
Jeden z wiatraków Kinderdijk. Roczny ser Gouda z kminkiem.
Będę Was jeszcze trochę zanudzać naszą wycieczką, ale na pocieszenie dodam, że to już nasza droga powrotna. Dziś parę słów o Niderlandach.Holandia, to kraj trochę kłócacy się z naszą słowiańską mentalnością. Wrażenie takie można odnieść zwłaszcza na prowincji. Może nie szokuje to tak, gdy wjeżdża się do niej z Niemiec. Panuje nadal perfekcyjny porządek i tylko okna robią się coraz większe, bardziej wypucowane i umożliwiają każdemu przechodniowi szybką ocenę, czy żyją tam porządni ludzie. Może raczej powinnam powiedzieć porządniccy. ;) Chyba tylko w kraju o purytańskich tradycjach można było prawnie pozwolić na palenie marihuany i inne obyczajowe swobody, bo i tak wśród tubylczej ludności będą sprawnie działały ich od wieków wypracowane i chyba już przekazywane genetycznie moralne hamulce. Wystarczy spojrzeć dla kogo jest atrakcją amsterdamska dzielnica Czerwonych Latarni. Te hamulce ponoć jednak działają coraz gorzej, o czym upewnia nas przyjeżdżający do Porto raz w miesiącu pracujący z moim mężem znajomy Holender. Obśmiewany przez portugalskich żigolaków, że od zawsze chodzi w tych samych butach, facet jest znakomity w swojej profesji, mówi biegle w 6-ciu językach i ma letni dom na rajskiej wyspie Arubie (widać na tych butach zaoszczędził ;) ). Zawsze się zastanawiam jak by mi się mieszkało w takim kraju jak Holandia - z jednej strony wszystko uporządkowane, poukładane, wyczyszczone i jak mniemam sprawnie działające, ale z drugiej - czy nie brakowałoby mi słowiańskiej otwartości i śródziemnomorskiej swobody i wyluzowania (tak, tak, tego samego, które mnie gdzieś tak raz w tygodniu doprowadza do furii ;)).
No dobrze, tyle rozważań filozoficzno-socjologicznych nad Niderlandami. Przejdźmy do tego, co tu warto zobaczyć i rzecz jasna - co zjeść. Byliśmy tu bardzo krótko, ominęliśmy szerokim łukiem znane nam już duże metropolie, kierując się do miejscowości mniejszych, ale wciąż bardzo "klimatycznych". W ogóle ten nasz cały wyjazd mógłby chyba nosić nazwę turystyki prowincjonalnej. Holandia przywitała nas urwistym wiatrem, wzburzonym morzem i przelotnym deszczem. Mimo niezbyt sprzyjającej aury udało nam się zobaczyć kilka urokliwych małych miasteczek (ciągle mi sie nasuwało skojarzenie, że one są jak dla lalek - wszystko było kolorowe, ukwiecone i maleńkie, aż dziw bierze, że tam mieszkają zwykli duzi ludzie). W Lelystad podziwiamy replikę owianego legendą galeonu Batavia , a niesprzyjająca aura nie zniechęca mojego syna do nabycia u wjazdu na tamę Houtribdijk gigantycznego, jak to się u nas w domu mówi "loda z rury". Muszę przyznać, że mimo pełnej świadomości, że robi się go z jakiegoś sztucznego proszku nie mogłam nie zachwycić się wspaniałą konsystencją i waniliowym smakiem. To chyba jeszcze taka skaza z dzieciństwa, gdy te lody kupowało się w Sopocie na Monciaku i były dla mnie cudownym rarystasem. ;)
Nie jest to pora kwiatów, nie widzimy więc wiosennych pól tulipanów, za to na każdym kroku kanały, wiatraki i niebo jak na płótnach holenderskich renesansowych mistrzów. Jedziemy do Edam na kolację. Po krótkim scanningu menu pobliskich restauracji decydujemy się na ..... kuchnię indonezyjską. Od dawien dawna chciałam spróbować rijstafel, słynnego wielodaniowego posiłku, którego tradycję przywieźli Holendrzy z południowo-wschodniej Azji jeszcze za kolonialnych czasów. Miasteczko wieczorem jest opustoszałe, może to wina pogody, a w restauracji Ropaja głównie obcokrajowcy. Cóż mottem Holendrów nie jest chyba "carpe diem", chociaż może i jest, tyle że oni zdaje się inaczej je rozumieją niż my. Po odcyfrowaniu menu z pomocą przemiłej kelnerki składamy zamówienie i po kwadransie rozpoczyna się niekończąca się parada półmisków, a wszystkie lądują na specjalnych podgrzewaczach na naszym stole. Szalenie mi się podoba taki wybór i różnorodność, w zasadzie każdy może sobie skomponować posiłek w/g własnego widzimisię. Jedyna potrawa która mnie zaskakuje to saté/satay - szaszłyki w sosie z orzeszków ziemnych. Zawsze sobie wyobrażałam, że jest to potrawa pikantna z intensywnie orzechowym smakiem, więc wyobrażacie sobie jak musiał mnie zaskoczyć łagodny wręcz słodki, choć aromatyczny sos. Ciekawe czy tak smakuje satay również w Indonezji, być może holenderska jego odmiana jest przygotowywana schlebiając gustom dawnych kolonizatorów. Żeby to sprawdzić trzeba będzie się wybrać w bardziej egzotyczne rejony (choć po cichu liczę na wiedzę Komarki z blogu "Every cake you bake", która niedawno zwiedzała Indonezję). Wychodzimy z restauracji usatysfakcjonowani, ale nie przejedzeni - mimo, że potraw był cały kalejdoskop, porcje były maleńkie, a większość dań warzywna.
Kolejny dzień upływa nam pod znakiem sera. Najpierw zwiedzamy małą wytwórnię goudy i edama w okolicach Volendam. Różnica między tymi dwoma serami to oprócz kształtu w zasadzie jedynie zawartość tłuszczu - gouda ma go ok. 48% a edam 40%. Mleko przeznaczone na ser jest ogrzewane, dodaje się do niego podpuszczki, która powoduje powstanie skrzepu. Następnie odciska się nadmiar serwatki w drewnianych formach i przepłukuje ser solanką. Później rozpoczyna się leżakowanie. Syn właściciela tłumaczy nam ze szczegółami jak sery są produkowane i zapewnia, że można je przechowywać w temperaturze pokojowej niemal w nieskończoność. Chociaż przyznaje, że po 3 - 4 latach ser może być trochę zbyt twardy do konsumpcji.
Sery holenderskie klasyfikowane są w/g okresu leżakowania na: jong belegen - młode dojrzewające przez min. 10 tygodni, belegen - te dojrzewają przed sprzedażą przez ok. pół roku, oud belegen - dojrzewające min. 8-9 miesięcy i oude kaas - stare sery o okresie dojrzewania minimum 14 miesięcy. Kolor parafinowej otoczki sera też wiele nam o nim mówi: czerwoną mają młode sery głównie produkowane na eksport, te co zostają w Holandii są zazwyczaj żółte, czarna otoczka charakteryzuje ser dojrzały, z zielona to zwykle ser z dodatkami. Zamiast w parafinę pakuje się też często sery w plastik, jak nas zapewniał producent jest to plastik.... w pełni jadalny. Przyznam, że nie bardzo mnie te zapewnienia przekonały. ;)
Będąc wielbicielami serów o wyrazistym smaku, decydujemy się na goudę dwuletnią - kruchą, ciemnożółtą, z wytrąconymi dzięki przechowywaniu chrupiącymi mikroskopijnymi kryształkami soli oraz na pyszny młody edam z kminkiem. Producent ma jeszcze w swoim asortymencie sery z dodatkiem papryki, czosnku, goździków i liści pokrzywy, wszystkie kuszące. Oprócz serów właściciele strugają na miejscu tradycyjne holenderskie chodaki. Mamy nawet możliwość sami wypróbować, że nie jest to lekkie zajęcie.
Kolejny "serowy" etap to targ w mieście Gouda. Główny plac miasta od samego rana zasłany jest wielkimi kołami sera. Licytuje się ceny, ze znawstwem ogląda każdy egzemplarz, a potem wszystko sprzedawane jest na przysłowiowym pniu. Oprócz wszechobecnych straganów z serem wypatrujemy na rynku inną specjalność miasta pyszne goudse stroopwafels.
Na naszych oczach sprzedawca bierze talarki surowego ciasta, wkłada je do waflownicy, a za chwilę jeszcze gorące przekłada gęstym karmelowym syropem. Oczywiście gdy odchodzimy od stoiska każde z nas trzyma w garści po jednym waflu i jeszcze całą pokaźną paczuszkę na później. ;)
Przed nami jeszcze okolice Kinderdijk z wielkim zgrupowaniem najpiękniejszych holenderskich wiatraków, zbudowanych jeszcze w XVIII wieku i chronionych przez UNESCO. Spacerujemy sobie wzdłuż kanałów, mijają nas dziesiątki rowerzystów, wieje wiatr, a wiatraki ciągle się kręcą.









13 comments: