czwartek, wrzesień 10, 2009

Azory: Faial - wilki morskie, wulkany i wieloryby

Panoramiczny widok na wulkaniczny przylądek Capelinhos. Tutaj większa wersja zdjęcia.

Kolejny dzień naszych wakacji przeznaczony jest na Faial, niedużą wyspę również widoczną z naszej przystani na São Jorge. Tamtejsze miasteczko Horta to ważny port dla żeglarzy przepływających Atlantyk. Można sobie wyobrazić jaką radość musi budzić widok lądu, zwłaszcza u tych docierających tu od strony Ameryki, po przebyciu tysięcy mil po pustym oceanie. Dumni z siebie żeglarze zostawiają tu po sobie pamiątki. Tradycją jest ozdabianie przez załogi nabrzeża własnoręcznie wykonanymi malunkami. Istnieje nawet przesąd, że jeśli nie zostawi się tutaj po sobie jakiegoś napisu ściągnąć można gniew Neptuna. Po kilkudziesięciu latach trwania tego procederu wszystkie jachtowe nabrzeża wyglądają jak kolorowe mozaiki. Jak widać żeglarze to przesądni ludzie. ;) Szukaliśmy rzecz jasna jakiegoś polskiego akcentu, ale udało nam się znaleźć jedynie wpis załogi jachtu o wdzięcznej nazwie "Varsovie".

Tak żeglarze z całego świata ozdabiają nabrzeża portu w Horta na wyspie Faial.

Mekką transatlantyckich wilków morskich jest też słynny bar noszący oficjalną nazwę Sport Cafe, a wśród wtajemniczonych znany jako Peter's Bar. Założył go, po powrocie na rodzinną wyspę, mieszkaniec Azorów, który wcześniej wyemigrował do Wielkiej Brytanii i tam zrobił karierę w Royal Navy. U Petera całe pokolenia żeglarzy zostawiają jakieś proporczyki czy inne pamiątki po pobycie tutaj.

Ten sam człowiek stworzył również tzw. Museo de Scrimshaw. Długo się zastanawialiśmy co oznacza ten ostatni angielski wyraz. Okazuje się, że nazwano tak sztukę wykonywania rysunków rylcem na .... zębach lub kościach zwierząt. W przypadku Azorów te zwierzęta to zazwyczaj wieloryby i kaszaloty. Od ponad 30 lat polowanie na nie jest zakazane, można jednak spotkać w sprzedaży sporo niewielkich dzieł sztuki, wykonanych już jakiś czas temu lub rysowanych na materiale wyłowionym jeszcze w dawnych czasach.

Słynny bar Petera z zewnątrz i w środku. Scrimshaw.

Sztuka ta istnieje od czasów prehistorycznych, jednak spopularyzowali ją amerykańscy wielorybnicy w XIX wieku. Zajmowali się nią w czasie długich rejsów na morzach całego świata i przetrwała nawet zmierzch wielorybnictwa. Obecnie najsłynniejszym artystą na wyspie Faial jest Holender - John van Opstal. Tematyka scrimshaw to statki, morze, wieloryby i rodziny marynarzy pozostawione na lądzie. Sama technika jest dość skomplikowana. Najpierw kości się poleruje, następnie nakłada pigmenty, potem graweruje je specjalnym rylcem , i znowu kolejna warstwa pigmentu.

Sztuka scrimshaw zanika, bo zmniejsza się podaż materiału czyli wielorybich kości i zębów sprzed zakazu polowania. Jeszcze 20 lat temu sporo kości i zębów wyłowili nurkowie w pobliżu starych stacji wielorybniczych, obecnie jednak jest o to coraz trudniej.

Drugą wielką atrakcją wyspy jest przylądek Capelinhos. Jest to stosunkowo świeży nabytek terytorialny Portugalii, ponieważ powstał na przełomie lat 1957/1958 wskutek 3 okresów aktywności wulkanicznej. Erupcja wulkanu miała miejsce pod wodą, w głębinach oceanu ok. 1 km od ówczesnych wybrzeży wyspy. Wulkan wyrzucił z siebie 30 mln ton popiołów i lawy. Powstało w ten sposób 2,4 km2 nowego lądu , z czego do dzisiaj pozostała tylko połowa – reszta uległa morskiej erozji. Cała zachodnia część wyspy została pokryta 1,5 m grubości warstwą popiołów. Początkowo po pierwszej erupcji powstała 100m wysokości wyspa, która w ciągu nocy zniknęła w czeluściach oceanu. Dwa miesiące później wulkan wznowił aktywność, która tym razem trwała ok. 1 roku.

Droga na przylądek Capelinhos. Widok na całkiem świeży nabytek terytorialny Portugalii.

John Kennedy wydał wtedy „The Azorean Refugee Act”, pozwalający mieszkańcom wyspy znaleźć schronienie w USA. Fala emigracji wyludniła wyspę, od tej pory trudno znaleźć kogoś stąd nie mającego rodziny w Ameryce Północnej. Podobno JFK był kolekcjonerem scrimshaw i miał w swoich zbiorach wiele dzieł z Azorów .

Obecnie przylądek Capelinhos jest atrakcją turystyczną, zdudowano nawet za ponad milion euro centrum informacji (znajdujące się praktycznie pod ziemią, żeby nie psuć krajobrazu - rzadka w Portugalii dbałość o estetykę ;) ), świetnie omawiające erupcję i dające spore pojęcie o wulkanologii w ogóle. Samo zwiedzanie przylądka to już innego rodzaju dzonania. Po krótkim acz dość ostrym podejściu znajduje się człowiek w dziwnej niecce, pokrytej czarnym pyłem. W południe i przy słonecznej pogodzie ma się wrażenie przebywania na wielkiej, rozgrzanej, żeliwnej patelni (o, nawet kulinarne porównanie mi wyszło ;) ).

Wiecie już wszystko o żeglarzach, wielorybnikach i wulkanicznej przeszłości Faial, a co z kuchnią? Jak się można łatwo domyślić wyspa słynie z ryb. Ich gatunków są tu chyba setki. Łatwo się pogubić, bo mnóstwo jest zupełnie nieznanych na kontynencie, a nawet te popularne często noszą inne nazwy. W restauracjach często wisi coś w rodzaju atlasu jadalnych ryb poławianych w pobliżu Azorów. My spędzaliśmy sporo czasu przy nim próbując cokolwiek zidentyfikować. W końcu dawaliśmy za wygraną i zdawaliśmy się na obsługę, która zawsze coś dobrego potrafiła polecić.

Szczególnie przypadła nam do gustu duża ryba o wdzięcznym imieniu lírio oraz boca negra (ta druga to w wolnym tłumaczeniu - czarna paszcza ;) ). Tutejsi szefowie kuchni traktują wszystkie te cudownie świeże dary morza bardzo prosto - natarte grubą morską solą grillują (czasem z gałązką świeżego zielska o nazwie poejo) i podają skropione oliwą. Równie popularne są tu caldeiradas -rybne zupy, które chyba najłatwiej porównać do francuskiej bouillabaise. Ubóstwiającym małże można polecić lapas, mięczaki występujące u wybrzeży archipelagu. Znakomite są też tutejsze kraby (można je łatwo spotkać wałęsające się stadami po skalistych wybrzeżach), krewetki i langusty. Summa summarum jest to raj dla wielbicieli ryb i owoców morza, ale i zwolennicy mięsa nie obejdą się na wyspach smakiem, o tym jednak dopiero w następnym odcinku. ;)

15 comments:

  1. Zazdroszczę tych widoków. Ostatnio na Travel Channel oglądałam program o Azorach i także był pokazany znany bar Sport Cafe. Muis tam panować wspaniała atmosfera.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Uwielbiam takie wulkaniczne krajobrazy!Kiedyś zachwycała mnie tylko zieleń, teraz wiem, że surowe piękno też może zachwycać
    A taką świeżą rybę, ledwie posoloną to bym zjadła...
    Pozdrawiam
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Agnieszka! Oj chwile mnie tu nie bylo i bylabym przegapila te wspaniale wpisy o Azorach. Co powiedziec? Tyle co wrocilam z dwuletniej 'podrozy" do Izraela, a dzieki Twoim zdjeciom i opisom znow mi sie chce jezdzic :-)
    Pozdrawiam serdecznie!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. dzieki Agnieszko za kolejny odcinek pasjonujacej podrozy i odkrywania nieznanych i pieknych zakatkow :)
    Mysle,ze ryby akurat nie potrzebuja wielu przypraw,zeby fantastycznie smakowaly :)
    Pozdrawiam :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Pierwszy raz trafiłam na Twojego bloga, ale już wiem, że będę częściej wpadać :) Wspaniale się czyta to, co piszesz.
    A zdjęcia! Ach, te zdjęcia zapierają dech w piersiach, są absolutnie fantastyczne!
    Relacja z Azorów - genialna. Czytając czuje się tą atmosferę, choć to zapewne tylko namiastka rzeczywistości.
    Pozdrawiam!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. Fascynujące, jak zwykle. Różnorodność ryb po prostu zmusza do decyzji odwiedzenia tych wysep, nie wspominając już o kawie. My bardzo ryby lubimy i taki rybny plakat na pewno znalazłby się jakoś w moim bagażu. Może jest produkowany w mniejszym formacie, jako kalendarz lub pocztówka? Podoba mi się też bardzo prosta metoda ich przygotowania, pycha!
    Zdjęcia piękne i opis też. Pamiętam, że czytałam kiedyś o scrimshaw, ale i tak Twój opis jest ciekawszy!
    Pozdrawiam.
    Dorota
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  7. A ten ludek w powiększeniu to... Ty...??? Piękna panorama:)
    To ja ciesząc oczy takiego pysznego krabika poproszę...:)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  8. Sonieczko, nawet na Travel Channel pokazywali bar Petera? :) W sumie trudno się dziwić, w końcu to jedno z kultowych miejsc na tej maleńkiej wyspie.

    Beato, co do zieleni to tej też nie brakuje na Azorach, jest jej wręcz na niektórych wyspach aż do przesytu. Ale masz rację, że wulkaniczny krajobraz też coś w sobie ma, tak jak piszesz jest surowy i bardziej "dramatyczny".

    Basiu, to jaki następny kierunek po Izraelu? Jak Ciebie znam to długo nie usiedzisz na miejscu. Mam nadzieję, że będzie jeszcze trochę wspomnieniowych relacji z Ziemi Świętej.

    Gosi@, masz absolutną rację w kwestii ryb, im wystarczy minimalistyczne traktowanie. Mam wręcz wrażenie, że nadmiar dodatków może tylko stłumić charakterystyczny dla poszczególnych gatunków smak.

    Żel, witam Cie bardzo serdecznie w moim netowym zakątku i mam nadzieję, że jeszcze tu czasem będziesz zaglądać. Tak jak piszesz, zdjęcia to tylko namiastka, nie są trójwymiarowe, a to właśnie ten trzeci wymiar - głębia w przestrzeni - jest kwintesencją tamtejszego krajobrazu.

    Doroto, co do tych rybnych plakatów, to nie dopytałam niestety czy są do kupienia w takiej czy innej formie. Pewnie tak i jak znam mieszkańców Azorów to zrobiliby wszystko, żeby pomóc je zdobyć. Co do scrimshaw - sztandarowego artystę można nawet odwiedzić w jego pracowni, w ramach turystycznych atrakcji, nam niestety zabrakło na to czasu.

    Ewelajno, na powiększeniu panoramy to ja (na szczęście tyłem), a na przedostatniej składance moja druga połówka. ;) A z krabikiem dobry wybór :). Nie mam niestety żadnego żywego na zdjęciu, bo te dranie strasznie szybko chodzą i się chowają miedzy skały. ;)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  9. Dziękuję za kolejną porcję Azorów.
    Boca negra bardzo fajnie wygląda na tym plakacie, ciekawa jestem skąd się wzięła nazwa bo tutaj nie widać czarnej paszczy :)
    Agnieszko, oglądałam ostatnio galerię zdjęć z Madery, myślałam, że skoro to tak po sąsiedzku to będzie jakoś podobnie a zdjęcia przedstawiały kurorty, zabytkowe pałace, wieżowce i ogromne ilości turystów. Powiedz, czy Azory też mają taką "ucywilizowaną" stronę? To co przedstawiasz i opisujesz wygląda tak idyllicznie a może tuż obok wre przemysł turystyczny ;)
    Pozdrawiam serdecznie
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  10. Agnieszko,
    po każdym Twoim kolejnym poscie azorskicm coraz bardziej pragnę tam pojechać. I to z kimś bardzo mi bliskim, żeby razem podziwiać wulkany, jeść sery z Sao Jorge i szukać wielorybów w morzu ;-)
    Dziękuję Ci za to, że pięknie czarujesz słowami i obrazami. To prawdziwa sztuka.
    pozdrawiam
    małgosia
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  11. Felluniu, wydaje mi się że boca negra ma tą paszczę czarną w środku, ale głowy nie dam, bo jej tam nie zaglądałam.;) Zdania co do koloru są zresztą podzielone, bo Anglosasi tę sama rybę nazywają bluemouth. ;) W jednym się wszyscy zgadzają, że należy do grupy ryb skorpionów, co całkiem poważnie brzmi.;)
    Co do podobieństw między Azorami a Maderą to oprócz tego, że wszystko to dość mocno ukwiecone wyspy, nie ma ich wiele. Szczęśliwie na Azorach nie ma nic z tego, o czym piszesz, ani kurortów, ani wieżowców, ani ogromnych ilości turystów. One są naprawdę jeszcze mocno dziewicze. Wpływają na to trochę zaporowe ceny biletów azorskich linii lotniczy SATA, które są niemalże monopolistą. Widzieliśmy jednak pojedyncze czarterowe samoloty ze Skandynawii, więc niedługo te sielskie klimaty mogą się skończyć. Na razie jednak, może ze względu na ilość wysp i odległości między nimi, jakoś turystom udaje się rozpierzchnąć w rózne strony i nie zakłócać sobie spokoju.
    Madera jest rzeczywiście upakowana turystami do niemożliwości (i hordami mieszkających tam stałe Anglików na emeryturze), ma lepszy klimat niż Azory, ale jest bardzo mocno zaludniona i cywilizowana. Żeby ją zwiedzić wystarczy z nawiązką długi weekend. W interiorze jednak są piękne góry i wybrzeże północne też jest niczego sobie. Tu trochę naszych starych zdjęć z Madery http://porciak.no.sapo.pt/madeira.htm/ . Z góry przepraszam za jakość. Byliśmy tam w lutym czyli zupełnie poza sezonem.

    Amitace, cieszę się ogromnie, że ta moja pisanina zachęca do odwiedzenia Azorów. Myślę, że nie czułabyś się rozczarowana. Co do wielorybów, to my z kilku względów nie zdecydowaliśmy się pojechać na popularne wyprawy "whale watching". Przede wszystkim nie dopisała nam pogoda, poza tym mnie nie nastrajały jakoś optymistycznie motorowe lodzie w formie większego pontonu (a skąd wieloryb będzie wiedział, żeby się nie zacząć wynurzać, akurat w miejscu gdzie stoi nasza łupinka? ;)). Poza tym , mimo , że marzylismy o zrobieniu zdjęcia wynurzającego sie z oceanu ociekającego woda ogona wieloryba, to paradoksalnie baliśmy się rozczarowania. Niby facet nas zapewniał, że jest 99% pewności, że w czasie wycieczki zobaczymy te gigantyczne ssaki, bo jakieś tam służby na lądzie je stale obserwują i wiedzą gdzie one pływają. Ale gdy zobaczyliśmy reklamowe zdjęcia to nie były one zbyt atrakcyjne, jakiś tam kawałek czarnego grzbietu wynurzający się minimalnie z wody. Chyba coś w tym jest, że za piękne zdjęcie ogona wieloryba to ma się nagrodę w National Geographic, widać nie łatwo trafić na fotogeniczną okazję.;)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  12. Bardzo dziękuję Agnieszko za odpowiedź. Wasza galeria pokazuje całkiem inną Maderę, nie widać na niej tych tysięcy turystów, no ale z tego co piszesz Azory to zdecydowanie ciekawsze miejsce i na dodatek trzeba się spieszyć bo przemysł turystyczny już puka do drzwi :(
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  13. Superowa opowieść ! Pozdrawiam i gratuluję autorce.
    Krzysiek.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  14. Felluniu, właśnie dlatego pisałam, że byliśmy na Maderze zupełnie poza sezonem, boję się, że w turystycznym szczycie może być tam dużo mniej przyjemnie, tak jak wspomniałaś. Za to na Azorach byliśmy w sierpniu, czyli w najtłumniejszym miesiącu. Takie "tłumy" jak tam to ja bym chciała zawsze spotykać w czasie wakacji. ;)

    Krzysiek, dziękuję bardzo za dobre słowo i również serdecznie pozdrawiam.
    OdpowiedzUsuń na zawsze