
Skończyły się wreszcie nasze świąteczno-noworoczne wojaże i już jesteśmy z powrotem w domciu. Chciałam serdecznie podziękować wszystkim za świąteczne i noworoczne życzenia. Szalenie mi miło, że nawet w taki czas mieliście ochotę tu zajrzeć i napisać parę słów. Jednocześnie przepraszam za brak odzewu z mojej strony, ale dość długo byłam .... odłączona od matrixa. ;) Obiecuję jednak odrobić blogowe zaległości z nawiązką.
Święta w Polsce , mimo że aura niespecjalnie dopisała (no dobrze, dobrze, posypało nam śniegiem skrzydła samolotu przed odlotem ;) ), były oczywiście fantastyczne, z najprostszego w świecie powodu - spędzaliśmy je w rodzinnym gronie. Kursowaliśmy między Gdańskiem, a wiejskim domem moich rodziców na Kaszubach. Najedliśmy się oczywiście aż do nieprzytomności, nie chcąc rozczarować dwojących się i trojących pań domu. Zresztą przy takich pysznościach, jakie lądowały co chwilę na stole, nie było to zbyt wielkie poświęcenie. ;) Powiem szczerze, że nigdzie choinka tak nie pachnie jak w Polsce i a wigilijne dania tak nie smakują jak w rodzinnym domu. Zamiast na planowaną pasterkę udaliśmy się 25 grudnia, szczękając z zimna zębami (tak, tak, okazuje się, że rozpieszcza nas ta portugalska pogoda i odwykliśmy już od słupka rtęci oscylującego wokół zera), do kościoła Św. Mikołaja, gdzie ja nastawiałam się na poruszające intelektualnie kazanie. Gdy się później zwierzyłam Maćka kuzynce, że mnie trochę dominikanie rozczarowali, okazało się, że uczestniczyliśmy we mszy dla dzieci. ;) Tak że, jak to mówią - święta, święta i po świętach.
Z Frankfurtu czekało nas jeszcze 2000km samochodem po - o dziwo bardziej mroźnej niż Polska - Francji i już znacznie przyjemniejszej temperaturowo Hiszpanii. Nie omieszkaliśmy oczywiście trochę pozwiedzać i podegustować nieco tamtejszych przysmaków. Jak uporządkuję zdjęcia to pewnie znowu Was trochę pozanudzam. Tym razem Alzacją, Paryżem i jeszcze raz Doliną Loary, gdzie witaliśmy Nowy Rok.
A na razie, żeby odreagować trochę po świątecznych frykasach i francuskiej haute cuisine, upiekłam chleb. Nie ma to jak prosto z pieca wyjęty, pachnący i rumiany bochenek.
Raczej rzadko zabieram się za chleby z dodatkiem jajek i masła. Owszem zdarza mi się to w przypadku słodkiego pieczywa, ale moje klasyczne "wytrawne" bochenki z reguły zawierają tylko wodę, mąkę, sól i drożdże w różnej postaci i konfiguracjach. Dzisiaj skusił mnie jednak przepis pochodzący z książki "Baking across America" Arthur'a L. Meyer'a, zbioru stosunkowo starych i tradycyjnych receptur amerykańskich, jak się można domyślać często przywiezionych na drugą półkulę przez emigrantów z Europy. Autor podaje jednak przepisy w nowoczesnej formie, z zastosowaniem współczesnych miar i dostępnych składników.
Przepis, który był dla mnie inspiracją (bo oczywiście musiałam go po swojemu zmodyfikować, aż przestał mieć wiele wspólnego z oryginałem) zawiera składnik niezbyt tradycyjny, o którym napisać trochę się wstydzę - mianowicie ziemniaczane purée z paczki. W swojej kuchni raczej nie stosuję takich wynalazków, ale tym razem miałam upchnięte gdzieś w spiżarni opakowanie purée, kupionego właśnie z powodu jakiegoś (już zapomnianego) przepisu chlebowego, więc postanowiłam je wykorzystać. Jeśli jednak - całkiem słusznie zresztą - uprzecie się przy naturalnych składnikach, to tylko uprzedzę , że moje purée po rozpuszczeniu w płynach było dość rzadkie. Myślę, ze 1 średni ugotowany ziemniak powinien zastąpić te 3 łyżki kartoflanych płatków.
Chleb, jak na jego składniki przystało, jest bardzo bogaty w smaku. Nie da się ukryć, że ma dodatek jajek i masła, ale nie wyczuwa się w nim za to słodkawej nuty, nietolerowanej przez moich domowników w wytrawnych wypiekach (bo beztrosko zapomniałam dodać polecanego w oryginale cukru ;) ). Chleb jest pulchny i mięciutki, ale niezbyt lekki, zachowuje też dość długo świeżość i wilgotność.

Chleb jajeczno - maślany na zakwasie z purée ziemniaczanym
3 kopiaste łyżki płatków ziemniaczanych (purée w proszku)
100ml wody
150ml mleka
150g (ok.1/2 szkl) żytniego zakwasu
35g (2 łyżki) masła, roztopionego
1 jajko, lekko roztrzepane
275g mąki pszennej 65
250g mąki pszennej 80
1 łyżeczka soli
1 i 2/3 łyżeczki drożdży
Płatki ziemniaczane rozrabiamy w gorącej wodzie i w mleku. Mieszamy z zakwasem i wlewamy do pojemnika w maszynie do chleba. Dodajemy jajko i masło, a następnie resztę suchych składników. Wyrabiamy na programie "Dough" i pozostawiamy w maszynie do końca pierwszego rośnięcia.
Po tym czasie , gdy ciasto podwoi objętość, odgazowujemy je i formujemy okrągły bochenek. Ponieważ jest dość luźne najlepiej jest pozostawić je do drugiego rośnięcia w koszyku do wyrastania chleba wyłożonym grubo posypanym mąką płócienkiem (zamiast koszyka świetnie sprawdza się durszlak ;) ). Koszyk przykrywamy i odstawiamy do ponownego podwojenia objętości, u mnie zabrało to ok. 40-45 min.
W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 240ºC. Ostrożnie obracamy ciasto i wykładamy na papier do pieczenia, nacinamy i następnie przenosimy je do piekarnika na kamień do pieczenia. Spryskujemy piekarnik i chleb wodą (kłania się niezawodny zraszacz do kwiatów) i pieczemy w opadającej temperaturze przez 30-35min (pierwsze 10 min w 240ºC, następne 10 min w 220ºC i ostatnie 10-15 min w 200ºC) .
3 kopiaste łyżki płatków ziemniaczanych (purée w proszku)
100ml wody
150ml mleka
150g (ok.1/2 szkl) żytniego zakwasu
35g (2 łyżki) masła, roztopionego
1 jajko, lekko roztrzepane
275g mąki pszennej 65
250g mąki pszennej 80
1 łyżeczka soli
1 i 2/3 łyżeczki drożdży
Płatki ziemniaczane rozrabiamy w gorącej wodzie i w mleku. Mieszamy z zakwasem i wlewamy do pojemnika w maszynie do chleba. Dodajemy jajko i masło, a następnie resztę suchych składników. Wyrabiamy na programie "Dough" i pozostawiamy w maszynie do końca pierwszego rośnięcia.
Po tym czasie , gdy ciasto podwoi objętość, odgazowujemy je i formujemy okrągły bochenek. Ponieważ jest dość luźne najlepiej jest pozostawić je do drugiego rośnięcia w koszyku do wyrastania chleba wyłożonym grubo posypanym mąką płócienkiem (zamiast koszyka świetnie sprawdza się durszlak ;) ). Koszyk przykrywamy i odstawiamy do ponownego podwojenia objętości, u mnie zabrało to ok. 40-45 min.
W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 240ºC. Ostrożnie obracamy ciasto i wykładamy na papier do pieczenia, nacinamy i następnie przenosimy je do piekarnika na kamień do pieczenia. Spryskujemy piekarnik i chleb wodą (kłania się niezawodny zraszacz do kwiatów) i pieczemy w opadającej temperaturze przez 30-35min (pierwsze 10 min w 240ºC, następne 10 min w 220ºC i ostatnie 10-15 min w 200ºC) .




32 comments: