środa, lipca 30, 2008

Lipcowa tarta



W lecie prawie każde ciasto, które piekę jest owocowe. Co prawda w Portugalii, czy lato czy zima, owoce takie jak porzeczki, maliny czy jagody są zawsze w cenie pereł. Mimo to właśnie ciepła pora roku niezmiernie zachęca mnie do wszelakich wariacji na ich temat. To chyba jeszcze "atawizm" po 30 latach mieszkania w Polsce. ;)
Potrafię zrozumieć, że drogie są tu porzeczki, które w tutejszym klimacie nie rosną i trzeba je wozić z Francji. Ponoć żeby owocować - o czym dowiedziałam się dopiero niedawno, bo dopóki tu nie zamieszkałam, jakoś mi brak porzeczek nie spędzał w nocy snu z powiek - krzaczki potrzebują ujemnych temperatur w okresie spoczynku. Ceny jednak możliwych do hodowania tutaj malin czy jeżyn są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. No cóż, jest jak jest, w każdym razie honorowy tytuł ciasta milionera powinien przysługiwać tu u nas wypiekom z w/w dodatkami (a nie z karmelem i czekoladą jak to bywa w innych zakątkach świata).

U nas dzisiaj było więc na deser takie "luksusowe" ciasto. Pomysł na tartę wziął się stąd, że wydawało mi się zupełnie nieprzyzwoitym takie szczególne owoce ot tak sobie po prostu zjeść. Nie chciałam ich również poddawać żadnej obróbce zmieniającej kształt lub smak. Padło więc na dosyć elegancką, ale za tą niezwykle łatwą do przygotowania tartę, w której świeże owoce są właściwie tylko ozdobą. Przepis na krem został wymyślony naprędce po szybkim "scanningu" lodówki i spiżarni. Gwarantuję, że jest lekki i puszysty i znakomicie się czuje w towarzystwie migdałowego spodu i soczystych owoców. Moja dzisiejsza tarta ma jeszcze jedną miłą cechę - piecze się ją jedynie przez 10 min, co w upalnym lipcu jest poważną zaletą.


Tarta limonkowa z malinami i porzeczkami

foremka do tarty o średnicy 27cm

Spód:
100g herbatników typu Petite Beurre (w Portugalii bolacha Maria)
50g g mielonych migdałów
60g roztopionego masła

Masa:
200g kremowego serka typu Philadelphia
1 op. galaretki limonkowej lub cytrynowej
500 ml 35% śmietanki kremówki
1 op. cukru waniliowego
sok z 1/2 limonki

Galaretkę rozpuścić w 250ml wrzącej wody i odstawić do ostygnięcia. Herbatniki pokruszyć drobno w malakserze, dodać zmielone migdały i masło, dobrze wymieszać i powstałą masą wyłożyć ściśle spód i brzegi formy do tarty, pomagając sobie dnem szklanki. Piec przez 10 min w piekarniku nagrzanym do 160ºC. Wyjąć i zostawić w formie do wystudzenia. Do serka powoli wlewać zimną galaretkę i sok z limonki i dokładnie wymieszać trzepaczką na gładką masę. Śmietankę ubić na sztywno z cukrem waniliowym, wmieszać ją ostrożnie do masy serowo-galaretkowej. Wstawić masę do lodówki, gdy lekko zgęstnieje wyłożyć ją na zimny spód. Ozdobić malinami i ew. porzeczkami. Ponownie wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.


sobota, lipca 26, 2008

Polędwiczki wieprzowe po hiszpańsku, olé!



Kuchnia hiszpańska potrafi zaskakiwać. Tak na plus, jak i na minus.
Z minusów to ja - mimo wielokrotnych wizyt u naszych wschodnich sąsiadów - do dzisiaj zastanawiam się gdzie to ludzie jadają te wykwintne i okrzyczane tapas, o których pieje każde wydawnictwo na temat iberyjskiej kuchni. To, co ja widuję w barach to są w 90% przypadków: oliwki, orzeszki i królujące wszędzie kanapki (głównie z iberyjskimi kiełbasami, przyprawiającym mnie o dreszcz obrzydzenia niestety). Już szczytem wykwintności są tortille lub patatas bravas.

Ale może to wynika z tego, że ja się boję hiszpańskich kelnerów i barmanów. :) Dlaczego? Bo są - delikatnie mówiąc - nieco opryskliwi, nie pozwalają się człowiekowi spokojnie zastanowić i są szalenie mało elastyczni jeśli chodzi o ewentualne drobne modyfikacje w zamówieniu. Jeśli danie ma jako dodatek ziemniaki, to można paść na kolana, a i tak się nie dostanie ryżu. Generalnie szef kuchni i kelner znają i podają jedynie słuszne kompozycje smakowe, możesz sobie być alergikiem czy wegetarianinem, a i tak dostaniesz dokładnie to co figuruje w karcie. Możliwe więc, że mój brak umiejętności radzenia sobie z obsługą w hiszpańskich barach powoduje, że nie dostaję tych przeróżnych maleńkich cymesów, z których ponoć słynie tamtejsza kuchnia. Pocieszam się jednak, że nie ja jedna mam takie doświadczenia - Richard Sterlin i Allison Jones, autorzy kulinarnego przewodnika po Hiszpanii ze znakomitej serii Lonely Planet World Food, co chwilę nas raczą zabawnymi anegdotami na ten sam temat.

Przejdźmy jednak wreszcie do plusów tej iberyjskiej kuchni. Tak, tak są i plusy i to poważne!! Należą do nich niewątpliwie zimne zupy - gazpacho, salmorejo czy czosnkowo-migdałowa z winogronami - wszystkie są genialne. Owoce morza nawet w półpustynnej Kastylii są wyśmienite, ale to głównie zasługa galicyjskich rybaków i niezawodnego oraz błyskawicznego transportu. Bo w przypadku owoców morza, gdy mamy świetnej jakości składniki to już więcej niż połowa sukcesu. Wystarczy ich jedynie nie męczyć zbytnio w kuchni i nie zabić ich smaku nadmiarem przypraw.

Nieźle też radzą sobie Hiszpanie z mięsem. Znalazłam niedawno przepis, który po niewielkich modyfikacjach przypomniał mi potrawę jedzoną na kolacji pod gołym lipcowym niebem w Salamance dokładnie na wprost tamtejszej niezapomnianej katedry, z wyzłoconego kastylijskim słońcem piaskowca (nie na darmo inna nazwa Salamanki to La Ciudad Dorada czyli Złote Miasto). Te delikatne wieprzowe polędwiczki polane są bardzo śródziemnomorskim sosem. Bo cóż może być bardziej mediterranico niż połączenie oliwek, kaparów, czosnku i suszonych pomidorów ze złotozieloną hiszpańską oliwą Arbequina.





Salamanca to La Ciudad Dorada czyli Złote Miasto. Plaza Mayor.




Polędwiczki wieprzowe po hiszpańsku

Sos:
1 kopiasta łyżka musztardy
1 duży ząbek czosnku, zmiażdżony
1 kopiasta łyżka odsączonych kaparów
8 oliwek nadziewanych czosnkiem, pokrojonych w plasterki
1 suszony pomidor pokrojony w drobną kostkę (opcjonalnie)
1 kopiasta łyżka posiekanej natki pietruszki
sok i skórka starta z 1 cytryny
20 ml oliwy extra virgin, najlepiej z oliwek odmiany Arbequina
40ml ciepłej wody

polędwiczki wieprzowe o wadze w sumie ok. 350g
1 łyżka oliwy extra virgin

Sos:
Wymieszać ze sobą dokładnie wszystkie składniki sosu.

Nagrzać piekarnik do 200ºC. Polędwiczkę obsmażyć na oliwie po 5 min z każdej strony. Włożyć do nagrzanego piekarnika i piec do miękkości przez 15-20min. Wyjąć z piekarnika, odstawić na 5 min. Kroić w plastry i polewać sosem.

poniedziałek, lipca 21, 2008

Lodowe lizaki dla ochłody




Tegoroczne upały chyba nigdy tu u nas się nie skończą. Nie tam, żebym ja na nie szczególnie narzekała, bo bardzo kocham ciepełko. Jestem szeroko znana wśród rodziny i znajomych jako największy zmarźlak wszechczasów, tak że żaden skwar mi nie straszny. Nie znaczy to jednak, że przepadam za słońcem - plażuje mi się najmilej w obszernym cieniu parasola lub jeszcze lepiej dużej palmy. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że upał wpływa na mój apetyt i jedyne o czym mogę z przyjemnością myśleć przy temperaturach powyżej 30ºC to lekkie sałatki, napoje i lody.
Te ostatnie też raczej nie z gatunku kremowych i śmietankowych, ale raczej owocowych, a najlepiej w stylu sorbetu. Muszę wyznać, że ten lipcowy upał przywrócił mi pamięć i przypomniałam sobie o śmiesznym stojaczku do robienia lodów na patyku, który kupiłam kilka lat temu. Ze wstydem się przyznam, że od czasu zakupu kurzył się w kąciku na półce w spiżarni, a ja właściwie nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia. Kupiłam go, bo nie mogłam już patrzeć, jak mój drogi synalek latem w każdej lodziarni zaopatrywał się w wodniste lody w neonowych kolorach. Można tylko się domyślać jakich pyszności są one pełne, widząc jak języki dzieci je konsumujących nabierają tej samej "żarówiastej" barwy. Łukaszowi jednak zmieniły się gusta i przeszedł na lody waniliowe i truskawkowe, a ja zapomniałam o moim nabytku i dobrych chęciach do produkcji domowych lodów dla ochłody. Przypomniałam sobie o tym wszystkim wczoraj przeglądając lipcowy numer brytyjskiego czasopisma "Good Food"i postanowiłam natychmiast odkurzyć to ustrojstwo.Przepis na lodowe lizaki jest bardzo prosty, ja go jednak nieco zmodyfikowałam. Przede wszystkim zmniejszyłam ilość cukru i wody, bo wydały mi się trochę przesadzone i dla prostoty, a przede wszystkim ze względu na upał, zrezygnowałam z polewania gotowych lodów białą czekoladą i posypywania kolorowymi groszkami. Uprościłam też trochę wykonanie - nie bawiłam się w przecieranie zmiksowanych truskawek przez sitko, za to z cytryny otarłam skórkę i wycisnęłam sok (zamiast, o zgrozo wrzucić całą cytrynę ze skórą do miksera, co uważam za kompletnie poroniony pomysł; jestem przekonana, że to posunięcie jedynie dodałoby goryczy z albedo do smaku lodów; przepis jest jednak dedykowany dzieciom stawiającym pierwsze kroki w kuchni, więc może stąd to mikserowe ułatwienie ;) ). Ta drobniutko starta skórka cytrynowa jest bardzo ważnym dodatkiem, nadaje lodom świetnej cytrusowej świeżości i znakomicie współgra ze smakiem truskawek.


Lodowe lizaki truskawkowe

450g truskawek
70-100g cukru (ilość proponuję regulować w/g własnego gustu, ja dałam 70g)
200ml źródlanej wody
skórka otarta z 1 cytryny (dobrze wyszorowanej i sparzonej)
sok z 1/2 cytryny
sok z 1/2 limonki (można zamiast niego użyć tylko soku z cytryny)
300g serka homogenizowanego o smaku truskawkowym

Miksujemy ze sobą wszystkie składniki w blenderze. Nalewamy do foremek na lody (prawie do pełna) i mrozimy w zamrażalniku minimum przez 5godz.




piątek, lipca 18, 2008

Marokański sposób na upał


U nas od ostatniego weekendu trwają upały. Temperatura oscyluje wokół 30ºC, na szczęście chłodzi nas tutaj troszeczkę życiodajna atlantycka bryza. Z powodu gorąca nie będzie dzisiaj ani słowa o jedzeniu ...za to sporo o piciu.

Miętowa herbata to chyba narodowy napój Marokańczyków, nosi też czasem nazwę herbaty Tuaregów. Piją ją do posiłków, do posiłkach i między posiłkami. Mimo, że zwyczaj picia tego napoju wydaje się być tak wrośnięty w marokańską kulturę, nie jest wcale taki znów starodawny - pochodzi bowiem z XVIII wieku.

Co zawsze mnie trochę zdumiewało, gorąca i mocno słodka herbata świetnie gasi pragnienie w północnoafrykańskim upale. Gdy włóczyliśmy się parę lat temu po Marakeszu na każdym rogu ulicy widzieliśmy wózki wypełnione po brzegi świeżą i orzeźwiająco aromatyczną miętą gotową do wrzucenia do herbaty. Inny obrazek to mężczyźni popijający miętową herbatę w kawiarniach, w drzwiach domów, czy w sklepach (przy niej zresztą dobija się targu przy jakichś większych zakupach, np. pięknych marokańskich dywanów). Ponoć zresztą tak jak gotowanie jest w arabskiej kulturze zajęciem kobiecym - ceremonia parzenia miętowej herbaty to dla odmiany męska specjalność. Żeby nie obrazić marokańskiego gospodarza należy jej wypić minimum 2 szklaneczki, co zresztą nie powinno stanowić raczej wielkiego poświęcenia ze strony gościa. ;)

Delektowanie się tą herbatą kojarzy mi się z chwilą wytchnienia od półpustynnego skwaru gór Atlas i męczącego zgiełku arabskiego miasta. Samo przyrządzanie tego napoju jest banalnie proste. Potrzebujemy bardzo niewielu składników - chińskiej zielonej herbaty typu gunpowder, świeżej mięty (gatunku Mentha spicata) i dobrej, najlepiej źródlanej wody. Aaa zapomniałabym - nieodzowny jest cukier, przeciwko czemu się długo burzyłam, ale w końcu skapitulowałam i pokornie uznałam konieczność posłodzenia tej herbaty. Najlepszy byłby cukier w sporych stożkach, powszechnie dostępny w Maroku, sprzedawany na wagę i zawijany w papier. Kruszy się go na kawałki i dodaje potrzebną ilość do herbaty. Równie dobrze jednak sprawdza się cukier w kostkach. Miętową herbatę w Maroku podaje się zresztą zwykle już posłodzoną - cukru dodaje się już podczas jej zaparzania. Ja jednak odstępuję od tej reguły, bo przecież każdy z nas lubi inną dawkę, a czasem i inny rodzaj słodyczy.

Co do parzenia to istnieją różne szkoły - pan sprzedający mi imbryk do herbaty w medinie w Marakeszu kazał mi zieloną herbatę po zalaniu wrzątkiem koniecznie jeszcze zagotować z dodatkiem mięty. Książki traktujące o kuchni marokańskiej zwykle jednak pozostają przy klasycznym sposobie zwyczajnego parzenia, bez zagotowania. Próbowałam obu metod i chyba preferuję ten drugi sposób. Zagotowana zielona herbata ma jak dla mnie zbyt dużo goryczki i intensywny taninowy posmak.

Sposób podawania jest uświęcony tradycją - potrzebujemy małych szklaneczek (malowanych lub pięknie grawerowanych), metalowego imbryka i umiejętności nalewania herbaty z bardzo wysoka, tak żeby uzyskać trochę pianki na powierzchni napoju. Ja tej ostatniej umiejętności nie zdołałam niestety opanować, co widać na załączonym obrazku.


Marokańska miętowa herbata

2 łyżeczki zielonej chińskiej herbaty gunpowder
pęczek świeżej mięty (co najmniej 4-5 gałązek)
dobra woda źródlana
stożek cukru lub cukier w kostkach

Zagotowujemy wodę. Przelewamy odrobiną wrzątku imbryk do herbaty. Wodę wylewamy. Wsypujemy do ogrzanego dzbanka zieloną herbatę i zalewamy 1/2 szkl wrzątku (listki herbaty mają tylko zmięknąć i oddać do wody goryczkę), po ok. 1min. tę wodę również ostrożnie wylewamy, ale tak aby herbata pozostała w dzbanku. Teraz zalewamy herbatę 1l zagotowanej wcześniej wody, dodajemy gałązki zgniecionej w rękach mięty (to bardzo ważne, tak wydobywamy cały miętowy aromat) i zamykamy imbryk przykrywką. Po ok. 5 min można podawać herbatę. Tradycyjnie cukier dodaje się do herbaty już w czasie parzenia.

piątek, lipca 11, 2008

Japońska miska pełna smakowitości



Ja chyba nie jestem typową wielbicielką japońskiej kuchni. Mam wrażenie, że prawdziwy jej znawca musi wielbić sushi. Ja je owszem mogę zjeść, uważam, że jest całkiem smaczne, ale nie popadam w delirium zachwytu na jego punkcie. I nie jest to kwestia tego, że odstarszaja mnie surowe ryby czy owoce morza. Mój problem jest zupełnie innej natury. Ponoć 1 sztuka sushi jest na 1 kęs i powinna być zawsze jedzona w całości. Nie wiem jak ludzie sobie z tym radzą - dla mnie jest to totalnie niemożliwe. W czasie naszego zeszłorocznego rejsu po Karaibach poszliśmy na statku na prezentację wykonania sushi przez japońskich mistrzów, zakończoną degustacją wykonanych przez nich małych jadalnych dzieł sztuki. Jak mniemam wszystko, również wielkość sushi, była zgodna z tradycyjnymi prawidłami. A ja i tak - jak zwykle - nie potrafiłam ich poprawnie zjeść. :) Jedna porcją sushi moim zdaniem można się tylko udławić, mi w każdym razie, gdy próbuję je przełknąć oczy wręcz wychodzą z orbit. Gdy zaś próbuję je niezgodnie z zasadami podzielić na 2 kęsy, oczywiście nie jestem w stanie przedrzeć się zębami przez warstwę alg. Nie wiem z czego to się bierze, może to zatykające działanie ryżu, a może powodem jest to, że ja lubię od zawsze delektować się wszystkim w naprawdę maleńkich kąskach. I chyba miałam zakodowane to w genach, bo gdy obserwuję moje dziecko jedzące swój ukochany kisiel nabierając go na czubek łyżeczki, to jakbym obserwowała samą siebie.

Wracając do kuchni japońskiej to na szczęście ma ona do zaproponowania oprócz słynnego sushi jeszcze dużo innych smakowitości. Nie pamiętam, czy już tu wspominałam, że podczas jednego z pobytów w Londynie zakochaliśmy się w smakołykach sieci restauracji Wagamama. Niektórzy mówią, że to właściwie japoński fast food, oparty głównie na tzw. bowl food, czyli jedzeniu podawanym w miseczkach (w przypadku Wagamama słuszniej by chyba było powiedzieć - w michach). Są to głównie dania z "noodles" i ryżem oraz sporo pysznych zup. Naprawdę bardzo je polecam, zwłaszcza, że restauracje usytuowane są w dość newralgicznych turystycznie punktach Londynu (my bywamy zwykle w tej obok British Museum). Wagamama tak polubiliśmy, że zakupiłam nawet ich książkę, z towarzyszącą jej płytą DVD demonstrująca niektóre stosowane tam techniki kulinarne.

Dzisiaj jednak moja japońszczyzna nie pochodzi z Wagamama, choć wygląda jakby była prosto stamtąd. Znalazłam przepyszne danie w zbiorze "Best American Recipes 2000". Przepis jest tradycyjnie znakomity, jak na tę serię książek przystało. Wspominałam już tu nie jeden raz, że wydawcy wnikliwie poszukują, we wszelkich dostępnych źródłach, przepisów, które w danym roku są "naj- naj" i oszczędzają nam wiele zachodu dzieląc się swoimi odkryciami we wspomnianych książkach. Przyznam, że jeszcze nigdy się na ich propozycjach nie zawiodłam, a korzystam z nich bardzo intensywnie. Dzisiaj jednak zmieniłam nieco proporcje - mimo, że autorzy upierają się, że tak jest dobrze, dla mnie sosu sojowego i sake było jednak w przepisie zbyt dużo (może to zależy od rodzaju użytego sosu i gatunku sake). Zapraszam więc na miskę japońskich smakowitości podawaną w nowojorskiej restauracji pani Lynne Aronson o wdzięcznej nazwie "Lola Bowla"



Japońska miska pełna smakowitości

6 szkl wody
2/3 szkl sosu sojowego
2/3 szkl mirin
2/3 szkl sake
350g makaronu soba z mąki gryczanej
500g piersi kurczaka
1 cebula pokrojona w półplasterki
6 dużych krewetek (jumbo shrimp albo tiger shrimp) w skorupkach
szczypta przyprawy shichimi togarashi
3 łyżki grubo posiekanej dymki
400g świeżego szpinaku (mogą być też całe listki mrożonego)

Do przyprawienia już w misce:
olej z prażonego sezamu (toasted sesame seed oil)
olej chili
sok świeżo wyciśnięty z cytryny
przyprawa shichimi togarashi
szczypiorek pokrojony w 3 cm kawałki
prażone ziarenka białego i czarnego sezamu


Wodę, sos sojowy, mirin i sake wlewamy do dużego garnka, doprowadzamy do wrzenia i na małym ogniu gotujemy 30 min. Szpinak blanszujemy prze 1 min w dużej ilości wrzącej wody. Osączamy i natychmiast wrzucamy do garnka z lodowato zimną wodą. Ponownie osączamy i zostawiamy w sitku do odcieknięcia (szpinak i wywar sojowy można przygotować dzień wcześniej). Piersi kurczaka kroimy w cienkie plasterki na skos. Krewetki obieramy ze skorupek, zostawiając tylko ogonki, usuwamy jelito. Makaron gotujemy w osolonej wodzie. Do wrzącego wywaru sojowego dodajemy cebulę, plastry kurczaka i krewetki. Gotujemy ok. 6-10min (nie za długo, żeby krewetki nie były twarde; generalnie im większe krewetki tym dłuższy czas gotowania). Pod koniec gotowania dokładamy dymkę.

Do miseczek nakładamy makaron, porcje szpinaku, mięso kurczaka i krewetki. Zalewamy dowolną ilością gorącego wywaru. Ozdabiamy szczypiorkiem, sezamem i doprawiamy toragashi, olejem sezamowym, sokiem z cytryny i olejem chili.

piątek, lipca 04, 2008

Marcepanowo-twarożkowe ciasto z kremem i morelami



Morele to jedne z moich ulubionych owoców. Przepadam za suszonymi, nie pogardzę nawet tymi w puszce, ale oczywiście najbardziej lubię świeże. Nie ma nic lepszego niż te dojrzałe, aromatyczne złoto-pomarańczowe owoce. Niestety sezon na nie trwa jakoś krótko i wielbiciele moreli muszą się pilnować, żeby nie przegapić okazji na ich skosztowanie. Ja gdy tylko zauważę je na straganie, natychmiast kupuję. Przez pierwsze dni zajadam się zwyczajnie świeżymi owocami bez żadnych dodatków. Póżniej przychodzi pora na desery i wypieki, a nawet przetwory (nie ma większej delicji niż domowy dżem z moreli, a ten zapach w kuchni i okolicach w czasie smażenia, mmm... po prostu bajka).

Dzisiaj skusiłam się na nowe ciasto z morelami. Zwykle piekę to, które łączy w sobie walory mąki razowej i pysznych owoców, ale ostatnio chodzą za mną ciasta z kremem i dzisiejszy przepis spełniał tę moją zachciankę. Delikatna budyniowo-śmietanowa masa w tym cieście jest zapiekana, ale pobyt w piekarniku tylko dodaje jej smaku. Spód ciasta jest twarogowo-olejowy zdodatkiem marcepanu, za to nie zawiera w sobie jajek, wychodzi przyjemnie wilgotny. Summa summarum ciasto nie jest zbyt słodkie, raczej orzeźwiające dzięki kwaskowatym morelom i przyjemnie kremowe, co jest z kolei zasługą budyniowo-śmietankowej warstwy. Kto lubi słodsze wypieki zawsze może sobie ciasto polukrować. Można je oczywiście robić poza sezonem morelowym, używając owoców z puszki, wtedy jednak proponuję nie posypywać ich cukrem, ani nie polewać lukrem, bo smae w sobie sa już wystarczająco słodkie. Oryginalny przepis pochodzi z książki "Dr. Oetker Blechkuchen von A-Z", ale tak składniki ciasta jak i wykonanie zostało poddane dość gruntownym modyfikacjom.

Marcepanowo-twarożkowe ciasto z kremem i morelami

forma 35x35cm lub 2 mniejsze

Krem:
2 op. budyniu waniliowego
100g cukru
1 op. cukru waniliowego
750ml mleka
500g creme fraiche lub gęstej tłustej lekko kwaśnej śmietany (w oryginale był niemiecki schmand)

Ciasto:
300g mąki
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
75g cukru
1 op. cukru waniliowego
szczypta soli
100g masy marcepanowej startej na tarce

150g chudego gęstego twarożku homogenizowanego (niemiecki magerquark)
100ml mleka
100ml oleju

Na wierzch:
1kg moreli, wypestkowanych i pokrojonych na ćwiartki
75g posiekanych migdałów
4 łyżki brązowego cukru lub lukier utarty ze 100g cukru pudru i 1 łyżki soku cytrynowego


Krem:
Zagotowujemy 500ml mleka z cukrem i cukrem waniliowym. Budynie rozprowadzamy w pozostałych 250ml mleka, dodajemy do wrzącego się mleka i gotujemy aż otrzymamy gęsty budyń. Masę studzimy do temperatury pokojowej przykrytą przezroczysta folią (folia ma dotykać powierzchni kremu, wtedy unikniemy tworzenia się skórki w trakcie stygnięcia budyniu). Zimny budyń mieszamy z creme fraiche.

Ciasto:
Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Mąkę przesiewamy z proszkiem i solą. Dodajemy cukier i cukier waniliowy. Szybko miksujemy z twarożkiem, mlekiem i olejem (robimy to krótko, najwyżej 1 min.) Ciastem wylepiamy cienko dno wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą formy. Pomagamy sobie zwilżonymi wodą dłońmi.

Na ciasto wykładamy krem, a na nim układamy ćwiartki moreli. Posypujemy je posiekanymi migdałami i cukrem (jeśli zamierzamy użyć lukru omijamy cukier, a lukrujemy dopiero po upieczeniu i wystudzeniu ciasta). Pieczemy przez ok. 50-60 min. Jeżeli mamy jakieś zastrzeżenia do równomierności pieczenia przez nasz piekarnik warto użyć termoobiegu, żeby mieć pewność iż spodnia warstwa ciasta dopiecze się w środkowej części blaszki lub piec ciasto w 2 mniejszych formach.