wtorek, stycznia 05, 2010

Samochodem przez USA: NOLA

W Nowym Orleanie jest, jak wieść niesie, zatrzęsienie genialnych szefów kuchni. Zdecydować, gdzie spędzimy nasz jedyny wieczór w mieście nie jest więc łatwo. Studiujemy wnikliwie różne rankingi restauracji w przewodnikach i w necie. Śmiesznie jest obserwować, jak różne są ludzkie gusta - to, co jeden uważa za atut, drugi okrzykuje całkowitą porażką. W dodatku zawsze znajdą się jacyś malkontenci, który wszystko skrytykują, nigdy więc nie ma miejsca, które by się w 100% podobało. Po lekturze czujemy się bardziej zagubieni niż przed.

Decydujemy się w końcu na restaurację "NOLA". Należy ona do Emeril'a Lagasse, a jest to jedyne nazwisko w panteonie nowoorleańskich gwiazd kuchni, które mi cokolwiek mówi. W Stanach Lagasse jest bardzo popularny, ma swoje programy w telewizji (w Food Network i Fine Living Network), wydaje książki kucharskie, jego nazwiskiem opatrzona jest cała linia produktów kulinarnych, no i oczywiście jest właścicielem kilku restauracji.

Ja co prawda miałam lekkie obawy, co do miejsca, bo z takimi okrzyczanymi telewizyjnymi sławami to rożnie bywa i czasami można się rozczarować. Większą satysfakcję sprawia mi odkrywanie mało znanych i kameralnych lokali, gdzie można świetnie i - co też nie bez znaczenia - niedrogo zjeść. Jednak muszę przyznać, że kulinarnie Emeril nas nie zawiódł. Dodam. że NOLA, mimo, iż całkiem elegancka, nie jest najbardziej wytworną restauracją pana Lagasse. Posiada on już w zasadzie małe restauracyjne imperium, gdzie najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie jest Delmonico.

Wczesnym wieczorem docieramy na ulicę St.Luis. NOLA serwuje kuchnię międzynarodową, ale w menu ma wiele potraw inspirowanych stylem gotowania cajun i creole.

Przekornie zacznę od wad tego miejsca ....
Restauracja ma swoje osobliwości. Z jednej strony serwuje wykwintne jedzenie, ma wystrojonych, szarmanckich kelnerów i ciekawy nowoczesny wystrój, a jednocześnie pozwala się tu gościom wchodzić w szortach, a do dań rybnych podaje sztućce do mięsa. Zwłaszcza to ostatnie nieco zbiło mnie z pantałyku ....

Co jednak najbardziej może zdenerwować przybysza z Europy to specyficzna "nadgorliwość" kelnerów. Obsługa co 2 minuty ( z zegarkiem w ręku, nie przesadzam !) pojawiała się u snaszego tolika pytając: "Is everything OK, sir, madame ?" lub "Is this Buttermilk Fried Breast of Chicken with Bourbon Mashed Sweet Potatoes and Country Ham Cream Gravy good for you, sir ?" Drugim praktykowanym przez kelnerów sportem były zawody w dopełnianiu kieliszków z winem czy wodą po każdym naszym łyku. Niektórzy nazwą to może excellent customers service, ale nas to jakoś nie zachwycało. Na zamienienie kilku słów ze współbiesiadnikami, ba, nawet na przełknięcie kęsa jedzenia, pozostaje bardzo niewiele czasu, bo ciągle się trzeba opędzać od kelnerów jak od natrętnych insektów. Gdy rozmawialiśmy później o tym z zaprzyjaźnionymi Amerykanami - kiwali głowami, przyznawali nam rację, ale mówili, że tak już jest i trudno to zmienić, bo wiele osób tak właśnie sobie wyobraża dobre traktowanie klienta. Widać co kraj to obyczaj. Z drugiej strony trzeba się zastanowić co lepsze: nie zawieszający na nas wzroku ani przez sekundę, biegający jak opętany, mrukliwy paryski kelner czy też taki amerykański nadgorliwiec. ;) Ach, ci klienci, trudno ich zadowolić ....

No dobrze, to sobie trochę pomarudziłam (tak à propos malkontentów ;) ). Jedno, co trzeba przyznać, jedzenie - zaczynając od przystawek, aż po desery - jest w NOLA po prostu znakomite. Właściwie jedyną rzeczą, która nie wzbudziła naszego specjalnego entuzjazmu było kalifornijskie białe wino z winnicy należącej do właściciela restauracji: Emeril's Classics White Wine.

Co mnie zdziwiło, to nadal ogromne porcje. Myślałam, że w restauracjach wyższej klasy zapanowała powszechna inklinacja w stronę nouvelle cuisine, z jej artystycznie mikroskopijnymi daniami. A tu niespodzianka - nadal otrzymuje człowiek ilość jedzenia, niemożliwą do pochłonięcia, bez względu na to, jakby nie było smaczne. A smaczne rzeczywiście jest, nawet bardzo. Podobno wielkie porcje to cecha kuchni Luizjany. Dość trudno tutaj zjeść lekko i skromnie.

Samo gumbo u Emerila to dzieło sztuki (o nim już w następnym odcinku, staram się jak mogę trzymać Was w napięciu). Bisque - kremowa zupa z raków, jest niebiańsko pyszna. Właściwie na tym można byłoby poprzestać, a tu dopiero wnoszą główne dania.
Jedliśmy red fish (Grilled Red Fish with Risotto, Fennel Herb Salad, Toasted Almonds and Citrus-Herb Vinaigrette), po której ja się wiele nie spodziewałam. W Portugalii to rybka dość zbita i suchawa w konsystencji. Ta z Zachodniej Półkuli jest jednak rewelacyjna. Łukasz zamówił prostego panierowanego kurczaka, w bardzo południowym stylu. Wnoszę z jego rozanielonej miny podczas konsumpcji, że chyba musiał być niezły ten kurak. Ja skusiłam się na łososia (Sweet Barbeque Atlantic Salmon with Creole Maque Choux, Tarragon Aioli and Spicy Onion Crisps).

Zabawne są te kilometrowe nazwy dań, jakby pisał je ktoś ze słowotokiem. Choć z drugiej strony może to tendencja do "zapodania" klientowi wyczerpujących informacji. Notabene uśmialiśmy się, gdy na moje pytanie, z czego jest zrobiony jeden z sosów, kelner oznajmił, że z "ołdżej". W panice zaczęłam przeszukiwać zwoje mojego osobistego twardego dysku, ale kompletnie nic mi się z tym niezwykłym terminem nie kojarzyło. W końcu okazało się, że to skrót od orange juice czyli "O.J.". Fenomenalne są te amerykańkie skróty. ;)

Szczęście jedyne, że będąc w drodze do Nowego Orleanu, a potem biegając po mieście właściwie od rana nic nie jedliśmy, bo desery by nas chyba zabiły. Maćkowe i łukaszowe crème brûlée z owocami jagodowymi było strzałem w dziesiątkę. Ja jednak nie podołałam mojemu deserowi o wdzięcznej nazwie ;) : Banana Pudding Layer Cake with a Graham Cracker Crust, Homemade Vanilla Wafers and a Warm Fudge Drizzle. Ciasto zasłodziło mnie po dwóch kęsach totalnie.

Suma summarum wrażenia kulinarne niezapomniane, mimo tych paru savoir-vivre'owych utyskiwań. Obiecuję, że następnym razem będzie troszkę mniej słowotoku, a więcej konkretnego jedzenia ... :)

16 komentarzy:

  1. Wystrój wydaje się fajny-ale rzeczywiście z tak gorliwą obsługą może być to traumatyczne niemalże przeżycie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. olalalala Agnieszko, o tej porze Ty nie spisz ?
    nudne jest juz pisanie, ze piekna opowiesc i dajaca do "myslenia" kubkom smakowym, no ale co zrobic ;)
    poniewaz restauracje mistrzow kuchni nie na nasza kieszen, staramy sie wybierac te do ktorych chodza tubylcy, na ogol sa to decyzje trafione :) i cenowo i doznaniowo. czesto te najslynniejsze "gotuja" pod gust turystow czyli zaden, no bo jak dogodzic wszystkim ;}
    maz mi opowiadal jak obserwowal kiedys ciekawa akcje przed jedna z slynniejszych retauracji kolo Champs-Élysées, kelnerzy usilowali pod fartuchami "przemycic" miedzy czekajacymi na stolik klientami olbrzymie puszki fabrycznej smietany (dostawa sie spoznila) a restauracja oczywiscie slynaca m.in. z tego, ze uzywa produktow z normandzkich ferm :D
    te przydlugie nazwy potraw to chyba taka miedzynarodowa choroba ostatnich lat, teraz kucharz oprocz gotowania musi miec tez talent poety, choc czesto sa to "rymy czestochowskie" ;) wzielo sie to pewnie z nazewnictwa francuskiego, no bo skad ;)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Zrobiłam się głodna. Długie nazwy podobają mi się bardzo:)

    Ale chyba wolę mrukliwych francuskich kelnerów:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądam na kuchni tv program Emerila i bardzo mi się podoba, już zrobiłam kilka dań według jego pomysłów. Zazdroszczę Ci tej restauracji :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Och... Nie, nie wytrzymałabym takiej nadgorliwości. Zdecydowanie to przesada; nie lubię, kiedy ktoś mi się narzuca. Szczególnie, kiedy jem. Co do sztućców, to przyznam, że bym poległa przy rozpoznawaniu. Nie mam rozeznania co do czego się nadaję. Wstyd!

    I bardzo się cieszę, że dokonałaś dobrego wyboru restauracji. Trzymanie w napięciu idealnie Ci się udaje - czekam z niecierpliwością na kolejne doniesienia z Luizjany! ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Emerila też znam z kuchni tv:)!
    Takich nadskakujących kelnerów jakoś szczęśliwie do tej pory nie spotkałam. Chyba nie najlepiej bym się czuła. Za to prześladują mnie nachalne ekspedientki w sklepach np. obuwniczych:( Człowiek nie może sobie spokojnie pochodzić!
    Czekam na następny odcinek opowieści i na gumbo:)
    Piosenka z poprzedniego wpisu jest bardzo w moim guście - klasyk w dobrym wydaniu:) Na tą samą melodię śpiewała u nas Anna Jantar kiedyś Baju Baj

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, cudowne zdjęcia i opisy z podróży! (: zazdroszcze!

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko , cudna wyprawa , zazdroszczę . Uwielbiam smaczki językowe także :) cudny ten "ołdżej" - spróbuję to sprzedać do ludzi , jeśli pozwolisz. Środowisko mojego syna uwielbia posługiwanie się takimi skrótami i kilka takich chodzących po mieście "wyszło" z naszego domu :) Czekam na nastepne odcinki. A może znów coś cytrusowego ????Pozdrawiam zimowo i śniegowo
    Kaśka

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdrościmy ciekawych podróży, wyśmienitego jedzenia i podziwiamy smakowitą recenzję. Kelnerzy z tej restauracji zawrotnej kariery w Polsce raczej by nie zrobili... Z niecierpliwością czekamy na więcej opowieści. Pozdrawiamy serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  10. @Zjeśc Poznań: Dlaczego uważasz, że tacy kelnerzy w Polsce nie zrobiliby kariery ?

    OdpowiedzUsuń
  11. będę wpadać częściej bo ciekawie tutaj :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Większość opinii dotyczących obsługi kelnerskiej, z którymi dotychczas się spotkaliśmy, stawia na piedestale dyskretną i nienachlaną obsługę. Pewnie i my, choć czasem lubimy uciąć sobie krótką pogawędkę z kelnerem/kelnerką, wobec takiego skondensowania uprzejmości czulibyśmy się nieco skrępowani. Być może czasem fajnie jest poczuć się niczym „para królewska”, ale chyba na dłuższą metę dla każdego byłoby to uciążliwe. Tak czy inaczej, dzięki za ciekawy punkt odniesienia do polskich realiów. Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam Agnieszko, Nalezalam kiedys do wielbicielek Pana Lagasse, kiedy jeszcze nie byl “businessman” koncentrujacym sie na otwieraniu coraz to innych restauracji. Kilka lat temu koncentrowal sie On bowiem wiecej na jedzeniu, przepisach, a szczegolnie kultura “creole food”, a nie tylko robieniem pieniedzy. Jak sama piszesz, Nola nie zalicza sie do formalnej restauracji ale ma interesujaca atmosphere. Ja osobiscie uwazam ze kazdy wielbiciel jedzenia, nie moze odwiedzic Nowego Orleanu, aby nie odwiedzic Nola.
    Smialam sie sama do siebie czytajac Twoje wrazenia o “excellent customer service” no I o porcjach w restauracjach. Ja bylam nastolatka kiedy los przeniosl mnie do US, gdzie mieszkam juz od 18 lat. Tak wiec, przesiaklam dosyc mocno amerykaska kultura. Zgadzam sie z Toba zupelnie jezeli chodzi o nadgorliwosc kelnerow, ale, uwierz, ta nadgorliwosc jest wymagana od amerykanskiej klijentelii. W US jest niesamowita konkurencja w swiecie kulinarnym. Restauracje maja wspanialych kucharzy, ktorzy koncza studia w US I spedzaja czasem lata na szkoleniu we Wloszech, Japoni, czy Francji. Tak wiec, idac do dobrej restauracji, klient jest wymaga I jest pewien ze jedzenie bedzie pierwszej klasy. W zwiazku z tym restauracje walcza o klienta I renome swoim “customer service”. Pamietaj jedno, Amerykanie sa niesamowicie rozpieczszeni pod kazdym wzgledem I wymagaja 100% serwis. Jezeli chodzi o porcje, to malenkimi kroczkami zaczyna do nas docierac swiadomosc ze nadwaga ludzi mieszkajacych w US jest spowodowana nie tylko hormonami, prezerwatami, cukrem i“fast food” ale wlasnie porcjami… Wiem ze wiele restauracjji w okolicach NY serwuje juz prawie “normalne” porcje co czasem budzi niezadowolenie klijenta… Ja osobiscie za kazdym razem wracam z talezem “to go” z lanczu lub kolacji w restauracji:)
    Daj mi znac jezeli bedziesz kiedys w okolicach NJ lub NY
    Serdecznie pozdrawiam – Joanna

    OdpowiedzUsuń
  14. Agnieszko wspaniały urlop, który wspaniale opisujesz :)
    Nazwy dań - fenomenalne!:))
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Olu, dobrze to określiłaś, w pewnym sensie przeżycie było rzeczywiście traumatyczne. ;) Pozdrawiam.

    Leloop, akcja sprzed Champs-Élysées daje wiele do myślenia... :( A wiesz, że mnie u Emerila zdziwili na plus, bo sami, nie pytani, się przyznali, że ich red fish jest hodowlane. Tłumaczyli, że ryby z zimnych wód (hodują gdzieś w północnej części Wschodniego Wybrzeża) są smaczniejsze niż łowione w Zatoce Meksykańskiej gdzie naturalnie występują. To generalnie jest prawdą (tak przynajmniej twierdzą Portugalczycy o dorszu - że najlepszy z Islandii i Norwegii i o owocach morza. To ostatnie mogę potwierdzić doświadczeniem własnych kubków smakowych - krewetki i homary z ciepłych mórz jakoś gorzej smakują). Z nazwami masz rację - Francuzi byli pionierami tasiemcowych tytułów. ;) Pozdrawiam Cie serdecznie.

    Delie, ja się przyznam, co do kelnerów, że chyba najbardziej lubię portugalskich. Bardzo uprzejmi, ale nie nachalni, wiedzą co serwują, są w zasięgu, gdy się ich potrzebuje. No, chociaż raz pochwaliłam Portugalię. ;)

    Grażyno, a ja zazdroszczę dostępu do programów Emerila. U nas królują portugalscy szefowie kuchni i czasem jeszcze Jamie Oliver się gdzieś zaplącze. ;) Pozdrawiam.

    Zaytoon, masz rację - ja też cenię odrobinę dyskrecji u obsługi restauracji. Ale wybór mimo wszystko był trafiony ze względu na jakość jedzenia (zresztą jak się spodziewam obsługa we innych restauracjach tej klasy jest podobna). Pozdrawiam serdecznie.

    Kasiac, o tak nachalne ekspedientki działają na mnie jak płachta na byka. Ja generalnie jak wchodzę do sklepu to nie wiem co chcę kupić i chcę się spokojnie porozglądać (A jak wiem, to nigdy nie mogę tej konkretnej rzeczy dostać. Ostatnio moje dziecko zażyczyło sobie grubszą dresową bluzę, bez kaptura, wkładaną przez głowę. Czy uwierzysz, że takich nie ma jak Portugalia długa i szeroka? Widać chińskie fabryki postawiły w tym roku na kaptury i koniec. ;) ).
    Co do piosenki Jambalaya - Maciek jak ją usłyszał to ciągle mi nudził, że on ją zna z .... komunizmu. Już nie mogłam go słuchać, aż tu nagle patrzę na różne wykonania w youtube i co widzę - Anna Jantar. Okazało się, że miał rację. Ja zresztą też doskonale znałam to wykonanie.:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Kasiu, dziękuję bardzo za komentarz i serdecznie Cię pozdrawiam.

    Kaśka, fajnie, że Ci się "ołdżej" spodobał. To się okazało być bardzo powszechnym określeniem. Teraz jestem czujna i ciągle słyszę, że filmach tak mówią. ;)U nas w domu największą popularnością cieszy się polskie słowotwórstwo mojego Łukasza (dobrze, że on nie czyta moich komentarzy). Co powiesz na śpiewarka, zamiast piosenkarka, czy strzeszczenie zamiast streszczenie. ;)Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Zjeść Poznań, serdecznie dziękuję za interesujące komentarze od bardzo profesjonalnych recenzentów. Dyskretna, ale czujna obsługa to jest to! :) Muszę się przyznać, że gdy mnie chyba po raz 10-ty zapytano czy wszystko w porządku i czy mam jakieś pytania miałam ochotę odpowiedzieć: "Tak mam - po co pan mnie w kółko o to samo pyta." Ale kindersztuba mnie powstrzymała. ;) Pozdrawiam Was serdecznie.

    Mo, zapraszam serdecznie i dziękuję za odwiedziny.

    Joanno D.C., twoje słowa potwierdzają opinie naszych amerykańskich znajomych. Jakoś tak się tam u Was utarło, że tak mam wyglądać elegancka obsługa. Ja w sumie nie dziwię się, że kelnerzy się tak zachowują, bo w końcu powiedzenie "Klient nasz pan" ciągle w U.S. dużo znaczy (jak sama zresztą piszesz). Ja tylko nie mogę zrozumieć, jak ludzie mogą takiej obsługi wymagać ... przecież do restauracji przychodzi się nie tylko dla jedzenia, ale żeby miło spędzić czas, pogawędzić ze znajomymi, a ci kelnerzy to trochę utrudniają.;) Co do porcji - to myślę, że chyba mechanizm jest taki jak piszesz. Ludzie wiedzą, że ważne jest portion control, ale ciągle pokutuje przeświadczenie, że duża ilość to dobrze wydany pieniądz, stąd restauratorzy boją się chyba zmniejszyć porcje, żeby nie stracić przy takiej konkurencji klienteli. Bardzo Ci dziękuję Joanno za ciekawy i obszerny komentarz i pozdrawiam serdecznie.

    Majanko, dziękuję Ci za miłe słowa i bardzo ciepło pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.