środa, marca 18, 2009

Alpejski śnieg i prowansalskie słońce



Mam pewne wątpliwości czy wczesną wiosną, gdy wszyscy jesteśmy spragnieni ożywczego ciepełka, ktoś będzie miał ochotę czytać reminiscencje z naszego tegorocznego białego szaleństwa. Jednak zaryzykuję... Zwłaszcza, że zamierzam je okrasić kapką złotego płynu , w którym zaklęta jest spora dawka prowansalskiego słońca. Już słyszę te pomruki:"O Jezu, znowu Francja." No niestety, nie wiem jak to się dzieje, ale tak się już kolejny raz z kolei złożyło. ;)



Wybraliśmy się pod koniec lutego na narty po raz kolejny w region Alpes de Haute Provence (pierwszy raz byliśmy tam w 2007 r i tutaj jest nawet archiwalna relacja). Z Marsylii dotarliśmy drogą pełną zdradzieckich zakrętów do wysoko w górach położonego ośrodka Vars, który przywitał nas warstwą śniegu dochodzącą miejscami do 3 m. Tak wspaniałych narciarskich warunków nie przypominam sobie od dawien dawna. W dodatku pogoda nam dopisywała i przez całe 7 dni pobytu nieprzerwanie świeciło słońce.


Oprócz Vars poszusowaliśmy sobie jeszcze w Serre Chevalier i pięknym ośrodku Montgenèvre na granicy francusko-włoskiej ("Ach - wzdychał nasz młody Alberto Tomba ;) - nareszcie prawdziwa pizza." "Mmm, boskie cappuccino, takiego nie da się zrobić nigdzie indziej." - to już rozpywałam się ja). Muszę, z pewnym smutkiem zresztą , zwrócić Włochom pierwsze miejsce w konkurencji parzenia kawy. A już mi się wydawało, że Portugalczycy wcale nie są gorsi. Jednak wystarczyło spróbować kawy po włoskiej stronie Alp, by okazało się to tylko złudzeniem i lokalnym patriotyzmem. Nie wiem w czym tkwi sekret - czy to woda (chyba nie, bo po przejechaniu 100m na stronę francuską, zaczynał człowiek przeklinać nad filiżanką obrzydliwego trunku), czy to jakaś tajemna technika przekazywana od pokoleń i niedostępna innym nacjom. W każdym razie nawet piankę mają Włosi bardziej kremową i długo się utrzymującą na powierzchni. Ech, to chyba muszą być jakieś czary.... ;)

Lekko rozczarowała nas jedynie kuchnia w naszym francuskim hotelu, siląca się na posiłki á la nouvelle cuisine, co marzącym o treściwej alpejskiej kuchni narciarzom niekoniecznie było w smak. Zwłaszcza, że w potrawach czuło się więcej zadęcia niż kulinarnej sztuki z prawdziwego zdarzenia. Rekompensowliśmy sobie tę "cuisine ę ą", jak nazywa ją mój mąż, wiejskim jedzeniem w gospodach na stoku. Jednym z powodów, dla których kocham narciarstwo jest fakt, że gdy je uprawiam mogę sobie bezkarnie pozwalać na kaloryczne ekscesy, bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, a co więcej bez ruchów wskazówki wagi w niepożadaną prawą stronę. ;) Żeby tak jeszcze znaleźć sobie jakiś codzienny sport równie miły i równie skuteczny. Obawiam się, że jedynie bieganie maratonów może dorównać z grubsza licząc 8 godz. dziennie szusowania na mroźnym powietrzu. A to już niestety nie jest takie atrakcyjne moim skromnym zdaniem .....



Obiecałam promyk słońca w tym naszym zimowym wyjeździe i nie będzie to słońce na stoku, a złota kapka oliwy. Oczywiście oliwy z Górnej Prowansji. Jeszcze w domu przed wyjazdem zaplanowaliśmy sobie wizytę u jakiegoś producenta tego płynnego złota. Początkowo miała to być ciesząca się wielką renomą firma Oliviers & Co. Może jednak dobrze się stało, że w weekend ich siedziba w miasteczku Mane była zamknięta. Sprzedają oni rzeczywiście świetną oliwę i sławni są ogromnie. Trudno ich jednak kojarzyć jedynie z lokalną produkcją. Spowadzają oliwę właściwie z całego basenu Morza Śródziemnego, łącznie nawet z portugalskim regionem Tras-os-Montes.





My trafiliśmy w końcu do typowo regionalnej kooperatywy producentów oliwy z Haute Provence. Mieliśmy szczęście, że mimo iż w lutym zakład nie działa (oliwę tłoczy się głównie od listopada do stycznia) miły pracownik firmy pan Pierre zgodził się nas oprowadzić i objaśnić tajniki produkcji tego śródziemnomorskiego złotego eliksiru.




Korzyść była obopólna. My dowiedzieliśmy się sporo o oliwie, a on miał okazję , jak sam żartował, poćwiczyć sobie angielski, świeżo po kursie, na który wysłał go dyrektor. Le Moulin de L'Olivette to spora firma, bo zrzesza ponad 1000 właścicieli oliwnych gajów. Sam proces tłoczenia oliwy jest dość prosty - oliwki, im świeższe tym lepiej, myje się, a następnie (razem z pestkami, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem) mieli (broyage) i miksuje. Następnie wszystko ląduje w wielkiej wirówce i w procesie zwanym centrifugation horizontale oddzielana jest płynna część wytłoczyn od oliwkowej pulpy. Później ta płynna frakcja poddawana jest jeszcze centrifugation verticale, w której woda odseparowywana jest od czystej oliwy. W ten sposób uzyskujemy oliwę metodą tzw. mechanicznej ekstrakcji na zimno. Zmiażdżona oliwkowa masa jest tu podgrzewana jedynie do 30ºC.

Co do samej firmy, to gdy ją odwiedziliśmy szef był akurat na Concours Générale Agricole (prestiżowym konkursie odbywającym się corocznie w Paryżu). Oliwa z Le Moulin de L'Olivette zdobyła tam zresztą w roku 2007 złoty medal. Kooperatywa używa tylko i wyłącznie oliwek zebranych w Górnej Prowansji i produkuje sporo, bo aż 100.000 l oliwy rocznie. W Haute Provence dominująca "olejodajna" odmiana nosi nazwę aglandau.


Niektórzy kupują oliwę w hurtowych ilościach i im nalewa się ją z kranu. Znowu w oficjalnej sprzedaży - absynt, zwany "zieloną wróżką", który na przełomie wieków obudził ponoć w wielu Francuzach artystyczną duszę. ;) Niedojrzałe jeszcze oliwki wczesną jesienią.

Kilka oliwnych ciekawotek - w Prowansji klasyfikuje się oliwę dość typowo. Do 2% kwasowości jako vierge, czyli dziewiczą, a do 0,8% jako extra vierge. Kwasowość zależy od jakości użytych do tłoczenia oliwek i od czasu ich przechowywania. Monsieur Pierre chwalił się, że w Moulin de L'Olivette w większości przerabia się oliwki już w dniu zbioru, a najpóźniej do 24 godzin po ich zerwaniu z drzewa.


O dziwo, nie polecał nam przechowywania oliwy w lodówce, jak się niektórzy upierają, a jedynie w ciemności i w temperaturze pokojowej. Od momentu zakupu bez straty na jakości można butelkę oliwy przechowywać w tych warunkach mniej więcej przez rok.

Nie chcę Was zanudzać niuansami smakowymi produkowanych w Le Moulin de L'Olivette różnych gatunków oliwy. Przekrój jest szeroki - od dość łagodnych aż do intensywnych zarówno w barwie jak i aromacie. Znawcy wyczuwają w tutejszej oliwie nuty karczochów i aromat świeżo zerwanych z krzaka pomidorów. Wszystkie gatunki można na miejscu degustować, więc każdy może znaleźć tam coś dla siebie, o ile tylko lubi oliwę.
I to by było na tyle w kwestii promyka słońca w zimowym prowansalskim pejzażu. ;)

13 komentarzy:

  1. jak zawsze przecudne zdjęcia i niezwykle wciagająca i pouczająca relacja, tylko pozazdrościć tych wypraw :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ech, tez bym chciala znalezc jakas ruchowa aktywnosc, zeby bezkarnie moc sie wsysac do lodowki po zmroku. obawiam sie, ze kopanie ogrodka to nie to samo, zwlaszcza 8 godzin ;)
    oliwna relacja piekna i interesujaca choc nie jestem wielka fanka oliwy. a co do przechowywania oliwy zgadzam sie z panem. ostatnio wyciagnelam z zakamarkow lodowki jakis tajemniczy sloik, podejrzewalam kaczy smalec, okazalo sie, ze to byl zapomniany sloiczek faszerowana papryczka, zatopiona wlasnie w oliwie, oliwa najzwyczajniej w swiecie stezala a ponoc jej to nie sluzy.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko, co do kawy, to zgadzam się z Tobą co do oddawania hołdu Włochom. No ale faktycznie kołyska kawy europejskiej jest tak naprawdę we Włoszech, a nie w Turcji czy Austrii. Włoska kawa jest najwspanialsza i też nie wiem dlaczego. Chyba nie woda, a może te maszyny, może rodzaj palenia. Chociaż przywoziliśmy kawę prażoną we Włoszech, niestety nie udał się eksperyment odtworzenia jej w domu.
    Oliwa to świetna sprawa. Tutaj w Kalifornii jest wiele lokalnych upraw i bardzo lubię lokalne oliwki. Są znacznie droższe niż importowane produkty, ale to wielka frajda smakować miejscowych produktów.
    Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby trzymać oliwę w lodówce. Właśnie ciemne, chłodne miejsce jest najlepsze i zdaje się oliwa jest najlepsza do roku po wyciśnięciu. Przeważnie podana jest data produkcji na naklejkach.
    Bardzo ciekawy opis Waszej wyprawy, jak zwykle!
    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, wspaniałe zdjęcia, cudowny wypoczynek i pozazdrościć takiej wspaniałej kawy, ale i oliwy :)
    Ile ja bym dała by móc poszaleć sobie na nartach, a w przerwach popijać pyszne cappuccino i zajadać doskonałą pizzę, natomiast w drodze powrotne zaopatrzyć się we wspaniałą oliwę :)
    No cóż, cappuccino i oliwa pewnie w zasięgu moich przyszłych możliwości są, ale narty niestety już nie. Pozostają spacerki :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko, dziekuje za ciekawa relacje dot. oliwy i kawy:) Jako osoba mieszkajaca w Austrii zgadzam sie, ze najlepsze kawy robia (takze tu;) Wlosi. Moi znajomi Wlosi przywoza tez do Austrii oliwe z domowej manufaktury, ktora jest o niebo lepsza od tego, co w sieciowkach czy nawet bardziej wyszukanych delikatesach.
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na inne ciekawe reportaze:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ach Francja...:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale śnieżne zdjęcia! Ja chcę na narty! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko,

    Nie sposób się z Tobą nie zgodzić - wspomnienie cappuccino pitego w malutkich Rzymskich delikatesach połączonych z kawiarnią "prześladuje" mnie i nie chce opuścić;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko,jakież wspaniałe zdjęcia śnieżne.Można sobie tylko wyobrazić jak było tam pięknie.Umieść choć raz swoje zdjęcie /może właśnie na nartach/ Oliwy w Twoich opisach są rzeczywiście i barwne i aromatyczne.Co do przechowywania oliwy ,zawsze trzymałam ją w ciemnej szafce w kuchni. Gratulacje!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Agusiu! Dopiero dziś piekłam "babeczki" udały się! Są piękne,zupełnie jak Twoje na fotografiach.Jedliśmy jeszcze ciepłe. Pyszne.Rewelacja. .Gratulujemy! Piękne zdjęcia zimy w górach.Pozdrawiam Ciebie i męża.Joanna z Leżna.

    OdpowiedzUsuń
  11. Aga-aa, dzięki serdeczne za miłe słowa. :)

    Leloop,ja tam się nie dziwię, że Ty za oliwa nie szalejesz Ty przecież północna Francuzka jesteś i wy raczej innymi tłuszczami stoicie. ;)

    Doroto, z tą kawą rzeczywiście zagwozdka. We Włoszech sprzedane ziarna wywiedzione poza granice już nie dają tego samego efektu. Maszyny w PT wypisz wymaluj jak we Włoszech, tak zresztą jak np. kawa Segafreddo, w obu krajach bardzo popularna. Ja przypuszczam jednak, że ta sama firma w różnych krajach pali ziarna jednak pod lokalny gust. W PT robi się kawę ewidentnie mocniejszą i jakby ostrzejszą w smaku niż w Italii. Mimo wszystko nie dorównując włoskiej tutejsza kawa przewyższa o niebo to co nosi tę samą nazwę w Hiszpanii, nie mówiąc już o Francji. Porównuję tylko te 4 kraje, bo one mają jednak dość podobne tradycje picia i parzenia kawy. Nie wspomnę o Niemczech, gdzi edla mnie kawa to jakiś zupełnie inny trunek niż ten, który pija się na południu Europy. Austriacy jak wspomniałaś, mają tradycje i smaczną kawę, ale też już zupełnie inną.

    Tili, dobre cappuccino i oliwa to i narty zrekompensują. Ja już też nie szaleję jak dawniej, przekazałam pałeczkę wariactwa synowi. :)

    Strony Smaku, jak wspomniałam wyżej w tym komentarzu ja sobie kawę austriacką bardzo cenię, a zwłaszcza wiedeńskie i nie tylko kawiarniane tradycje i słodkie co nieco do kawy. ;) Zresztą rozpisywałam się o tym na blogu po pobycie w Wiedniu. Portugalczycy też robią takie wyprawy do producentów oliwy, teraz już się temu nie dziwię. Dziękuję Ci za miły komentarz.

    Aniu, no śniegu jeszcze chyba sporo zostało. Ale hej, hej, pamiętam, że Ty już szusowałaś w tym sezonie.;)

    Partycjo, wiesz, że mnie też tak przez wiele lat prześladowało wspomnienie pitego na stojąco pierwszego mojego włoskiego cappuccino w jakimś barze w Livorno. Eh, coś w tej włoskiej kawie jest magicznego jednak, skoro nie tylko ja tak się nią rozkoszuję...

    Do przedostatniego Anonimowego - hmmm, moje zdjęcie z nart jest w tym poście, trochę jestem zakutana, ale proszę wierzyć na słowo - to właśnie ja. ;)

    Joanno, gratuluję udanych babeczek!! Cieszę się, że się tak świetnie udały i smakowały. My również pozdrawiamy bardzo serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Agnieszko, muszę jednak przyznać, że Wasza portugalska kawa zupełnie nam nieźle smakowała. Na południu jest taki drink "bica', mocny i pyszny.

    Zapomniałam Ci też wspomnieć o kawach w Skandynawii, szczególnie w Finlandii, kawa jest pyszna!
    A co do palenia kawy wej włoskiej, to na pewno masz rację. I u nas też są te różne wymyślne włoskie maszyny, ale to jednak nie jest to samo co świetne espresso czy cappuccino byle gdzie we Włoszech. Włochy po prostu są stolicą kawy i tyle.

    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  13. Bo ta nsza tutejsza kawa jest bardzo dobra, ale ... nie aż tak jak włoska. ;) Ja jak wyjeżdżam na dłużej do PL czy innej Francji to az tęsknię za portugalska kawa. I masz rację, że na południu jest bica, Portugalczykowi z północy by to słowo przez usta nie przeszło. ;) U nas na espresso mówi się po prostu café, a u południowców właśnie bica (kiedyś wszyscy mówili jeszcze fajniej na małą czarną - cymballino, od nazwy włoskich maszyn, które pojawiły się w kawiarniach) . My mówimy "meia de leite" , a oni na to samo "café com leite". :) Dzięki za podpowiedź o skandynawskich kawa, to dla nas na razie zupełnie dziewiczy kierunek.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.