środa, stycznia 30, 2008

Zimowe ciasto pani Ćwierczakiewiczowej


Robiłam już eksperymenty z ciastami z mąki gryczanej i do dzisiaj były one bardzo nieudane. Szczególnie ubodła mnie klęska z bretońskim ciastem z dotychczas niezawodnej książki "Home Baking". Tak potwornego zakalca już dawno nie wyprodukowałam.

Dzisiaj jednak - choć miałam duże wątpliwości i obawy wobec dotychczasowych doświadczeń - odniosłam sukces. Dzięki komu? Dzięki starej, dobrej Lucynie Ćwierciakiewiczowej i nowo wydanej kompilacji jej przepisów "Kuchnia Lucyny Ćwierczakiewiczowej: Wypieki". To właśnie z jej receptury udało mi się dziś wyprodukować puszyste i wilgotne ciasto li i jedynie z mąki gryczanej. Ja z obawy przed kolejnym niepowodzeniem dodałam jednak ociupinę proszku do pieczenia, o którym autorka nie wspomina. Dodatkowym atutem przepisu jest obecność zmielonych migdałów, świetnie się komponujących z lekko orzechowym smakiem mąki gryczanej. Wyszło z tego zimowe w nastroju, staropolskie ciasto.

Książka jest reklamowana jako"tradycyjne przepisy w nowej formie" i rzeczywiście nie ma tam już łutów, funtów i kop jaj, a trochę bardziej nowoczesne miary. Szkoda tylko, że pani Joanna Baranowska, która wybrała i opracowała przepisy nie pokusiła się również o ich wypróbowanie. Bo wtedy niewątpliwie nie wahałaby się wpisać tak banalnych informacji jak temperatura i czas pieczenia. Z tego powodu poruszamy się w książce trochę po omacku i nieco ryzykujemy, odważając się na wykonanie którejś z receptur. Ale jest jeden plus tej sytuacji - mogę ze spokojem twierdzić, że sposób wykonania ciasta jest tu mojego autorstwa. :)

Tort gryczano-migdałowy w/g Lucyny Ćwierczakiewiczowej

tortownica o średnicy 22-24cm

Ciasto:
4 jajka

200g cukru pudru

200g stopionego masła

100g drobno zmielonych migdałów

150g mąki gryczanej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 op. cukru waniliowego


Do przełożenia:

200g marmolady morelowej lub pomarańczowej

1 łyżka soku z cytryny


Lukier:

100g cukru pudru

3 łyżki soku z cytryny

kilka suszonych moreli do ozdoby

masło i bułka tarta do wysypania tortownicy


Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Wierzch i boki tortownicy smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą. Jajka ubijamy z cukrem i cukrem waniliowym. Dodajemy stopione masło, migdały, a następnie stopniowo na niskich obrotach miksera mąkę gryczana wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Przekładamy masę do tortownicy i pieczemy ok. 40-45min, aż wierzch się zezłoci, a patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy. Wyjmujemy ciasto i studzimy.

Kroimy upieczone ciasto na 2 części i smarujemy dolną warstwę
marmoladą, podgrzaną z sokiem cytrynowym . Kładziemy na wierzch drugą część ciasta. Ucieramy składniki lukru i polewamy nim wierzch ciasta. Możemy przyozdobić lukier pokrojonymi w paski suszonymi morelami i orzechami.

sobota, stycznia 26, 2008

Małe co nieco czyli francuskie grzanki z bryndzą


Co zrobić z bryndzą, której kupiło się wielką kilogramową puszkę??? Dodam, że jest to bryndza trochę różniąca się smakiem i wyglądem od polskiej. Produkowana jest na Ukrainie (oczywiście zakupiona w ukraińskim sklepie dostarczającym mi zbliżone do polskich rarytasy, gdzie przy okazji przedświątecznych zakupów wypatrzyłam ten ser), konsystencję ma gładszą i bardziej kremową niż nasza bryndza. Moim zdaniem smakowo jest ona czymś pomiędzy grecką fetą i polską bryndzą. Zrobiłam już z nią makaron, ruskie pierogi , a w puszce ciągle dna nie widać.

Szczęśliwie natknęłam się na fajną przekąskę w zeszłorocznym majowym numerze "Kuchni". Takie przaśne, góralskie tosty, ale trochę w amerykańskim stylu. Dlaczego w amerykańskim? Ponieważ sposób ich przygotowania do złudzenia przypomina robienie słynnego przysmaku śniadaniowego zza wielkiej wody pod niezbyt amerykańską nazwą"french toasts". To dobry pomysł na lekką kolację, gdy nic nam się nie chce, a z głowy wyparowały wszystkie pomysły i koncepcje na błyskawiczne dania (o rany, jak mi się to często zdarza...). Krótko mówiąc, mamy rozwiązanie problemu, gdy przychodzi nasze nastoletnie dziecko, któremu ostatnio ogromnie dopisuje apetyt i oznajmia :
"-Mamo, jestem głodny!!!"
-A co byś zjadł?"
-Sam nie wiem, ty mi powiedz."

Mój mąż twierdzi, że wyjątkowo dobrze te grzanki komponują się z kuflem zimnego piwa i meczem portugalskiej ligii w TV. Łukaszowi bardziej przypadły do gustu z sałatką pomidorową i grą komputerową. Ja je zajadam pisząc tego posta. ;)

Tosty z bryndzą

4 tosty


8 kromek chleba tostowego najlepiej pełnoziarnistego

ok. 100-150g bryndzy

mąka do obtoczenia chleba

1 duże jajko

1/4 szkl mleka

sól i pieprz do smaku
masło do smażenia


Smarujemy grubo 4 kromki chleba bryndzą (im więcej tym lepiej, ale bez przesady, żeby nie wypłynęła bokiem przy smażeniu), nakrywamy je pozostałymi kromkami. Na płaskich talerzykach przygotowujemy: mąkę oraz jajka roztrzepane z mlekiem, solą i pieprzem. Obtaczamy złożone kromki z obu stron najpierw w mące, a następnie moczymy w jajkach i natychmiast smażymy na patelni na rozgrzanym maśle. Możemy osączyć na papierowych ręcznikach po usmażeniu.

poniedziałek, stycznia 21, 2008

Bolo de iogurte czyli międzynarodowe ciasto jogurtowe

Portugalskie słodycze , z małymi chlubnymi wyjątkami, nie są tym co polskie misie lubią najbardziej. Odnoszę zawsze nieodparte wrażenie, że składają się głównie z kopy jaj i kilogramów cukru. Dodatkowo często gęsto ozdabia się je wściekle żółtymi kremowymi niteczkami nazywanymi fios de ovos, które , no jakżeby inaczej, składają się li i jedynie z cukru i jajek. Jak już wspomniałam zdarzają się jednak odstępstwa od reguły - bardzo mocnym punktem luzytańskich kulinariów są zwłaszcza świetne desery i ciasta bez pieczenia (jak bolo de bolacha czy semifrio), bardzo słynne i smakowite są pasteis de nata (zwłaszcza te kupowane w kultowej wręcz cukierni pod klasztorem Hieronimitów w Lisbonie). Na kolejne jadalne ciastka - bolos de arroz już tu podawałam nawet przepis.

Dzisiejsze ciasto też jest smaczne, delikatne i wilgotne. W Portugalii i Hiszpanii jest bardzo popularne. W Polsce zresztą ten wypiek też jest znany - w słowiańskiej wersji składniki o ile się nie mylę odmierzało się pojemniczkiem od jogurtu. Przepis znalazłam na opakowaniu od portugalskiej mąki i z braku lepszego pomysłu na szybkie ciasto postanowiłam rach ciach je wypróbować. Jak każdy wręcz portugalski wypiek wymagało jednak jednego podstawowego zabiegu uzdatniającego je dla polskiego podniebienia - mianowicie zmniejszenia ilości cukru o 1/3. To jest takie ciasto kręcone jedna ręką i na jednej nodze. ;) Jeśli ktoś ma dziś ochotę na coś nieskomplikowanego na podwieczorek to serdecznie zapraszam.

Bolo de iogurte

3 jajka
180g cukru
125g jogurtu naturalnego

1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

50g masła (bardzo miękkiego lub roztopionego)

250g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia


Piekarnik nagrzać do 180ºC. Jajka ubić z cukrem na jasnokremową masę. Dodać masło, jogurt i ekstrakt waniliowy nadal ubijając mikserem. Na niskich obrotach miksera dodać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Wlać ciasto do przygotowanej formy i piec przez ok. 40-45min lub aż patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy.

piątek, stycznia 18, 2008

Sałatka na ciepło z brązowego ryżu i soczewicy



Gdy przygotowuję na obiad czy kolację wegetariańskie dania zawsze mam poczucie misji. Misji dostarczenia jak największej ilości witamin, minerałów, błonnika i innych substancji wysławianych pod niebiosa przez dietetyków różnej maści. Mój bardzo mięsożerny syn zostaje postawiony tak ze 3 razy w tygodniu przed faktem dokonanym. Nie ma mięska i trzeba się zapychać warzywkami. A że tymi ostatnimi dość trudno to zrobić, więc trzeba zjeść ich dużo. I właśnie w tym tkwi mój niecny podstęp. Dużo warzyw to dużo zdrowia.

Jako wegetariańskie zapychacze dobrze się sprawdzają podawane na ciepło sałatki. W tej dzisiejszej tylko część warzyw jest duszona, zresztą nie za długo. Reszta dodawana jest do ciepłych składników na surowo, tym sposobem nie pozbawiamy się tego, co w jarzynach najwartościowsze. Bardzo lubianym przez nas dodatkiem jest francuska ciemnozielona soczewica du Puy. Gotuje się szybko i ozdabia sałatkę małymi ziarenkami. Pochodzi z Le Puy-en-Velay w Owerni w środkowej Francji.


Sałatka na ciepło z brązowego ryżu i soczewicy

180g brązowego ryżu
2 łyżki oliwy extra virgin
1 czerwona cebula pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
2 średnie marchewki pokrojone w półplasterki
2 gałązki selera naciowego pokrojone w plasterki
130g soczewicy du puy
1 i 1/2 szkl bulionu warzywnego
2 pomidory bez skórki, pokrojone w kostkę
3 łyżki drobno posiekanych listków mięty
2 łyżki drobno posiekanej natki pietruszki
100g liści świeżego szpinaku
2 łyżki uprażonych orzeszków piniowych

Sos:
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki octu balsamicznego
3 łyżki oliwy extra virgin
sól i pieprz do smaku

Gotujemy ryż do miękkości. Na głębokiej patelni rozgrzewamy oliwę i smażymy na niej przez ok. 5 min. cebulę, czosnek, marchewkę i seler. Dodajemy opłukana soczewicę, zalewamy gorącym bulionem i dusimy do miękkości soczewicy pod przykryciem (ok. 20 min). Zdejmujemy z ognia, dodajemy ryż, pomidory, miętę, natkę, szpinak i orzeszki. Miksujemy ze sobą składniki sosu, zalewamy nim sałatkę i ostrożnie mieszamy.

niedziela, stycznia 13, 2008

Nowojorskie bułeczki z migdałową kruszonką


Te bułeczki to klasyka w mojej kuchni. Robię je już od kilku lat, przepisem dzieliłam się dawno temu w necie. Piekłam je kiedyś tak często, że groziło iż nam spowszednieją. Jednak jakoś w tym roku kompletnie o nich zapomniałam. I dzisiaj w nocy mi się przyśniły... Sen był tak realistyczny, bułeczki rumieniły się, pachniały i mówiły do mnie "Zjedz mnie!!", że obudziłam się skoro świt. Mimo tego, że miałam dziś święte prawo i możliwości, żeby się trochę powylegiwać, wbiegłam do kuchni ledwie słońce wstało i zaczęłam się po niej krzątać, szukając składników, a potem wyrabiając mięciutkie i gładkie drożdżowe ciasto. Gdy zaczęło rosnąć zaparzyłam sobie moją ulubiona waniliową kawę i napawałam się przedziwnym urokiem tej wczesnej godziny, gdy cały dom śpi, a przez okno widzę spokojnie płynącą rzekę, prawie że wymarłe ulice i powolutku budzący się dzień. Nie sądziłam dotąd, że łakomstwo może człowieka do czegoś takiego doprowadzić. I mówię to ja - nocny marek, sowa a nie skowronek, która co dzień budzi się ze złością trzaskając w budzik, żeby wreszcie przestał wydawać z siebie ten irytujący warczący dźwięk.

Jak widać pobudki do upieczenia bułeczek były nieco egoistyczne, jednak domownikom się do nich nie przyznałam i jeszcze jedną nagrodą za poranne wstawanie były rozanielone miny Łukasza i Macieja, których jeszcze w sennym letargu bajeczny aromat piekących się bułek sprowadził do kuchni.

I mimo , że być może nadszedł czas, żeby nam te śmieszne kwadratowe bułki już się znudziły, one nam jednak ciągłe i nieodmiennie smakują i pałaszowane są natychmiast. Na śniadanie czy do popołudniowej herbaty naprawdę trudno znaleźć coś równie kuszącego, jak pachnąca świeżo upieczona drożdżowa bułka z migdałowo-cynamonową kruszonką na wierzchu.




Nowojorskie bułeczki z kruszonką

liczba porcji: ok. 25 bułeczek

Ciasto drożdżowe:
1/2 szkl. mleka
1/3 szkl. wody
125g masła
2 żółtka
1 całe jajko
1/2 szkl cukru
1 łyżeczka soli
1 łyżka miodu
4 szkl mąki
1 i 1/2 do 2 łyżeczek drożdży suszonych

Kruszonka:
1/4 szkl pasty z migdałów*, tahini lub masła orzechowego
1 łyżka białka
1/2 szkl jasnego brązowego cukru
1 op. cukru waniliowego lub 1 łyżeczka proszku waniliowego
1 łyżeczka cynamonu szczypta soli
1 i 1/2 szkl mąki
125 g masła

Kruszonka:
Pastę migdałową utrzeć z białkiem. Wymieszać suche składniki. Dodać do nich posiekane drobno masło, wymieszane z pastą migdałową. Zagnieść kruszonkę. Kruszonki wychodzi dużo, najlepiej zużyć połowę, a resztę zamrozić do następnej porcji bułeczek.

Ciasto drożdżowe:
Zalać masło gorącym mlekiem i gorąca wodą. Poczekać aż masło się rozpuści i płyn lekko przestygnie. Dodać sól, cukier i miód. Jajko i żółtka lekko roztrzepać widelcem. Mąkę wymieszać z suszonymi drożdżami. Wlać płyn maślano-mleczny i jajka do mąki. Wyrobić ciasto. Zostawić do wyrośnięcia ( ma podwoić objętość ). Można oczywiście to wszystko zrobić za pomocą maszyny do chleba, wykorzystując program "Dough".

Wyłożyć wyrośnięte ciasto na stolnicę, lekko odgazować, rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 2,5cm, nieco mniejszy niż wielkość blachy do pieczenia ( tej z piekarnika) . Pokroić na kwadraty o boku ok. 5cm. Układać na natłuszczonym papierze do pieczenia na blasze dość blisko siebie. Posmarować mlekiem i obficie posypać kruszonką - to nic jak spadnie pomiędzy bułeczki. Zostawić w cieple do wyrośnięcia aż się ładnie napuszą (na ok. 30 -40min). Piec 25-30 min w 200ºC. Bułeczki rosnąc i piekąc się lekko się ze sobą połączą, ale w tym cały szyk - będziemy je od siebie odrywać, częstując się nimi.

*Pasta z migdałów nadaje kruszonce wspaniałego aromatu. Dostępna w Portugalii jest robiona z prażonych w skórkach migdałów, konsystencją przypomina masło orzechowe, tyle że ma wyczuwalne maleńkie drobinki migdałów). Nie wiem czy jest ona w Polsce dostępna, jednak można zastąpić ją pastą sezamową "tahini", masą marcepanową albo masłem orzechowym. Równie dobry efekt przyniesie własnoręczne zmielenie migdałów na pastę. A jak ktoś nie lubi to używa tylko cynamonu i wanilii, ale wówczas trochę więcej masła.

środa, stycznia 09, 2008

Kokilki z morskimi smakołykami


Ryby i owoce morza to chyba jest to, co Portugalia ma najlepszego do zaoferowania kulinarnie. I niekoniecznie mam na myśli bacalhão - czyli suszonego solonego dorsza, będącego chyba flagowym okrętem tutejszej kuchennej floty. Chociaż my, w przeciwieństwie ponoć do większości obcokrajowców, całkiem go lubimy. Przyznam się, że sama nigdy nic z niego nie robiłam - odstręcza mnie trochę konieczność kilkudniowego moczenia i wydzielający się przy tym intensywnie morski zapach. Już zresztą samego suszonego bacalhão można zlokalizować w sklepie z zamkniętymi oczami - kierując się zmysłem węchu oczywiście. Ale jak już mówiłam, dobrze przygotowany bacalhão (najlepiej przez kogoś innego ;) ) bywa naprawdę znakomity.

Ale ja tu nie miałam pisać o suszonych dorszach. Niedoścignione w smaku są tu świeże ryby i "marisco", czyli owoce morza. Oczywiście królują ryby morskie, w końcu wybrzeże Atlantyku tworzy połowę długości granic Portugalii. Wybór jest taki , że szukanie polskiej nazwy kończy się zwykle w encyklopediach wędkarskich. Nie chodzi jedynie o różnorodność - jakość i świeżość są wprost fenomenalne. W dodatku w każdym rybnym sklepie, a nawet w supermarkecie przygotują nam wybranego morskiego stwora tak, abyśmy bez zbędnych ceregieli mogli go wrzucić prosto do garnka czy na patenię. I to jest jedną z ważnych przyczyn, dla których morskie smakowitości często goszczą na naszym stole, bo przyznam się, że walka z wyślizgującą się z rąk rybą nie należy do moich ulubionych kuchennych zajęć.

Dzisiaj przygotowałam małe zapiekanki w kokilkach. Użyłam do nich jednej z moich ulubionych ryb - pstrąga łososiowego. Wizualnie podobnego do łososia, ale w smaku jednak mocno "pstrągowatego". Drugi równie ważny i równie ulubiony składnik tego dania to krewetki. Jeszcze tylko trochę zieleniny - pora, pietruszki, szczypiorku, śmietanowo-jajecznej polewy, parę wiórków sera i już nasze kokilki lądują w piekarniku. My w tym czasie szykujemy dobrą sałatę i otwieramy białe wino.

Kokilki z morskimi smakołykami

1 łyżka masła
1 duży por, drobno pokrojony w półplasterki
2 cienkie plastry bekonu, pokrojone w kostkę
250g obranych krewetek średniej wielkości
250g filet z pstrąga łososiowego lub łososia, pokrojony w 3-4 cm kawałki
200ml gęstej kwaśnej śmietany (dobre będzie też crème fraîche)
1 jajko, lekko ubite
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
2 łyżki posiekanego szczypiorku
100g startego żółtego sera (emmentaler, cheddar)
sól i pieprz do smaku

Nagrzać piekarnik do 200ºC. Rozgrzać masło na patelni i usmażyć na nim do miękkości pory, następnie dodać bekon i smażyć do lekkiego zrumienienia. Teraz można dodać krewetki i mieszając smażyć ok. 3 min. Po tym czasie wrzucić kawałki ryby i lekko podsmażyć po obu stronach przewracając ostrożnie dużą płaską łopatką (uważać , żeby się ryba nie rozpadła, smażymy dosłownie 1-2 min, ona się potem dopiecze w piekarniku). Przełożyć wszystko do wysmarowanych masłem kokilek (można też użyć ramekinów - tych naczynek do zapiekania crème brûlée).
Jajko wymieszać ze śmietaną, dodać szczypiorek, natkę, sól i pieprz. Zalać tą masą zawartość kokilek i z wierzchu posypać obficie żółtym serem. Zapiekać aż wierzch się lekko zrumieni i będzie bulgotał (ok. 15 min).

niedziela, stycznia 06, 2008

Czekoladowi indywidualiści czyli brownies w mufinkowych foremkach


Brownies to jeden z czekoladowych wypieków bardzo lubianych u nas w domu (nawet Lukasz z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów za nimi przepada, co trochę dziwi u tak anty-czekoladowego dziecka). Czekolady jest we wszystkich przepisach na brownies tak dużo, że kluczowa dla ich smaku staje się jej jakość. Ja wyjątkowo lubię używać kulinarnej 70% czekolady Lindta. Ma ona intensywny i bogaty smak i szczęśliwie niedużo cukru.Dzisiaj zrobiłam brownies naprawdę wyjątkowe. Nie mogło być inaczej, bo przepis pochodzi z wyjątkowej książki - "Home Baking" Alforda i Naomi Duguid. Pisałam już niejednokrotnie peany na jej cześć na tym blogu, równocześnie wysławiając pod niebiosa osobę, która mi jej zakup poleciła (Bajaderko, po raz setny dziękuję!!!).

Co jest takiego specjalnego w tych brownies? Po pierwsze - nie są tak ciężkie i zbite, jak typowe ciasteczka tego typu, a mimo to zachowują ich klasyczną gęstą i przyjemnie lepką konsystencję. Po drugie - nie są przeraźliwie słodkie, co tym ciastkom nie tak znowu rzadko się przydarza (to chyba zasługa tego wyrazistego w smaku i gorzkawego Lindta). Po trzecie - dość nietypowo są pieczone w mufinkowych foremkach, dzięki czemu uzyskujemy fajne indywidualne porcyjki.

I od razu uprzedzę nasuwające się zasadnicze pytanie - niestety nie mam pojęcia czym zastąpić występujący w recepturze syrop kukurydziany :( .... Boję się, że jego użycie jest niezbędne w tym przepisie, o czym zresztą wspominają autorzy książki. Sama go przywożę z wakacji w USA i hołubię oraz oszczędzam każdą kroplę. A że zapasy niedawno udało mi się odnowić to pozwoliłam sobie rozrzutnie na te 3/4 szkl do dzisiejszych brownies.



Brownies w indywidualnych porcyjkach


16 niewielkich ciasteczek z foremek mufinkowych

170g gorzkiej 70% czekolady kulinarnej
160g masła
2 jajka
3/4 szkl jasnego syropu kukurydzianego
3/4 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1/2 szkl mąki
1/4 łyżeczki soli

Rozgrzać piekarnik do 180ºC. W rondelku stopić pokruszoną czekoladę z masłem na maleńkim ogniu, pozostawić do ostudzenia. Jajka ubić lekko mikserem, dodać syrop kukurydziany i nadal miksować, aż utworzą jasnokremową puszystą masę. Mąkę przesiać z solą. Do masy jajecznej dodawać, ciągle ubijając, cienkim strumieniem roztopiona czekoladę. Na konieć wmieszać mąkę. Nakładać do przygotowanych foremek do 3/4 objętości i piec przez ok. 20min.

środa, stycznia 02, 2008

Od klęski do zwycięstwa czyli chleb kanapkowy z kiełkami pszenicy


Do dzisiejszego wpisu natchnął mnie wątek, który założyła Sinistra na forum CinCin "Odkrycia i porażki kulinarno- kuchenne 2007". Ja zacznę dość przekornie od porażki, ale takiej, która się przerodziła w sukces.

Czy zdarzają Wam się jakieś niezrozumiałe niepowodzenia w kuchni? Niby wszystko zrobione w/g reguł sztuki, a tu raz za razem kulinarna klęska ... Ja tak miałam aż do dzisiaj z kiełkami. Nie wiem ile już razy usiłowałam hodować kiełki pszenicy. Doceniałam ich walory zdrowotne, wiedziałam, że to witaminowe bomby pełne odżywczych składników, których kiełkujące ziarenko ma aż w nadmiarze. Ale cóż z tego... Pomimo nawet zaopatrzenia się w piękną glinianą "kiełkownicę" wszystkie moje próby kończyły się jedną wielką katastrofą. Pszenica zamiast kiełkować, macerowała się w wilgotnych pojemnikach, po czym po kilku dniach nadawała się jedynie na bliskie spotkanie z kubłem do śmieci.

Aż tu nagle, w mojej ubóstwianej ostatnio książce "Whole Grain Baking" odkryłam prosty sposób na przygotowanie kiełków. Bez żadnych specjalnych pojemników, w zwykłym dużym słoiku, każda czynność wyszczególniona co do godziny, po prostu prawdziwa instrukcja "for dummies". Postanowiłam więc dać kiełkom jeszcze jedną, ale już ostatnią szansę. I co się okazało? Zaszantażowane i postawione pod ścianą kiełki oczywiście pięknie urosły!!!

Co było przyczyną poprzednich niepowodzeń? Po dogłębnej analizie dochodzę do wniosku, że jedno z dwóch: albo miałam zleżałe ziarna, które nie miały już siły kiełkować albo źle je płukałam. Ta ostatnia czynność jest chyba kluczowa dla sukcesu - autorzy mojej pełnoziarnistej biblii polecają płukać długo i intensywnie, pod dużym ciśnieniem wody (obrazowo mówiąc jakbyśmy myli samochód).

A teraz jeśli już macie kiełki zapraszam do ich wykorzystania w pysznym, miękkim i sprężystym kanapkowym chlebie z dużą ilością razowej mąki pszennej i dwoma rodzajami płatków zbożowych.

Chleb kanapkowy z kiełkami pszenicy


keksówka o wymiarach: 11x24cm

1/4 szkl ziarna pszenicy do kiełkowania lub 3/4 szkl gotowych kiełków pszenicznych
1 szkl wody

3 łyżki soku pomarańczowego

4 łyżki (ok. 50g) miękkiego lub roztopionego masła

1 łyżka miodu

1 szkl mąki pszennej razowej grubo mielonej

1 i 1/2 szkl mąki pszennej razowej drobno mielonej

2/3 szkl mąki pszennej chlebowej (lub zwykłej + 2 łyżeczki glutenu w proszku)

1/4 szkl płatków owsianych

1/4 szkl płatków pszennych

1 i 1/4 łyżeczki soli
2
łyżeczki drożdży instant

Do przygotowania foremki:
mas
ło i otręby pszenne

Przygotowanie kiełków:
Ziarna pszenicy dobrze p
łuczemy pod bieżącą wodą i w dużym słoiku (min. 1 i 1/2 litrowym) zalewamy chłodną wodą w objętości 4x większej niż objętość ziaren. Mocno potrząsamy słoikiem i zostawiamy do namoczenia w wodzie w temperaturze pokojowej na 12 godz.

Po tym czasie odsączamy ziarna i intensywnie je p
łuczemy na sitku pod silnym strumieniem wody (jakbyśmy myli samochód). Dobrze odsączamy ziarna, myjemy słoik i wsypujemy do niego pszenicę. Przewracamy słoik na bok, żeby ziarenka rozsypały się na jak największej powierzchni i przykrywamy nieszczelnie pokrywką. Zostawiamy na 8-12 godz.

Powtarzamy p
łukanie pszenicy jeszcze 3x co 8-12 godz.

Jeśli chcemy mieć kie
łki powiedzmy na niedzielę rano to schemat wygląda mniej więcej tak:
Piątek godz 8.00 moczymy pszenicę w wodzie
20.00 p
łuczemy i odsączamy
Sobota 8.00
płuczemy i odsączamy
20.00
płuczemy i odsączamy
Niedziela 8.00 płuczemy, odsączamy i mamy kiełki gotowe do użycia


Wykonanie chleba:
Kie
łki z sokiem pomarańczowym i połową wody miksujemy w malakserze lub blenderze, dolewamy pozostałą 1/2 szkl wody i jeszcze chwilę miksujemy. Niech Was nie kusi pozostawienie kiełków w całości, po upieczeniu będą nieprzyjemnie twarde.

Do maszyny do chleba wlewamy zmiksowane kie
łki i wszystkie pozostałe składniki ciasta chlebowego w/g kolejności podanej w instrukcji naszej maszyny. Nastawiamy na program do wyrabiania ciasta i po wyrobieniu pozostawiamy ciasto w maszynie do końca programu aż wyrośnie i podwoi swoją objętość.

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Wyjmujemy ciasto na wysypany mąką blat. Lekko odgazowujemy i formujemy z niego pod
łużny bochenek o długości naszej keksówki. Układamy go w naszej foremce wysmarowanej masłem i wysypanej otrębami. Zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia, aż będzie wystawał ze 2 cm ponad górny brzeg keksówki. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika, lekko spryskujemy wodą i pieczemy przez ok. 45-55min.