wtorek, lutego 03, 2009

Paryż etniczny - w królestwie pieprzu


Cubeb i indonezyjski "long pepper".

Miało być w tym odcinku o popularnej - w takim tyglu kulturowym jak Paryż - kuchni Północnej Afryki. Niestety nie będzie. Nie mieliśmy bowiem szczęścia do arabskich przybytków w stolicy Francji i w 2 przypadkach na 3 pocałowaliśmy klamkę w tamtejszych sklepach i kawiarniach. Tak nas to rozgoryczyło, że postanowiliśmy - trochę na znak protestu - udać się do dzielnicy żydowskiej. Okazało się to całkiem trafionym pomysłem. Panuje tu całkiem inny nastrój i styl niż u Fauchona. :) Żydowskie quartier położone jest całkiem niedaleko pełnej turystycznych atrakcji Ile da la Cité, w prawobrzeżnym Marais. Biegają tam ortodoksyjni żydzi z pejsami i w chałatach, a na wąskich uliczkach buchają parą i zapachem wschodnich przypraw stoiska sprzedające falafle, kebaby i tym podobne bliskowschodnie street food.

Sklep "Izrael Épicerie du Monde" i wypieki od Saszy Finkelsteina.

Są też urocze piekarenki wypełnione po brzegi chałkami, bajglami, borkiem i innymi wyjętymi prosto z pieca smakowitościami. A najwiekszą sławą w całej dzielnicy cieszy się Boutique Jaune czyli Żółty Sklepik Saszy Finkelstajna . Można tam znaleźć wypisz wymaluj nasze serniki, makowce, cebulaki i drożdżówki, co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że założyciele piekarni - dziadkowie właściciela - Dora i Icek przyjechali tu z Polski w latach 30-tych XX wieku. Tak na marginesie serniki, nie wiedzieć czemu, noszą miano les vatrouchka (pewnie to pochodzi od rosyjskich watruszek, choć ja zawsze sądziłam, że nazwa ta oznacza drożdżówki z serem, a nie klasyczny sernik (?) ). Opócz nich sprzedaje się też le rogalik i le razowy. ;) My możemy tylko potwierdzić znakomitą renomę tego miejsca, skoro po obfitym śniadaniu nie mogliśmy się oprzeć, żeby jeszcze przed południem nie przekąsić tam kilku smakowitości. Wypieki można degustować przy kilku stolikach na miejscu, albo zabrać je ze sobą na wynos.
Migawki z dzielnicy żydowskiej i ze sklepu Izraela ....

Bardzo zależało mi, żeby odwiedzić sklep "Izrael Épicerie du Monde", od 15 lat zdobywajcy nagrody Coq d'Or (Złotego Koguta), przyznawane przez Le Guide des Gourmands między innymi za kolekcję wspaniałej jakości przypraw. Klasyczny sklep kolonialny, którego właścicielką jest obecnie pani Françoise Izrael-Szolski, nastawiony jest - jak na dzielnicę przystało - głównie na produkty bliskowschodnie, ale nie tylko. Ma też wyjątkowy wprost wybór przeróżnych gatunków pieprzu ze wszystkich zakątków globu. Moi panowie uziemieni zostali w samochodzie, którego nie dało się normalnie zaparkować ;), a ja buszowałam tu jak w jaskini pełnej skarbów. Sklep od podłogi po sufit zapchany jest utkniętymi w każdym możliwym miejscu ingrediencjami potrzebnymi do przygotowania żydowskich specjałów. A że żydowska diaspora rozpierzchła się przecież po całym świecie - można tam znaleźć i marokański couscous i turecki napój sahleb i węgierskie kluseczki tarhonya. Ba, nawet meksykańską tequilę. Tutaj krótki 3-minutowy reportaż francuskiej telewizji na temat tego miejsca z charakterem.

Ale jednej rzeczy jednak nie mieli. Szukałam couscousu o dużych ziarnach, nazywanego izraelskim, a czasem też - libańskim. Sprzedawca strasznie był zmieszany, że nim nie dysponuje. Biegał i pokazywał mi wszystkie inne, o ziarenkach drobnych i średnich, marokańskie, tunezyjskie i te wyprodukowane we Francji .... Ach jak ja lubię takie podejście do klientów. :) Nawet nie czułam się zawiedziona, że nie znalazłam tego, czego szukałam.

Pieprz seczuański i grains of paradise czyli rajskie ziarenka.

Tak naprawdę jednak moim głównym celem było nabycie tu egzotycznych i trudno dostępnych gatunków pieprzu i muszę powiedzieć, że "Épicerie du Monde" to jest wypisz wymaluj prawdziwy pieprzowy raj. :) Opakowania każdej wielkości - woreczki, saszetki, śmieszne podłużne próbowki zamykane korkiem. Pieprz we wszystkich możliwych kolorach, z najlepszych plantacji na świecie. Kameruński, seczuański, indonezyjski, słynny pieprz Tellicherry z regionu Malabar w południowych Indiach i pewnie jeszcze dziesiątki innych. Możliwe, że jeszcze tego nie wiecie,- mimo, że znacie już sporo moich kulinarnych obesji - jestem totalną maniaczką pieprzu. Znalazłam sie więc we właściwym miejscu. Skusiłam się na od dawna już poszukiwany jawajski cubeb . To wyglądające bardzo podobnie do zwykłego pieprzu ziarenka, tylko, że z ogonkami (stąd inna nazwa przyprawy tailed pepper), o przedziwnym zapachu będącym mieszaniną goździków, ziela angielskiego i czarnego pieprzu). Nabyłam też pieprz indonezyjski, nazywany long pepper, o zupełnie nie przypominających pieprzu podłużnych strączkach. Uzupełniłam zapasy pochodzących z Zachodniej Afryki grains of paradise (rajskich ziarenek ;) ) i pieprzu seczuańskiego.

Prawda, że w takim miejscu to przyjemność robić zakupy? Jak na mój gust to bije ono na głowę nie tylko każdy supermarket, ale nawet i Fauchon'a. :)

24 komentarze:

  1. Agnieszko, czytanie o tym miejscu po prostu zachwyca :) Jak ja bym chciała odwiedzić ten sklep z przyprawami i tę piekarnię i mogłabym już z nich nigdy nie wyjść :) mój S. śmieje się że jak wchodzę do sklepów z przyprawami to trzeba mnie mocno trzymać bym nie odleciała ze szczęścia :) Na nieszczęście mało jest takich wspaniałych sklepów, a najlepszy na jaki trafiłam był w Łodzi i oczywiście wyszłam z niego obładowana torebkami różnych, najróżniejszych przypraw :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. ale chałki, ale bajgle, cudo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna relacja Agnieszko! Jak ja uwielbiam je czytać i oglądać, pisz, pisz ...
    Sklepiki z przyprawami to także coś dla mnie, uwielbiam te zapachy korzenne... Mmmmm

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, dzielimy tą samą miłości do pieprzu :)
    Piękne zdjęcia i bardzo interesująca opowieść!

    OdpowiedzUsuń
  5. taak, zgadzam się; piękne zdjęcia, ładnie opisany świat
    ja właśnie pije wino francuskie Castel, 2006, Cabernet i jest całkiem przyzwoite (18.99 w Piotr i Paweł)
    pzd. basia

    OdpowiedzUsuń
  6. Tili, faktycznie i ze sklepu i z piekarni trudno wyjść. Mnie przynajmniej wyciągali na siłę. Tzn. Mój mąż wysyłał swojego kuriera z naleganiem na opuszczenie tych przybytków i gorźbą, że zaraz nas zgarnie policja za nieprzepisowe parkowanie. Też mam tak jak Ty , że nie mogę wyjść ze sklepów, które sprzedają przyprawy z pustymi rękami. Ostatnio się tylko staram nie kupować mieszanek przypraw (oprócz curry i ras-el-hanout), bo potem wcale ich nie używam. Ale jednej mikstury z Epicerie du Monde trochę żałuję i mam zamiar odtworzyć ją jakoś w domu.

    Ugotujmy, witam Cię serdecznie. Chałki i bajgle rzeczywiście widowiskowe mają w tej piekarni, a te ostatnie moje dziecko ręczy , że oprócz tego , że ładne to również pyszne. :)

    Majano, mmmm zapachy korzenne są niebiańskie, to prawda. Pod względem aromatów to jak na razie w moich wojażach króluje Maroko. Jak tam pachnie przy stoiskach z kopczykami przypraw....ah, rozmarzyłam się.

    Anoushko, to już jest nas dwie. :) Dziekuję za miły komentarz.

    Basiu, witam i dziękuję za przemiłe słowa. I jeszcze tylko wzniosę toast "Santé" - my wciąż uszczuplamy nasze zapasy z Alzacji (podpowiedz z jakiego regionu Francji jest twoje wino?)

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, jak już wiesz, to sklep Izrael jest mi znany i podobnie jak Ty, jestem zwariowana na punkcie pieprzu. W NYC jest podobny bardzo sklep o nazwie Kalustyan (prowadzony od dawna przez ormiańską rodzinę). A w sklepie Izrael w Paryżu to ja spędziłam pewnie całe dnie. Zawsze moje walizki pachną obcymi krajami w sensie przyprawowym! A to bluzka curry pachnąca, a spódnica jakimś pieprzem. No ale plus tego jest taki, że przyprawy się łatwo wozi, są lekkie no i nie kupuje się tego masowo.
    Nie wiem czy wiesz, ale kiedyś, zanim świat poznał nasz obecny czarny pieprz, to właśnie ten indonezyjski był pieprzem używanym kulinarnie. Ja do dzisiaj go lubię bo ma taki lekko poddymiony czy też wędzony zapach. No i podoba mi się jego stara historia.
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na poilianowe relacje.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  8. czlowiek glupi sie rodzi i glup umiera ;) nie wiedzialam, ze az tyle jest rodzajow pieprzu :) lubie egzotyczne przyprawy i lubie je kupowac ale w porownaniu z Toba moja wiedza i zaopatrzenie kuchni jest wiecej niz skromne.
    a wracajac do Paryza i jego uciech, to jest to ta strona tego miasta, ktora lubie. niezliczona ilosc sklepikow gdzie mozna znalezc cuda z roznych stron swiata. opisany przez Ciebie sklep Izrael to oczywiscie "top du top", bylam tam kilkakrotnie i chociaz wychodzilam ze skromnymi zakupami to moglabym przebywac tam godzinami, co za lekcja geografii, sztuki kulinarnej, obyczajow, upodoban, cudo ...
    podobnych sklepow jest w Paryzu wiecej choc ten rzeczywiscie jest naj ..., w dzielnicy Belleville jest cale mnostwo sklepikow tureckich, zydowskich, libanskich, polnocnoafrykanskch, etc . kazdy z nich wyglada podobnie choc w mniejszej skali oczywiscie. i te zapachy ... od niedawna jest tez tam sklepik polski, niezle ruskie, makowiec i sernik.
    w dzielnicy zydowskiej jest jeszcze jedno mityczne miejsce, restauracja Jo Goldenberg'a. zalozycielem jej byl syn rosyjskiego Zyda, ktory przybyl do Paryza w latach 20-tych. gdy moj polski zoladek zateskni do sledzia z cebulka, to wlasnie tam ... ;)
    w 13 (i nie tylko) dzielnicy z kolei zadomowili sie Azjaci, kolejne pokusy ;) Passage Brady z kolei to Hindusi, Pakistanczycy.
    gdy wracamy z Paryza, to nasz samochod zawsze jest wyladowany ulubionymi specjalami z przeroznych zakatkow swiata.
    nie robie zakupow u Fauchon'a, nie stac mnie na to ale sie zastanawiam czy nawet gdybym podolala finansowo czy by mnie tam ciagnelo. nie watpie w jakosc sprzedawanych tam produktow ale nie pociaga mnie francuska "nouvelle cuisine", poza tym fakt, ze te slynne sklepy maja filie w kazdym zakatku swiata juz jakos mnie nastawia negatywnie :/ wole cos bardziej autentycznego. francuskie produkty najlepszej jakosci mozna na przyklad nabyc na Rue du Commerce w 15, male sklepiki z kompetentna, nie nachalna obsluga. cos co chyba wszyscy lubimy najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko! Jak zwykle jestem oczarowana twoją notką no i oczywiście zdjęciami!:)
    Ja zapraszam do mnie(nieco mniej wyszukany językowo i pod względem zdjęć blog)- www.waniliowachmurka.blox.pl,ale będzie mi bardzo miło,jeśli mnie odwiedzisz.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. och, piękny opis, a co za zdjęcia, naprawdę potrafisz zaszczepić w człowieku chęć przygody i podróży, odwiedzenia znanych i nie znanych zakątków, skosztowania różnych smakołyków i poznania nowych smaków
    dziękuje za tą relacje :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Agnieszko, pozwolisz, że pominę milczeniem i nic nie rzeknę... Bo i cóż tutaj mówić... Chyba tylko: ach!!! I jeszcze: "och!!!";-)

    OdpowiedzUsuń
  12. No nic, nastepne miejsce wpisane do notatnika pod haslem do zobaczenia :)

    A ja rowniez (odkad opowiadala o nim Tatter) poszukuje namietnie tego izraelskiego couscousu, ale bez rezultatow. Pytalam sie nawet w weganskiej restauracji koszernej ale takze oni maja problemy ze zdobyciem go :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Zazdroszcze Wam tego Paryza i tych wszystkich wspanialych sklepikow... Lozanna pod tym wzgledem oczywiscie moze sie schowac :(
    Jak zwykle same ciekawoski i piekne zdjecia Agnieszko!

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Agnieszko! Niesamowite i wzruszające zdjęcia ,wspaniałe jak zwykle opisy o "królestwie pieprzu"Wspominam pobyt przed wielu laty w Soczi-tam na skromnym ruskim ryneczku widziałam kilka gatunków pieprzu w miseczkach.Tylko,że wtedy nie wywołało to mojego większego zainteresowania.Podziwialiśmy tamtejsze owoce. Pozdrawiam .Joanna

    OdpowiedzUsuń
  15. Agnieszko ilekroć oglądam Twoje zdjęcia, ogarnia mnie chęć ruszenia w drogę. Niewiarygodne fotografie! Naprawdę macie oboje z mężem talent! Często korzystam z Twoich przepisów, niestety efekty smakowo są bez zarzutu, ale nigdy nie wyglądają tak ślicznie jak Twoje
    Pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga http://lubie-gotowac.blogspot.com/
    Beata

    OdpowiedzUsuń
  16. Agusiu, swietny reportaz!
    "Epicerie du Monde" to cudowny sklep, z ktorego zawsze wychodze "obladowana" ;D
    W dodatku, Agusiu, piszesz o pieprzu, a to moj nr 1 wsropd przypraw. Najbardziej lubie Indian Malabar za niepowtarzalny owocowy aromat. Inny, ktory lubie, to Lampong, bardzo ostry ale mniej aromatyczny, no i ten szarawy kolorek! A long pepper polecam Ci do uzycia w piklach (wole indonezyjski od hinduskiego_.
    Moze warto pomyslec o zalozeniu clubu "Spice aficionados"? ;D

    OdpowiedzUsuń
  17. jeszcze o pieprzu
    dawny kolega mojego meza konsumowal (nie wiemy czy proceder ciagle trwa) rocznie ok. 5 kg pieprzu. czy z iloscia szla jakosc, nie wiemy ale mamy wrazenie, ze sypal go nawet do porannej kawy ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Doroto, "Kalustyan" już zapisuję w kajeciku. Mała waga i objętość to jeszcze jedna zaleta przypraw dla współczesnego podróżnika. Chociaż musze powiedzieć, że wieziony przeze mnie z US cream of tartar wzbudził w celnikach mieszane uczucia (trudno się zreszta dziwić, w końcu to biały proszek ;) ). O long pepper nie wiedziałam, znam za to historię o cubeb. Otóż jeden z portugalskich królów w XVII wieku, w obronie interesów portugalskich kupców, sprowadzających nasz popularny czarny pieprz, nałożył embargo na wówczas popularny w Europie cubeb, transportowany droga lądową z Arabii.

    Leloop, widzę, że wypełniasz ciekawymi adresami moją etniczną mapę Paryża.:) Ja powoli dochodzę do wniosku , że jestem zwolenniczką na pierwszym miejscu francuskich kuchni regionalnych, potem wielokulturowych smaczków Paryża, a dopiero dalej plasuje się nouvelle cuisine. O tej ostatniej zresztą wspomnę jeszcze słówko, bo i jej mieliśmy okazję skosztować w czasie tego wyjazdu.

    Olciaky, miło mi, że mnie odwiedzasz i dziękuję za komplementy. Już zaglądam do Ciebie. :)

    Aga-aa, jeśli taki jest efekt tej mojej pisaniny i pstrykaniny to jest to dla mnie wielki zazczyt. :) Pozdrowienia.

    Małgosiu :) Rozpieszczasz mnie. ;)

    Elu, widzę że mamy ten sam problem. Ja widziałam ten couscous na ebayu, ale w US i w jakiejś zaporowej cenie. Na razie z braku laku wymyśliłam sobie, że go zastąpię makaronem figurującym tutaj pod nazwą couscous pisellini.

    Beo, ja nie wiem czemu Ty się czepiasz pięknej Lozanny. To grzech.;) A tak na poważnie - to Paryż ma w tej dziedzinie bardzo poważnego konkurenta, którym jest Londyn (mocno bym się zastanawiała, któremu przyznać palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o wybór pyszności z całego świata), a poza Europą to jeszcze NYC.

    Joanno, na taki ryneczek to ja bym się bardzo chętnie wybrała. Kupiłam sobie jakiś czas temu książkę o bułgarskich winach i kuchni, która bardzo rozbudziła apetyt na odwiedzenie tego, trochę chyba zapomnianego przez polskich turystów (bo my się teraz wszyscy strasznie zachodnioeuropejscy i egzotyczni zrobiliśmy ;) ).

    Beato, to naprawdę przemiłe słowa. Bardzo mnie cieszy, że tu bywasz i korzystasz z przepisów. Dziękuję za zaproszenie. :)

    Tatter, witaj! Jeszcze jedna "pieprzna" dziewczyna. ;) Lampong chyba nie próbowałam, poszukam na ebayu. I dzięki za świetny pomysł na pieprz indonezyjski, bo na razie to sobie leży spokojnie w woreczku, a ja na niego spoglądam od czasu do czasu i drapię się po głowie. ;)"Spice aficionados" miałby trochę członków widzę, z kolegą męża Leloop jako prezesem. ;)

    Leloop, cuuudne!!! To mi przypomniało (ta horendalna ilość), że uważa się (nawet są prace naukowe na ten temat), iż cynamon obniża poziom glukozy we krwi, ale jedynie w ilościach przemysłowych. ;) Gorzej, że zawiera też kumarynę ....

    OdpowiedzUsuń
  19. Agnieszko,
    tak, Paryz trzeba odkrywac wielokrotnie, jezeli kiedys sie sfazujemy i bedziemy w tym miescie w tym samym czasie, chetnie sluze za przewodnika :)
    wracajac do "czlowieka co jada pieprz", doinformowalam sie u meza. niestety, jakosc nie idzie w parze z iloscia, ma byc po prostu pieprznie. to ponoc tzw. kawal chlopa, typ skandynawskeigo badz kanadyjskiego drwala. pracowal/przcuje jako odlewnik w firmie zajmujacej sie odlewami z metalu. pewnego dnia, jak opowiada moj maz, naprawial cos w linii wysokiego napiecia (w takiej budce co to nie wiem jak sie nazywa :/), linia byla zle zabezpieczona i kopnal go prad o sile 2000V. tylko troche przysmazylo mu policzki :} moze to wlasnie zasluga pieprzu ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Agnieszko i Leloop dziekuje za nowe adresy na liscie zakupowo-ogladaniowej paryza, ja o tych wszystkich miejscach nie wiedzialam, no poza Belleville bo w tej okolicy mam kurs francuskiego

    OdpowiedzUsuń
  21. Po prostu wspaniały opis...

    OdpowiedzUsuń
  22. Agnieszko, slicznie opisujesz francuskie krajobrazy; widze, ze jestes chyba "zakochana" w ich urokach. Jutro tam wlasnie lece; wlasciwie tym razem tylko do Paryza, ale sprobuje spokrzec na to miasto w sposob w jaki Ty go postrzegasz. Moj problem jest taki, ze moje obydwie corki znaja Paryz "od podszewki" i niestety, nie maja zbytnio sentymentu ani do miasta ani do calego kraju. Jedna mieszkala niedaleko Luku Triumfalnego ponad 15 lat, i wciaz tam powraca od czasu do czasu - (zwiazana jest z branza mody) no i jej narzeczonym jest Francuz. Dzieki za pokazanie urokow francuskich, bo ja tak naprawde lubie Francje! Pozdrawiam ,
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  23. Leloop, bardzo bym chciała tak się kiedyś z Tobą sfazować. Wasz znajomy na prawdę oryginalny i bardzo odporny... ;)

    Umm Hurajra, cieszę się, że się na coś przydadzą te adresy. Daj znać koniecznie, jak Ci się podobały sklepy.

    Pinos, jak zwykle dziekuję Ci serdecznie za dobre słowo. :)

    Anno, dziekuję za przemiły komentarz i witam Cie serdecznie tu u mnie. Wiesz, że ja Twoje córki trochę rozumiem - jak coś się zna od podszewki to sentymenty jakoś ulatują (no chyba, że się przestanie gdzieś mieszkać to wtedy znów wracają). Dlatego ja tyle piszę o Francji, w której nie mieszkam, zamiast o Portugalii, którą znam na co dzień. ;)
    Wpadła mi w ręce niedawno książka Tessy Kiros o kuchni portugalskiej i doszłam do wniosku, że chyba trzeba tylko bardzo powierzchownie znać ten kraj, żeby napisać tak piękną książkę o tak mało porywającej kuchni. ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. Tekst Agnieszki ukazał się w miesięczniku "Czas Wina". Zapraszam. http://czaswina.pl/archiwum/52/czas-wina-nr-52

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.