Nareszcie wakacje! Niezbyt długie, ale za to dość nietypowe pod względem kierunku. Już Wam nie tak dawno wspominałam o atlantyckich Azorach, ale wówczas była to jedynie relacja z drugiej ręki. Teraz Maciej, tak jak obiecał, zabrał mnie tam na krótkie wakacje. Podobno większości Amerykanów, a tych tutaj całkiem sporo jako turystów - niedługo wyjaśnię dlaczego, Azory kojarzą się jedynie z wyżem azorskim. Ja gdy mieszkałam w Polsce łączyłam je natomiast z wojskową bazą amerykańską na wyspie Terceira. ;) Dopiero mieszkając w Portugalii zorientowałam się, że wyspy mają sporo do zaoferowania, choć może nie każdemu turyście.
Lecimy z Porto do Ponte Delgada - najludniejszego miasta na São Miguel, największej wyspie archipelagu. Wita nas ona zasnutym niską warstwą chmur niebem i siąpiącym co chwilę deszczem. Nie jest to jednak nasz punkt docelowy. Na drugi dzień wsiadamy do samolotu, który wiezie nas na wyspę São Jorge (św. Jerzego), położoną w grupie środkowej archipelagu (w sumie wszystkich azorskich wysp jest 9, a grupa środkowa ma ich 5). Widok z przestworzy jest niesamowity - São Jorge leży w centrum grupy, otoczona ze wszystkich stron pozostałymi 4 wyspami. W dodatku na powitanie mamy słoneczną pogodę, co wcale na Azorach nie jest takie oczywiste, nawet latem.
Lecimy z Porto do Ponte Delgada - najludniejszego miasta na São Miguel, największej wyspie archipelagu. Wita nas ona zasnutym niską warstwą chmur niebem i siąpiącym co chwilę deszczem. Nie jest to jednak nasz punkt docelowy. Na drugi dzień wsiadamy do samolotu, który wiezie nas na wyspę São Jorge (św. Jerzego), położoną w grupie środkowej archipelagu (w sumie wszystkich azorskich wysp jest 9, a grupa środkowa ma ich 5). Widok z przestworzy jest niesamowity - São Jorge leży w centrum grupy, otoczona ze wszystkich stron pozostałymi 4 wyspami. W dodatku na powitanie mamy słoneczną pogodę, co wcale na Azorach nie jest takie oczywiste, nawet latem.
Od razu muszę zaznaczyć, że Azory to nie jest kierunek masowej turystyki. Nie każdemu przypada do gustu niestabilna i przysłowiowo wręcz zmienna pogoda, prawie że zupełny brak piaszczystych plaż (na większości wysp są tylko maleńkie plaże wulkaniczne lub tzw. naturalne baseny - czyli oddzielone od otwartego morza skałami i sztucznie wybudowanymi murkami przybrzeżne jakby jeziorka), a do podziwiania jest tu właściwie jedynie natura. Ale za to jaka natura! Takiej przyrody i zapierających dech w piersiach dziewiczych krajobrazów muszę przyznać, że dawno nie widziałam. Wszystkie wyspy mają rodowód wulkaniczny, pokryte są bujną roślinnością, z przewagą soczyście zielonych łąk i pastwisk. Na tych ostatnich okolonych żywopłotami z hortensji pasą się niezliczone stada krów. W końcu z Azorów właśnie pochodzi najlepszy w Portugalii nabiał.
Trochę inne są stromo spadające do oceanu wybrzeża - te przypominają raczej (przynajmniej na północnej stronie wyspy São Jorge) kadry z filmów o Robinsonie Cruzoe. Niezwykle wysoka wilgotność i ogromna obfitość ptaków potęgują jeszcze to wrażenie. Czujemy się prawie jak odkrywcy, zwłaszcza na pieszym szlaku do Fajã de Santo Cristo. Szliśmy ośmiokilometrową zupełnie pustą trasą w porze zachodu słońca, podziwialiśmy zachowaną w tych okolicach endemiczną roślinność i spadające z 800-metrowego grzbietu wyspy wodospady. Człowiek ma wrażenie przedzierania się przez mocno dziewiczą dżunglę, choć to tylko złudzenie, bo okazuje się, że co leniwsi turyści wożeni są pojazdami, które, jak mnie pouczyło moje będące na bieżąco dziecko, noszą nazwę quad'ów. Co mnie niezwykle pozytywnie nastawiło do Azorów i trochę w tej wilgotności zdumiało - to fakt, że nie było tam komarów i w ogóle ilość dokuczliwych owadów była minimalna (a nie mówiłam Wam, że to szczęśliwy ląd - po prostu Atlantyda ;) ).
Trochę inne są stromo spadające do oceanu wybrzeża - te przypominają raczej (przynajmniej na północnej stronie wyspy São Jorge) kadry z filmów o Robinsonie Cruzoe. Niezwykle wysoka wilgotność i ogromna obfitość ptaków potęgują jeszcze to wrażenie. Czujemy się prawie jak odkrywcy, zwłaszcza na pieszym szlaku do Fajã de Santo Cristo. Szliśmy ośmiokilometrową zupełnie pustą trasą w porze zachodu słońca, podziwialiśmy zachowaną w tych okolicach endemiczną roślinność i spadające z 800-metrowego grzbietu wyspy wodospady. Człowiek ma wrażenie przedzierania się przez mocno dziewiczą dżunglę, choć to tylko złudzenie, bo okazuje się, że co leniwsi turyści wożeni są pojazdami, które, jak mnie pouczyło moje będące na bieżąco dziecko, noszą nazwę quad'ów. Co mnie niezwykle pozytywnie nastawiło do Azorów i trochę w tej wilgotności zdumiało - to fakt, że nie było tam komarów i w ogóle ilość dokuczliwych owadów była minimalna (a nie mówiłam Wam, że to szczęśliwy ląd - po prostu Atlantyda ;) ).
Wspomniałam, że szliśmy do Fajã do Santo Cristo. Fajã to dość ciekawa formacja geograficzno-geologiczna. Nie znalazłam nigdzie polskiego tłumaczenia tego słowa, pewnie dlatego, że zjawisko jest dość unikalne. Na Azorach występuje w zasadzie jedynie na wyspie São Jorge. Jak pisałam wybrzeża są tu niezwykle strome, gdzieniegdzie jednak po osunięciu się skał lub z powodu spłynięcia do podnóży wyspy lawy powstały na poziomie morza zupełnie płaskie, półkoliste kawałki lądu, nazywane właśnie fajãs. Często oprócz bardzo żyznej ziemi mieszczą one jeszcze niewielkie jeziorka.
Wyspa São Jorge właściwie dopiero od czasu, gdy powstał port lotniczy ma jaki taki kontakt ze światem. Wcześniej była od niego mocno odcięta, co spowodowało jak się można domyślać, pojawienie się wielu odrębnych zjawisk kulturowych - między innymi typowej architektury i nieco innej niż na kontynencie kuchni. Co do tej pierwszej to chyba sztandarowym przykładem są tu kapliczki Ducha Świętego, nazywane impérios. Cała wyspa jest nimi usiana, a Zielone Świątki to chyba najważniejsza uroczystość religijna archipelagu.
Z tej okazji gospodynie z Azorów przygotowują wiele tradycyjnych potraw, a zwłaszcza wypieków. Gotują zazwyczaj sopa de Espírito Santo (zupę Ducha Świętego) i pieką espécies (bardzo ładne ciasteczka, ale z mdłym, anyżowym nadzieniem). Obowiązkowe jest tzw. bolo de véspera, czyli .... wczorajsze ciasto. Każda głowa rodziny ma obowiązek przynieść do kaplicy 25 sztuk tego specjału, tam jest ono poświęcone, a następnie już po nabożeństwie zaczyna się festa, w czasie której je się te drożdżowe wypieki. Bolo de véspera ma kształt okrągłych placków, na których odciskane są specjalnymi pieczątkami różne wzory, między innymi tzw. korona Ducha Świętego. Taką ozdobę na wszelkich kościelnych uroczystościach i procesjach przez 7 tygodni nosi też dziewczynka, wybierana spośród parafian w każdej z kaplic w niedzielę wielkanocną. Zawsze mnie zdumiewa, że w dwóch równie katolickich krajach jak Polska i Portugalia są tak odmienne tradycje w obrzędowości.
Podobno cała kulinarna oprawa Zielonych Świątek na Azorach, a zwłaszcza zwyczaj dzielenia się jedzeniem z innymi, pochodzi jeszcze od czasów portugalskiej królowej Św. Izabeli, znanej z dobroczynności, która w tym czasie tradycyjnie wydawała posiłki biednym.
Ja nie omieszkałam oczywiście wspomnianego już ciasta kupić i spróbować. Rozczarowanie było wielkie, choć czegóż tu się było spodziewać po wczorajszym cieście drożdżowym. :) Bolo de véspera jest kuszące wizualnie, ale ... suche, kruszące się, no po prostu zwyczajnie czerstwe.
Atlantyk o zachodzie słońca. Wulkan Pico niestety złośliwie schował się po lewej stronie za chmurami.
Nie popadajmy jednak w marazm, będą i smaczne potrawy na Azorach, w końcu nie wszystko jest tu wczorajsze i udaje się nasycić nie tylko oczy. ;) Cdn.
Ja nie omieszkałam oczywiście wspomnianego już ciasta kupić i spróbować. Rozczarowanie było wielkie, choć czegóż tu się było spodziewać po wczorajszym cieście drożdżowym. :) Bolo de véspera jest kuszące wizualnie, ale ... suche, kruszące się, no po prostu zwyczajnie czerstwe.
Atlantyk o zachodzie słońca. Wulkan Pico niestety złośliwie schował się po lewej stronie za chmurami.








22 comments: