Jest już Adwent, czas wobec tego zacząć przygotowania do Bożego Narodzenia. Ja rozpocznę je od wspomnień. W zeszłym roku w drodze na Święta do Polski spędziliśmy kilka dni w Alzacji. Moi stali czytelnicy być może pamiętają, że pisałam już tutaj o tamtejszych winach i wypiekach. Nie zająknęłam się jednak prawie ani słowem - za to obiecałam to zrobić przed tegorocznymi Świętami - na temat największej w grudniu atrakcji w tamtych okolicach, mianowicie o bożonarodzeniowych jarmarkach.
Alzacja nazywana jest czasami Syberią Francji, ze względu na srogie ponoć zimy (srogie dla Francuzów rzecz jasna ;)), stąd też może łatwiej tu o świąteczny nastrój. Ja tak to sobie przynajmniej wykalkulowałam, bo od lat nie mogę się przyzwyczaić do portugalskiego Bożego Narodzenia z +15ºC na dworze. Nie wspomnę o tym, że o śniegu to mogę sobie tylko pomarzyć. Alzacja jednak w zeszłym roku też nas niczym szczególnym, jeśli chodzi o aurę, nie przywitała - było owszem dość chłodno, ale wymarzonego białego puchu czy choćby szronu - ani krztyny. Cóż, jak to mówią - "to się lubi co się ma".
Alzacja nazywana jest czasami Syberią Francji, ze względu na srogie ponoć zimy (srogie dla Francuzów rzecz jasna ;)), stąd też może łatwiej tu o świąteczny nastrój. Ja tak to sobie przynajmniej wykalkulowałam, bo od lat nie mogę się przyzwyczaić do portugalskiego Bożego Narodzenia z +15ºC na dworze. Nie wspomnę o tym, że o śniegu to mogę sobie tylko pomarzyć. Alzacja jednak w zeszłym roku też nas niczym szczególnym, jeśli chodzi o aurę, nie przywitała - było owszem dość chłodno, ale wymarzonego białego puchu czy choćby szronu - ani krztyny. Cóż, jak to mówią - "to się lubi co się ma".
Bożonarodzeniową stolicą Francji, jak łatwo się domyślić, jest oczywiście Strasbourg, z jego słynnym Christkindlmärik (są rożne warianty pisowni), czyli Jarmarkiem Dzieciątka Jezus. Tam oczywiście musieliśmy się wybrać. Ponieważ mieszkaliśmy w małym miasteczku oddalonym o kilkanaście kilometrów, ruszyliśmy do miasta samochodem i .... to był nasz pierwszy błąd. Stanie przez 1,5 godz w korku 2 dni przed świętami trudno nazwać atrakcją turystyczną, nawet jeśli miasto jest bajecznie oświetlone. Później postanowiliśmy zaparkować gdzieś w centrum i .... to był błąd numer dwa. Gdy z furią trzasnąwszy drzwiami, wydostałam się wreszcie z samochodu na podziemnym parkingu, moi panowie zaczęli się ze mnie śmiać. Maciej nawet stwierdził, że już teraz można mieć pewność, iż nic mi się nie będzie podobało. ;) Ratunek był jeden: dużo vin chaud czyli francuskiego odpowiednika naszego grzańca. A tego na świątecznych jarmarkach nigdy nie brakuje. ;)
Nieco już odprężeni i w lepszych humorach zaczęliśmy więc krążyć po licznych kramikach i straganach, przycupniętych u stóp majestatycznej strasburskiej katedry. Czego tam nie ma : ozdoby choinkowe, adwentowe wieńce z obowiązkowymi czterema świecami (na każdy tydzień oczekiwania na Świętą Noc), mnóstwo rękodzieła i jeszcze więcej....ludzi. Mnie szczególnie zaciekawiły stoiska z pięknymi foremkami do pierników i ciasteczek springerle. Jednak gdy usłyszałam cenę tych cudeniek, często kilkucentymetrowych zaledwie, było to jak kubeł zimnej wody. Tym bardziej, że mimo iż wzory są bardzo misterne, współczesne foremki rzadko kiedy są drewniane i wymagają ręcznego wykonania. Zwykle odlewane są z jakiegoś sztucznego tworzywa, co moim skromnym zdaniem nie upoważnia do tak zawrotnych cen. I mówię to ja, osoba zupełnie i chorobliwie pomylona na punkcie foremek i namiętnie je kolekcjonująca (bo chyba tak tę obsesję trzeba nazwać). Obeszłam się więc smakiem i na pocieszenie udałam do licznych stoisk z piernikami, preclami, kugelhopfami i bredlami. O tych ostatnich będzie jeszcze parę słów w kolejnym wpisie.
W sumie to odniosłam wrażenie, że jarmark w Strasbourgu jest nieco przereklamowany. Oprócz naprawdę atrakcyjnych stoisk jest też trochę .... jakby to elegancku ująć .... a niech tam, odłóżmy na chwilę na bok francuski savoir vivre i bon ton - po prostu jarmarcznych straszydełek. Ale pewnie taki już urok tego typu miejsc. Ja się co prawda nieco dziwiłam, bo czytałam kiedyś, że to mer miasta skrupulatnie wybiera stoiska i daje pozwolenia sprzedawcom, którzy przecież są wizytówką Strasbourga w tym tak turystycznym sezonie. Ale nie bierzcie tych moich narzekań tak całkiem na poważnie. ;) To pewnie wrażenia parkingowo-korkowe, grzane wino i niemożliwość położenia łapsk na foremkach, wpłynęły nieco na moje postrzeganie rzeczywistości. ;) Może też fakt, że byliśmy na jarmarku 2 dni przed Świętami wpłynął na jakość oferty. Pamiętajmy, że Christkindlmärik trwa przez cały Adwent.
W sumie to odniosłam wrażenie, że jarmark w Strasbourgu jest nieco przereklamowany. Oprócz naprawdę atrakcyjnych stoisk jest też trochę .... jakby to elegancku ująć .... a niech tam, odłóżmy na chwilę na bok francuski savoir vivre i bon ton - po prostu jarmarcznych straszydełek. Ale pewnie taki już urok tego typu miejsc. Ja się co prawda nieco dziwiłam, bo czytałam kiedyś, że to mer miasta skrupulatnie wybiera stoiska i daje pozwolenia sprzedawcom, którzy przecież są wizytówką Strasbourga w tym tak turystycznym sezonie. Ale nie bierzcie tych moich narzekań tak całkiem na poważnie. ;) To pewnie wrażenia parkingowo-korkowe, grzane wino i niemożliwość położenia łapsk na foremkach, wpłynęły nieco na moje postrzeganie rzeczywistości. ;) Może też fakt, że byliśmy na jarmarku 2 dni przed Świętami wpłynął na jakość oferty. Pamiętajmy, że Christkindlmärik trwa przez cały Adwent.
Tradycyjnie nie zawiodła nas natomiast strasburska katedra. Ja i Maciej mieliśmy szczęśliwie okazję podziwiać ją już kilkakrotnie, tym razem więc mogliśmy, jako turystyczni weterani, oprowadzić naszego syna. Głównym punktem programu był oczywiście zegar astronomiczny, no i poszukiwanie na głównym portalu .... diabła, przebranego za pięknego młodzieńca i zalecającego się do nieroztropnych dwórek (Jak rozpoznać sprytnego czarta? Wystarczy spojrzeć, że z tyłu, zza szat wypełzają mu obrzydliwe węże i inne gady). Wszystko było na swoim miejscu i atrakcyjne, jak zawsze od stuleci. ;)
Nie myślcie jednak czasem, że nie warto odwiedzić Alzacji w okolicach Bożego Narodzenia. Bardzo, bardzo warto!!! Jarmark w Strasbourgu to tylko jedna i , przynajmniej moim skromnym zdaniem, na pewno nie najciekawsza atrakcja regionu grudniową porą. Zresztą świąteczny bazar ma tu prawie każde miasteczko. Trzeba się tylko udać do biura turystycznego i tam już dostaniemy szczegółowy plan co, gdzie i kiedy się odbywa. Są koncerty, przejazdy św. Mikołaja, konkursy na najpiękniej bożonarodzeniowo przybrane okno i wszystko dookoła kipi przedświąteczną gorączką.
Nam najbardziej się chyba podobało maleńkie miasteczko Riquewihr. Mimo braku śniegu, wyglądało pod koniec grudnia jak z bajki - ma się wrażenie, że mieszkańcy prześcigają się w konkurencji na najpiękniejsze świąteczne dekoracje. W dodatku ozdoby są w naprawdę dobrym guście, żadnych tam dmuchanych czy plastikowych Mikołajów nie uświadczysz. Zresztą nawet bez całego tego bożonarodzeniowego anturażu Riquewihr jest niezwykle urokliwe.
Całe centrum miasteczka, z niewielkimi sklepikami, winiarniami, kramami i stoiskami serwującymi gorące potrawy i napoje, to jeden nieustający jarmark. Opychając się preclami, zaopatrzeni w bredle i wina od Dopff et Irion (przyznam, że to był główny cel odwiedzenia Riquewihr, inne jego walory objawiły nam się trochę przypadkiem), opuszczamy uroczą alzacką mieścinę, wreszcie usatysfakcjonowani i w 100% w świątecznym nastroju. Kolejny nasz przystanek to alzacka stolica pierników, ale przedtem jeszcze w następnym wpisie podzielę się z Wami moją wersją bredli.










25 comments: