
Nie przypuszczałam, że w tym roku wylądujemy dwukrotnie w Dolinie Loary, ale tak się właśnie stało. Właściwie trochę przypadkiem. Otóż przed wyjazdem na Święta do Polski uzmysłowiliśmy sobie, że w podróży powrotnej, gdzieś we Francji, zastanie nas Nowy Rok. Ja zaczęłam panikować, że nie możemy jechać jak zwykle bez rezerwacji, bo z pewnością nie znajdziemy w ostatniej chwili hotelu. Zaczęliśmy więc uciążliwe poszukiwania w necie jakiegoś lokum na tę noc. Muszę przyznać, że całe już lata już spędzamy Sylwestra bardzo kameralnie. Rok 2009 jest jednak dla mnie i męża dość szczególną datą, postanowiliśmy więc tym razem zaszaleć i razem z naszą latoroślą wylądowaliśmy w zamku ( a raczej zameczku ) nad Loarą. Nad tą rzeką, tak jak i w pobliskim regionie Bordeaux każdy budynek większy od kurnika zwie się już szumnie
château więc nie spodziewaliśmy się zbyt wiele. Okazało się jednak, że
Château du Breuil miło nas rozczarował.
Aby się do niego dostać, najpierw wjeżdża się na prowadzącą od bramy leśną drogę i przedziera się nią dobry kilometr (cały teren ma ponad 30 ha). Potem ukazuje się doprawdy uroczy widok sporego francuskiego domostwa stojącego na dużej polanie. Pałacyk miał nawet wieżyczkę, resztki XV-wiecznej fosy i kaplicę. Wnętrza były urządzone gustownie, ale na szczęście bez zbytniego przepychu, w stylu, który ja nazywam roboczo mieszczańsko-pałacowym (taki termin we wnętrzarstwie chyba nie istnieje - to nomenklatura na mój własny użytek, a ma oznaczać pomieszanie ludwików, obowiązkowych luster, wysokich okien z ciężkimi storami itp.). Zresztą niekoniecznie jest to mój ulubiony sposób urządzania wnętrz, no ale ja w końcu nie mieszkam przecież w
château (wiejski styl francuski to jest to, co mi przypada bardzo do gustu).

Trochę kusiło i łechtało naszą próżność spędzenie wieczoru na eleganckim francuskim
soirée z
haute cuisine (a może właściwiej byłoby powiedzieć z
nouvelle cuisine, czyli tej pierwszej nowomodną wersją). Nie jesteśmy co prawda jakimiś zagorzałymi fanami tego typu kuchni. Moi panowie wręcz pilnują, żeby za często nie trafiać do restauracji, w których jak to określa mój mąż "na talerzu o średnicy młyńskiego koła podają jedzenia jakby kot napłakał". Tym razem jednak postanowiliśmy zaryzykować - w końcu Dolina Loary, Sylwester i zameczek zobowiązują. Moje nastoletnie dziecko tak się przejęło, że zażyczyło sobie nawet na tę okazję kupna .... garnituru. ;)
Jeszcze przed wyjazdem z Portugalii, razem z potwierdzeniem rezerwacji, otrzymaliśmy szczegółowe menu wielodaniowej kolacji serwowanej na Sylwestra w Château du Breuil. Co jak co, ale jedzenie traktuje się we Francji poważnie.
Sylwestrowe towarzystwo trafiło się nam bardzo międzynarodowe - oprócz Francuzów byli Hiszpanie, Japończycy, a nawet Niemcy i Rosjanie. O dziwo nie było wyspiarzy, ale ponoć dla nich, odkąd funt spada na łeb na szyję, Francja przestała być tak atrakcyjna jak kiedyś. Oprócz dość dziwnie przystrojonych Rosjan (jeansy były pewnie od Versace, ale że wieczór był raczej siedzący niż stojący, nie mieli wiele okazji, żeby zaprezentować cekinowe markowe naszywki na kieszeniach; wybaczcie moją uszczypliwość, ale nie mogłam się powstrzymać ;), nie chodzi tu o Rosjan, zawsze tak reaguję, gdy widzę ludzi, którzy sądzą, że wraz z etykietką nabywa się klasy), reszta towarzystwa była superelegancka. Jedna z Francuzek wystąpiła nawet w długiej taftowej wieczorowej sukni i futrzanej etoli. Łukasz posyłał mi tylko znaczące spojrzenia, żebym doceniła, jak to umiał się znaleźć w kwestii ubioru.
Wieczór zaczął się tuż po 20.00 od szampana, jak to we Francji - obowiązkowo wytrawnego. Tu mi się przypomina zabawna scena , jak wiele lat temu w Szampanii w piwnicach
Piper-Heidsieck, pani usiłowała mnie za wszelką cenę odwieść od decyzji zakupu szampana ..... słodkiego. Ale ja się uparłam i w dodatku byłam później bardzo zadowolona z wyboru. Dodam, że był to mój pierwszy prawdziwy szampan w życiu. ;) Od tego czasu gusta mi się trochę zmieniły i już nie gardzę tym
brut, czy nawet
brut zéro (ten ostatni jest super wytrawny i ma tylko 3g cukru na litr), ale przyznam, że ciągle mam sentyment do tych słodszych, miej szlachetnych wariacji, zwłaszcza, gdy mają być pite jako toast. Wzdryga mnie ciągle portugalski urodzinowy zwyczaj, gdy zaraz po wypiciu kieliszka wytrawnego wina musującego, zajada się ciasto (tzn. mam na myśli świętowanie urodzin w miejscu pracy).

Na szczęście w Dolinie Loary eleganckiemu trunkowi towarzyszyły
amuse-bouche, czyli maleńkie przekąski, takie na 1-2 kęsy, łatwe do konsumpcji na stojąco. W tym wydaniu były one w mocno azjatyckim stylu - królowały chińsko-japońskie pierożki
gyoza,
won-ton i maleńkie
spring rolls. Nie zabrakło jednak klasyki - miniaturowych kanapeczek z łososiem,
crème fraîche i kawiorem.
Po inauguracji wieczoru przenieśliśmy się do stołów. I tu rozpoczął się iście karnawałowy korowód dań. Zaczęliśmy wspaniale - od
"Déclinaison autour du foie gras" (cokolwiek to znaczy - brzmi szumnie, ja na własny użytek przetłumaczyłam to sobie jako "wątróbkowe wariacje" ;) ) - mistrzowskiej tematycznej przystawki, gdzie pierwsze skrzypce grała oczywiście osławiona francuska gęsia wątróbka. Podano plaster świeżej, krótko osmażonej na maśle, z czymś w rodzaju cebulowo-figowego
chutney'a, do tego piękny kawałek
bloc de foie gras na zimno z plasterkiem
pain d'epices i jeszcze niesamowity w smaku mus z
foie gras przykryty śmietankową pierzynką. Towarzyszyło tym przystawkom cudowne, stare, słodkawe białe wino z Vouvray (
Vouvray moelleux 1976 de Claude Villain).
Po degustacji tego cieszącego się dość dwuznaczną sławą przysmaku, na stół wjechały ravioli z nadzieniem z homarów i krabów, w sosie rakowym i w towarzystwie małych gotowanych raków. Tu spotkało nas wielkie rozczarowanie - całe danie było mało wyraziste w smaku, wręcz mdłe, a ciasto, z którego zrobiono ravioli zdecydowanie za mało jędrne. Nawet niezłe wino (
Blanc de Cheverny 2005, Domaine des Huards Cuvée de la Haute Pinglerie) nie było w stanie uratować tej potrawy. Jako przerywnik, przed daniem głównym, żeby dać wytchnienie kubkom smakowym, podano granitę z szampana. Rzeczywiście całkiem odświeżającą.

Mój lekko zblazowany synalek, we wspomnianym "gajerku", wśród innych gości. Wnętrza Château du Breuil.
W roli dania głównego wystąpił zaś filet z sarniny z sosem z octu balsamicznego i
syropu z Liege, w towarzystwie purée z selera korzeniowego. Podane mięso mi przypadło do gustu, Maciej jednak, kochający wszystko, co dobrze wysmażone, narzekał że było minimalnie zbyt krwiste. Łukasz kończąc jeść selerowe purée, oznajmił, że "dziwne trochę te ziemniaki". Takie to z nas niewyrobione towarzystwo. ;) Do dziczyzny popijaliśmy znakomicie dobrane, dojrzałe wino -
Haut-Médoc de Beychevelle 2001, o głębokiej czerwonej barwie wpadającej w purpurę.
Na deser... ach, gdzie tam deser - najpierw musi być talerz serów. Tutaj była zawsze trafiająca w gusta klasyka - roquefort, camembert, ser kozi, jakiś comté itp.
Teraz wreszcie deser - jak na
nouvelle cuisine przystało - był to zestaw słodkich drobiazgów: 2 kremy - waniliowy i miodowy, do tego koszyczki z ciasta
phyllo wypełnione jabłkowo-rodzynkowym nadzieniem, plus kruche i aż pachnące masłem ciasteczko
sablée. Popijaliśmy te smakołyki białym
Cour-Cheverny 2003, Domaine de Moncy.
Zakończyliśmy kawą, koniakiem i ręcznie robionymi czekoladkami o godzinie 3.00 nad ranem. ;) Dlaczego to tak długo trwało? Wpływ miała oczywiście ilość dań, ale i francuska potrzeba rokoszowania się każdym smakiem, szczegółowe wyjaśnienia gospodarzy na temat sposobu przygotowania dań, pochodzenia produktów, walorów każdego z win. Goście, zwłaszcza francuscy, bardzo się w te rozmowy angażowali. Te rozmowy o jedzeniu brzmiały (no przynajmniej ta ich część, którą byłam w stanie podsłuchać i zrozumieć), jak nie przymierzając filozoficzne dysputy. Nam udało się na szczęście zachować twarz debatując z właścicielem na temat historii i walorów hodowanego w okolicy rzadkiego szczepu winorośli o nazwie
Romorantin.

Widok na zimowy Châteu du Breuil. I za to kocham Francuzów (vide napis po angielsku) - od razu znikają moje kompleksy słabej znajomości ich języka. ;)
Co do walorów smakowych - przyznam szczerze, że poza przystawką z
foie gras i deserem, reszta dań nie rzuciła nas jakoś szczególnie na kolana. Owszem wszystko było pięknie podane, wina znakomicie dobrane do smaku potraw, ale żeby to była najlepsza sarnina jaką jadłam w życiu to nie mogę powiedzieć, nie wspominając już o niewydarzonym ravioli.
Na zachwyt zasługuje jednak sposób celebracji całego posiłku, nadanie mu atmosfery wyjątkowości, w czym Francuzi celują i do czego mają, jakąś wrodzoną chyba, łatwość. Zresztą przykład płynął u nich z góry przez wiele wieków
ancien regim'u. Nie wiem co prawda, co jadał Robespierre, ale chyba i w czasie Rewolucji udało się Francuzom zachować upodobanie do wykwintnego biesiadowania i błyskotliwej rozmowy. Tu mała dygresja - jak celnie skomentował w "Szkicach piórkiem"
Andrzej Bobkowski , gdy obserwował życie we Francji w 1940r. (cytuję z pamięci, więc może być lekko nieściśle) -"cechy, które z Francuzów czynią tak uroczy naród w czasie pokoju, w czasie wojny są zgubne." To dokładnie odwrotnie niż z nami - u nas na wojnie honor i bohaterskie czyny, a gdy nastanie pokój trochę opuszczamy skrzydła, nieprawdaż? No, ale cóż, każdy ma swoje słabostki. :) Ale dzisiaj pojechałam politycznie ;) - krytyka Rosjan, złośliwe podśmiechiwanie się z rządów Vichy.
Wracając do sylwestrowego soirée, w końcu jesteśmy na blogu kulinarnym, gdyby ktoś miał wątpliwości. ;) Od wielkiego dzwonu przyjemnie jest w czymś takim uczestniczyć, ale nie powiem, żebym chciała tak jadać przy każdej wizycie w restauracji. Do tego celu o wiele bardziej, moim skromnym zdaniem, nadaje się prostsza, nie przekombinowana francuska kuchnia regionalna, szczególnie ta z południa - aż kipiąca świeżością i kolorami. I tym sprowadzającym na ziemię akcentem kończę moje dzisiejsze przydługie noworoczne reminiscencje. ;)