sobota, stycznia 31, 2009

Paryski szyk - Fauchon

Paryski Fauchon w bożonarodzeniowym wystroju. Karuzela na Champs d'Élysées.

Nasz pobyt w Paryżu był trochę spontaniczny i niespodziewany. Z uwagi na fatalną pogodę, z temperaturami w zakresie plus minus 2 stopnie, zrezygnowaliśmy z przejazdu przez Burgundię i Masyw Centralny, a wybraliśmy drogę przez Szampanię i Paryż. W tej pierwszej byliśmy już kilkakrotnie, tak że tym razem ograniczyliśmy się jedynie do pokazania Łukaszowi nadzwyczajnie pięknej katedry w Reims, z jej galerią rzeźb francuskich królów i aniołem Gabrielem o uśmiechu Mony Lizy oraz witrażami może mniej słynnymi niż te z Chartres, ale za to z XX-wiecznym akcentem pod postacią dzieła autorstwa Marca Chagalla w absydzie. Od razu przypomniała mi się scena koronacji Filipa V, syna Filipa Pięknego (ten ostatni zasłynął z palenia na stosach templariuszy i niewoli awiniońskiej papieży), odbywająca się właśnie tutaj - jak i chyba wszystkie koronacje Kapetyngów począwszy od XII wieku aż do 1825r. - a obrazowo opisana w “Królach przeklętych” Maurice'a Druon'a.

Detale katedry w Reims. W prawym dolnym roku słynny "śmiejący się anioł".

Po Reims udaliśmy się prosto do stolicy Francji, którą to zwiedzaliśmy szczękając z zimna zębami. Chyba już odwykliśmy od takiej pogody i bardzo dotkliwie odczuwaliśmy wilgotny chłód nad Sekwaną. Przyznam szczerze, że o dziwo o wiele bardziej dotkliwie niż - również nas szczególnie nie rozpieszczającą - gdańską grudniową aurę.

Ja koniecznie chciałam się wybrać pod kilka paryskich adresów: do Fauchona na Place de la Madeleine, do paru etnicznych sklepików, ze szczególnym uwzględnieniem kolonialnego sklepu pana Finkelsteina, króla przypraw, a zwłaszcza pieprzu. Jak się pewnie domyślacie – jako zapalony domowy piekarz - nie mogłam sobie również odmówić wizyty w kultowej piekarni Poilâne'a.

Fauchon mimo całego swojego szyku, a może raczej blichtru, odrobinkę mnie rozczarował. Produkty są oczywiście doskonałej jakości, cukiernia i piekarnia ma wyroby superfikuśne, ale jak dla mnie to wszystko trochę przerost formy nad treścią. Pewnie powiecie - i kto to mówi? Osoba aż do znudzenia zachwycająca się na tym blogu niuansami smaku, sposobem podania potraw i trudno dostępnymi smakołykami. Hmmm, jak to wyjaśnić – nawet ktoś tak opętany kulinarnymi rozkoszami jak ja, ma swoje limity, a może raczej swoje gusta. W tym przypadku optowałabym raczej za kameralnym sklepikiem wypchanym po sufit regionalnymi specjalnościami i niespieszną rozmową z wszystko o nich wiedzącym właścicielem, niż wizytą w superekskluzywnym i jednak nieco nadętym Fauchon.

Wyjątki z tego, co Fauchon ma nam do zaoferowania.

Zwłaszcza nieznośna jest opadająca człowieka już od progu chmara obsługi. Ja mam prosty sklepowy test - jeśli liczba ekspedientów jest większa niż liczba klientów to już od razu takiej "świątyni konsumpcji" nie lubię. Nie wiem jak wy, ale ja nie zawsze chodzę do sklepu w konkretnym celu, no chyba że na duże zwykłe spożywcze zakupy. Często moje nabytki to wpływ impulsu, spokojnego oglądania asortymentu, kuszącego wyglądu itp, itd. Ja rozumiem, że jest pewna grupa ludzi, która chodzi do Fauchon od lat kupić konkretna markę szampana, kawioru czy foie gras, ale czy tych osób jest naprawdę tak dużo? Może tak, ..... sama nie wiem. Ta moja wątpliwość odnosi się zresztą do klientów wszystkich sklepów, a szczególnie tych z ciuchami. Chyba jedynie konserwatywny w gustach facet udaje się do sklepu w celu zakupienia antracytowych wełnianych spodni rozmiar 46, z dwoma zakładkami w pasie. Ciekawa jestem jak wy kupujecie? Czy lubicie window shopping czy raczej szukacie konkretnych rzeczy, tracąc na to niezbędne minimum czasu - tak np. kupuje mój mąż ;)?

[Maciej właśnie przeczytał to co napisałam i oznajmił, że to oszczerstwa, bo on w ogóle nic nie kupuje. No więc sami rozumiecie, że ja muszę się starać za dwoje. ;) ]

Kawiorowy asortyment u Fauchona i ... wszyscy wiedzą co.

Tak mnie jakoś ten Fauchon zniechęcił, że nie kupiłam w nim nic. Mimo tej całej wiedzy, iż obsługa jest kompetentna, a produkty świetne. Lubię zwłaszcza ich przetwory typu dżemy, konfitury, chutney'e, które zresztą można dostać i u mnie w Portugalii. W sumie więc niewielka strata. Jak "niemożebnie" zapragnę czegoś od Fauchon'a to sobie to kupię w Porto u miłych państwa w sklepie Loja da Praça.


Gargulce z katedry Notre Dame w Paryżu.


Nie napisałam właściwie nic o samym Paryżu, ale ... nawet nie wiedziałabym od czego zacząć. Byliśmy tam tylko 2 dni i jak zwykle biegaliśmy jak szaleni, zachowując się czasami trochę jak wyszydzani tu często przeze mnie japońscy turyści. Pozostawiam więc Was z tymi kilkoma obrazkami powyżej. A już niedługo dwa inne Paryże - Paryż etniczny i Paryż chlebem pachnący. :)

16 komentarzy:

  1. Paris, Paris ... a tak szczerze mowiac wole rozesmianego aniola z katedry w Reims :)
    nie przepadam za stolica i jej mieszkancami, maja fatalna opinie i ciezko na nia zapracowywuja. wytrzymuje tam najwyzej trzy dni, no chyba ze mam w zanadrzu pare ciekawych wystaw. zreszta jezeli jestem to mam juz swoje ulubione miejsca zakupowo-spacerowe, ktore sie nie pokrywaja z tymi turystycznymi. po tych turystycznych miejscach najbardziej lubie spacerowac wieczorem gdy schowa sie juz dziki tlum. taki wlasnie spacer polaczony z windowshopping zrobilismy sobie podczas naszego swiatecznego pobytu, jeszcze przed nadejsciem wielkich mrozow ;) z Montparnasse do dzielnicy Grand Magasins, zeby obejrzec przygotowane ku uciesze najmlodszych wystawy z automatami. probowalam zrobic zdjecia tych samych obiektow co Ty, Wielkiego Mlyna i Wiezy w swiatecznej sukience ale gdzie mi tam do Ciebie. jakis kolorowy rozmaz mi pozostal ;)
    Moze nastepnym razem zamiast do Fauchon'a wybierz sie do Grand Epcérie, tez ekskluzywny spozywczak ale z racji wielkosci obsluga mniej sie narzuca, poza tym czesciowo jest samoobslugowy, tu ich strona http://www.lagrandeepicerie.fr/#home, oczywiscie w realu oferta sklepu jest duzo bogatsza i tez duzo mniej wyrafinowana (choc z najwyzszej polki) niz to co w boutique on-line.
    a swoja droga sam sposob prezentacji jest typowo paryski, nie francuski tylko wlasnie paryski. Paryz to panstwo w panstwie ;)
    a co do zakupow to zdaje sie jestem we frakcji Twojego meza :/ pobyt w sklepie ograniczam do niezbednego minimum i najchetniej wcale nie robilabym zakupow, juz nawet zakupy przez internet mnie mecza :( . jedynie w sklepach ogrodniczych i ze skorupami moge przesiadywac godzinami :)
    zima wraca
    pozdrawiam spod pieca

    OdpowiedzUsuń
  2. ach jeszcze mialam dorzucic anegdotke o piekarni Poilâne'a. otoz przed kazdymi Swietami i zdaje sie, ze nie tylko ustawia sie tam ogromna kolejka po chleb, zreszta nie tylko tam, widzialam ostatnio ogromny ogon do sklepiku Pierre Hermé po swiateczne slodkosci. wracajac do piekarni, zostala ona sfotografowana z takimze ogonem i zdjecie z odpowiednim podpisem ukazalo sie, w ktoryms z sowieckich dziennikow, bylo to chyba w latach 70-tych :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko, czy mogę trochę pozazdrościć? Może nie tego ziąbu, który Was przywitał, może nie tej chmary ekspedientów, ale "żywej Katedry". Tych miejsc architektonicznych, o których marzę, by ujrzeć realnie jest wiele, a katedry Notre - Dame w Reims i w Paryżu, to jedne z nich. Niestety, póki co tylko książkowe relacje tkwią w mojej głowie, więc z przyjemnością oglądam zdjęcia.
    Co do zakupów, to ja z frakcji "oglądaczy". ;-) Lubię do sklepów wchodzić nie tylko w celach czysto zakupowych, ale również po to, by oglądać. Dlatego nie cierpię być nagabywaną przez ekspedientów. Najchętniej chciałabym być niewidzialna i do woli sycić oczy, a na koniec kupić wyłowioną z czeluści perełkę. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. piękny opis jak zawsze zresztą :)
    nigdy nie byłam w Paryżu, nawet o tym nie myślałam, ale teraz mnie ten Fauchon kusi, żeby choć zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnieszko, jak zwykle uwielbiam Twoje relacje podróżnicze. Nie byłam jeszcze w Paryżu, ale w końcu tyle życia jeszcze przede mną. Fauchon znam słabo, gdyż poza ciasteczkami z migdałami nigdy nic od nich nie jadłam, ani też nie kupowałam, za to trochę czytałam. Choć uwielbiam chodzić po sklepach, wybierać, oglądać, marudzić i wybrzydzać, to nie cierpię natrętnych sprzedawców, którzy powodują tylko że od razu wychodzę ze sklepu. Nie lubię jednak tez sprzedawców zupełnie nieistniejących, niewiedzących co sprzedają. Jak zwykle sukces tkwi w umiarze :)

    No i tradycyjnie już, zakochuję się bez pamięci w Twoich zdjęciach oraz niezmiennie zazdroszczę umiejętności :) Chapeau bas!

    OdpowiedzUsuń
  6. Agnieszko! Twoje opisy są tak piękne że czytając je można sobie wyobrazić jak tam naprawdę jest .Nigdy nie byłam w Paryżu a niestety wiem,że nigdy tam nie będę więc przeczytałam Twoje wspomnienia kilka razy z łezką w oku.Pozdrawiam Cię serdecznie.Jesteś cudowną ,wspaniałą dziewczyną,żoną i mamą cudownego syna Łukasza .No i niech wszyscy wiedzą cudowną moją synową.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pozwolę sobie ze zrozumiałych względów najpierw odpowiedzieć na ostatni komentarz.;) Ja mam nadzieję, że ten Paryż nie jest wcale taki wykluczony :) Właściwie trochę nie wiem co powiedzieć, po takiej - chyba niezbyt zasłużonej - serii pochwał. :) Niezwykle mi miło. P.S Łukasz również dziękuje za komplementy, za to Maciek chodzi trochę naburmuszony, że został pominięty :)

    Leloop,z mojego młyna też jeden wielki rozmaz wyszedł właściwie. ;)
    A wiesz, że "Grand Epcérie" miałam w planach, ale po rozczarowaniu u Fauchona, zrezygnowałam. Jak widzę niesłusznie. No właśnie sposób prezentacji jest drażniąco i przesadnie wyrafinowany. Nie wiadomo czy to do jedzenia czy do oglądania. Anegdota o paryskich kolejkach znakomita. Myśmy u Poilâna nie trafili na kolejkę, ale na spory tłumek w środku. Ja pozdrawiam spod kominka, u nas od wczoraj w nocy cała furia oceanu yładowuje się chyba na naszym biednym skrawku wybrzeża. P.S. Mój mąż przesyła ukłony i serdeczności.:)

    Małgosiu, no właśnie tak się śmiesznie złożyło, że w trakcie tego naszego pobytu we Francji to właśnie katedry były jasnym punktem wycieczki. Zarówno w Strasbourgu, jak i w Reims i Paryżu. Ja już je wszystki widziałam tak z 15 lat temu i muszę przyznać, że im jestem starsza tym większe na mnie robią wrażenie. Dziecko mnie zaskoczyło pod paryską Notre Dame, bo wiedziało kto zacz Quasimodo, gdy juz chciałam go pochwalić , że oczytany on się z rozbrajającą szczerością przyznał, że wie to z jakiejś kreskówki Disneya. ;)P.S. Wreszcie ktoś z mojej frakcji poławiaczy pereł, a to jak wiadomo zajęcie wymagające czasu. :)

    Aga-aa, ten Fauchon to rzeczywiście tak jak piszesz - najbardziej sie nadaje do oglądania. ;) Dzięki za miłe słowa.

    Tilianaro, widzę że jeszcze jedna bratnia (tfu, siostrzana miało być)dusza zakupowa. Masz rację, że sprzedawcy niekompetentni i lekceważący POTRZEBUJĄCEGO ich pomocy klienta są równie irytujący. Ja prawdę mówiąc ze zdjęć z Fauchona, jestem równie mało zadowolona jak z zakupów tam. Wewnątrz nie pozwalają fotografować, robiłam więc tylko wystawy i to jeszcze w fatalnym świetle, a zapomniałam podkręcić ISO. Ale jak ktoś rotrzepany to potem musi za to płacić. :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko! Wspaniały Paryż i "uśmiech anioła",ale także wspaniały pomysł z wymianą Twojego zdjęcia ! Prosimy o to częściej!Joanna i Ryszard

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, jestem zachwycona (jak zawsze) Twoimi opisami i zdjęciami:) Pięknie piszesz:) Cudowne zdjęcie wieży Eiffe'la mnie oczarowało, jakie piękne kolory, ach! Nigdy nie byłam w Paryżu. Bardzo chciałabym tam kiedyś pojechać.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratuluje tesciowej, Agnieszko :) mnie rozbawil opis na etykiecie jednego ze specjalow Fauchon'a, jezeli dobrze odczytalam to jest to: Millefeuille de foie gras à la bettrave, czyli po naszemu (wlasnie jak przetlumaczyc millefeuille ?) przekladaniec(?) z watrobki i burakow ;)
    szkoda, ze przy okazji nie podjechaliscie dalej za Paryz, do Chartres, piekne miasteczko, katedra wiadomo no i slynna naleweczka ;). ciekawe czy w swoich podrozach zatrzymaliscie sie w miasteczku Laon, to z kolei w strone granicy z Belgia, wlasciwie "niedaleko" Reims. sliczne miasteczko na wzgorzu w ksztalcie rogala i w samym srodku katedra z charakterystycznymi wiezami, na ktorych stoja kamienne krowy naturalnej wielkosci :)
    pozdrawiam cala Rodzinke
    ps. wlasnie przed chwila spadl pierwszy snieg, padal cale trzy minuty ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Joanno i Ryszardie, cieszę się, że się ten post spodobał. :)

    Majanko, jestem pewna, że zawitasz jeszcze do Paryża i będziesz miała stamtąd jedyne w swoim rodzaju wrażenia. Te kolory to jak ładnie napisała Leloop świąteczna sukienka wieży. Na tym ujęciu nie widać, ale z drugiej strony ma jeszcze gwiazdki. Bardzo, bardzo dziekuję za jak zawsze przesympatyczny komentarz.

    Leloop, "millefeuille de foie gras à la bettrave" brzmi faktycznie znacznie lepiej niż po naszemu. :) A o pomysłowe tłumaczenie "millefeuille" to musimy poprosić chyba Beę, jak zwykle. :) W Chartes byłam, ale wieki temu. Zobaczyłabym znów te witraże. Czy ja już pisałam, że architektom i historykom sztuki zazdroszczę wiedzy i swobody z jaką podchodzą do zabytkowych budowli. A może jest w necie jakieś zbiorcze miejsce, gdzie omawiają szczegółowo każdy detal... marzyłoby mi się coś takiego( mam na myśli coś ambitniejszego od wikipedii ;) ).
    No właśnie - małe miasteczko koło Reims... Wiesz, że ja im więcej w tej Francji bywam tym bardziej mi rośnie lista pt."Koniecznie zobaczyć następnym razem". A o tym miasteczku Laon to nawet nie słyszałam, czytałam za to o jakimś kościele w tamtych okolicach (w Szampanii chyba), który miał tak bezecne gargulce, że je jacyś świętoszkowaci ludzie poobtłukiwali.

    OdpowiedzUsuń
  12. szukajac nie tak dawno "przedproza Malgosi.dz" wdepnelam na takie forum http://www.skyscrapercity.com/forumdisplay.php?s=7c20ead7cb3840b46b8564f8e36c148b&f=153. chyba nie do konca jest to o co Ci chodzi ale np. duzo jest o remontowanym Gdansku i o Toruniu (studenckie lata ;)), jak natkne sie na cos co Cie bardziej moze zainteresowac dam znac :)
    a o bezecnych gargulcach nie slyszalam ;) choc w detalach gotyckich, i nie tylko gotyckich, katedr roi sie od bezecenstw, poszukam troche zdjec ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Agnieszko bardzo ciekawa relacja no i świetna notka od Twojej Teściowej, Może uda Wam się zorganizować jej wycieczkę do Paryża? Mam podobne wrażenia z Fauchon'a, zarówno paryskiego jak i nowojorskiego. Z wierzchu wszystko ładne i prześliczne, ale na przykład w NY - obsługa fatalna. Z tego co pamiętam to w Paryżu obsługa też świetna nie była. No trudno.

    Czekam na Paryż chlebowy i etniczny. Ciekawam czy byłaś w sklepie Izrael?
    Nie wiem czy Ci kiedyś wspomniałam, że w USA można spokojnie codziennie kupić chlep z piekarni Poliane. Codziennie przylatuje ileś tam bochenków. Oczywiście sklepy, które go sprowadzają twierdzą, że chlep Poliana (niestety zmarł nie tak dawno, teraz prowadzi interes chyba córka) najlepiej smakuje na 2 dzień! My chyba wiemy jaka jest prawda.:)

    Pozdrawiam Cię serdecznie i Twoją Teściową też!
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  14. chleb, chelb. Tak się rozpędziłam z tym "p" przed Polianem, że...
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  15. Leloop, ciekawe to forum. zaczęłam się wgłębiać w wątek o polskich śladach na Białorusi. Ja szukam czegoś takiego o Francji, Hiszpanii, Włoszech itp. Jak na razie z mizernym skutkiem.
    Poszłam sprawdzić gdzie te zbereźne rzeźby były i wychodzi na to, że w bazylice w L'Épine. W/g mojego przewodnika co bardziej obsceniczne rzeźby zniszczyli XIX-wieczni purytanie. Tu link http://fr.wikipedia.org/wiki/Basilique_Notre-Dame_de_l%27%C3%89pine Nie byliśmy, bo skoro co najciekwasze zniszczone to stwierdziliśmy, że nie warto. A tak nb to przecież te rzygacze itp właśnie powinny być wstrętnymi maszkaronami, bo to przecież całe zło przed boską mocą promieniującą z kościoła tak uciekało. ;)

    Doroto, widzę że masz podobne fauchonowe wrażenia jak ja. Co do sklepu Izrael to chyba czytasz w moich myślach (vide post z 3/02).
    Nie widziałam, że poilanowski chleb mozna dość swobodnie kupić w US (pewnie raczej w szykownych sklepach w metropoliach), czytałam na jakimś amerykańskim blogu, że facet sobie zamówił bochenek Fedexem za ponad 50$ i go rodzina odsądzała od czci i wiary. Ale nie uprzedzajmy faktów - o Poilânie będzie w kolejnym poscie. :) P.S. Obie dziękujemy za pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  16. Agnieszko, ten poilanowski chleb to właśnie tak, w eleganckich sklepach w paru metropoliach. Za grube pieniądze. Zdaje się, że kiedyś widziałam cenę $40.

    Czekam na Twoje poilanowskie wrażenia! Zdjęcia są śliczne i cieszę się, że ktoś jeszcze poza mną ma tak zwanego fioła na punkcie pieprzu!
    Pozdrawiam serdecznie.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.