poniedziałek, sierpień 31, 2009

Azory: São Jorge - wyspa serów

Interior wyspy São Jorge. W lewym górnym roku najwyższe wzniesienie Pico de Esperança. Nie przegapcie małego czerwonego ludzika na skarpie. ;)

Pisząc o wyspie São Jorge muszę trochę trochę dłużej zatrzymać się przy kwestii sera. Oprócz kontynentalnego queijo sa Serra, którym już tutaj pisałam, queijo São Jorge jest najbardziej cenionym i poszukiwanym serem w Portugalii. Jest on robiony z mleka, jak się można łatwo domyślić, krowiego (choć na wyspach produkuje się również sery owcze i kozie, pastwisk starczy tu w końcu dla wszystkich ;) ). Można kupić ser młody - najłagodniejszy w smaku oraz dojrzały, trzy- i siedmiomiesięczny. My upodobaliśmy sobie ten ostatni - najbardziej ostry i wyrazisty, z pikantną nutą, znakomity w towarzystwie tutejszych białych, leciutko słodkawych win. Tradycje serowarskie są tu mocno zakorzenione - queijo São Jorge wyrabiano już w XVI wieku. Kiedyś było na wyspie wielu małych producentów i ser z każdej wioski miał ponoć swoje charakterystyczne cechy. Teraz niestety powoli nasila się, nieciekawa moim zdaniem, tendencja do tworzenia większych kooperatyw i tym samym ujednolicania smaku finalnego produktu. Mimo tych negatywnych prądów ser jak na razie - na szczęście - pozostaje bardzo smaczny, a i trochę małych serowarni się jeszcze na wyspie uchowało.

Krowie i mleczne krajobrazy.

Wspaniała jakość sera, masła i mleka z Azorów jest podobno efektem tego, że tutejsze pastwiska mają jakiś fenomenalnie dobry dla krów zestaw gatunków traw. Dochodzi jeszcze fakt, że zwierzęta przez cały rok pasą się na świeżym powietrzu i zajadają tę super soczystą paszę. Nie bez kozery jest chyba i jeszcze jeden czynnik - praktycznie zerowe zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody. Na wyspie Św. Jerzego pastwiska zajmują ponad 80% jej powierzchni i wypasane jest na nich obecnie ok. 8000 mlecznych krów. Ser São Jorge robiony jest z pełnego, niepasteryzowanego mleka, bez żadnych chemicznych dodatków, ani barwników. Aby otrzymać pieczątkę DOC (Denominação de Origem Controlada, to samo co francuskie AOC) poszczególne etapy produkcji muszą spełniać ściśle określone kryteria, na koniec jeszcze poddaje się sery kontroli jakości - organoleptycznej, mikrobiologicznej (tej podlega również mleko i same jego producentki ;), co przy serach niepasteryzowanych jest niezwykle ważne) oraz ich właściwości fizyko-chemicznych.

Urokliwe zakątki.

Sam krajobraz łąk i pastwisk, okolonych hortensjami, z malowniczo upozowanymi na nich krowami jest jedyny w swoim rodzaju. Roślinność pagórkowatego wnętrza wyspy jest tak urocza, że jakby przeczy swojemu drastycznie wulkanicznemu pochodzeniu. A nie można zapominać, że jeszcze w zeszłym wieku Matka Ziemia dawała na São Jorge groźnie znać o sobie - mieszkańcy przeżyli tu niejedno trzęsienie ziemi. Teraz jednak te wszystkie łąki, cedrowe zagajniki i rosnące dziko kwiaty robią wrażenie, jakby zostały skrupulatnie zaaranżowane przez zdolnego angielskiego ogrodnika. Mi się to wszystko kojarzy z opisami przyrody ze znanej wszystkim dziewczynom "Ani z Zielonego Wzgórza". Nie byłam nigdy na Wyspie Księcia Edwarda, ale São Jorge zaspokaja z nawiązką moje wyobrażenia o naturze, tak pięknej , że aż się wydaje nieprawdziwa.

Wróćmy jednak do sera. Udało nam się odwiedzić małą serowarnię w miejscowości Santo Amaro. Niech was nie zmyli nazwa na zdjęciu - canada pisana bez akcentu to w portugalskim rodzaj murku, którym otacza się pastwiska lub winnice, a nie kraj do którego wielu mieszkańców Azorów wyemigrowało. ;) Niewielka fabryczka pełna jest sporych, ważących nawet do 10 kg kół sera.

Ser i wino z Azorów. Z wizytą u producenta sera.

Queijo São Jorge będzie również głównym bohaterem dzisiejszego przepisu. Zacznijmy od krótkiej historii zdobycia przeze mnie samej receptury. Przez pierwsze dwie noce spaliśmy w hotelu mieszczącym się w odrestaurowanej starej posiadłości, której początki sięgają XVI wieku. Właścicielka zaraz po przywitaniu opowiedziała nam całą historię domu, jego odnawiania i wszystkich wzlotów i upadków na drodze do powstania hotelu.

Tu znowu mała dygresja. Ja od dawna już uważałam, że Portugalczycy jako naród są niezwykle mili, uprzejmi i bardzo pozytywnie nastawieni do odwiedzających ich kraj turystów. Jednak to, jak się przybyszów traktuje na Azorach, przekracza nawet dość wygórowane portugalskie normy. Każdy tu jest chętny do pomocy, jeśli sam nie potrafi udzielić informacji to znajdzie inną osobę, która to może zrobić. Mieszkańcy wysp w zupełnie naturalny sposób starają się ułatwić nam życie - bileter otwiera zamkniętą od ponad kwadransa kasę, żeby sprzedać nam bilety na prom, właściciel hotelu bezinteresownie proponuje, że zawiezie nas na nie tworzący pętli szlak, a potem zostawi nasz samochód tam gdzie trasa się kończy. Gdy z pewną nieśmiałością pytamy, jak się dostaniemy do samochodu, mówi że zostawi otwarty, a klucze znajdziemy pod wycieraczką. O czymś takim jak przestępczość chyba tutaj nie słyszano od czasów, gdy francuscy piraci napadli na port Velas. Był to wiek bodajże XVIII. Być może to wynika z tego, że społeczność jest tak mała i wszyscy się znają jak przysłowiowe łyse konie. Daleko więc by potencjalny przestępca nie zajechał ze swoim niecnym procederem. ;)

Śniadania w Quinta de São Pedro. Właścicielka osobiście podaje russos de queijo. Zeszyty pełne kulinarnych sekretów. Jeden z typowych kościółków na wyspie.

W naszym hotelu też jest bardzo rodzinna atmosfera, choć właścicielka pani Manuela, jak na mój gust, jest jednak nieco zbyt gadatliwa i lekko zmanierowana. Musimy wysłuchać jakież to ona sławy ze świecznika tutaj gościła (osobistości głównie telewizyjne, więc my jak zwykle nie mamy pojęcia o kim mowa). ;) Dba jednak bardzo o swoich klientów, wypytuje jak się spało, czy czegoś nam nie brakuje i rozpieszcza królewskimi śniadankami. Oprócz typowych porannych wiktuałów dostajemy świeżutkie bolos lêvedos (skrzyżowanie bułki drożdżowej z plackiem, jeszcze o nich szczegółowo napiszę), ciepłe scones i prosto z pieca wyjęte russos de queijo.

Te ostatnie to specjalność wyspy - drobne, wytrawne ciasteczka z dodatkiem sera São Jorge. Moim zdaniem idealnie pasują (tak jak i scones) nie na śniadanie, ale raczej do popołudniowej herbaty lub jako dodatek do piwa czy kieliszka wina. Są jednak tak smaczne, że na porę ich podania nie śmiem się skarżyć. Udaje mi się na tyle wkraść w łaski gospodyni, że pokazuje mi stary i cenny zeszyt z przepisami swojej babci Sary, a końcu nawet, nieco się krygując i zastrzegając , że w jej rodzinie kobiety się nie dzieliły przepisami, podaje mi recepturę na russos.

Sama nazwa tych ciasteczek jest dość zabawna. Słowo russo ma w portugalskim dwa znaczenia: może oznaczać kolor rudy czy rudowłosą osobę albo .... Rosjanina. Wychodzi na to, że dla Portugalczyków rudzielec i Rosjanin to jedno i to samo. ;) Ponieważ rudzielców w tym kraju jak na lekarstwo, terminu russo używa się też dla określenia osób jasnowłosych. Zapraszam więc na serowych rudzielców babci Sary.


Russos de queijo da avó Sara
czyli
Serowe rudzielce babci Sary


175 g mąki 100 g zimnego masła pokrojonego w kostkę
1/3 łyżeczki soli

100 g sera São Jorge utartego na drobnej tarce
*
1 żółtko do posmarowania wierzchu


Mąkę, sól i masło zagnieść (a najwygodniej zmiksować szybko w malakserze). Na koniec dodać utarty ser - otrzymamy masę o konsystencji kruchego ciasta. Wstawić na 30 min do lodówki.

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Formować małe kuleczki (ja nabieram ciasto gałkownicą do lodów o średnicy ok. 3,5 cm a następnie dłońmi toczę kulki), zanurzać je w lekko ubitym żółtku i układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.
Piec przez ok. 20 min aż będą rumiane (chciałam powiedzieć rude ;) ) z wierzchu.


* doskonałym zamiennikiem będzie ser Old Amsterdam, dojrzały cheddar lub stara i krucha gouda

19 comments:

  1. bardzo mi sie ta nazwa spodobala :) rudzielce......:) :)
    Agnieszko-tak cudownie opisujesz,ze mam wypieki na buzi prawie i chcialabym,zeby sie ta opowiesc nie konczyla tak szybko ,no i chce teraz ...natychmiast tam sie znalezc,w takim miasteczku.....zobaczyc te pola,kosciolek,wytwornie sera i napic sie kawy w miejscu z tak pieknymi i nieskalanymi cywilizacja widokami......
    Pozdrawiam i czekam na nastepne opowiesci.....:) :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Jesli na dodatek sa tam takie pyszne sery Agnieszko, to Azory faktycznie wygladaja na stworzone dla mnie ;)
    Niezwykle urokliwe miejsca jawia sie na zdjeciach, chetnie przenioslabym sie teraz z moja poranna kawa na ten cudny taras, ktory widnieje powyzej :)
    A serowe rudzielce sa z pewnoscia przepyszne! (po francusku rudowlosego czlowieka od Rosjanina dzieli tylko jedna literka ;) )

    Pozdrawiam serdecznie!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Serowe rudzielce, ciekawe i apetyczne.
    Zdjecia zapierajace dech w piersiach. Zazdroszcze widokow :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. fantastyczne zdjęcia i smakowity post!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Boże jak tam bajkowo! Dech zapiera!
    A rudzielce fajowe!:))
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. Agnieszko, urocza opowieść, czytało mi się ją tak dobrze! jak reportaże z National G. :)

    I zdjecia... Za każdym razem jestem pod wrażeniem.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  7. eh... wybrałabym się tam... pięknie
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  8. Mój znajomy Duńczyk kiedyś powiedział, że Polska to kraj tysiąca szynek, ale tylko dwóch rodzajów sera. Sera po 15pln oraz 30pln za kilo. Smutna to prawda, że nawet pojedyncze reduty serowarstwa znikają pod natłokiem seropodobnego draństwa. Cieszy taka opowieść o kolejnym miejscu (choć tak niewielkim), w którym ceni się ser. Aż miło się robi.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  9. Agnieszko, nie napisałabyś książki o tych cudownych miejscach? Artykuły na blogu są zdecydowanie za krótkie :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  10. Gosi@,bardzo mi miło, że ta moja bazgranina o Azorach trochę Cię wciągnęła. ;) Świetnie to ujęłaś - właśnie nieskalane cywilizacją widoki to chyba jest główny atut Azorów.

    Beo, z pewnością sery by Ci przypadły do gustu. A co do tarasu to miał dodatkową zaletę widać było z niego wulkan Pico. Oczywiście od czasu do czasu, gdy nie przesłaniały go chmury. Dodatkowo dowiedzieliśmy się od córki właścicielki, że jeśli stożek góry jest otulony chmurami jak czapeczką to na mur beton następnego dnia będzie padać. Co sie oczywiście sprawdziło. :)

    Margot, cieszę się , że się podobają i pozdrawiam.

    Ewo, dziękuję za miłe słowa. A do wypróbowania rudzielców bardzo namawiam.

    Enchocolatte, bardzo dziękuję za przemiły komentarz i pozdrawiam.

    Majanko, prawda, że fajowe? Pozdrawiam Cie serdecznie.

    Aniu, zawstydzasz mnie.;) Cieszę się, że zdjęcia Ci się podobają.

    Blk, koniecznie, koniecznie!!!

    100%MasławMaśle, coś w tym jest. Duńczyk miał sporo racji. Dla mnie zawsze było kompletnie niezrozumiałe i wielokrotnie o tym rozmawialiśmy ze znajomymi, dlaczego w kraju z tak potężną produkcją nabiału jak Polska (wspaniałą śmietaną, kefirem, zsiadłym mlekiem) sery różnią się głównie nazwą, a dużo mniej smakiem? Jedynymi chlubnymi wyjątkami są chyba bryndza i oscypek, no i oczywiście niedoścignione twarogi, jakich nacje na zachód od nas już nie potrafią robić jak należy. Co innego na wschód. My się tu zajadamy ukraińskim twarogiem, który śmiem twierdzić co najmniej dorównuje polskiemu. No ale twaróg to od biedy i w domu można produkować. ;)

    Felluniu, ale mi przyjemnie czytać takie komentarze, nawet sobie nie wyobrażasz. :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  11. Och doczytuje sobie powoli zalegle notki blogowe i absolutnie nie zaluje! I wiesz Agnieszka, postanowilam ze po tych szalenstwach w Izraelu siade na "de":) a tu Ciagnie mnie do Azorow gdy tak o nich cieplo piszesz, ze o zdjeciach nie wspomne!
    Zdjecie rudzielcow tuz przed pieczeniem jest obledene - bede probowac, bo seroholik, São Jorge czuje ze niedostepny w tej czesci Europy, ale Old A. jest!
    Pozdrawiam Agnieszko :)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  12. Basiu, nie znam Cię jak to mówią w "realu", ale coś mi się zdaje, że Ty nie z tych co to kiedykolwiek na "de" siadają. :) Azory na pewno by Ci się spodobały, nawet kajakarzy tam widziałam w cieśninie między Faial i Pico (w nagrodę za dzielne wiosłowanie można zobaczyć delfiny, a nawet wieloryba czasami, bo tam ponoć jakiś wybitnie smaczny plankton ;) ). Ściskam mocno.
    P.S. Old Amsterdam będzie znakomity do rudzielców.:)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  13. Piękne zdjęcia!
    Zazdraszczam:)widokow, serów i calej wycieczki:)
    az mam ochote tam sie wybrac.
    Sprobuje rudzielcow bo widzialem gdzies niedawno Sao Jorge w Londynie.
    Pozdrawiam:)
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  14. Arku, dziękuję za miły komentarz. Rudzielce wypróbuj koniecznie, tym bardziej jeśli masz u siebie dostęp do oryginalnego sera. Zdumiałeś mnie - nie wiedziałam, że Brytyjczycy eksportują coś portugalskiego poza hektolitrami porto i Mateusem. ;)Pozdrawiam serdecznie.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  15. Ach Agnieszka alez mnie kusisz tymi Azorami, nie dosc te Twoje zdjecia, to jeszcze kajaki - no zachorowalam na Azory - masz racje, nie usiedze dlugo :-)

    Wstepne rozeznanie w praskich Tesco wykazaly brak Old'a ale nie poddaje sie, urzekly mnie rudzielce!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  16. Basiu, inne też się nadadzą byle były żółte i dość ostre w smaku. Ja, oprócz tych wymienionych jako substytuty, nie bardzo jestem na bieżąco co do dostępnych w PL, a tym bardziej w Pradze gatunków. ;) Pozdrawiam Cię serdecznie.
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  17. Agniszko, a wiec po paru miesiacach poszukiwan (juz mialam sie skusic na Old Dutch) calkowitym przypadkiem trafilam na Old Amsterdam i wczoraj upieklam owe rudzielce - sa obezwladniajace, wpalaszowalismy w monent pol blachy :-) Dzieki Ci za przepis, jest wspanialy, na sniedanie newet bym je zjadla - teraz Cie doskonale rozumiem :-)
    Tak przy okazji zaczelam sie zastanawiac skad w tytule przepisu jest Babcia Sara? Pozdrowienia sniezna Ci sle!
    OdpowiedzUsuń na zawsze
  18. O matko, Basiu!!! Jak się cieszę, że je wypróbowałaś! Muszę edytować post, bo rzeczywiście o babci Sarze nawet słówkiem nie wspomniałam. ;) Pozdrawiam Cię serdecznie.
    OdpowiedzUsuń na zawsze