wtorek, grudnia 29, 2009

Samochodem przez USA: Plantations i lemon mint julep

Słynna dębowa aleja w Oak Alley Plantation.

Podróżujemy drogą międzystanową numer 10 wciąż na zachód. Wkrótce po minięciu Pensacola opuszczamy Florydę i posuwamy się wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Przejeżdżając przez centrum miasta Mobile w Alabamie mijamy zacumowany przy nabrzeżu pancernik USS Alabama, obecnie muzeum. To okręt, który w czasie II wojny światowej jako jeden z pierwszych amerykańskich pancerników chronił konwoje do Murmańska.

Po półtorej godzinie mijamy wielką tablicę: "Welcome to Louisiana". Wreszcie jesteśmy u celu. Stajemy przy informacji turystycznej. Uprzejma Amerykanka trochę automatycznie wręcza nam mapę Nowego Orleanu. Oczywiście pada sakramentalne: "Where are you from guys ?". Tym razem jednak bez cienia zainteresowania w głosie pytającej. Pani w informacji prowadzi statystykę przyjeżdżających turystów. Zaglądam jej przez ramię. Na pierwszym miejscu są turyści z Teksasu i Florydy. Pani z lekkim zdenerwowaniem przerzuca kolejne kartki szukając Polski. Wreszcie jest. Z dumą wpisuje do rubryki liczbę 3.

Co kilka kilometrów przydrożni sprzedawcy oferują lokalny przysmak: hot boiled peanuts. Już nie pierwszy raz słyszymy w Stanach, że gdzieś tu w okolicy rosną orzeszki ziemne. Nigdy jednak nie udało nam się na własne oczy zobaczyć tych hodowli. W każdym razie te świeże fistaszki sprzedawane przy drodze są znakomite.
Godzinę później mijamy Nowy Orlean. Spośród wielu wieżowców downtown wyróżnia się wielka kopuła The Luisiana Superdome - stadion lokalnej drużyny NHL Saints. Tutaj właśnie w 2005 roku 20 000 mieszkańców schroniło się przed huraganem Katrina.

Jedne z wielu przydrożnych stoisk z lokalnych przysmakiem - orzeszkami ziemnymi.

My jednak na razie pozostawiamy miasto za sobą i kierujemy się na północny-zachód. Przejeżdżamy potężny most - pod nami rzeka Mississipi. Jest wielka i dziwnie spokojna. A przecież to największa amerykańska arteria wodna. I najgroźniejsza. Podczas Wielkiej Powodzi w 1993 rzeka zalała tereny wielkości Szkocji. Skręcamy na zachód i wąską drogą jedziemy wzdłuż Mississipi. To biedna okolica. Drewniane domy są zamieszkane głównie przez murzyńskie rodziny. Droga ciągnie się dziesiątkami zakrętów chyba w nieskończoność. W końcu dojeżdżamy na miejsce. Przed nami Oak Alley Plantation.

To jedna z najpiękniejszych posiadłości w południowych stanach USA, leżąca tuż nad Mississipi. Zbudowana w 1839 roku w stylu Greek Revival przez rodzinę Roman o francuskich korzeniach, leży na gigantycznej plantacji trzciny cukrowej. Eksport cukru do Europy przyniósł w XVIII i XIX wieku właścicielom bajeczne zyski. Producenci cukru należeli do elity finansowej ówczesnego świata. Dębowa, prawie 300-letnia aleja (zasadzona ponad 100 lat przed wybudowaniem domu), prowadząca z głównego budynku nad rzekę zapiera dech w piersiach. Wałęsamy się po parku. Jest gorąco i wilgotno. W miejscu, gdzie dawnej stały czworaki dla niewolników spotykamy pamiątkową tablicę z dziesiątkami imion. Dowiadujemy się, że np. rodzina niewolników kosztowała kilka tysięcy ówczesnych dolarów. Zakup młodego niewolnika to wydatek rzędu 1000 dolarów. Stary niewolnik był bardzo tani, kosztował tylko 100 dolarów.... Gorzka kropla w tak na pierwszy rzut oka rajskim miejscu.

Posiadłość Oak Alley Plantation. Boże Narodzenie w stylu "American South", a raczej w stylu Cajun, gdzie zamiast renifera z czerwonym nosem występuje aligator z nosem zielonym. Mint julep w kafejce na Plantacji. Cieniste werandy otaczające dom i chroniące przed gorącym słońcem Południa.

Co pół godziny na terenie plantacji rozlega się bicie dzwonu. W ten sposób ogłasza się początek wizyty z przewodnikiem w głównej posiadłości. O tej porze roku (jest początek września) nie ma tutaj wielu turystów - jesteśmy więc sami z oprowadzającym. Wnętrza chwilami do złudzenia przypominają arystokratyczne chateaux we Francji. Nie ma się co dziwić, całe wyposażenie sprowadzono z Europy. Seria architektonicznych trików miała służyć walce z piekielnie gorącym klimatem - cały dom otaczały wspierające się na kolumnach głębokie balkony, zapewniające cień pomieszczeniom, wysokie okna i drzwi położone w jednej linii miały wywołać choć odrobinę przeciągu w parnym powietrzu amerykańskiego Południa. Widoki z drugiego piętra domu na ogród są fantastyczne. Właściciele mogli stąd też podziwiać Missisipi i pływające nią parowce, jednak zniknęła ona z pola widzenia odkąd wybudowano wał przeciwpowodziowy.

Wszystko przypomina nam tutaj scenerię z filmu "Przeminęło z wiatrem". Historia pierwszych właścicieli jest jednak trochę mniej romantyczna. Tuż po wybudowaniu "Bon Séjour" (tak nazwała posiadłość pani domu) Roman Empire, czyli fortuna rodziny Roman, zaczęło się chylić ku upadkowi. Małżonkowie przeżyli w posiadłości we względnym spokoju wojnę secesyjną, jednak potem pan domu Jacques zmarł na gruźlicę, a dwoje z jego dzieci na żółtą febrę. Jego piękna żona Celine, przyzwyczajona do luksusowego życia XIX-wieczna zakupoholiczka, roztrwoniła majątek do ostatniego grosza. Rodzina musiała sprzedać Oak Alley Plantation. Posiadłość przechodziła odtąd różne koleje losu, na początku XIX wieku trafiając znowu na właścicieli, którzy się w niej zakochali. Ostatnia pani na Oak Alley Plantation - Mrs. Stewart stworzyła fundację i przekazała swój dom do publicznego użytku, dzięki temu możemy go dzisiaj zwiedzać.
Jak to w Ameryce, nie może zabraknąć na miejscu sklepu z pamiątkami, restauracji i małego baru. Zamawiamy, jak na miejsce przystało, mint julep. Ma on 4 podstawowe składniki: burbon, miętę, cukier i lód. Nazwa julep pochodzi od perskiego gulab, co początkowo oznaczało wodę różaną, a później wszelkie napoje na bazie słodkich syropów. Drink ten kojarzy się co prawda najbardziej z Kentucky Derby (najsłynniejszymi wyścigami konnymi na Zachodniej Półkuli), ale można powiedzieć, że jest synonimem tego, co powinno się sączyć na upalnym Południu. Najlepiej oczywiście ze srebrnych szklaneczek, na cienistej werandzie amerykańskiego domu, w drewnianym bujanym fotelu.
Szczerze powiedziawszy mint julep jest okropny .... Sprzedawczyni lojalnie uprzedzała i proponowała mi lemon mint julep, ale ja się uparłam na klasykę. Ta ostatnia skończyła .... w koszu na śmieci - mocne to, obrzydliwie mdłe i słodkie, no i nawet mięta go nie ratuje (boję się, że nawet fotel bujany by wiele nie pomógł).
Nie poddałam się jednak i postanowiłam w domu wypróbować wersję z sokiem cytrynowym. W końcu - tłumaczyłam sobie - to prawie jak mojito, tylko cytryna zamiast limonki i whiskey zamiast rumu. ;) Że soku cytrynowego jest dużo, dużo więcej niż burbona, stanowiącego podstawę klasycznego mint julep, znienacka cytrynowa wersja robi się całkiem smaczna. Ja może nie powinnam się tu bawić w oceny, bo whiskey (i whisky również ;) ) jest dla mnie zasadniczo niepijalne. W zasadzie lemon mint julep jest pierwszym drinkiem z tym alkoholem, który jestem w stanie wypić (co nie znaczy, że jest lepszy od mojito, na które zapraszam tutaj). ;)
W/g purystów powinno się pić mint julep w takich szklaneczkach. U mnie w domu zbliżone wyglądem były jedynie kubki do mycia zębów ;), więc pozostałam przy zwykłych highball glasses. Od lat trwa też dyskusja co robić z miętą w mint julep: mocno ucierać ją za pomocą specjalnego barmańskiego tłuczka zwanego muddler, tylko lekko ugnieść łyżeczką, czy zaledwie ścisnąć w dłoni. Ja nie miałam wątpliwości: każdy sposób, żeby zdominować smak burbona był na wagę złota. ;) Mocno więc rozgniotłam miętę i dałam duuużo cytryny.
Pewnie wielbiciele whiskey uznają taki koktajl za świętokradztwo, ale mi on smakuje. Poza tym skoro GoodFood ośmiela się nadać nazwę mint julep, czemuś zmieszanemu z szampana, bez kropli burbona (notabene - całkiem ciekawy może być ten ich miks :) ), to ze mną chyba nie jest jeszcze aż tak źle. Mając już na uwadze zbliżającego się Sylwestra zapraszam na moją wersję lemon mint julep.
Cdn.



Lemon Mint Julep

4 porcje w szklankach o pojemności 330 ml

5 cytryn (ok. 300ml soku po wyciśnięciu)
225 g cukru
250 ml wody
1/2 pęczka świeżej mięty
kruszony lód do wypełnienia szklanek
160 ml burbon whiskey

Obrać skórkę z 1 cytryny i zachować. Wycisnąć sok ze wszystkich cytryn. Wymieszać wodę z cukrem, dodać obraną skórkę z cytryny. Gotować przez ok. 15-20 min lub aż do uzyskania syropu. Wystudzić, wyrzucić skórkę z cytryny. Wlać sok cytrynowy. Otrzymamy ok. 440 ml płynu.

Rozgnieść po kilka listków mięty w każdej z wysokich szklanek. Napełnić je po brzegi kruszonym lodem (najwygodniej włożyć kostki lodu do worka i uderzyć kilka razy tłuczkiem do mięsa; można też oczywiście użyć kruszarki do lodu, jeśli ktoś takową posiada). Wlać po ok. 110 ml syropu cytrynowego do każdej ze szklanek i dodać po 40 ml burbona. Przybrać świeżymi gałązkami mięty (wcześniej należy je wziąć w garść i uderzyć z góry drugą dłonią, żeby uwolnić miętowy zapach). Podawać ze słomką.

Podaję tu takie ścisłe proporcje, ale tak prawdę mówiąc to proponuję zasypać szklankę kruszonym lodem z czubkiem, nalać podaną ilość syropu cytrynowego i ostrożnie dolewać burbona w/g własnego smaku i gustu. U mnie górną granicą tolerancji jest 30-40 ml burbona na szklankę. ;)

Moje inne "miętowe" propozycje :


19 komentarzy:

  1. Chetnie bym ci potowarzyszyla w tej podrozy. Mieszkalam w NY 10 lat temu i zawsze chcialam zwiedzic te rejony, ale nigdy nie bylo czasu. Milo sie czytalo, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnieszko wspaniale się to czytało, zdjecia jak z serialu polnoc poludnie :)
    Czekam na dalsze odcinki :) i pozdrawiam serdecznie
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniała podróż przez Stany, czytając to poczułam się jakbym tam była:) A przepis już sobie zapisałam i koniecznie muszę go wypróbować:)Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Lemon mint julep mi się podoba - choć oczywiście, że nic lepszego niż mojito być nie może (mmmm).
    Historia podupadłego rodu skojarzyła mi się z bohater(k)ami Tennessee Williamsa: z Blanche z Tramwaju..., czy matką ze Szklanej Menażerii.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny opis podróży:) a ja robię mohito na greckiem metaxie. Wychodzi bardzo dobre,śmiem twierdzić, zwłaszcza, że sama czysta metaxa jest dla mnie niepijalna

    OdpowiedzUsuń
  6. Udanej podróży, będę wypatrywać dalszych opisów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja wiem, że to brzydko zazdrościć, ale nic na to nie poradzę, bo zazdroszczę jak diabli:)
    I te zdjęcia! A czyta się świetnie.
    Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetnie się z Wami wirtualnie zwiedza!!! A klasyczny mint julep - jakbyś nie spróbowała, to byś nie wiedziała jak smakuje:) A w wersji lemon - bardzo mi się podoba:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała podróż...
    Taki napój jest świetny i w lecie i w zimie...pycha!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetna ta Wasza podróż, miło się czyta i ogląda :) Czekam na jeszcze, a napoju z wielką chęcią bym spróbowała :))
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetna opowieść, bardzo lubię relacje z Waszych podróży, ciekawie się czyta i jest czym nacieszyć oczy.
    Czekam na cd :)

    OdpowiedzUsuń
  12. To ja spacer tą pierwszą piękna aleją, poproszę... Koniecznie w... długiej sukni, poproszę... Do samej ziemi...
    A później wszystko co w szklaneczce ale bez whiskey, poproszę...:)

    Najpierw myślałam, że to Maciej kontynuuje, a tu już Ty przejęłaś pałeczkę. Niezły zespół... Prawdziwy zespół:)

    OdpowiedzUsuń
  13. no coz, ja z opcji torfowiskowo-wrzosowiskowej, bez dodatkow ;) jak ostatnio stwierdzilam ostatni, mocny trunek tolerowany przez moja watrobe :/ ale, ze pobierany z przyemnoscia ... ;)
    ocienione werandy, krokodyle i Missisipi nie dla mnie, wole poczytac, na wakacje raczej wybiore gejzery Islandii albo norweskie fiordy :)
    pozdrawiam i zycze tandemowi owocnego blogowania i ogolnej pomyslnosci :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczęsliwego Nowego Roku!:)))

    OdpowiedzUsuń
  15. Przyznam, że ta lista niewolników nie pozwala mi przestać myśleć o niej, kiedy pierwszy raz ją tu zobaczyłam...

    Agusiu, Macieju,
    życzę Wam nowych i wspaniałych podróży, wielu inspiracji, pogody ducha i niczym nie skrępowanej radości. Oby Nowy Rok przyniósł Wam dużo sukcesów, zdrowie i pomyślność.

    OdpowiedzUsuń
  16. Agnieszko, chciałabym życzyć wszystkiego dobrego na ten Nowy 2010 Rok :) Do siego!

    OdpowiedzUsuń
  17. Agnieszko - jak dojedzisz do zachodniego wybrzeza to zapraszam na dobre lody :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Monikucho, dziękuję za miły komentarz i zapraszam do mnie jak najczęściej. Mieszkałaś w niezwykle "energetycznym" miejscu. To musiało być fantastyczne doświadczenie.

    Ago z Zapiecka, też mi się to miejsce filmowo kojarzyło. Zresztą Oak Alley pozowało w wielu filmach, na ich stronie są nawet wszystkie wymienione. "Północ Południe" to był znakomity film,nie wiem dlaczego zupełnie mi wypadl z pamięci. Patrick Swayze tam grał, prawda?

    Wiosenko27, koniecznie daj znać jak smakowało. Dziękuję za miłe słowa.

    Ptasiu, widzę, że Ty też z frakcji mojito. ;) I masz absolutna rację - Tennessee Williams wręcz się powinien z Luizjaną kojarzyć.;) Dziękuję za ciekawy komentarz.

    Olu, metaxy też nie lubię. Niektóre trunki są trudne i chyba do nich nie dorosłam jeszcze... ;)Ale może rzeczywiście można z nią zrobić mojito tak jak proponujesz.

    Aniu, dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

    Delie, o rany, dzięki za komplementy. :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

    Kasiac, masz rację, czasami trzeba się odważyć, nawet jakby to się miało skończyć porażką. Choć moja odwaga kulinarna jest nieco ograniczona, o czym już pisałam przy okazji cozido z Azorów. ;)

    Kass, dziękuję za komentarz. Tak sobie pomyślałam, że lemon mint julep może być w sam raz na karnawałowy czas. ;)

    Majanko, dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie i noworocznie. :)

    Lu, dzięki za sympatyczny komentarz. Aż chce się pisać dalej.

    Ewelajno, dobrze wyczułaś - pierwsze 5 akapitów jeszcze Maćkowe, a później już moje grafomaństwo. ;) Tak, tak, długa suknia jest konieczna, a whiskey, moim zdaniem również, nie jest obowiązkowe.;)

    Leloop, no wiedziałam, że ktoś się w końcu musi w obronie whisky odezwać. :) Ale ta amerykańska to bez wrzosowisk i torfowisk, ona z Kentucky, choć ja tam subtelności smakowych w tych trunkach nie odróżniam. ;) Dziękujemy za życzenia, dla Was również wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

    Lisko, bardzo serdecznie dziękujemy za piękne życzenia. Dla Was również - spełnienia marzeń w 2010.

    Moniko, bardzo dziękuję i Tobie również życzę wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku.

    Anonimowy, dziękuję za zaproszenie, ale niestety tym razem nie dojechaliśmy aż tak daleko. :) Byliśmy na Zachodnim Wybrzeżu w 2005r. Ale zobaczyliśmy tylko jego część południową, więc może jeszcze kiedyś uda nam się wrócić (Frisco nas kusi bardzo...)

    OdpowiedzUsuń
  19. Agnieszko, zgadza się, z Patrickiem Swayze :)

    Życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.