poniedziałek, październik 19, 2009

Azory: São Miguel - cozido das Furnas

Lagoa das Sete Cidades.

Słynnym kulinarnie miejscem na wyspie São Miguel jest miejscowość Furnas. W okolicy pospolite są gorące źródła i gejzery. Podobno w każdym źródle - a jest ich ponad 30 - woda ma unikalny skład chemiczny i temperaturę. Występują tu też tzw. fumarolas (ang. fumaroles) - pęknięcia w skorupie ziemskiej, przez które wydobywają się na zewnątrz para wodna i inne gazy (zwykle znajdują się w pobliżu wulkanów, tak jak ma to miejsce tutaj i np. w Parku Narodowym Yellowstone). Miejsce jest bardzo popularne i turyści, zwłaszcza portugalscy, tu wręcz pielgrzymują. Źródła położone są tuż przy wulkanicznym jeziorze Lagoa das Furnas. Już z daleka widać jak dymią nad brzegiem , gdy podjedziemy bliżej dołącza się jeszcze niezbyt przyjemny zapach kojarzący się z siarkowodorem. Na miejscu można oglądać bąblujące w temperaturze 100ºC błocko i syczące parą dziury w ziemi.

Dymiące błocko o temperaturze 100ºC. Vista do Rei czyli królewski widok na Lagoa das Sete Cidades.

Mieszkańcy od wieków wykorzystują ten ewenement natury do .... gotowania potraw. Słynne jest zwłaszcza tzw. cozido das Furnas czyli mieszanka różnych mięs i warzyw, przygotowywana w wielkich saganach, owiniętych jeszcze grubym płótnem i zabezpieczonych grubą liną. Garnki spuszcza sie do specjalnie przygotowanych dołów, wykopanych w gorącej ziemi nad parującymi źródłami. Nad każdym garncem usypuje się kopczyk ziemi, oznacza tabliczką z numerkiem i siedzi sobie on tak przez kilka godzin. Ja jeszcze zanim do Furnas przyjechałam, wiedziałam, że cozido spróbować nie zamierzam. Chciałam tylko zobaczyć samo miejsce i proceder przygotowywania potrawy.

Grupa entuzjastów zbliża się z charakterystycznymi tobołkami do miejsca, gdzie zakopuje się cozido. Teren, gdzie znajdują się fumarolas.

Z jakiego powodu nie chciałam spróbować ukochanego dania miguelenses (tak się mówi na mieszkańców wyspy São Miguel)? Otóż po pierwsze - odstręczał mnie nieco ten siarkowodorowy zapaszek (trudno mi było uwierzyć, że ten hmmm .... aromat nie przejdzie do potrawy po pobycie w tej atmosferze przez minimum 6 godzin), a po drugie - przygotowuje się cozido z przeróżnych, głównie tłustych kawałków mięsa i wędlin, które w smaku są dla mnie nie do przyjęcia. Myślę, że wielbiciele golonek i innych takich, pewnie byliby w siódmym niebie. Ja natomiast jakoś specjalnie nie żałowałam, że nie dane mi było spróbować cozido. ;) Amatorom jednak podpowiem, że oprócz tego, że serwują to danie pobliskie restauracje, można u okolicznych rzeźników zakupić już gotową mieszankę składników i samemu sobie w fumarolas ten cymes ugotować.

Kopczyki wypisz wymaluj jak krecie (no dobrze, trochę większe), a w środku niespodzianka - garnek z cozido. Garnki przed gotowaniem szczelnie się zamyka i obwiązuje grubym płótnem.

Kto czułby niedosyt informacji o cozido polecam ten link, gdzie mieszkanka Azorów relacjonuje poszczególne etapy przygotowania tej potrawy.

P.S. Obiecuję, że następny wpis to już będzie ostatni odcinek tasiemcowego serialu o Azorach. Tym razem na słodko, drożdżowo i wreszcie z przepisem. ;)

13 comments:

  1. ach, jak tam pięknie!
    Agnieszko, ja bym tego tłustego, siarkowego mięsa spróbowała! Raz się żyje!
    pozdrawiam
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Mi tam serial o Azorach bardzo się podoba! Czekam na kolejną serię!:)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Cudowne są te Twoje opowieści.
    Ja zawsze próbuje potrawy nawet jak wyglądają idiotycznie :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. A ja Twoje wpisy lubię bardzo i nie mogę się doczekać każdego następnego:)Też bym tego nie spróbowała choć takie unikatowe. Czekam na dalej... Pozdrawiam serdecznie:)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Jeju jak Ci zazdroszcze tych wiidokow!!! Ciesze sie, ze sie nimi dzielisz z nami :D
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. Ludzie to pomysłowi potrafią być :)
    Ja tego mięsiwa to pewnie bym nawet spróbowała dla smaku, ale zapewne bez większej rewelacji, bo takie kawałki mięsa i mnie nie zachęcają do degustacji, za to tych widoków to zazdroszczę okrutnie :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  7. Witaj. Za każdym razem, gdy patrzę na zdjęcia z Azorów nie mogę uwierzyć w te kolory. Tam zieleń jest naprawdę taka zielona?
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  8. Beato, no niby tak, ale ja a na takie ekstrema się nie piszę. ;) Pozdrawiam serdecznie.

    Agato, następna seria ...??? Ja już Was nie chcę męczyć (choć przyznam, że jeszcze kilka wysp mi zostało do zwiedzenie). :)

    Lacrimo, ja zazwyczaj też próbuję nowych dań, przynajmniej odrobinę. Jednak cozido (co prawda nie das Furnas, ale a portuguesa) już kiedyś jadłam, niedługo po przyjeździe do Portugalii, i raczej od tamtej pory nie mam ochoty powtarzać doświadczenia. To nie moje smaki po prostu. :) Choć wcale mnie nie dziwi, że to może komuś smakować.

    Ewelajno, moja siostrzana duszo! ;)

    Ewo, bardzo mi miło się tym wszystkim dzielić z taki wspaniałymi czytelnikami! Pozdrawiam serdecznie.

    Tili,sam pomysł gotowania rzeczywiście oryginalny. Choć jak dla mnie nic nie przebije grilla na wulkanie w parku narodowym na Lanzarote. ;) No i smaczniejsze rzeczy tam grillowali (takie rumiane kurczaki ;) ). Buziaki.

    Śnieżko, aż oczy od niej bolą.;) To jest chyba najbardziej zielone miejsce na świecie (choć nie byłam w Irlandii, a ta jest nawet nazywana Szamragdową Wyspą). Pozdrawiam serdecznie.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  9. Bardzo ciekawa historia z tym cozido, można powiedzieć, że to takie piekielne specjały :) Ja chyba jednak również bym ich nie spróbowała.
    Szkoda, że to już przedostatni odcinek, mam nadzieję, że znajdziesz jeszcze natchnienie i skrobniesz kilka zdań z następnych wypraw. Takie wspaniałe zdjęcia też będą baaaaardzo mile widziane :).
    Pozdrawiam serdecznie!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  10. Czesc;

    Pieknie na Azorach macie. Teraz zaluje, ze wybralam Canary...
    Teraz sie juz nie moge doczekac kolejnych wakacji...
    A cocido naprawde jest obrzydliwe!
    Na razie
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  11. Felluniu, fajnie to nazwałaś - piekielne specjały...Jeszcze mi parę wysp do odwiedzenia zostało, więc kto wie... może jeszcze was troche pomęczę. Ale na razie przerwa. :)

    Muy_muy_amarga, witam serdecznie w moim netowym zakątku. Och, wyboru Kanarów nie żałuj, przecież tam jest przez cały rok lato. To o wiele milej niż deszczowe często Azory. Porto, gdzie mieszkamy, też zimą bardziej przypomina UK niż Półwysep Iberyjski. No może przesadzam, bo temperatury troche lepsze... ;) A na jakiej wyspie mieszkasz? Ja znam tylko Fuerteventura i Lanzarote i mam z nich bardzo miłe wspomnienia.
    A przecież, u Was jest cocido madrileño!! Ono - przynajmniej wizualnie, bo sama nie jadłam - bardzo przypomina te nasze. :) Pozdrawiam Cię serdecznie i zapraszam jak najczęściej.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  12. Przeglądam od góry blogu i muszę się powtórzyć!! Przepiękne te krajobrazy! Tak, zapach wulkanopodobny może zniechęcić do jedzenia, ale za to wspomnienia potem niezatarte!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  13. Mieszkancy São Miguel to Micaelenses.

    A tak poza tym relacja rewalacyjna. Jak zawsze. Dziękuję Wam kochani.
    OdpowiedzUsuń na zawsze