
Czy słusznie się domyślam, że na jedzenie chwilowo nie możecie patrzeć? Że słowa - uszka, bigos, barszcz, piernik i makowiec aktualnie nie budzą w Was takiego entuzjazmu jak zawsze? Dla odreagowania świątecznego przesytu zapraszam na zaległą relację z naszych tegorocznych wakacji w południowo-wschodnich stanach USA. Dzisiaj oddaję głos mojemu mężowi.
Pierwszy kontakt z prawdziwą Florydą następuje tuż po otwarciu się automatycznych drzwi w hali przylotów lotniska w Miami. Opuszczamy klimatyzowane pomieszczenie i nagle "zderzamy" się z lokalnym klimatem: jest niemiłosiernie wilgotno i gorąco. Przez te kilka kroków mamy już czoła zroszone potem. Wsiadamy do minibusa, który zawiezie nas do wypożyczalni samochodów. "Welcome to Miami guys!" krzyczy uśmiechnięty kierowca. Siadamy. Klimatyzacja nastawiona jest chyba na 10ºC. W środku jest po prostu potwornie zimno. Cóż, musimy się do tego przyzwyczaić - prosto z wilgotnego tropiku do środka lodówki. Tak będzie niestety w każdej restauracji, sklepie, taksówce i hotelu na całym Południu.
Największym stresem tego popołudnia okazują się, jak zresztą przy każdej naszej wyprawie do USA, pierwsze dwie minuty w wypożyczonym samochodzie. Siadamy w naszym dodge'u i ..... jak zawsze w pierwszym momencie używania samochodu z automatyczną skrzynią biegów przeżywam chwile, kiedy kończyny zaczynają mi się plątać, szukając nieistniejących pedałów i dźwigni. Przy ruszaniu Dodge wykonuje serię skoków w przód i w tył ku uciesze obserwujących to wszystko pracowników wypożyczalni.
Ruszamy na północ, drogą międzystanową numer 95. Ruch na drodze przez Miami, a potem aż do Fort Lauderdale jest duży. Z tylnego siedzenia zadowolony Lukasz wykrzykuje nazwy zauważonych kolejnych "burgerowni": Arby's, Denny's, Wendy's, Checkers.... i oznajmia nam, ze zamierza je wszystkie odwiedzić. W skrytości ducha też mam na to ochotę, nie ma to jak klasyczny amerykański hamburger jedzony u źródła. ;) (No i widzicie, wydało się co tak naprawdę lubią moi domowi "smakosze" A.)
Pierwszy kontakt z prawdziwą Florydą następuje tuż po otwarciu się automatycznych drzwi w hali przylotów lotniska w Miami. Opuszczamy klimatyzowane pomieszczenie i nagle "zderzamy" się z lokalnym klimatem: jest niemiłosiernie wilgotno i gorąco. Przez te kilka kroków mamy już czoła zroszone potem. Wsiadamy do minibusa, który zawiezie nas do wypożyczalni samochodów. "Welcome to Miami guys!" krzyczy uśmiechnięty kierowca. Siadamy. Klimatyzacja nastawiona jest chyba na 10ºC. W środku jest po prostu potwornie zimno. Cóż, musimy się do tego przyzwyczaić - prosto z wilgotnego tropiku do środka lodówki. Tak będzie niestety w każdej restauracji, sklepie, taksówce i hotelu na całym Południu.
Największym stresem tego popołudnia okazują się, jak zresztą przy każdej naszej wyprawie do USA, pierwsze dwie minuty w wypożyczonym samochodzie. Siadamy w naszym dodge'u i ..... jak zawsze w pierwszym momencie używania samochodu z automatyczną skrzynią biegów przeżywam chwile, kiedy kończyny zaczynają mi się plątać, szukając nieistniejących pedałów i dźwigni. Przy ruszaniu Dodge wykonuje serię skoków w przód i w tył ku uciesze obserwujących to wszystko pracowników wypożyczalni.
Ruszamy na północ, drogą międzystanową numer 95. Ruch na drodze przez Miami, a potem aż do Fort Lauderdale jest duży. Z tylnego siedzenia zadowolony Lukasz wykrzykuje nazwy zauważonych kolejnych "burgerowni": Arby's, Denny's, Wendy's, Checkers.... i oznajmia nam, ze zamierza je wszystkie odwiedzić. W skrytości ducha też mam na to ochotę, nie ma to jak klasyczny amerykański hamburger jedzony u źródła. ;) (No i widzicie, wydało się co tak naprawdę lubią moi domowi "smakosze" A.)
Jedziemy kilkadziesiąt mil na północ, aż do Stuart, gdzie jest nasz pierwszy hotel. Centrum tego maleńkiego miasteczka jest dość przyjemne ale wieje silny wiatr znad oceanu. Zaraz po prysznicu natychmiast zasypiamy jak kłody. Jet-lag działa.
Tej nocy, nieco na północ od Stuart, w bazie Cape Canaveral, zaplanowano start wahadłowca Discovery. Jesteśmy tak zmęczeni, że niestety nawet nie rozważamy kwestii zobaczenia tej nie tak częstej w końcu atrakcji.
Następnego dnia rankiem......
Około godziny 10.00 rano zjeżdżamy z Interstate 95 na NASA Parkway. Przylądek Cape Canaveral to olbrzymie bagniste tereny, rozciągające się po obu stronach drogi. Mijamy pierwszy z mostów i po lewej w oddali na horyzoncie widać obrazek znany z telewizora: Space Shuttle Launch Pad, czyli miejsce skąd startują wahadłowce. Ku naszemu zdziwieniu nadal stoi tam Discovery, który rozpoznajemy z tej odległości głównie po wielkiej czerwonej rakiecie z paliwem wodorowym podczepionej do promu kosmicznego. Nieco później okazuje się, że zaplanowany na poprzednią noc start wahadłowca został wstrzymany ze względu na burzową pogodę. Tak będzie jeszcze przez następne kilka dni - przelotne deszcze i burze, krótkotrawałe, ale częste o tej porze roku będą krzyżowały plany astronautów, całej obsługi naziemnej i przybyłych na miejsce gapiów.
Tej nocy, nieco na północ od Stuart, w bazie Cape Canaveral, zaplanowano start wahadłowca Discovery. Jesteśmy tak zmęczeni, że niestety nawet nie rozważamy kwestii zobaczenia tej nie tak częstej w końcu atrakcji.
Następnego dnia rankiem......
Około godziny 10.00 rano zjeżdżamy z Interstate 95 na NASA Parkway. Przylądek Cape Canaveral to olbrzymie bagniste tereny, rozciągające się po obu stronach drogi. Mijamy pierwszy z mostów i po lewej w oddali na horyzoncie widać obrazek znany z telewizora: Space Shuttle Launch Pad, czyli miejsce skąd startują wahadłowce. Ku naszemu zdziwieniu nadal stoi tam Discovery, który rozpoznajemy z tej odległości głównie po wielkiej czerwonej rakiecie z paliwem wodorowym podczepionej do promu kosmicznego. Nieco później okazuje się, że zaplanowany na poprzednią noc start wahadłowca został wstrzymany ze względu na burzową pogodę. Tak będzie jeszcze przez następne kilka dni - przelotne deszcze i burze, krótkotrawałe, ale częste o tej porze roku będą krzyżowały plany astronautów, całej obsługi naziemnej i przybyłych na miejsce gapiów.
"Rocket garden" w centrum lotów kosmicznych. Tablica odliczająca czas do najbliższego startu wahadłowca Discovery. W Kennedy Space Center parking przed południem jest dość pusty. Kupujemy bilety. Visitors Center to właściwie jeden wielki park rozrywki.
W sklepie z pamiątkami można kupić m.in. paczuszki z zamkniętym hermetycznie, liofilizowanym jedzeniem, identyczne jak zabierają ze sobą astronauci w kosmos. Są tam też garnki, spodnie, zabawki, koszulki, odkurzacze .... wszystko z emblematami NASA. W wybranych godzinach zakupione pamiątki podpisują byli astronauci.
W sklepie z pamiątkami można kupić m.in. paczuszki z zamkniętym hermetycznie, liofilizowanym jedzeniem, identyczne jak zabierają ze sobą astronauci w kosmos. Są tam też garnki, spodnie, zabawki, koszulki, odkurzacze .... wszystko z emblematami NASA. W wybranych godzinach zakupione pamiątki podpisują byli astronauci.
Przed wejściem po lewej stronie widać prawdziwy "las" rakiet kosmicznych. To tzw. Rocket Garden, który można obejrzeć z bliska. Dla zwiedzających udostępniono też Muzeum Lotów Kosmicznych.
Kierujemy się do symulatora startu wahadłowca. To podobno najfajniejsza z "zabawek" tego kompleksu. Symulator został otwarty zupełnie niedawno. Najpierw krótki trójwymiarowy film wyjaśnia całą teorię startu wahadłowca. Następnie siada się ( a właściwie leży na plecach ) w replice pomieszczenia, w jakim znajdują się w prawdziwym space shuttle astronauci i doznaje wszelkich wrażeń ze startu promu (głównie chodzi o akustykę i przeciążenie, to ostatnie jest identyczne jak w czasie realnego startu).
Kompleks NASA jest olbrzymi. Jest już mocno po południu kiedy wracamy na naszą trasę i kierujemy się na północ. Czeka nas długa i dość nużąca droga przez Daytona Beach do Jacksonville. Tam skręcamy na wschód na Interstate 10. Powoli zupełnie płaski i bardzo monotonny krajobraz Florydy zaczyna się zmieniać. Pojawiają się niewielkie wzgórza i lasy.
W późnych godzinach wieczornych zmęczeni dojeżdżamy do hotelu w De Funiak Springs. W recepcji pada oczywiście typowe pytanie: "Where are you from guys ?" Często odpowiedź "Poland" nie wystarcza. Po pierwsze prawie nikt nie wie, gdzie leży Poland, a po drugie najczęściej Amerykanie rozumieją: Holland. Trzeba więc uogólnić i dodać: "Europe", to zwykle wystarcza. Recepcjonista zaczyna narzekać na ciężką sytuację finansową w okolicy, opowiada o tym jak dotknął ich kryzys. "Kto ma pracę jest szczęśliwy" - mówi. Dowiadujemy się, że w tym regionie zachodniej Florydy panuje ponad 12% bezrobocie. Także w amerykańskiej telewizji słychać ciągle o oszczędzaniu, nawet - o dziwo - w reklamach. Hotel najlepsze dni ma już zdecydowanie za sobą, ale jest za to nieprzyzwoicie tani.
Wieczór kończymy szybką kolacją w przydrożnym barze Whataburger: "Since 1950. Just like you like it". Bar jest pusty. Obsługa mówi dziwnym południowym dialektem, a ja prawie nic nie mogę zrozumieć. "Hadź ja la jo burger ?" pyta mnie sprzedawca. Na szczęście z odsieczą przybywa Łukasz, który widząc moje zdziwienie szybko zamawia właściwe bułki. No cóż, nie tylko widać, ale i słychać, że jesteśmy już w American South. Cdn.







18 comments: