niedziela, października 05, 2008

Europejskie impresje 2008: Salzburg i Dolina Wachau

.............................................Reklama słynnych moreli z doliny Wachau, Austria.-Wieże kościołów w Salzburgu.

To nasza druga wizyta w Austrii w tym roku. W czerwcu skoncentrowaliśmy się na stolicy, teraz przyszła pora na okolice Salzburga i Dolinę Wachau. Muszę przyznać, że po Salzburgu spodziewałam się czegoś więcej. Podświadomie chyba chciałam tam widzieć żywą scenerię z filmu "Amadeusz" Milosa Formana. Może zawiniły remonty na rynku, może mozolna wspinaczka w upale do fortecy Hohensalzburg, a potem nowoczesnej kawiarni , żeby zobaczyć panoramę miasta. Ta ostatnia jest rzeczywiście imponująca. Obserwowałam sobie starą generację Austriaków, nienagannie i elegancko ubranych, wjeżdżających tu oczywiście windą, zamiast wyciskać z siebie siódme poty na leśnej ścieżce, popijających popołudniową kawę z nieodłączną szklanką wody. Oprócz nich oczywiście wiły się jak nie kończący się wąż japońskie wycieczki. I pomyśleć , że kiedyś sama lubiłam mieć zdjęcia na tle...brrrr.

Właściwie to najsympatyczniej wspominam przedmieścia Salzburga, gdzie mieszkaliśmy i wartą grzechu restaurację "Schlosswirt" w Anif, u podnóża prywatnego zamku, który oglądać można tylko przez przysłowiową dziurkę od klucza. Pałac ponoć przypomina nieco ten Ludwika Bawarskiego w Neuschwanstein, ale nie jest niestety dostępny do zwiedzania. Widać są jeszcze w Europie samowystarczalne wielkie fortuny, które nie muszą otwierać podwojów swoich domostw dla turystów. Pytanie tylko czy to fortuny stare czy nowe. ;) Zdjęć z wiadomych względów nie mam, mimo, że rozważałam wsunięcie przez żywopłot teleobiektywu, Maciej mnie jednak odwiódł od tego pomysłu w obawie, że za jednym susem jakiegoś bullteriera mogę stracić i aparat i rękę go trzymającą.

Do zamku za to przylega urocza 400-letnia restauracja, gdzie mieliśmy przyjemność jeść kolację. Maciej, po raz kolejny już w Austrii, raczył się gulaszem. Ja natomiast skusiłam się na knedle. Wybrałam tzw. Innviertel knödel, z ciasta przypominającego nieco miękkie ciasto pierogowe, z przeróżnymi mięsnymi nadzieniami. Absolutnym hitem był jednak podany na przystawkę smalec z cebulką i ziołami, o przyjemnej dość płynnej konsystencji, którego resztki na wyprzódki niemal wylizywaliśmy z kamionkowego garnuszka. Desery były bardzo w stylu nouvelle cuisine . Tym razem zamówiliśmy zamiast tradycyjnie austriackich specjałów jakieś czekoladowe i kremowe cuda w kształcie piramid i półkul. Austriacy, jak i Francuzi, mają wybitny talent do oryginalnego podawania dań. Tyle, że we Francji fikuśny food-styling widzi się raczej w słynnych "michelinowskich" restauracjach, w Austrii natomiast nawet w knajpce hotelu Best Western możemy się spodziewać dzieła sztuki na talerzu.

Po Salzburgu jedziemy w kierunku Doliny Wachau. Mamy tu umówione miłe spotkanie ze znawcą austriackich kulinariów z Polski rodem - Tadkiem Gwiaździńskim. Gospodarz wybiera na punkt zborny jedną z najlepszych austriackich cukierni, obsypaną nagrodami kawiarnię Schorgi w Grain nad brzegiem Dunaju. Miło sobie gawędzimy, popijając kawę. Wybór ciastek jest więcej niż trudny. Oczy chciałyby zjeść wszystko. Ja w końcu decyduję się na przodka naszej kremówki - cremeschnitte ( warstwy ciasta francuskiego są niezwykle cienkie i chrupiące, przełożone lekkim kremem na bazie bitej śmietany, brak jednak często spotykanej w polskich kremówkach warstwy "budyniowej" ). Maciej zaś z błogą miną pochłania eierlikortörte. Bogatsi o bezcenne wskazówki co kupić i czego jeszcze spróbować na naszych austriackich dróżkach rozstajemy się z naszym cicerone, aby udać się w dalszą drogę.


Malownicza wioseczka St.Nikola an der Donau. Eierlikortorte w kawiarni Schorgi w Grain nad brzegiem Dunaju, gdzie miło sobie gawędzimy, popijając kawę. Zamek Burg Klam nad Dunajem.

Jesteśmy już w Dolinie Wachau w Niederösterreich, słynącej z białych win i moreli. Z tych ostatnich robi się genialne dżemy i konfitury. Ponoć w prawdziwym torcie Sachera - warstwa morelowego dżemu zawsze pochodzi z tego regionu.

Zaczynamy naszą marszrutę od południa, zwiedzając opactwo benedyktyńskie w Melk. Już o 8.50 rano siedzimy na schodach przed wejściem i jesteśmy pierwszymi turystami w klasztorze. Wszytko to po to, aby uniknąć tłumów i zobaczyć jeszcze puste wnętrza opactwa. Zatrzymujemy się na dłuższą chwilę przy wspaniałym renesansowym ołtarzu Jorga Breu z 1502 roku. To prawdziwe arcydzieło - szczególnie fragment ze sceną koronowania Chrystusa, gdzie oprawcy uchwyceni są w niezwykle dynamicznych pozach.


Opactwo Melk widziane z drugiego brzegu Dunaju.----- Ołtarz Jorga Breu.------Spiralne schody.

Naszymi głównymi celami w opactwie są jednak: jedna z najpiękniejszych na świecie zabytkowych bibliotek i barokowe, ręcznie malowane, spiralne schody. Biblioteka ta (zaraz po fabryce czekolady ;) ) jest kolejnym miejscem w którym mogłabym się zaszyć na długie godziny. Cuda w opactwie aż się proszą o uwiecznienie na matrycy aparatu, jednak licznie kręcące się o tej wczesnej porze sprzątaczki bardzo utrudniają nam zadanie. Aby dostać się do spiralnych schodów przechylamy się nieco przez barierkę i w ostatniej chwili robimy kilka zdjęć. Tuż za sobą już słyszymy wypowiedziane podniesionym głosem "Verboten!" i "Raus!" i groźną szczotkę wyciągniętą w naszym kierunku. Ponieważ nie pada "Halt !" ani "Hände hoch" szybko bierzemy nogi za pas. Cóż, fotografia niejednokrotnie wymaga poświęceń. ;)


Dunaj i winnice doliny Wachau.

Ku mojemu zaskoczeniu istnieje kilka podobieństw pomiędzy Portugalią i Austrią, jeżeli chodzi o hodowlę winogron. Podobnie jak Portugalia, Austria posiada wiele szczepów winorośli nie spotykanych nigdzie indziej na świecie (np. zierflander, blaufrankisch, zweigelt). Austriacy uważają też, że dolina Wachau jest drugim najpiękniejszym krajobrazowo terenem upraw win na świecie, zaraz za portugalskim Douro. ;)

Wiodącym szczepem, najbardziej austriackim ze wszystkich gatunków winogron, jest Grüner Weltliner, który rośnie na północ od Dunaju. Daje wina białe, lekkie, które pija się zwykle jeszcze młode. Drugi dominujący gatunek to - kojarzący się bardziej z reńskimi winami - Riesling, który doskonale zaadaptował się na urokliwych zboczach doliny Dunaju. On to właśnie pozwala niektórym tutejszym winom na osiągnięcie wysokiego stężenia alkoholu i wspaniałego smaku, porównywalnego jedynie z najlepszymi niemieckimi rieslingami. Współcześnie Wachau uważany jest za rejon produkujący najlepsze wytrawne białe wina w Austrii.



Ried Kollmitz Smaragd z 2007 roku ( Gruner Veltliner ) i Ried Klaus Federspiel z 2007 roku ( Riesling ).

Kierujemy się z Melk na północ do małej wioseczki Joching, do siedziby jednego z pionierów nowoczesnej hodowli winogron win w Wachau - Josefa Jamka. Tego producenta polecał wielokrotnie na swojej stronie Tadek Gwiaździński, wspomniany już tutaj nasz kulinarny guru jeśli chodzi o te regiony. To właśnie Jamek był pierwszym producentem w Wachau, który rozpoczął produkcje białych lekkich win, z mniejszą zawartością alkoholu. W latach pięćdziesiątych była to prawdziwa rewolucja. Dzisiaj choć jego sława nieco przygasła i pojawiają się nowe “gwiazdy” winiarskie jak choćby Rudolf Rabl z pobliskiego Kamptal, Josef Jamek to nadal niekwestionowana jakość w Wachau.
W zabytkowym domu żona właściciela serwuje nam różne wina, aby ułatwić trudny wybór tych, które chcielibyśmy zakupić.


Testujemy wina u Jamka.

Region Wachau wprowadził unikatowy podział win białych w zależności od zawartości alkoholu: steinfeder to wina do 10,7 % alkoholu, federspiel mają do 11,9 %. Uważane za najlepsze smaragd (nazwa pochodzi od kolorowej jaszczurki występującej lokalnie w Wachau ) muszą posiadać co najmniej 12 % alkoholu.

Zaczynamy od białego Stein Am Rein Federspiel z 2007 roku. Jest przyjemnie owocowe, aromatyczne, świeże, zrobione z winogron Grüner Veltliner. Moim zdaniem idealne na letnie popołudnie. Później nadchodzi coś zdecydowanie innego: mocno wytrawny, cięższy i wysokoprocentowy Smaragd Ried Achleiten z tego samego rocznika. Tu z kolei Maciejowi aż świecą się oczy i mruga do mnie porozumiewawczo, że to też kupujemy. W końcu wynosimy ze sobą jeszcze Ried Kollmitz Smaragd i Ried Klaus Federspiel . Te wina mogą leżakować dobrych parę lat, w przypadku smaragda nawet do 20-tu.

Zamek Schonbuchel nad Dunajem.-Miasteczko Durnstein w dolinie Wachau.

Żegnamy Jamka i kierujemy się na północ wzdłuż brzegów Dunaju rozkoszując się widokami rzeki, winnic i pięknych miasteczek, jak choćby niewielkiego Durnstein, w którego zamku więziono w XII wieku Ryszarda Lwie Serce, pojmanego w trakcie powrotu z trzeciej wyprawy krzyżowej. Podobno okup za angielskiego króla był tak wielki, że udało się z tych funduszy ufortyfikować kilka austriackich miast. Wracamy do Melk jadąc południowym brzegiem rzeki. Po drodze wspinamy się jeszcze pod zamek Aggsbach, aby w promieniach zachodzącego słońca pożegnać dolinę Dunaju.

13 komentarzy:

  1. Przyznam, że bardzo ciekawy blog i z przyjemnością czytam, szczególnie że sama lubię nowości kulinarne, a ze nie ma możliwości podróży, raczej sama eksperymentuję. Wczoraj z powodzeniem zastąpiłam mąkę w serniku mlekiem w proszku granulowanym, polecam :)
    Masz u mnie linka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy tekst i zdjęcie uprawy winorośli - prześliczne! Od razu mam ochotę tam jechać. Dosyć często w lecie pijemy Grüner Weltliner, bo jakoś ta polubiliśmy to dosyć nieznane u nas wino a lokalny sklepik zawsze to ma - czyli może nie jest tak nieznana ta odmiana,?

    Uśmiechałam się czytając komentarz o "Halt" . Jakoś nam, Polakom, nieźle ten niemiecki utknął w pamięci. Pewne wyrażenia tego typu przywołują wspomnienia Stawki, Pancernych i wielu innych filmów z tego okresu. Niedawno byłam z mężem w Niemczech i idąc trasą wzdłuż rzeki, nieświadomie wdepnęliśmy (częściowo) na pas dla rowerów. Nie było rowerzystów ale pierwszy przechodzący Niemiec nie omieszkał nam powiedzieć, że te 10 centymetrów szerokości ścieżki, które przejęliśmy na nasz pieszy spacer, jest Verboten (!) i raczej wyglądał na oburzonego. Aż prosiło mu się zasalutować i potwierdzić, że "zrozumieliśmy, Obersturmbannfuehrer!".
    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko po raz kolejny przeżywam z Wami tę wycieczkę, za co dziekuje :) Zdjęcia są przepiękne , uwielbiam takie krajobrazy, a zamki juz szczegolnie !:)Pozdrawiam cieplo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, Twoje relacje czyta się po stokroć przyjemniej niż wsztstkie przewodniki świata. :) Przy fragmencie dotyczącym ""Halt !" i "Hände hoch" - naprawdę się ubawiłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się z Małgosią, dostarczasz bardzo miłych przeżyć czytelniczych i wizualnych Agnieszko.

    A te ciastka z jasnym kremem z kawiarni Schorgi wyglądają niebiańsko. Uwielbiam takie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Agnieszko,
    od wczoraj nadrabiam wszelkie zaległosci czytelnicze i pochłaniam Twoje archiwum :)
    POdzielam zdanie reszty czytelników i śmiem twierdzic, że rozwinęłas skrzydła :)A czytając fragment o tym,jak się przygotowujesz merytorycznie na każdą wyprawę (czytając wszelkie dostępne pozycje na temat miejsc,zwyczajów), skojarzyłam to od razu z metodą R.Kapuścinskiegom który często podkreślał,że jedna strona jego książki to nie tylko rezultat podrózy,ale także i efekt setek przeczytanych stron.

    Jednym słowem,masz iscie reporterskie podejście,a ja czytając Twoje teksty,mam ochote je wydrukowac, by móc do nich wrócić po jakims czasie.

    To tyle na dziś :)

    Pozdrawiam gorąco z chłodnego Gdańska!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zawsze z niecierpliwoscia czekam na kolejne wpisy, jestes moja mistrzynia kulinarna:-)
    Pozdrawiam cieplo
    Elwira

    OdpowiedzUsuń
  8. piekna opowiesc, jak zwykle :). ja tez bardzo lubie ten zakatek Europy i krajobrazowo i gastronomicznie. zdjecie z tortami wywolalo wzmozona prace slinianek, mmmm... a sekwencja ze sprzataczkami ubawila mnie rowniez. i mnie Salzburg rozczarowal onegdaj, chyba spodziewalam sie podswiadomie slyszec dzwieki muzyki dobiegajace z kazdego okna, slyszalam tylko wielojezyczny tlum :( dzieki zwlaszcza, ze tym razem bylo z narazeniem zycia ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, codziennie klikam czekając na nową opowieść. Cudnie się czyta i ogląda Twoje widoki! Jestem pod wielkim wrażeniem. Pozdrawiam serdecznie,
    solis

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wiem co bardziej uwielbiam- zdjecia czy opowiesci? Dobrze tu znowu byc. Goraco pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Supelku, milo mi że lubisz te wirtualne wycieczki. Witam Cię serdecznie.

    Doroto, Grüner Weltliner znany na świecie to oczywiście jest, chodziło mi o to, że to typowo austriacka odmiana. A o tym "halt!" to się trochę zastanawiałam czy pisać w dzisiejszych czasach chorej politycznej poprawności.;)

    Majano, Małgosiu i Charlotte, dziękuję za przemiłe słowa i ściskam Was serdecznie.

    Charlotte ciastka były rzeczywiście grzechu warte. Bardzo to by się źle dla mnie skończyło, gdybym miała taką cukiernię pod bokiem. ;)

    Aniu, nawet nie wiedziałam, że stosuję "metodę Kapuścińskiego". Miło mi, że znowu tu bywasz.

    Elwiro, aż się rumienię z zażenowaniem. :)

    Leloop, no właśnie ja miałam chyba podobne wyobrażenie o tym co zastanę w mieście Mozarta. Mojego męża bawiło robienie zdjęć fotografującym się Japończykom i miał ku temu sporo okazji. ;) Jak jeszcze bogacący się Chińczycy ruszą zwiedzać Europę to powiem Wam, że jesteśmy zgubieni.:)

    Solis, cieszę się że tu do mnie zaglądasz i dziękuję za sympatyczny komentarz. Jeszcze zostało kilka odcinków niekończącej się europejskiej opowieści....

    Agato, fajnie że już jesteś z powrotem. Dzięki za miłe słowa. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytając Twoje relacje z podróży mam wrażenie jakbym była gdzieś obok. Piękne zdjęcia, wspaniałe opisy. Naprawdę jestem pod wrażeniem i strasznie Ci zazdroszczę tej wyprawy.

    OdpowiedzUsuń
  13. Shinju, nawet nie wyobrażasz sobie jak mi miło czytać to co napisałaś. Serdecznie zapraszam na kolejne odcinki.;)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.