środa, listopada 05, 2008

Europejskie impresje 2008 : Pas de Calais - sery i bąbelkujące napoje


Le perlé de groseille

Wracam do mojej wakacyjnej "neverending story". Jesteśmy z powrotem we Francji, tym razem w jej najbardziej na północ wysuniętym skrawku - Pas de Calais. Zaopatrzyliśmy się jak już wcześniej wspomniałam w bardzo pomocną książeczkę, wydaną z okazji otwarcia tunelu pod kanałem La Manche "Shopping for Food and Drink in Northern France and Belgium" i skierowaną głównie do brytyjskich smakoszy i wielbicieli wina, przyjeżdżających tu na weekendowe zakupy. Że Wyspy są niedaleko możemy się zresztą naocznie przekonać - z niektórych miejsc naszej trasy świetnie jest widoczny angielski brzeg.

Udajemy się najpierw do słynnego chyba w całej Francji sklepu pana Philippe'a Olivier'a w Boulogne-sur-Mer. Jest to krótko rzecz ujmując świątynia sera. Zaskakuje mnie, że to mały, uroczy i stylowy sklepik. Przy tej wielkiej famie spodziewałam się jakiegoś ogromnego przybytku, jarzącego się światłami i wypolerowanymi do błysku ladami. Tu jest jednak rustykalnie i wręcz przytulnie. Wybór serów nie jest przytłaczający, za to bardzo przemyślany. Królują specjalności z północy, na czele z przepysznym maroilles. Niektóre sery są kreacjami pana Oliviera, robione w/g jego ścisłych wskazówek przez wybranych okolicznych serowarów (jak np. unikalny camembert macerowany w calvadosie). Pod sklepem mieszczą się caves d'affinage, czyli piwniczki, w których sery nabierają idealnej do spożycia dojrzałości.

Serowa świątynia Philippe'a Olivier'a.

Miasto nas niespecjalnie zachwyca, udajemy się więc wgłąb lądu do małej miejscowości Loison-sur-Créquoise. Naszym celem jest "La Maison du Perlé", siedziba producenta owocowych win musujących. Nie brzmi to dobrze, prawda? W Polsce owocowe wino to raczej nie jest synonim jakości. ;) Nas początkowo również bardziej niż wino, kusiła wzmianka w naszym przewodniku, że jest tam mała crêperie na świeżym powietrzu, gdzie podają najlepsze w okolicy naleśniki. Coś akurat idealnego na lekki letni obiad.

Dwie odsłony musującego wina le perlé. Regionalna restauracja w Montreuil-sur-Mer.

Czeka nas jednak kilka miłych niespodzianek. Właściciel z synem oprowadzają nas po swojej wytwórni. Okazuje się, że produkują tu wina z trzech rodzajów owoców: porzeczek, malin i wiśni. Nie ukrywają, że porzeczki są sprowadzane z Węgier, gdyż we Francji nie uprawia się ich na dużą skalę, tyle tylko co ludzie mają w przydomowych ogródkach, po 1-2 porzeczkowe krzaczki. Gdy ja już otwieram usta, żeby patriotycznie oznajmić, że powinni porzeczki sprowadzać z Polski, okazuje się, że rodem z naszej ojczyzny są używane przez nich wiśnie. Przyznam, że podoba mi się szczerość producentów i to, że nie wmawiają mi obłudnie, iż każdy owoc sami ręcznie zrywali tuż za miedzą.

Do wytwórni wina przylega sad i spora kolekcja kilkudziesięciu krzaczków, różnych odmian porzeczek. Trochę zbija mnie z tropu, gdy czytam w ulotce reklamowej o "zielonej porzeczce"(groseille verte), ale już przy krzaczkach okazuje się, że to po prostu nasz poczciwy agrest. Degustujemy wszystkie wina i , mimo patriotycznych zapędów, muszę szczerze przyznać, że wiśniowe najmniej mi smakuje. ;) Kupujemy więc aromatyczne malinowe i lekko kwaskowate porzeczkowe oraz pasztet z dodatkiem tego ostatniego. Aaaa, byłabym zapomaniała - pija się je jako aperitif, albo - tym razem na pewno zgadniecie - tak, tak: w towarzystwie foie gras. ;)

Sklepik z winem u producenta. Zaczynamy degustację. Niektórzy przenieśli się już z winem na łono natury. Pâtes, terrines i rillettes z dodatkiem lokalnie produkowanych alkoholi.

Próbujemy też eau de vie de cidre de la Créquoise, destylowanego alkoholu robionego na bazie cydru, który jest tak porażająco mocny, że moim skromnym zdaniem w stanie czystym aż niepijalny (ma aż 51º vol). Można powiedzieć, że jest to mniej zacny krewny calvadosu, nie ma appellation d'origine contrôlée , za to ma prawo być od niego mocniejszy. ;) W koktajlach (tu kilka pomysłów na nie) lub jako dodatek do deserów jest ponoć całkiem zjadliwy. W Bretanii tego typu alkohol nosi nazwę lambig i jest bretońską odpowiedzią na normandzki calvados.

Dzień jest piękny i bardzo słoneczny, teraz więc pozostaje nam jeszcze tylko lunch na łonie natury. W sadzie porozstawiane są stoły i ławy, a mały drewniany domek to smażalnia naleśników. Crêpes robione są z ciasta z dodatkiem piwa, a ilość rożnorodnych słonych i słodkich nadzień bardzo nam przemawia do podniebienia. Szczególnie smakowite są naleśniki z sosem malinowym (coulis de framboise) i lodami lub z brązowym cukrem cassonade, skropione jeszcze na dodatek wspomnianą już eau de vie de cidre. Na aperitif podawane jest oczywiście tutejsze owocowe perlé, potem można zdecydować się na - również robiony przez państwa Delobel - cydr lub frênette. Podejrzewałam, że ten ostatni lekko musujący napój produkowany jest na bazie kwiatów czarnego bzu. Jakież było moje zdumienie, gdy w domu przewertowałam materiały źródłowe ;) i okazało się jednak, że do produkcji frênette używa się liści ... jesionu (franc. frêne).

Smażalnia naleśników i najsmaczniejszy crêpe z sosem malinowym.

Jest tu nam tak przyjemnie, że chciałoby się posiedzieć dłużej w cieniu jabłoni, ale donośnym głosem wzywają nas dalsze atrakcje, o których w następnym odcinku. :)

9 komentarzy:

  1. Kolejny wspaniały reportaż! Już nie mogę się doczekać następnego odcinka :) Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, ile ja bym dała, żeby teraz trzymać ten talerzyk z naleśnikiem i wygrzewać się na słoneczku :) Prawie już to czuję, gdy czytam Twoje relacje :) Piękne!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny wspanialy opis i to jeszcze miejsc, ktore znam :)Do tego piekne zdjecia. Gratuluje i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest poranek, usiadłam przy komputerze. Za oknem strasznie szaro... A tu takie zdjecia! Pierwsze mnie powaliło. Ile w nim lata...

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna fotorelacja. Cieplej się zrobiło na sercu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dołączam do podziękowań za piękne wspomnienia i foty;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziewczyny, serdecznie dziękuję za miłe słowa. Cieszę się bardzo, jeśli udało mi się odrobinę poprawić Wam nastrój. Przyznam, że ja też ten post pisałam sobie trochę terapeutycznie, bo za oknem była okropna jesienna plucha. Od wczoraj na szczęście już lepiej - wróciło słonko.

    OdpowiedzUsuń
  8. te musujace, owocowe wina to bardzo lokalne specjalnosci we Francji. przecietny Francuz, jezeli w ogole, ma to mgliste pojecie ;) co nie znaczy, ze nie sa pyszne ja bym na przyklad bardzo lubila :))) nie dziwie sie tez, ze wisnie i porzeczki sprowadzane sa z zagranicy. wprawdzie Francuzi jadaja z upodobaniem konfiture z "cerise griottes" czyli z wisni ale w takiej Bretanii ze swieca szukac drzewek wisniowych w przydomowych ogrodkach, podobnie w sklepach. tylko i wylacznie czeresnie (i jakie drogie). konfitury i nalewke robie w Polsce gdy przyjade latem a dzieciary pochlaniaja wtedy kilogramami tanie czeresnie. z sentymentem zawsze mysle o wiekowej, przygarbionej wisience w sopockim ogrodku mojego sp. wujostwa :). i jeszcze ze sfery slownikowej agrest wystepuje rowniez (i glownie) pod nazwa "groseille à maquereaux" co mnie sie oczywiscie kojarzy z ryba a nie z pysznym owocem ;)
    a co do regionu, o ktorym piszesz to istnieje o nim zabawna anegdotka. w roli glownej wystepuje Belg, ktory postanawia pewnego dnia zwiedzic miasto Calais, jadac juz we Francji napotyka drogowskaz, na ktorym stoi "Pas de Calais". i co robi biedny Belg oczywiscie zawraca.
    dla niewtajemniczonych we francuska gramatyke "pas" oznacza negacje :)
    klaniam sie

    OdpowiedzUsuń
  9. Widzę , że problem czereśniowo-wiśniowy w naszych obu przybranych krajach jest podobny. U mnie oprócz cerejas czyli czereśni są jeszcze ginjas. Myślałam kiedyś , że to może wiśnie, ale teraz to sobie dam rękę uciąć, że nie. Nie widziałam tego co prawda nigdy w naturze, robią tu z nich nalewkę nazywaną też ginja, która ma się do polskiej wiśniówki jak 10-ta woda po kisielu - mdła i przesłodzona. Te ginjas w niej pływają czasem w butelkach, za duże to i za słodkie na wiśnie. Za to musze przyznać, że czereśnie są tu świetne - wielkie, soczyste, lepsze niż polskie.
    Z tą drugą nazwą agrestu to mi z nieba spadłaś. Właśnie krzaczki, które zidentyfikowałam jako agrest były tak podpisane, a ja sobie nie zanotowałam i teraz oczywiście nie mogłam za nic w świecie przypomnieć. Z moim raczkującym francuskim to nawet nie skojarzyłam, że to ma coś wspólnego z makrelą. ;)
    Anegdotka super!! Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.