Jeśli czegoś nie brakuje na wyspie São Miguel to jezior. Cała okolica usiana jest kraterami wulkanów, a one najczęściej wypełnione są wodą. W przeciwieństwie do np. wyspy Pico São Miguel mimo, że tego samego pochodzenia geologicznego, ma bardzo łagodny krajobraz. Wschodni i zachodni koniec wyspy są mocno pagórkowate, a środek wyspy to jakby wypłaszczone siodło. Wszytko pokryte obłędnie soczystą zielenią, pastwiskami, a gdzieniegdzie lasami cedrowymi. Ta zieleń obramowana jest w dodatku kwiatami. Wspominałam już o hortensjowych żywopłotach, ale innych kwiatów też jest tu zatrzęsienie - dziko rosną irysy, naparstnice, lilie. I znowu nasuwa się skojarzenie z Wyspą Księcia Edwarda z opisów Lucy Maud Montgomery. Pamiętacie te czarowne leśne zakątki na które natykała się co krok Ania z Zielonego Wzgórza?
Tak jak i na innych wyspach nie brakuje tu również krów. Tubylcy u Maćka w pracy już jakiś czas temu polecili nam restaurację z najlepszymi befsztykami na całych Azorach. Wybieramy się więc do miejscowości Santana - to na północnym wybrzeżu, ale tylko 8km od leżącego na południu Ponte Delgada, gdzie mieszkamy.
Ja się trochę ociągam i niezbyt chętnie na tę wycieczkę przystaję, bo większość moich doświadczeń z portugalskim mięsem jest gorzej niż zła. Poczynając od tego, że kroją mięso wzdłuż, zamiast w poprzek włókien, to jeszcze zazwyczaj ich ukochane bifes są, jak na mój gust, gumowe i żylaste. Już się tutaj nieraz zwierzałam z mojego wybiórczego stosunku do mięsa i jedzenia jedynie, że się tak wyrażę, czystych mięśni prążkowanych zależnych od woli, bez ścięgien, powięzi i innych niepożądanych struktur anatomicznych. Jak widać nie jest łatwo mi w tej kwestii dogodzić, więc i po wołowinie z Azorów nie spodziewam się cudów.
Ja się trochę ociągam i niezbyt chętnie na tę wycieczkę przystaję, bo większość moich doświadczeń z portugalskim mięsem jest gorzej niż zła. Poczynając od tego, że kroją mięso wzdłuż, zamiast w poprzek włókien, to jeszcze zazwyczaj ich ukochane bifes są, jak na mój gust, gumowe i żylaste. Już się tutaj nieraz zwierzałam z mojego wybiórczego stosunku do mięsa i jedzenia jedynie, że się tak wyrażę, czystych mięśni prążkowanych zależnych od woli, bez ścięgien, powięzi i innych niepożądanych struktur anatomicznych. Jak widać nie jest łatwo mi w tej kwestii dogodzić, więc i po wołowinie z Azorów nie spodziewam się cudów.
Maciek jednak bardzo nalega, więc w końcu jedziemy. Mamy na twarzach uśmieszki, gdy zajeżdżamy na miejsce. Restauracja należy do Associação Agrícola de São Miguel, czyli jakby to zgrabnie przetłumaczyć .... Stowarzyszenia Rolników, albo może dosadniej - PGR-u. ;) W drodze na miejsce mijamy coś w rodzaju drewnianych zagród dla krów na świeżym powietrzu, kręcą się po terenie rolnicy na traktorach. To nas jednak nie odstrasza, wręcz przeciwnie - wiemy, że jesteśmy we właściwym miejscu, gdzie nie dociera wielu turystów, w restauracji kultowej dla miejscowych, a to może być tylko dobry znak. Sala jadalna jest duża, w prostym stylu, ale robi dobre wrażenie. Jest już sporo gości. Ja z błyskiem w oku wypatruję w karcie sporo dań z polędwicy wołowej (wielka rzadkość w kontynentalnej Portugalii).
Zdajemy się jednak właściwie na kelnera. Ujmujemy go za serce żądając lokalnego czerwonego wina. Dyskutujemy z ożywieniem wady i zalety tutejszych trunków. Najpierw raczymy się lokalnymi serami (tak tak to nie pomyłka, w Portugalii najczęściej sery podają na przystawkę, z wyjątkiem queijo da Serra , który z dodatkiem marmolady z pigwy je się po daniu głównym). Ja nawet z przyjemnością zjadam lokalny biały ser z dziwnie dobrze pasującym sosem piri-piri (mój mąż widząc to oznajmia, że chyba mi powinni dać honorowe obywatelstwo portugalskie , bo przez całe lata uważaliśmy, że nikt poza Portugalczykami nie jest w stanie jeść tej białej, galaretowatej i neutralnej w smaku substancji, nazywanej tu twarogiem; no ale z braku laku - czytaj polskiego twarogu - dobre i to, ten był zresztą jak na tutejsze możliwości naprawdę niezły ;) ).Potem nadchodzi pora na danie główne, które jest po prostu nadzwyczajne. Tak dobrej wołowej polędwicy chyba jeszcze nie jadłam - soczysta, mięciutka , z cieniem różowości w środku. Na wierzchu befsztyk polany jest sosem z ząbkami pieczonego czosnku i paskami pieczonej czerwonej papryki. Na zakończenie posiłku - no cóż innego, jak nie tutejszy świeży ananas z plantacji odległej o kilka kilometrów od restauracji (no proszę jacy zrobiliśmy się na tych Azorach ekologiczni, dbamy nawet o tzw. food miles, o których tyle się ostatnio pisze). Stara prawda, że podstawą dobrej kuchni jest jakość produktów sprawdza się i tym razem.







16 comments: