
Na chwile przerwę mój potok frankofilskich zachwytów (ale jeszcze niestety czeka Was parę galijskich odcinków w ramach naszej trasy powrotnej do Portugalii - czego jak czego, ale Francji nie można ominąć jadąc do nas, i to się w sumie bardzo dobrze składa ;) ). Ale nie odjedziemy w sumie daleko, bo tylko do Szwajcarii i to w dodatku na początek tej francuskojęzycznej.
To nasza druga już wizyta w tym kraju (pomijając narciarskie wypady przez granicę austriacką i włoską, które zresztą były trochę rozczarowujące, bo dla szusujących infrastruktura szwajcarska jest nieco wiekowa i mniej wygodna niż np. ta w Austrii). Poprzednio byliśmy w kantonach włoskich i niemieckich i mamy wspomnienia o doskonałych śniadaniach i najwspanialszej na świecie czekoladzie do picia serwowanej na podwieczorek. Teraz wjeżdżamy od strony Genewy i zmierzamy ku okolicom Jeziora Leman (zwanego też Genewskim). Krajobrazy są miejscami idylliczne - łagodne stoki porośnięte winoroślą opadające ku wodzie. Szwajcarzy produkują wino, ale go prawie nie eksportują (przypomina mi to od razu portugalskie sery - doskonałe, a zupełnie nie znane na forum międzynarodowym, bo zjadane w całości na miejscu).
Te sielskie widoki miejscami ustępują pola kurortom z klasą, o XIX-wiecznej jeszcze famie, jak Montreux czy Morges. Zostajemy na noc w tym ostatnim. Od jeziora wieje lekki szkwał, a słońce widowiskowo zachodzi w feerii różów. Włóczymy się po promenadzie i delektujemy atmosferą zasiedziałego tu od stuleci mieszczańskiego dobrobytu. A że prawie pod hotelem mamy muzeum Paderewskiego nietrudno nam sobie wyobrazić jak w panamie (Czy wtedy w modzie były panamy? Prawdę mówiąc nie jestem pewna...) i z laseczką spacerował sobie, po tych samych co my bulwarach, honorowy obywatel Morges z Polski rodem.
Na następny dzień mamy bardzo napięty plan: chcemy dotrzeć do Chillon - jednego z najbardziej fotogenicznych zamków świata, zwiedzić fabrykę czekolady, wjechać na lodowiec Altesch, (przypominający wypisz wymaluj - nartostradę dla gigantów), a potem jeszcze znaleźć nocleg w okolicach Jeziora Bodeńskiego (jak się okaże to ostatnie będzie najtrudniejsze). Ale zaczynamy od szwajcarskiego śniadania i ono nas już tradycyjnie zachwyca. Nie będę wymieniać tego, co było podane w elegancko zaaranżowanym bufecie, bo niby każdy lepszy hotel ma taki wybór. Tu jednak chodziło o jakość. Pieczywo jeszcze ciepłe, świetnie zaparzona kawa (po okropnej dla naszych "sportugalszczonych" podniebień francuskiej), jajka w każdej dostępnej postaci idealnie przygotowane (czego mój mąż nie omieszkał ze znawstwem przetestować), sery chyba z każdego kantonu, a ukoronowaniem tego wszystkiego było jak dla mnie muesli Dr Birchera. To jeden ze śniadaniowych przysmaków, który prezentuje wielki dysonans pomiędzy swoim wyglądem a smakiem. Tzn. smak jest wspaniały, a wygląd....no powiedzmy, że taki sobie, szaroburą breję toto raczej przypomina. Ale tak ma być i Szwajcarzy wiedząc o tym nie upozowują Bircher's muesli na uroczą piramidkę płatków zbożowych, posypanych gdzieniegdzie plasterkami świeżych owoców z asymetrycznie położoną kapką jogurtu. Tu wszystko jest wymieszane, pociapane, przemacerowane i dzięki temu doskonałe. A że my jesteśmy jeszcze w lipcu trafiamy na wersję tej klasycznej potrawy z dużą ilością owoców jagodowych. Mmmm, mogłabym to jeść na śniadanie codziennie.
O poranku każdy znalazł więc coś dla siebie i tak pokrzepieni możemy przystąpić do realizacji naszej marszruty. Jestem pewna, że w zamku Chillon musieli być zakochani wszyscy romantycy - trochę ponury i z ciężką bryłą na tle dramatycznej scenerii, czego więcej potrzeba było żeby dodać weny XIX-wiecznemu poecie. My mamy szczęście, że jesteśmy tu bardzo wcześnie, bo w XXI wieku, oprócz zapierającego dech w piersiach widoku, przetaczają się tu również już mniej nastrojowe tabuny turystów.
Teraz kolej na punkt w programie dla mnie najważniejszy. Bo cóż może być wspanialszego dla zdeklarowanego czekoladoholika niż zwiedzanie fabryki Cailler. Recepcjonistka w hotelu poprzedniego wieczora śmiała się, że dla szwajcarskich dzieci to obowiązkowa wycieczka szkolna. Dla mnie, jak się spodziewam, będzie to wizyta w czymś w rodzaju słodkiego raju.
Zwiedzanie zaczynamy od części może nie zupełnie rajskiej, ale niezwykle ważnej dla finalnej jakości każdej najmniejszej kosteczki - poznajemy technologię produkcji i maszyny używane od zarania szwajcarskiej czekoladowej epopei. Chyba najbardziej hołubionym w każdej fabryce ustrojstwem jest "conche" (jakby to opisać - to coś w rodzaju systemu rynien zaopatrzonego w poruszające się wałki), służąca do nadania czekoladowej masie idealnej gładkości. Zbudowanie tej właśnie maszyny było kamieniem milowym w produkcji czekolady. Wśród eksponatów w Cailler ona jedyna pracuje na naszych oczach, mieszając czekoladową masę o konsystencji płynnej nutelli. Dobrze, że jest za szybą, bo myślę że niejeden zwiedzający próbowałby w jej trybiki wepchnąć paluchy, żeby polizać choć trochę tego niebiańsko przelewającego się specjału.
Cały proces produkcji czekolady jest pewnie wszystkim mniej lub bardziej znany, nie będę więc was zanudzać szczegółami. Zainteresowanych odsyłam do stronę firmy Lindt, gdzie jest to z grubsza wyjaśnione. My zaś przechodzimy do działu z foremkami i reklamami firmy, począwszy od tych najstarszych, skończywszy na tegorocznych. Srebrzyście błyszczą setki zajęcy, jajek wielkanocnych, mikołajów, przenajróżniejszych foremek do tabliczek z finezyjnie cyzelowanymi kostkami.
Wystawa foremek do czekolady. Ciąg dalszy degustacji. Ziarenka kakao. Zabytkowa maszyna do produkcji czekolady.Mój centralny układ nerwowy bombardowany jest taką ilością intensywnych bodźców, że po wejściu do salonu degustacji muszę się naprawdę opanować, żeby nie zacząć jeść czekoladek garściami. Króluje oczywiście mleczna czekolada pod każdą postacią - w końcu jesteśmy w Szwajcarii i w jakimś celu oni tutaj te swoje krowy pasą. Głęboko oddycham i z nabożną czcią zaczynam delektować się pralinkami i kostkami czekolady. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział - w tym miejscu można osiągnąć nirwanę. Maciej musi mnie siłą wyciągać z tego uzależniającego pomieszczenia, a przed nami jak na złość - sklep z pamiątkami. A suweniry to tym razem tylko i wyłącznie czekoladki.
Zrozpaczona, że nie mogę tam zamieszkać albo choćby rozbić namiotu, nieco naburmuszona idę jak skazaniec za Maćkiem do samochodu. Ach, dlaczegóż ja nie zrealizowałam swojego marzenia z dzieciństwa, żeby pracować w fabryce czekolady. To był poważny życiowy błąd.
Marzenia marzeniami, a nam czas w dalszą drogę zwłaszcza, że powietrze robi się ciężkie i zanosi się na burzę. Wijącą się wśród szwajcarskich domów z czarnego drewna drogą wspinamy się w szwajcarskie Alpy. Jeszcze tylko wjazd kolejką linową i przed nami roztacza się widok na widowiskowy lodowiec Aletsch. Niestety w czasie naszego wjazdu pogoda zmienia się gwałtownie, a temperatura spada z 30ºC do 8ºC. W dodatku zaczyna padać. Maciej z wielkim poświęceniem próbuje zrobić kilka fotek, a ja z narażeniem na zlodowacenie zasłaniam przed deszczem swoim polarem.... no jasne, że nie męża - aparat fotograficzny. ;) Szczękając zębami z zimna gratulujemy sobie realizacji naszego szwajcarskiego planu.







15 comments: