o zawartości 70% kakao)

2 łyżki
jasnobrązowego cukru do posypania wierzchu

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Dno tortownicy wyłożyć papierem, a boki wysmarować masłem. Cztery śliwki pokroić na ćwiartki i odłożyć na później, resztę pokroić na niewielkie kawałki.

Masło zmiksować z cukrem, pojedynczo dodawać jajka nadal ubijając. Makę wymieszać z proszkiem do pieczenia i orzechami i porcjami dodawać do masy. Na koniec łyżką wmieszać kawałki śliwek i czekoladę.

Wyłożyć masę do tortownicy
. Na wierzchu rozłożyć ćwiartki śliwek przekrojoną stroną do góry, lekko wciskając w ciasto i posypać je 2 łyżkami cukru. Piec przez ok. 1godz - 1 godz i 10 min, koniecznie sprawdzając patyczkiem wbitym w środek czy ciasto jest już gotowe.

sobota, sierpień 01, 2009

Śródziemnomorska sałatka z brązowego ryżu


Trochę się przejęłam się ostatnio zaleceniami USDA na temat diety XXI wieku i współcześnie obowiązującej piramidy żywieniowej. Zerknijcie tutaj, a zobaczycie, że zupełnie nie przypomina ona tej, do której przez lata się przyzwyczailiśmy. Z ciekawostek, to jej integralną częścią, oprócz rzecz jasna jedzenia, jest - aktywność fizyczna. Poza tym jest tam sporo nienajgłupszych i możliwych do zastosowania w rzeczywistości wskazówek. Między innymi radzi się, żeby połowa jedzonych przez nas produktów zbożowych była pełnoziarnista. Szczerze mówiąc w tym momencie, przynajmniej my w domu, musimy się trochę sprężyć, żeby osiągnąć zalecane normy.

Wychodząc z założenia, że jadamy obiady najczęściej poza domem - tu możemy się pożegnać z pełnymi ziarnami. Powiedzmy sobie uczciwie - w kraju, gdzie mieszkamy (o kulturze jak najbardziej śródziemnomorskiej) pieczywo jest niemalże zawsze białe i głównie pszenne, o takim dziwactwie jak kasze nikt nie słyszał (ba, nawet nie ma na nie określenia w języku portugalskim), a razowego makaronu czy brązowego ryżu jak żyję nie widziałam tu w żadnej restauracji. My niestety w dodatku, co pewnie łatwo zauwazyć na tym blogu, lubimy sobie czasem przekąsić domowe ciasta na bezwartościowej śnieżnobiałej mące. Wychodzi na to, że cała reszta jedzonych przez nas już w domu zbóż powinna być w zasadzie tylko i wyłącznie pełnoziarnista.

Jak to osiągnąć? Domowy chleb z razowymi mąkami jest już u nas właściwie oczywistością. Pozostaje więc jeszcze zamiana białego ryżu na brązowy, pełnoziarnisty i próba wprowadzenia razowych makaronów. Że ta ostatnia propozycja budzi we mnie pewien opór, bo jednak smakowo takie zdrowe makarony nie dorównują tym zwykłym z twardej pszenicy, postanowiłam częściej używać wartościowego ciemnego ryżu. Przyznam szczerze, że bardzo mi odpowiada jego nieco twardsza konsystencja, taka jakby al dente i przyjemny, nie tak neutralny jak białego ryżu, lekko orzechowy smak.

Kilka dni temu pojawił się u nas na lekki obiad pod postacią poniższej sałatki. Oprócz ryżu jest tam jeszcze wiele innych śródziemnomorskich pyszności, jak np. suszone pomidory, oliwki, czosnek i spora garść świeżych ziół. A do tego, żeby było jeszcze zdrowiej (nie zapomnijcie o zbawiennym dla nas resweratrolu) kieliszek wina, różowego - jak na ciepłe lato przystało. ;) Zapraszam do degustacji. :)

Śródziemnomorska sałatka z brązowego ryżu

3 szkl wywaru warzywnego
2 łyżeczki oliwy extra virgin

1 cebula posiekana w drobną kostkę

1 i 1/2 szkl (300g) brązowego ryżu o średniej długości ziarenkach

1 łyżeczka startej skórki cytrynowej

2 ząbki czosnku zmiażdżone

1/3 szkl płatków migdałowych zrumienionych na suchej patelni

1/2 szkl suszonych pomidorów dobrze odsączonych z oliwy , grubo posiekanych

1/2 szkl czarnych wypestkowanych oliwek, grubo posiekanych

1/2 szkl świeżej bazylii grubo posiekanej

1/2 szkl natki pietruszki drobno posiekanej

200g pomidorków koktajlowych pokrojonych na polówki


Dressing cytrynowo-musztardowy:

2 łyżki soku z cytryny

2 łyżki octu z białego wina

2 ząbki czosnku, zmiażdżone

2 łyżeczki musztardy Dijon


Rozgrzewamy oliwę na dużej głębokiej patelni. Szklimy na niej cebulę, wrzucamy dobrze opłukany ryż, skórkę cytrynową i czosnek, jeszcze lekko przesmażamy i zalewamy wrzącym bulionem. Przykrywamy pokrywką i zostawiamy na maleńkim ogniu, aż ryż wchłonie bulion i będzie miękki. Mi to zajęło jedynie 20min, ale czas gotowania zależy od gatunku pełnoziarnistego ryżu, są takie co będą potrzebowały i 50 min.


W międzyczasie przygotowujemy dressing mieszając ze sobą wszystkie jego składniki. Do ugotowanego ryżu dodajemy suszone pomidory, mieszamy i zostawiamy pod przykryciem jeszcze na 3 min. Dodajemy resztę składników oraz dressing i delikatnie mieszamy. Sałatkę podajemy ciepłą lub w temperaturze pokojowej.