sobota, października 11, 2008

Europejskie impresje 2008: Holandia


Jeden z wiatraków Kinderdijk. Roczny ser Gouda z kminkiem.

Będę Was jeszcze trochę zanudzać naszą wycieczką, ale na pocieszenie dodam, że to już nasza droga powrotna. Dziś parę słów o Niderlandach.

Holandia, to kraj trochę kłócacy się z naszą słowiańską mentalnością. Wrażenie takie można odnieść zwłaszcza na prowincji. Może nie szokuje to tak, gdy wjeżdża się do niej z Niemiec. Panuje nadal perfekcyjny porządek i tylko okna robią się coraz większe, bardziej wypucowane i umożliwiają każdemu przechodniowi szybką ocenę, czy żyją tam porządni ludzie. Może raczej powinnam powiedzieć porządniccy. ;) Chyba tylko w kraju o purytańskich tradycjach można było prawnie pozwolić na palenie marihuany i inne obyczajowe swobody, bo i tak wśród tubylczej ludności będą sprawnie działały ich od wieków wypracowane i chyba już przekazywane genetycznie moralne hamulce. Wystarczy spojrzeć dla kogo jest atrakcją amsterdamska dzielnica Czerwonych Latarni. Te hamulce ponoć jednak działają coraz gorzej, o czym upewnia nas przyjeżdżający do Porto raz w miesiącu pracujący z moim mężem znajomy Holender. Obśmiewany przez portugalskich żigolaków, że od zawsze chodzi w tych samych butach, facet jest znakomity w swojej profesji, mówi biegle w 6-ciu językach i ma letni dom na rajskiej wyspie Arubie (widać na tych butach zaoszczędził ;) ). Zawsze się zastanawiam jak by mi się mieszkało w takim kraju jak Holandia - z jednej strony wszystko uporządkowane, poukładane, wyczyszczone i jak mniemam sprawnie działające, ale z drugiej - czy nie brakowałoby mi słowiańskiej otwartości i śródziemnomorskiej swobody i wyluzowania (tak, tak, tego samego, które mnie gdzieś tak raz w tygodniu doprowadza do furii ;)).

Lelystad, galeon Batavia. Sery Gouda.

No dobrze, tyle rozważań filozoficzno-socjologicznych nad Niderlandami. Przejdźmy do tego, co tu warto zobaczyć i rzecz jasna - co zjeść. Byliśmy tu bardzo krótko, ominęliśmy szerokim łukiem znane nam już duże metropolie, kierując się do miejscowości mniejszych, ale wciąż bardzo "klimatycznych". W ogóle ten nasz cały wyjazd mógłby chyba nosić nazwę turystyki prowincjonalnej. Holandia przywitała nas urwistym wiatrem, wzburzonym morzem i przelotnym deszczem. Mimo niezbyt sprzyjającej aury udało nam się zobaczyć kilka urokliwych małych miasteczek (ciągle mi sie nasuwało skojarzenie, że one są jak dla lalek - wszystko było kolorowe, ukwiecone i maleńkie, aż dziw bierze, że tam mieszkają zwykli duzi ludzie). W Lelystad podziwiamy replikę owianego legendą galeonu Batavia , a niesprzyjająca aura nie zniechęca mojego syna do nabycia u wjazdu na tamę Houtribdijk gigantycznego, jak to się u nas w domu mówi "loda z rury". Muszę przyznać, że mimo pełnej świadomości, że robi się go z jakiegoś sztucznego proszku nie mogłam nie zachwycić się wspaniałą konsystencją i waniliowym smakiem. To chyba jeszcze taka skaza z dzieciństwa, gdy te lody kupowało się w Sopocie na Monciaku i były dla mnie cudownym rarystasem. ;)

Nie jest to pora kwiatów, nie widzimy więc wiosennych pól tulipanów, za to na każdym kroku kanały, wiatraki i niebo jak na płótnach holenderskich renesansowych mistrzów. Jedziemy do Edam na kolację. Po krótkim scanningu menu pobliskich restauracji decydujemy się na ..... kuchnię indonezyjską. Od dawien dawna chciałam spróbować rijstafel, słynnego wielodaniowego posiłku, którego tradycję przywieźli Holendrzy z południowo-wschodniej Azji jeszcze za kolonialnych czasów. Miasteczko wieczorem jest opustoszałe, może to wina pogody, a w restauracji Ropaja głównie obcokrajowcy. Cóż mottem Holendrów nie jest chyba "carpe diem", chociaż może i jest, tyle że oni zdaje się inaczej je rozumieją niż my. Po odcyfrowaniu menu z pomocą przemiłej kelnerki składamy zamówienie i po kwadransie rozpoczyna się niekończąca się parada półmisków, a wszystkie lądują na specjalnych podgrzewaczach na naszym stole. Szalenie mi się podoba taki wybór i różnorodność, w zasadzie każdy może sobie skomponować posiłek w/g własnego widzimisię. Jedyna potrawa która mnie zaskakuje to saté/satay - szaszłyki w sosie z orzeszków ziemnych. Zawsze sobie wyobrażałam, że jest to potrawa pikantna z intensywnie orzechowym smakiem, więc wyobrażacie sobie jak musiał mnie zaskoczyć łagodny wręcz słodki, choć aromatyczny sos. Ciekawe czy tak smakuje satay również w Indonezji, być może holenderska jego odmiana jest przygotowywana schlebiając gustom dawnych kolonizatorów. Żeby to sprawdzić trzeba będzie się wybrać w bardziej egzotyczne rejony (choć po cichu liczę na wiedzę Komarki z blogu "Every cake you bake", która niedawno zwiedzała Indonezję). Wychodzimy z restauracji usatysfakcjonowani, ale nie przejedzeni - mimo, że potraw był cały kalejdoskop, porcje były maleńkie, a większość dań warzywna.

Wytwórnia sera Gouda.

Kolejny dzień upływa nam pod znakiem sera. Najpierw zwiedzamy małą wytwórnię goudy i edama w okolicach Volendam. Różnica między tymi dwoma serami to oprócz kształtu w zasadzie jedynie zawartość tłuszczu - gouda ma go ok. 48% a edam 40%. Mleko przeznaczone na ser jest ogrzewane, dodaje się do niego podpuszczki, która powoduje powstanie skrzepu. Następnie odciska się nadmiar serwatki w drewnianych formach i przepłukuje ser solanką. Później rozpoczyna się leżakowanie. Syn właściciela tłumaczy nam ze szczegółami jak sery są produkowane i zapewnia, że można je przechowywać w temperaturze pokojowej niemal w nieskończoność. Chociaż przyznaje, że po 3 - 4 latach ser może być trochę zbyt twardy do konsumpcji.

Sery holenderskie klasyfikowane są w/g okresu leżakowania na: jong belegen - młode dojrzewające przez min. 10 tygodni, belegen - te dojrzewają przed sprzedażą przez ok. pół roku, oud belegen - dojrzewające min. 8-9 miesięcy i oude kaas - stare sery o okresie dojrzewania minimum 14 miesięcy. Kolor parafinowej otoczki sera też wiele nam o nim mówi: czerwoną mają młode sery głównie produkowane na eksport, te co zostają w Holandii są zazwyczaj żółte, czarna otoczka charakteryzuje ser dojrzały, z zielona to zwykle ser z dodatkami. Zamiast w parafinę pakuje się też często sery w plastik, jak nas zapewniał producent jest to plastik.... w pełni jadalny. Przyznam, że nie bardzo mnie te zapewnienia przekonały. ;)

Będąc wielbicielami serów o wyrazistym smaku, decydujemy się na goudę dwuletnią - kruchą, ciemnożółtą, z wytrąconymi dzięki przechowywaniu chrupiącymi mikroskopijnymi kryształkami soli oraz na pyszny młody edam z kminkiem. Producent ma jeszcze w swoim asortymencie sery z dodatkiem papryki, czosnku, goździków i liści pokrzywy, wszystkie kuszące. Oprócz serów właściciele strugają na miejscu tradycyjne holenderskie chodaki. Mamy nawet możliwość sami wypróbować, że nie jest to lekkie zajęcie.

Targ serowy w mieście Gouda.

Kolejny "serowy" etap to targ w mieście Gouda. Główny plac miasta od samego rana zasłany jest wielkimi kołami sera. Licytuje się ceny, ze znawstwem ogląda każdy egzemplarz, a potem wszystko sprzedawane jest na przysłowiowym pniu. Oprócz wszechobecnych straganów z serem wypatrujemy na rynku inną specjalność miasta pyszne goudse stroopwafels.

Wafle goudsestroopwafels.

Na naszych oczach sprzedawca bierze talarki surowego ciasta, wkłada je do waflownicy, a za chwilę jeszcze gorące przekłada gęstym karmelowym syropem. Oczywiście gdy odchodzimy od stoiska każde z nas trzyma w garści po jednym waflu i jeszcze całą pokaźną paczuszkę na później. ;)

Okolice Kinderdijk. Przydrożny sklep z warzywami. Holenderskie kanały.

Przed nami jeszcze okolice Kinderdijk z wielkim zgrupowaniem najpiękniejszych holenderskich wiatraków, zbudowanych jeszcze w XVIII wieku i chronionych przez UNESCO. Spacerujemy sobie wzdłuż kanałów, mijają nas dziesiątki rowerzystów, wieje wiatr, a wiatraki ciągle się kręcą.

17 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa, jak zwykle relacja. Mam podobne uczucia do do Holendrów, i nawet mam parę ich w rodzinie. Są to oczywiście niesamowicie pracowici i skromni w zasadzie ludzie. To stereotypy, ale wg. mnie sprawdzają się. Jaka jeszcze inna nacja żyje dosłownie z tego co sobie morzu wydarła? Te kwiatki wszędzie zawsze mnie w Noderlandach bardzo czarowały i miałam nadzieję, że ten zwyczaj może kiedyś się do Polski przeniesie - żeby mieć kwiatki wszędzie! A rijstaafel bardzo też lubię, duża rola odgrywana jest przez sosy Sambal (Sambal Olek, Sambal Bajak (lub Badjak) i inne, różniące się intensywnością). Jest to bardzo przyjemna forma obiadu i Holendrzy się w niej wręcz lubują.

    Pozdrowienia. Mam nadzieję, że będzie ciąg dalszy!
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam za literówki, brak kilku przecinków. I widzę jak jedno zdanie niezręcznie zabrzmiało: ta para Holendrów. Jest ich para rzeczywiście, jeden mężczyzna, jedna kobieta, mimo, że sami nie są parą!

    Strasznie tu namotałam w tym moim komentarzu, ale mam nadzieję, że jest zrozumiału. Acha, uwielbiam starsze Goudy, właśnie z kryształkami tak jak w Parmezanie. I również bardzo smakują mi sery tzw. farmerskie, bardzo proste, ogólnie sprzedawane jako młode. Są pyszne!
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  3. I ja jestem wielbicielka holenderskich serow, choc rzecz jasna ich wybor w tym szwajcarskim serowym zaglebiu jest niewielki ;)
    Szczegolnie zauroczyly mnie zdjecia wiatrakow Agnieszko, sa niesamowite!
    No i nawet dynie udalo Ci sie uwiecznic! :) A skoro juz o dyniach mowa, to korzystam z okazji by zaprosic Cie na tegoroczny Festiwal Dyni :)
    http://mojakuchnia.blogspot.com/2008/10/jak-ju-pewnie-zauwaylicie-jestem-wielk.html

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszo, niesamowicie piszesz! Tak ciekawie, czyta się szybko i zapartym tchem. Zdjęcia piekne, profesjonalne, cudownie się ogląda! Jestem pod wrazeniem i znowu czuje sie jakbym byla z Wami na wycieczce. :))
    Podziwiam za wiedze i talent.
    Pozdrawiam cieplo.
    Majana

    OdpowiedzUsuń
  5. Następna ciekawa relacja i wspaniałe zdjęcia! zbieramy się do wizyty w Holandii od jakiegoś już czasu i nie możemy się wybrać. Może w końcu w przyszłe wakacje się zdecydujemy, a wtedy Twój opis wycieczki bardzo się nam przyda.
    Też znamy kilku Holendrów, relacje są coraz bliższe, łącznie z wymianą prezentów świątecznych. Te trzy pary, to są wspaniali, otwarci ludzie, cieszący się życiem (nawet bez palenia trawki)i znający się na handlu jak nikt na świecie. Gościliśmy ich już dwukrotnie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. ha, ha przypomnial mi sie nasz holenderski epizod gdy bardzo poznym wieczorem zajechalismy na nocleg i po zameldowaniu sie w zarezerwowanym hoteliku ruszylismy galopem szukac jakiejs restauracji. jedyna otwarta a wlasciwie juz zamykana byla indonezyjska (juz widze mine kucharza, ktory musial na nowo odpalic kuchenke :}) a menu bylo tylko po indonezyjsku i holendersku i takimi tez tylko narzeczami wladala wlascicielka. chwile trwalo zanim dopasowalismy angielski i niemiecki do tego co zobaczylismy w menu a rezultat nie do konca zgodny byl z oczekiwaniami, glodni jednakowoz spac nie poszlismy :)))
    a nazajutrz odbilismy sobie w bardziej juz "cywilizowanej" indonezyjskiej knajpce gdzie menu bylo rowniez po angielsku. a na "deser" nabylismy zestaw sledziowy, ktory bedac w Amsterdamie trzeba koniecznie skosztowac, zestaw dojechal czesciowo do Paryza i zostal pochloniety u przyjaciol poznym wieczorem a raczej gleboka noca :)
    a ser nabylismy 6-letni, mial juz lekko orzechowy kolor i karmelowy posmak. byl pyszny :)))
    a Holandia to chyba "trudny" kraj dla polskiej duszy, choc sporo Polakow zdecydowalo sie tam osiedlic. przypadkiem poznalam w czasie jednej z moich podrozy nasza krajanke, ktora osiedlila sie tam w latach 80tych i mowila sporo rzeczy pozytywnych ale tez i negatywnych o Holandii i o Holendrach. ja w kazdym badz razie mam wielki szacunek dla tej nacji, zwlaszcza gdy przejechalam Afsluitdijk czyli wielka tame zamykajaca.
    dziekuje za kolejna opowiesc i zdjecia, czekam na ciag dalszy :)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, wszystko cudne, a wiatraki najpiękniejsze. :) Na naszych rodzinnych Kaszubach jeszcze kilka z nich się ostało. Szkoda jednak, że większość z nich dobiega swego żywota... Jeden taki holenderski wiatrak, typu "koźlak" zdobił rodzinne strony mojego ojca. Niestety, kilka lat temu strawił go pożar. :(
    Agnieszko, czy w czasie tej pięknej wakacyjnej podróży - nie musieliście przypadkiem po kolei pozbywać się rzeczy osobistych, by zrobić w bagażniku miejsce na zakupy? ;-))

    OdpowiedzUsuń
  8. Doroto, cieszę się, że też gustujesz w rijstafel. :) Te moje "socjologiczne" obserwacje są bardzo luźne i na pewno subiektywne. Niewątpliwie jednak takie dobrze zorganizowane życie ma wiele plusów.

    Beo, dziękuję za zaproszenie. Nie mogłam się oprzeć tych holenderskim dyniom, bardzo się malowniczo prezentowały. U Ciebie pewnie tak jak i u mnie - królują lokalne sery i wina, a tych "zagramanicznych" trochę skromniejszy wybór. Tutaj co prawda goudy jest dość dużo gatunków, ale tą starą trudno zdobyć. Za to przypomniałam sobie, że jest dostępny ser Old Amsterdam, którego tez bardzo lubię i właśnie nieco przypomina taką "podstarzałą" goudę.

    Majano, dziękuję za przemiły komentarz. Cieszę się że chociaż wirtualnie mogłaś się z nami zabrać na wycieczkę. :)

    Kasiac, cieszę się ,że piszesz iż ta moja bazgranina może się w przyszłości na coś przydać. Przypomniało mi się , że "nasz" Holender w dodatku z szerokimi horyzontami kulinarnymi.

    Leloop, ja nie wspomniałam, że ta nasza indonezyjska to była druga z kolei, pierwsza też nam zamknęli przed nosem (o 19.00 ;) ). Masz rację, że tamy robią wielkie wrażenie, a stary holenderski ser to jest to co misie lubią najbardziej. zestaw śledziowy i pola tulipanów zostawiam sobie na następny raz, tym razem musi to być koniecznie wiosną.

    Małgosiu, ja pamiętam na wybrzeżu wiatraki na Żuławach, chyba zresztą nawet holenderskiej konstrukcji. Przybysze z Niderlandów zresztą ładny kawał Europy osuszyli. http://www.wiatrak.nl/603/holendrzy-osuszaja-swiat-i/
    A gdzie konkretnie te wiatraki na Kaszubach? Co do bagażnika to na szczęście był dość duży i głównie to musiałam walczyć z mężem, który hołubił miejsce na francuskie wina, które dopiero miały być kupione. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko dzięki za czujność. :) Popełniłam lapsus słowny: myślałam o Żuławach, a spod ręki wyszły Kaszuby (wszak mój ojciec na Żuławach się urodził). A na Kaszubach i owszem wiatraków też niemało, ale tych nowoczesnych.;-) Natomiast nawet i tam pojawiały się perełki, i wiatraki typu holenderskiego również budowano: http://www.dkpk.ziemiawejherowska.eu/index.php/gmina_wicko

    OdpowiedzUsuń
  10. Agusiu nic nie pisalam, bo nie mialam nic nowego do dodania: pieknie opisane i piekne zdjecia. Czuje sie jakbym podrozowala z Wami :) Ale co chwile wracam, patrze na te wiatraki, sery i wafle i mysle, ze bardzo chcialabym tam pojechac, by cieszyc sie tym wszystkim wlasnymi oczami (i podniebieniem ;) )

    OdpowiedzUsuń
  11. Twoje zdjecia i relacje zapieraja dech w piersiach!
    Pozdrawiam cieplo
    Elwira

    OdpowiedzUsuń
  12. Małgosiu, jaka tam czujność. Jak widać maiłaś rację , bo przecież piękny wiatrak znalazłaś w tym linku.

    Elu, bardzo mi miło!! Samemu pojechać trzeba koniecznie, ja żebym nie wiem jak się starała to smaków i zapachów przekazać netem niestety nie umiem. ;)

    Elwiro, dzięki za miłe słowa. Również serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Maz wlasnie wraca stamtad z podrozy i co dla mnie wiezie? sery oczywiscie. Tez bardzo mi smakuja a zwlaszca te z dodatkami. Wafle niestety jadlam tylko z paczki, niesamowita slodycz i zdecydowanie wolalabym skosztowac takich swiezuchnych. Nigdy nie bylam w Holandii i nie znam zadnego Holendra wiec opisy przydadza sie na przyszlosc w razie jakiejs rodzinnej wycieczki. Jedno pytanie- czy jedzenie i noclegi sa bardzo drogie? Dzieki za dzielenie sie wrazeniami. POzdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. JA KOCHAM HOALNDJE I MAM DURZO PAMIĄTE$K I DURZO ZDJĘC I CO ROKU TAM JERZRZE I KUOPUJE DURZO NOWYCH I CIEKAWYCH PAMIĄTEK JUŻ NA TE PAMIĘTKI W PRZELICZENIU NA ZŁOTÓWKI WYDAŁAM 56 TYSIĘCY.! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kobieto musisz się tak chwlic.?

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.