czwartek, października 22, 2009

Azory: São Miguel - bolos lêvedos.

Widok na południowo-zachodnią część wyspy São Miguel.

Pisałam w poprzedniej notce o cozido, którego nie jestem entuzjastką. W tej samej miejscowości Furnas, skąd ono pochodzi, jest jednak coś, za co dałabym się pokroić. :) Otóż miasteczko jest mekką wypieku bolos lêvedos. Cóż się kryje pod tą nazwą? Jest to skrzyżowanie drożdżowej bułki i grubego placka. Ze słodkawego drożdżowego ciasta (z dodatkiem jajek, mleka i masła) formuje się grube na dwa palce, okrągłe placuszki, które pieczone są na suchej glinianej patelni (tradycyjnie stawianej na żeliwnej płycie kuchennej, opalanej drewnem). Sposób pieczenia przypomina nieco angielskie crumpets, ale smak i struktura ciasta jest zupełnie inna.

Ten bogaty, wilgotny i dość ciężki drożdżowy wypiek o dziwo nieźle znosi przechowywanie i jest znakomity nawet po odgrzaniu. Jak się jada bolos lêvedos? Ja uwielbiam jeszcze ciepłe z masłem i miodem. Kroję sobie po kawałeczku i każdy smaruję masłem i polewam kapką miodu. Wiele osób traktuje je jak pieczywo - kroi wzdłuż jak bułkę i zajada z dżemem lub miodem albo tylko smaruje masłem.


Są też amatorzy jedzenia tych słodkawych placków do wytrawnych dań, albo robienia z nich tosta mista (tostów z żółtym serem i szynką). Jednak żeby lubić słodkie wypieki w towarzystwie wędlin to chyba trzeba się urodzić Portugalczykiem, ale może się mylę? ;) Ze zdumieniem od jakiegoś czasu patrzę na moje osobiste dziecko, zamawiające w kafeterii typowy portugalski rogal, polany ulepkowatą słodką polewą, właśnie z szynkowo-serowym wkładem...

Przepis na bolos lêvedos niby łatwo znaleźć w portugalskim necie czy książkach kucharskich o Azorach. Mam jednak wrażenie, że jest on podawany z ręki do ręki, ale mało kto go wypróbował, takie bowiem banialuki są pisane o sposobie wykonania i proporcjach składników. Poczynając od odkrywczego stosunku 1 litra mleka na 1 kg mąki (no te bolos to chyba raczej byłyby do nalewania łyżką , a nie formowania jak drożdżowe bułeczki ;) ), do - już w sumie z dwojga złego lepszej, a powszechnej w portugalskich przepisach - enigmatycznej uwagi - "dodać mleka q.b." (quanto basta = ile trzeba). ;)

Bolos lêvedos zakupione na miejscu w Furnas.

Najbardziej zaś ubawiła mnie portugalska internautka, która do drożdżowego ciasta zamiast - jak sama nazwa wskazuje - drożdży, dała mąki samorosnącej z proszkiem do pieczenia i dziwiła się niezmiernie, że nie wyszło. ;) Piszę to trochę z przekąsem, bo jak z tutejszymi paniami porozmawiać, to każda twierdzi, że wie o gotowaniu wszystko i jej portugalskie potrawy są najlepsze na świecie. Na podanym przykładzie jednak widać, że zdarzają się wyjątki. ;) Może ja mam klapki na oczach, ale nie wydaje mi się, żeby Polki były pod tym względem takie zadufane w sobie .... A może się czepiam, a to była po prostu młoda dziewczyna pierwszy raz robiąca drożdżowe ciasto i tak jej się trochę pozajączkowało ... W końcu każdemu się może zdarzyć. :)

Przeszukałam więc net oraz książki i nieco zrezygnowana postanowiłam się kierować własnym "drożdżowym rozumem" i doświadczeniem. Tak więc dzisiejszy przepis to proporcje z grubsza rzecz biorąc portugalskie, a moje autorskie wykonanie. Zapewniam, że efekt wcale nie jest wiele gorszy (ach, ta moja wrodzona skromność ;) ) niż u wypiekających najlepsze placki w Furnas pań, takich jak Gloria Moniz, Ana Paula Custódio czy Nelia Furtado. A że w Portugalii, a zwłaszcza na Azorach, gdzie się nie obejrzeć, wszyscy są jakoś skoligaceni, nie odrzucałabym możliwości, że ta ostatnia pani - oprócz tego, że imienniczka - to może być i z rodziny słynnej kanadyjskiej piosenkarki Nelly Furtado, której rodzice zresztą z São Miguel pochodzą, a ona nawet mówi po portugalsku (wtrącając well, you know, co drugie słowo ;)) .

Po zakupieniu pokaźnego zapasiku bolos lêvedos w samej miejscowości Furnas (jakoś szybko zniknął, więc musieliśmy jeszcze dokupić tuż przed odlotem na kontynent), jeżdżę sobie po co ciekawszych punktach widokowych -pełno ich, jak grzybów po deszczu. Pięknie tu, ale jednak serce zostawiłam na wyspie São Jorge. Na São Miguel jest więcej cywilizacji, no i ciut więcej turystów, choć i tak bardzo daleko tu do tłoku europejskich kurortów. I tym drożdżowym akcentem kończę wreszcie opowieści z tych zagubionych na Północnym Atlantyku wysp, mając nadzieję, że nie zanudziłam swoich czytelników na śmierć. ;)

Moja domowa produkcja.

Bolos lêvedos

200 ml mleka
100 g masła
2 jajka lekko roztrzepane
525 g mąki
125 g cukru
1 łyżeczka utartej skórki cytrynowej (niekoniecznie)
2 i 1/3 łyżeczki suszonych drożdży
1/2 łyżeczki soli

drobna kaszka kukurydziana do wysypania patelni (można zastąpić krupczatką lub semoliną)

Mleko z masłem podgrzać, aż to ostatnie zacznie się rozpuszczać. Do letniego mleka z masłem dodać jajka. Płynne składniki dodać do mąki wymieszanej z cukrem. Na koniec dosypać drożdże i sól. Wyrabiać ciasto, aż utworzy miękką i elastyczną kulę (ja to robię w maszynie do chleba na programie Dough). Jeśli trzeba, w zależności od konsystencji ciasta, dodać nieco więcej mąki lub mleka. Zostawić do wyrośnięcia do podwojenia objętości (u mnie to trwało ok. 1 godz i 15 min).

Ciasto odgazować, podzielić na 16 porcji (jeśli ktoś lubi odważać porcje to będzie ok. 60-65g na bułeczkę). Z każdego kawałka formować okrągłą bułeczkę, zawijając końce ciasta do środka. Kłaść na blacie złączeniem do dołu. Zostawić je do wyrośnięcia, przykryte wilgotną ściereczką do podwojenia objętości (moje rosły ok. 45 min).

Nagrzać 2 duże patelnie i posypać je obficie drobną kaszką kukurydzianą. Spłaszczać mocno każdą wyrośniętą bułeczkę na placek (można to robić dłonią lub jeszcze lepiej taką "paletką" do przewracania kotletów). Kłaść na patelnię i smażyć z jednej strony na średnim ogniu, aż spód się zrumieni i placuszek wyrośnie (nie dodajemy tłuszczu, to jest "smażenie" na suchej, tylko wysypanej kaszką patelni). Przewrócić na drugą stronę, znowu trochę spłaszczyć i piec aż będą ładnie zezłocone. Ja piekłam mniej więcej 5-7 min z każdej strony. Gdyby zbytnio się rumieniły lepiej zmniejszyć ogień i jeszcze trochę dosmażyć, żeby mieć pewność, że upiekły się w środku.

28 komentarzy:

  1. Mozna byc tez Wlochem, by zagryzac slodkie wypieki wedlinami (choc w sumie moj prywatny egzemplarz jest malo wloski wiec kto to wie ;) ). Te placuszkobuleczki sa swietne. Podoba mi sie juz sam pomysl, ale same w sobei sa piekne. Ja tez bym zjadla ze czyms slodkim, az sie rozmarzylam pokolacyjnie :) Zrobie wkrotce na sniadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle zachwycasz zdjeciami krajobrazow tak pieknych, ze marze o podrozy w to miejsce!

    A placki pasuja mi do szklanki kwasnego mleka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejne oszałamiające zdjęcia i kolejny cudowny post. Po przeczytaniu pragnę jechać na Azory!!!!CUDO. Pięknie potrafisz opisywać. Pozdrawiam mocno,mocno.

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, zapewniam Cie serdecznie, ze zupelnie nie zanudzasz:)
    Mój dotychczasowy kontakt z Azorami to byl obiad w restauracji "Bambino D´oro" w Lizbonie, serwujacej dania tradycyjne z wysp. Mielismy mozliwosc spróbowania slawnego "cozido", przygotowanego w specjalnym urzadzeniu, które mialo oddac proces gotowania w Furnas: okolo 7 godzin, w temperaturze 70ºC (o ile dobrze pamietam). Danie bylo naprawde smaczne i oczywiscie do towarzystwa mielismy bolos lêvedos.
    Nadmienie jeszcze, ze wiekszosc produktów uzywanych w tej restauracji "przylatywalo" bezposrednio z Azorów (mieso, wino, a takze lokalne owoce - spróbowalam czegos w rodzaju skrzyzowania pomaranczy z tangerina).
    Znalazlam w ksiazce mojej ulubionej portugalskiej autorki ksiazek kucharskich: Maria de Lurdes Modesto "Cozinha Tradicional Portuguesa" przepis na bolos lêvedos. Gdybys chciala Agnieszko, chetnie sluze.
    U nas juz dzis wyszlo sloneczko, po kilku dniach ulew:)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Placki są super i nie trzeba piec w piekarniku,a Twoje opowieści nie nudzą przynajmniej mnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niestety w Japonii gdzie chwilowo mieszkam 90% pieczywa jest słodkie czy do bułek z serem czy do hot dogów :) A przepis na bolos lavedos już zapisałam! Uwielbiam wszelkiego rodzaju placuszki
    Pozdrawiam!
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakie cudne te placuszki !:))
    Bardzo lubię Twoje zdjęcia i opisy, zawsze ciekawie się czyta i cieszy oczy:)
    Pozdrówki:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Elu, no popatrz coś ta Południowa Europa ma dziwaczne gusta czasami... ;) A bolos levedos na śniadanie to znakomity pomysł. Moje dziecko uwielbia.

    Ewo, musicie się koniecznie wybrać. Od Was też w sumie niedaleko. :) Z kwaśnym mlekiem nie próbowałam, ale ze słodkim są bajeczne. ;)

    lo, bardzo serdecznie dziękuję za uroczy komentarz. Miło mi, że zachęciłam do podróży na mityczną Atlantydę. ;)

    AniuPP, dziękuję za dobre słowo. Ciekawi mnie to urządzenie z restauracji. Ponoć ostatnio jest wielka moda wśród słynnych szefów kuchni na długie gotowanie czy pieczenie w niskich temperaturach. Widziałam nawet w Niemczech całą książkę o gotowaniu w 80ºC. Widać coś w tym musi być. Nie pamiętasz czasem jak się ta krzyżówka cytrusów nazywała? Strasznie mnie ciekawią takie nowości. Ja już pisałam w komentarzach do posta o befsztykach, że udało mi się w El Corte Ingles kupić polędwicę wołową z Azorów. Zobaczymy czy warta swojej horrendalnej ceny i czy wyjdzie taka dobra jak na wyspach (no tu pewnie jeszcze umiejętności kucharza są nie od kozery ;)). Aniu, o ten przepis to bym się do Ciebie uśmiechnęła, bo nie mam tej książki. jeśli to nie kłopot...U nas od wczoraj też już trochę lepiej pogodowo. Pozdrawiam serdecznie Was oboje.

    Sonieczko, miło mi bardzo i mam nadzieję , że będziesz miała ochotę wypróbować te dziwaczne placuszki. :)

    Aniu, a widzisz - nie na darmo jak widać do Japonii zawitali Portugalczycy, w XVI wieku bodajże.;) Żartuję oczywiście, nie wiem skąd tam tradycja słodkich buł? Myślałam, że tam w ogóle mało pieczywa jedzą, a tylko ryż i noodles ... ;) Zazdroszczę możliwości bezpośredniego kontaktu z takim egzotycznym krajem. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    Majanko, dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Niezwykle słodkie to pożegnanie z Azorami, ale ja to bym chciała jeszcze i jeszcze :)))
    A bułeczko-placuszki zrobię na pewno :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zupelnie nasze "English Muffins" na sniadanie z serem "Philadelphia"! (te amerykanskie pieczone sa chyba bez jaj)
    Pozdrawiam,
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  11. Coz moge napisac oryginalnego, skoro pierwsze co cisnie mi sie na usta to - jak zwykle - ze Twoje zdjecia Agnieszko zapieraja mi dech w piersi! Cos niesamowitego...
    Wypiek rowniez nader apetycznie wyglada, chyba by mi smakowal i na slodko, i na slono ;)

    Pozdrawiam!

    PS. A z tymi portugalskimi kucharkami to faktycznie chyba jest tak jak piszesz, bo i na kursie miewam takie egzemplarze ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniały komplet opowieści o Azorach:)
    Myślę, że te plackbułeczki smakowały by i mnie w wersji wytrawnej. Np. bułki maślane ze słodką kruszonką lubię jeść i z dżemem i z szynką też:)
    Zastanawiam się, jakby te placuszki bez spłaszczania smażyć w głębokim tłuszczu, to by wyszło coś w rodzaju naszych pączków?

    OdpowiedzUsuń
  13. troche mi to przypomina english muffins

    OdpowiedzUsuń
  14. Wcale nie zanudzasz, jeśli o mnie chodzi to mogłabyś codziennie publikować takie artykuły, no niech będzie że co 2-3 dni, muszę przecież dać Ci możliwość odwiedzania tych wspaniałych miejsc i fotografowania :)
    Liczę, że to chwilowa przerwa, najwyżej do następnego wspaniałego wyjazdu
    Bułeczkoplacki bardzo fajne, z przepisu wynika, że rzeczywiście dość słodkie i chyba z szynką by mi nie smakowały, chętnie spróbowałabym z masłem i dżemem lub miodem.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  15. Agnieszko, notuję sobie do wykonania. Kocham tego rodzaju placki i z wielką przyjemnością sprawdzę, czy ten portugalski "wynalazek" podbije i moje serce (właściwie to chyba kubki smakowe)? :)
    A co do łączenia słodkiego pieczywa ze słonym nadzieniem - to i ja lubię, choć może nie aż tak, jak Twój syn. :D

    OdpowiedzUsuń
  16. pewnego dnia odkryłam tego bloga poszukując przepisu na tapiokę i od tegoc zasu jestem małą fanką tego co sie tu wyprawia ;) zdjęcia przefantastyczne a przepisy palce lizać... byłkoplacki wypróbuję już niedługo :) próbowałaś może mrozić?

    OdpowiedzUsuń
  17. Bułeczki zrobione, ale z połowy porcji, ciasto niewiele mi urosło, dopiero na patelni zaczęło szaleć. Bułeczki pyszne, więc "pozwolę" sobie zamieścić fotkę z Twoim przepisem na swoim blogu, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  18. Tili, dziekuję za miły komentarz i cieszę się, że chcesz wypróbować przepis.

    Anno, witam serdecznie. Masz rację, one są bardziej podobne do english muffins niż do crumpets.

    Beo, dziekuję Ci bardzo za przemiły komentarz. Co do tutejszych kucharek, to mi się dzisiaj koleżanka zwierzyła, że jej nigdy ciasta nie wychodziły i niedawno odkryła czemu. Otóż ona przez ćwierć wieku dorosłego życia wstawiała ciasta do zimnego piekarnika. Muszę powiedzieć, że mnie zamurowało ... I ona nawet nie była z tych pańc co to od zawsze mają w domu gosposię, co tu się często zdarza.

    Kasiac, widzę, że sobie możecie uścisnąć dłoń z moim synem. Co do smażenia w głebokim tłuszczu, to rzeczywiście składniki dość podobne do pączkowych, więc kto wie ... Śmiesznie, że w sumie z podobnej receptury w każdym kraju co innego wychodzi. ;)

    Przytulanko, tak jak pisałam juz Annie, znakomite skojarzenie. :) Witam u mnie bardzo serdecznie.

    Felluniu, ja ostatnio stwierdziłam, że mi się to pisanie rozciąga jak guma. O wiele dłużej się grzebię z pisaniną i wyborem zdjęć niż z samymi wyjazdami... ;) Również serdecznie pozdrawiam.

    Małgosiu, daj znać jak wypróbujesz. No widzę, że jest więcej wielbicieli słodko-słonych smaków niż się spodziewałam. ;)

    Enticer, dziekuję za dobre słowo. Straszliwie mi miło, że tu zaglądasz. Jak najbardziej mroziłam. Ja prawie wszystko mrożę. ;) Krzywda im się w zamrażarce nie dzieje. Po odgrzaniu (nawet w mikrofali) dziecko mi je z zapałem pałaszuje na śniadanie. Pozdrawiam serdecznie.

    Sonieczko miło mi ogromnie, że się udały!! Już do Ciebie zaglądam.

    OdpowiedzUsuń
  19. Dopiero dzisiaj zamieszczę fotki z przepisem na mojej stronce, cierpię na brak czasu :(

    OdpowiedzUsuń
  20. Wszystko zrobione, melduję że Twój przepis na bułeczki został zamieszczony na mojej stronce, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  21. Chwilkę mnie nie było a tu takie cudności, że nie wiem gdzie się wpisywać:) Oczywiście idą do odnotowania na zrobienie :) I zaraz lecę oglądać serniczki :)))))

    OdpowiedzUsuń
  22. zadziałam z zaskoczenia:P szukam inspiracji dla placuszków krabowych, masz moze jakis super sprawdzony przepis :) ?

    OdpowiedzUsuń
  23. Szarlotku, miło że chcesz je wypróbować.

    Enticer, przykro mi że rozczaruję, ale nie mam nic sprawdzonego. Z rzeczy w tym stylu robiłam dotąd (za to wielokrotnie) jedynie fishcakes z łosiem z przepisu Tatter, które są wyśmienite.

    OdpowiedzUsuń
  24. Boże, zdjęcia krajobrazów są po prostu przepiękne!

    OdpowiedzUsuń
  25. cudo... dopiero teraz tu trafiłam, ale od razu poczułam się jak w domu :)
    pozdrawiam serdecznie i uprzedzam, że będę bezczelnie korzystać z przepisów ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Olu, dziekuje z amile slowa.

    Kucharko, zapraszam jak najczesciej, korzystaj z przepisow ile sie da. W koncu po to sie nimi dziele. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  27. Witam! właśnie wróciłem z Sao Miguel i muszę powiedzieć, że kulinarnie zostałem oszołomiony po pierwszy przez ryby (przyrządzane jakby lżej i bardziej wyrafinowanie niż na lądzie) oraz właśnie bo(lo)ski...

    OdpowiedzUsuń
  28. Anonimowy, cieszę się, że Azory Ci kulinarnie przypadły do gustu. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.