środa, października 01, 2008

Europejskie impresje 2008: Czekoladowa Szwajcaria



Na chwile przerwę mój potok frankofilskich zachwytów (ale jeszcze niestety czeka Was parę galijskich odcinków w ramach naszej trasy powrotnej do Portugalii - czego jak czego, ale Francji nie można ominąć jadąc do nas, i to się w sumie bardzo dobrze składa ;) ). Ale nie odjedziemy w sumie daleko, bo tylko do Szwajcarii i to w dodatku na początek tej francuskojęzycznej.

To nasza druga już wizyta w tym kraju (pomijając narciarskie wypady przez granicę austriacką i włoską, które zresztą były trochę rozczarowujące, bo dla szusujących infrastruktura szwajcarska jest nieco wiekowa i mniej wygodna niż np. ta w Austrii). Poprzednio byliśmy w kantonach włoskich i niemieckich i mamy wspomnienia o doskonałych śniadaniach i najwspanialszej na świecie czekoladzie do picia serwowanej na podwieczorek. Teraz wjeżdżamy od strony Genewy i zmierzamy ku okolicom Jeziora Leman (zwanego też Genewskim). Krajobrazy są miejscami idylliczne - łagodne stoki porośnięte winoroślą opadające ku wodzie. Szwajcarzy produkują wino, ale go prawie nie eksportują (przypomina mi to od razu portugalskie sery - doskonałe, a zupełnie nie znane na forum międzynarodowym, bo zjadane w całości na miejscu).

Te sielskie widoki miejscami ustępują pola kurortom z klasą, o XIX-wiecznej jeszcze famie, jak Montreux czy Morges. Zostajemy na noc w tym ostatnim. Od jeziora wieje lekki szkwał, a słońce widowiskowo zachodzi w feerii różów. Włóczymy się po promenadzie i delektujemy atmosferą zasiedziałego tu od stuleci mieszczańskiego dobrobytu. A że prawie pod hotelem mamy muzeum Paderewskiego nietrudno nam sobie wyobrazić jak w panamie (Czy wtedy w modzie były panamy? Prawdę mówiąc nie jestem pewna...) i z laseczką spacerował sobie, po tych samych co my bulwarach, honorowy obywatel Morges z Polski rodem.

Winnice nad Jez. Leman. Morges. Muzeum Paderewskiego.

Na następny dzień mamy bardzo napięty plan: chcemy dotrzeć do Chillon - jednego z najbardziej fotogenicznych zamków świata, zwiedzić fabrykę czekolady, wjechać na lodowiec Altesch, (przypominający wypisz wymaluj - nartostradę dla gigantów), a potem jeszcze znaleźć nocleg w okolicach Jeziora Bodeńskiego (jak się okaże to ostatnie będzie najtrudniejsze). Ale zaczynamy od szwajcarskiego śniadania i ono nas już tradycyjnie zachwyca. Nie będę wymieniać tego, co było podane w elegancko zaaranżowanym bufecie, bo niby każdy lepszy hotel ma taki wybór. Tu jednak chodziło o jakość. Pieczywo jeszcze ciepłe, świetnie zaparzona kawa (po okropnej dla naszych "sportugalszczonych" podniebień francuskiej), jajka w każdej dostępnej postaci idealnie przygotowane (czego mój mąż nie omieszkał ze znawstwem przetestować), sery chyba z każdego kantonu, a ukoronowaniem tego wszystkiego było jak dla mnie muesli Dr Birchera. To jeden ze śniadaniowych przysmaków, który prezentuje wielki dysonans pomiędzy swoim wyglądem a smakiem. Tzn. smak jest wspaniały, a wygląd....no powiedzmy, że taki sobie, szaroburą breję toto raczej przypomina. Ale tak ma być i Szwajcarzy wiedząc o tym nie upozowują Bircher's muesli na uroczą piramidkę płatków zbożowych, posypanych gdzieniegdzie plasterkami świeżych owoców z asymetrycznie położoną kapką jogurtu. Tu wszystko jest wymieszane, pociapane, przemacerowane i dzięki temu doskonałe. A że my jesteśmy jeszcze w lipcu trafiamy na wersję tej klasycznej potrawy z dużą ilością owoców jagodowych. Mmmm, mogłabym to jeść na śniadanie codziennie.

O poranku każdy znalazł więc coś dla siebie i tak pokrzepieni możemy przystąpić do realizacji naszej marszruty. Jestem pewna, że w zamku Chillon musieli być zakochani wszyscy romantycy - trochę ponury i z ciężką bryłą na tle dramatycznej scenerii, czego więcej potrzeba było żeby dodać weny XIX-wiecznemu poecie. My mamy szczęście, że jesteśmy tu bardzo wcześnie, bo w XXI wieku, oprócz zapierającego dech w piersiach widoku, przetaczają się tu również już mniej nastrojowe tabuny turystów.

Teraz kolej na punkt w programie dla mnie najważniejszy. Bo cóż może być wspanialszego dla zdeklarowanego czekoladoholika niż zwiedzanie fabryki Cailler. Recepcjonistka w hotelu poprzedniego wieczora śmiała się, że dla szwajcarskich dzieci to obowiązkowa wycieczka szkolna. Dla mnie, jak się spodziewam, będzie to wizyta w czymś w rodzaju słodkiego raju.

Degustacja czekolady. W "komnacie zapachów". Stara reklama firmy.

Zwiedzanie zaczynamy od części może nie zupełnie rajskiej, ale niezwykle ważnej dla finalnej jakości każdej najmniejszej kosteczki - poznajemy technologię produkcji i maszyny używane od zarania szwajcarskiej czekoladowej epopei. Chyba najbardziej hołubionym w każdej fabryce ustrojstwem jest "conche" (jakby to opisać - to coś w rodzaju systemu rynien zaopatrzonego w poruszające się wałki), służąca do nadania czekoladowej masie idealnej gładkości. Zbudowanie tej właśnie maszyny było kamieniem milowym w produkcji czekolady. Wśród eksponatów w Cailler ona jedyna pracuje na naszych oczach, mieszając czekoladową masę o konsystencji płynnej nutelli. Dobrze, że jest za szybą, bo myślę że niejeden zwiedzający próbowałby w jej trybiki wepchnąć paluchy, żeby polizać choć trochę tego niebiańsko przelewającego się specjału.

Cały proces produkcji czekolady jest pewnie wszystkim mniej lub bardziej znany, nie będę więc was zanudzać szczegółami. Zainteresowanych odsyłam do stronę firmy Lindt, gdzie jest to z grubsza wyjaśnione. My zaś przechodzimy do działu z foremkami i reklamami firmy, począwszy od tych najstarszych, skończywszy na tegorocznych. Srebrzyście błyszczą setki zajęcy, jajek wielkanocnych, mikołajów, przenajróżniejszych foremek do tabliczek z finezyjnie cyzelowanymi kostkami.

Wystawa foremek do czekolady. Ciąg dalszy degustacji. Ziarenka kakao. Zabytkowa maszyna do produkcji czekolady.

Kolejny krok to poznanie surowców do produkcji czekolady. Mijamy wielgachne wory z ziarnem kakaowym (które widzę w stanie całym po raz pierwszy), kosze orzechów laskowych i włoskich, pęki lasek wanilii, różne gatunki cukru i powoli nasza wyobraźnia zaczyna pracować. Następny etap to "komnata zapachów" - mamy tu do dyspozycji przedziwne jakby kroplomierze, po otwarciu których upaja nas aromat czekolady mlecznej, białej, z orzechami i gorzkiej. Nasz węch pracuje już na najwyższych obrotach, kolej więc na pozostałe zmysły - z głośników wydobywa się szelest otwierania opakowania tabliczki czekolady, łamania jej na kostki i chrupania, potem jeszcze słychać wzdychanie i zadowolone pomruki.

Mój centralny układ nerwowy bombardowany jest taką ilością intensywnych bodźców, że po wejściu do salonu degustacji muszę się naprawdę opanować, żeby nie zacząć jeść czekoladek garściami. Króluje oczywiście mleczna czekolada pod każdą postacią - w końcu jesteśmy w Szwajcarii i w jakimś celu oni tutaj te swoje krowy pasą. Głęboko oddycham i z nabożną czcią zaczynam delektować się pralinkami i kostkami czekolady. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział - w tym miejscu można osiągnąć nirwanę. Maciej musi mnie siłą wyciągać z tego uzależniającego pomieszczenia, a przed nami jak na złość - sklep z pamiątkami. A suweniry to tym razem tylko i wyłącznie czekoladki.

Zrozpaczona, że nie mogę tam zamieszkać albo choćby rozbić namiotu, nieco naburmuszona idę jak skazaniec za Maćkiem do samochodu. Ach, dlaczegóż ja nie zrealizowałam swojego marzenia z dzieciństwa, żeby pracować w fabryce czekolady. To był poważny życiowy błąd.

Zamek Chillon. Lodowiec Altesch. Drewniany szwajcarski domek w okolicy miasteczka Broc.

Marzenia marzeniami, a nam czas w dalszą drogę zwłaszcza, że powietrze robi się ciężkie i zanosi się na burzę. Wijącą się wśród szwajcarskich domów z czarnego drewna drogą wspinamy się w szwajcarskie Alpy. Jeszcze tylko wjazd kolejką linową i przed nami roztacza się widok na widowiskowy lodowiec Aletsch. Niestety w czasie naszego wjazdu pogoda zmienia się gwałtownie, a temperatura spada z 30ºC do 8ºC. W dodatku zaczyna padać. Maciej z wielkim poświęceniem próbuje zrobić kilka fotek, a ja z narażeniem na zlodowacenie zasłaniam przed deszczem swoim polarem.... no jasne, że nie męża - aparat fotograficzny. ;) Szczękając zębami z zimna gratulujemy sobie realizacji naszego szwajcarskiego planu.

15 komentarzy:

  1. Ja takze Wam gratuluje:) I jak tylko bede w tamtych rejonach, to wycieczka do fabryki czekolady bedzie obowiazkowa :) Pieknie opisane!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za tę relację. I podziwiam ogrom pracy w nią włożony. Następnym razem jadę z Wami! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko!
    Jaka piękna relacja i fotorelacja !
    Jaki ogrom pracy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, nie potrafię opisać, jak dużą przyjemność sprawił mi ten wpis! Poczynając od zachwytów wizulanych a na treściach bardzo mnie interesujących kończąc. Temat czekolady jest mi niezwykle bliski :D Uwielbiam - nie tylko jeść ale i właśnie czytać o tej brązowej rozpuście. Przyznam, że mam w domu pokaźny stos książek o historii czekolady, jej producentów, o właściwościach, rodzajach, itp, itd. Swego czasu pisałam nawet do kilku światowych producentów i otrzymywałam od nich różne gadżety :D
    Zgadzam się, że Cailler produkuje obłędną czekoladę - zwłaszcza tę oscylującą w okolicach 60% kakao - niebo w gębie - delikatna, błyszcząca, "krucha" - idealna. Ale i czekolady Lindta bardzo, bardzo lubię. Ich mleczna z tym wyczuwalnym posmakiem wanilii to coś cudownego (uważana jest podobno za najlepszą czekoladę mleczną na świecie). No iprzepadam za ich świteczną czekoladą z cynamonem i kolendrą (i za pralinami Fioretto z tej serii). Ze szwajcarskich bardzo smakowały mi też czekoladowe wyroby Camille Bloch. No ale nie będę już nudzić ;)

    Piękny wpis.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo sie ciesze, ze tak Wam sie w Szwajcarii podobalo :) I mam nadzieje, ze bedzie jeszcze jakis nastepny raz i ze uda nam sie wtedy choc na chwilke spotkac :)

    Pozdrawiam serdecznie!

    ps. a ja wlasnie wrocilam z Morges; nastepnym razem tam sobie o Tobie pomysle :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Agnieszko, kolejny raz sie zachwycam Twoja relacja, Twoj blog jest naprawde niezwykly.
    Elwira

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, następna bardzo ciekawa opowieść. Naprawdę chylę czoła! Masz prawdziwy dar pisania. Z niecierpliwością czekam na następny "odcinek".

    OdpowiedzUsuń
  8. mmm... ja to bym sie gdzies zakamuflowala za tymi workami z ziarnem kakakowym, zeby zostac tam na noc ;).
    przyznaje Ci racje, francuska kawa jest okropna, Francuzi wypijaja jej hektolitry dziennie ale na ogol jest to bezsmakowa lura czesto zaparzona z tej najtanszej. gdy jedziemy przez Niemcy tez nadrabiamy kawowe braki w hotelach ;)
    czy moglabys kiedys napisac cos o portugalskich serach bo rzeczywiscie trudno spotkac :) ostatnio probowalismy serka koziego, lekko slonego. pewnie gatunkowo byl posledni, bo kupilismy go w ramach dni hiszpansko-portugalskich w LIDLu ale bardzo nam smakowal, a dzieciaki szybko wyjadly caly zapasik.
    dzieki za smakowita relacje, zapach czekolady nieomalze saczyl sie z laczy ;)
    klaniam sie

    OdpowiedzUsuń
  9. Czuję się niemal, jak gdybym to ja przechodziła przez te wszystkie komnaty. Agnieszko, przeniosłaś mnie na chwilę w świat czekoladowej rozpusty... :) Fajnie było. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Agnieszko cóż za cudowna relacja! Cieszę się ,że mogę ją czytać, dziekuje za wspaniałą wycieczkę. Zdjęcia są niesamowite. Ten zamek i lodowiec - po prostu cudo! :)) Czekoladowy świat - oczyma wyobraźni widzę tam siebie, he he, chyba nie mogłabym sie oderwac od czekoladek ;)
    Pozdrawiam cieplo.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję wszystkim za miłe komentarze. Aż chce się dalej pisać dla tak wdzięcznych czytelników!!

    Charlotte, ze mnie uczciwie mówiąc to chyba bardziej czekoladowy łakomczuch niż koneser ;), ponieważ w przeciwieństwie do znawców kocham obłędnie i dozgonnie nie gorzką wysokoprocentową czekoladę, tylko właśnie mleczną. Masz rację, że Lindt jest świetny, ja szczególnym uwielbieniem darzę ich czekoladę Lindor w czerwonym opakowaniu.

    Beo, bez wątpienia chcielibyśmy się wybrać do Szwajcarii jeszcze nie raz. Pewnie na narty albo wreszcie na jakąś górska wycieczkę, planowaną od 100 lat. I wtedy na pewno dam znać. :)

    Leloop, od dłuższego czasu zbieram się do napisania postu o najsłynniejszym portugalskim serze queijo da Serra da Estrela. Tylko tu troszkę trudniej niż we Francji z turystyką kulinarną. Mój mąż bywa czasem w okolicach, gdzie ten ser produkują i od dwóch miesięcy nie może się doprosić, żeby dali mu w muzeum sera adres jakiegoś lokalnego wytwórcy. Jeśli ser kozi, który jedliście nazywał się "Palhais" i był pakowany po dwie nieduże "gomółki"(a on bywa często przynajmniej w tutejszym Lidlu) to jest to mój ukochany portugalski kozi ser. Nie mogę znaleźć zdjęcia, ale mam link do filmu: http://www.youtube.com/watch?v=SYwBOnmk8w0

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękne zdjęcia ! Świetny tekst.
    Pozdrowiam,

    Olga.

    OdpowiedzUsuń
  13. wprawdzie ser sie nie nazywal, tzn. nazywal sie "ser kozi" w dwoch jezykach, coz za wyobraznia :} ale rzeczywiscie pakowany byl po dwie gomoleczki wiec chyba mowimy o tym samym serze :) naprawde smaczny i zalujemy, ze dni portugalskie tylko raz do roku :( bedziemy musieli poszukac w Paryzu portugalskiego sklepiku i zrobic zapasik, a moze bedzie ten drugi ser, o ktorym piszesz :) klaniam sie

    OdpowiedzUsuń
  14. szukajac czegos konkretniejszego o tym drugim serze Queijo serra da Estrela natknelam sie na taka strone:http://www.guide-fromages.com/index.php/2007/09/17/les-brebis/queijo-serra-da-estrela/, moze Cie zainteresuje

    OdpowiedzUsuń
  15. Olgo, dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam. :)

    Leloop, z Queijo da Serra da Estrela trzeba uważać, bo jest dużo "podróbek". On ma coś w rodzaju waszego AOC tutaj nazywanego DOP. Powinien mieć nalepkę z hologramem, o taką mniej więcej: http://www.freipedro.pt/tb/030200/reg1.htm

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.