niedziela, września 28, 2008

Europejskie impresje 2008: Normandzkie jabłka

Normandzki cydr i jabłkowe przetwory.

Dzisiaj z okazji Dnia Jabłka zaburzymy nieco chronologię wspomnień z naszej wycieczki. Gdy Tatter z blogu "Palce lizać" zaprosiła mnie do udziału w festiwalu jabłkowych smakowitości oczywiście przekornie obudził się we mnie leń. W dodatku zaczęły mi przychodzić do głowy oryginalne przepisy na potrawy ze wszystkimi składnikami z wyjątkiem owocu, którym Ewa skusiła Adama.

Później jednak szczęśliwie przypomniałam sobie o tym, że jednak mam coś do powiedzenia na temat jabłek i mogę dodać swoje blogowe 3 grosze do dzisiejszego święta. Otóż w powrotnej drodze z wakacji, gdy na drodze do domu stanęły nam znowu przepastne i bogate kulinarnie regiony Francji, stanęliśmy wśród falujących pagórków Picardii i nizin Normandii, u wrót "Królestwa jabłka" ciągnącego się aż po Bretanię.

I tutaj mała dygresja. Małgosia.dz w komentarzu do poprzedniego posta pytała mnie, jak to się dzieje, że z taką łatwością odkrywamy w naszych podróżach kulinarne ciekawostki. Otóż nie jest to znowu ani takie łatwe ani przypadkowe. Co prawda we Francji mając dużo czasu można wyruszyć na prowincję bez konkretnego celu i zawsze prędzej czy później znajdzie człowiek jakiś przybytek poświęcony regionalnym specjalnościom. Mając jednak mało czasu, trochę trudno tak iść na żywioł. My więc pojechaliśmy na tę wycieczkę dobrze przygotowani merytorycznie. ;) Ja jeszcze w domu "obczytałam się" we wszystkich książkach o Francji jakie miałam - tych dotyczących jej historii, obyczajów i oczywiście kuchni. Wynotowałam i skserowałam to co istotne, a oprócz tego zabrałam ze sobą dwa bezcenne tomiki: wydany z okazji otwarcia tunelu pod La Manche, dość wiekowy już "Shopping for Food and Drink in Northern France and Belgium" i aż najeżony adresami świątyń dla smakoszy "Le Guide des Gourmands 2007: Le Meilleurs Produits du Terroir". Ten ostatni to adresy sklepów, cukierni, piekarni i drobnych producentów regionalnych specjalności. Kolejnymi niezbędnikami w takiej podróży dla foodies (chyba raczej powinnam powiedzieć gourmands ;) ) są: mapa Francji z zaznaczonymi departamentami i GPS (ten ostatni zwłaszcza jest ratunkiem w zapadłych wioskach, podprowadzając nas dosłownie na próg właściwych drzwi). Tak zaopatrzeni w literaturę i elektronikę możemy wyznaczyć naszą marszrutę i żadna kulinarna perełka się przed nami nie ukryje.


Tak też odkryliśmy Muzeum Jabłka w Górnej Normandii (Haut Normandie). Bez tych wszystkich pomocy naukowych nigdy byśmy tam nie trafili. Położone jest w maleńkiej wiosce Sainte-Opportune-la-Mare w sercu parku krajobrazowego Bretonne. Przyjechaliśmy tam wczesnym słonecznym popołudniem, gdy cała Francja jest jeszcze leniwie ospała po déjeuner. Najpierw zobaczyliśmy uroczy kościółek, na łące za nim francuska rodzina w błogim nastroju dopijała wino po południowym pikniku (tu naszło nas olśnienie - przecież my też możemy tak robić!!). Obok był mały sad ze starymi jabłoniami, a wśród nich brzęczące owady. Doprawdy to była wypisz wymaluj wizja jaką większość obcokrajowców widzi w snach o tutejszej campagne.

Musée sur l'Histoire de la Pomme jest niewielkie i mieści się w XVIII-wiecznej plebanii. Zwiedzamy część poświęconą hodowli jabłek (w tym regionie jabłkowe sady istniały już ponoć w czasach Celtów) i ich odmianom. Później odkrywany sekrety produkcji 3 sztandarowych jabłkowych napitków - cydru, pommeau i calvadosu. Na zewnątrz na małym dziedzińcu przed kościołem stoi stara kamienna prasa używana do wyrobu cydru, do której zaprzęgano konia (okazuje się, że jeszcze działa i uruchamiana jest raz do roku na październikową Fête da la Pomme) , a w jednym z muzealnych pomieszczeń na podziwiać pokaźnych rozmiarów miedziany alembik do destylacji calvadosu.

Zabytkowa prasa do jabłek. Nasze zakupy. Alembik do destylacji cydru.
Nie była by to Francja, gdyby po dużej dawce przyswojonej jabłkowej wiedzy, nie można byłoby skosztować tego, co ludzkie ręce potrafią z tych owoców zrobić. Udajemy się więc do sklepiku pod szyldem "Vente de Produits Pomologiques", który jest prawdziwym jabłecznym rajem. Półki zastawione są przeróżnymi gatunkami cydru (od wytrawnego brut, przez demi-sec aż do łagodnego doux), calvadosu, soków, octu z jabłek. Piętrzą się słoje konfitur, galaretek, musów, a całe to spiżarniane bogactwo wyprodukowane jest tylko z jednego rodzaju owoców. Są nawet karmelki z calvadosem i ciasteczka sablée z kawałkami suszonych jabłek.

Ja potrafiłabym z łatwością zapełnić tu duży bagażnik naszego combi po brzegi. Rozsądek jednak nakazuje selekcję. Degustujemy cidre brut (jednak trochę za wytrawny na nasze niefrancuskie podniebienia), sok jabłkowy i pommeau. Ten ostatni to nieznany mi wcześniej napitek robiony na bazie soku jabłkowego i calvadosu. Finalny produkt zawiera sporo, bo aż 17% alkoholu i zostawiany jest do fermentacji w dębowych beczkach na 2 i 1/2 roku. Pija się go jako aperitif , a z uwagi na wyczuwalne waniliowe i karmelowe nuty polecany jest również do deserów, zwłaszcza na bazie jabłek i czekolady.


Po długiej deliberacji i dyskusji z jak zwykle bardzo kompetentną obsługą sklepu wychodzimy bogatsi o cidre demi-sec od pobliskiego małego producenta, całą serię miniaturowych słoiczków z przetworami, ocet wyrabiany na bazie cydru i 2 wielkie butle klarownego, złocisto-bursztynowego soku z 7 odmian jabłek. Ten ostatni jest takich hitem, że obie butle zostają jeszcze w samochodzie natychmiast opróżnione do dna, a my w dalszą drogę wyruszamy opici jak bąki. Po tej wizycie nachodzi mnie refleksja, że Polska ze swoimi unikatowymi, często starymi gatunkami jabłek, o cudownym smaku i aromacie ma równie wielkie jak Francja powody, żeby mieć takie muzeum. A może już ma, tylko ja jeszcze o tym nie wiem .....

18 komentarzy:

  1. Agnieszko, bardzo ciekawie napisane, jak w książce podróżniczej! (podobnie jak dwa poprzednie wpisy :))).
    Nie wiem, czy w Polsce jest takie muzeum, ale pamiętam jak studiowałam w Anglii, pojechaliśmy kiedyś z grupą do Brogdale w Kencie. Jest to jeden wielki sad (150 ha)gdzie zebrano kolekcję wszystkich odmian jabłek. O ile się nie mylę było ich około 2 tysiące. Największa kolekcja na świecie. Jest tam też "centrum badawcze" nad jabłkami, oraz szkółka i sklep. Pamiętam to do dziś, a było to ponad 10 lat temu! Byłam pod ogromnym wrażeniem

    OdpowiedzUsuń
  2. Agusiu ja Cie podziwiam, za przygotowanie jakie wkladasz w kazda podroz. Ja zawsze probuje sie zmobilizowac, ale chyba nie bardzo mi to wychodzi. Ciesze sie bardzo, ze wszytko dokladnie tutaj nam opisujesz, bo wiem, ze kiedy przyjdzie czas pojechania w te miejsca dzieki Tobie bede wiedziec, co, gdzie i jak. Dziekuje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piekna opowiesc!
    U nas to szczegolnie maz jest milosnikiem cydru (a ja jablek w calvadosie :D) I musze przyznac, ze od pewnego czasu (pewnie naraze sie purystom, milosnikom Francji i normandzkiego cydru...) bardzo nam posmakowal nasz 'tutejszy', szwajcarski cydr. Ma bardzo delikatny smak i o wiele czesciej sie nim delektujemy. Mam nadzieje, ze i Tobie Agnieszko uda sie go kiedys sprobowac :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny wpis ,Agnieszko ja podziwiam wkład jaki robisz w te wpisy ,po prostu poezja..
    A zdjęcia są takie ,ze potem mi się śnią po nocach i są to piękne sny...

    OdpowiedzUsuń
  5. chyba nie przegapilas Agnieszko, w Polsce chyba nie ma Muzeum Jablka i chyba dopiero zaczyna sie walczyc o zachowanie starych odmian http://www.staresady.republika.pl/index_pl.htm. szkoda, mamy chyba niezla tradycje sadownicza i cudowne odmiany, marzy mi sie krucha, soczysta papierowka.
    co do cidre'u to jak domyslasz sie jestem zwolenniczka bretonskiego ;) ale pewnie o Bretanii jeszcze bedzie :) mam to szczescie pijac cidre domowy i z malych lokalnych wytworni, zdecydowanie wole brut :) na upartego moglabym miec wlasny, mam prase (inna niz ta na Twoim zdjeciu, podobna do tej jak na czarnobialym), mam cidre'owe jablonie ale brak mi na to wszystko czasu ;) moze kiedys ...
    klaniam sie :) a moze Ty przewodniki gastronomiczne powinnas pisac ...
    ps. literowka: déjeuner

    OdpowiedzUsuń
  6. Kasiac, dziękuję za namiary na to angielskie muzeum. Ja uwielbiam takie przybytki. Zwłaszcza ten sad musi być boski. Trzeba by się tam wybrać, gdy się jabłoniom gałęzie uginają od owoców.

    Elu, to właściwie nasza druga podróż, do której jakoś się przygotowaliśmy (poprzednia to była wyprawa wiedeńska - prawie napisałam odsiecz ;) ). Wcześniej było tak jak Ty piszesz. ;) Muszę tu oddać chwałę mojemu mężowi, który jest bardzo zorganizowanym człowiekiem i mnie czasem też potrafi do tego natchnąć (rzadko, co prawda ;)

    Beo, szwajcarskiego cydru chętnie bym spróbowała. Powiem Ci w tajemnicy ;), że mi się nie narazisz, bo ja ponad wszystko ubóstwiam mało znany cydr od Basków po hiszpańskiej stronie Pirenejów. Jak jedziemy gdzieś w okolicę na narty to wracamy nieodmiennie z bagażnikiem cydru.

    Margot, dziękuję Ci serdecznie, za taki uroczy komentarz. To miłe wiedzieć, że zamiast komuś spędzać sen z powiek przynosi się piękne sny. :)

    Leloop, tak sobie myślę, że mnie zaraz ktoś skomentuje starym przysłowiem "Co Francuz wymyśli, to Polak polubi", ale naprawdę marzyłoby mi się, przynajmniej pod względem kulinarnym, żeby w naszej ojczyźnie skopiowano pewne francuskie rozwiązania. Zwłaszcza, że jeśli naszych tradycji nie będziemy hołubić to one rozpłyną się jak we mgle. A byłoby szkoda....
    Ze wstydem się przyznam, że o Bretanii za wiele nie będzie. :( Mojego męża tak gnało do regionów, jakby to powiedzieć .... "winonośnych", że dojechaliśmy tylko to Mont Saint Michel (ale to jeszcze niby Normandia, choć jedliśmy już tam bretońskie przysmaki)i Rennes, a potem odbiliśmy do Doliny Loary. Tak że Twoja kraina megalitów i spektakularnych wybrzeży pozostaje nam jeszcze do odkrycia.
    PS. Uppps, literówka już poprawiona, dzięki. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, no więc ja tym bardziej podziwiam, że jednak (pomimo tego co powyżej napisałaś) znajdujesz czas i ochotę, by do tych podróży przygotować się merytorycznie. Ach...jak pomyślę o mojej dziatwie i tych wszystkich obowiązkach, które leżą na moich matczynych barkach - to od razu daję sobie rozgrzeszenie za moje kulinarne lenistwo. ;-)
    Piękny wpis Agnieszko! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. no tak, na Bretanie trzeba sie zupelnie inaczej nastawic, zapomniec o sztandarowych produktach Francji, serze i winie :}
    w Bretanii byly kiedys winnice ale w 17 wieku zostaly zaorane by zasadzic sosny na krolewska flote. zreszta wino bylo ponoc takie sobie i glownie sluzylo za baze do trunku bardziej wyskokowego tzw. nieul (nie daje glowy za ortografie), cos podobnego do bimbru.
    nie widzialam, ze Baskowie tez robia cider. z tamtej strony Pirenejow znam tylko cider asturianski, zreszta dosc charakterystyczny bo nie pieni sie naturalnie jak pozostale i nalewa sie go do szklaneczki z dosc wysoka. jest to juz wyzsza szkola jazdy nalewania :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, no cóż, piszesz o moim najulubieńszym owocu. Tuż obok jeżyn i malin. Calvados uwielbiam, wszelkie cidry, klarowane i nieklarowane również. Jabłka są fantastyczne i Polska wiele ich eksportuje, widziałam polskie jabłka w Ameryce Płd., nawet kilka odmian. Chyba moje ulubione jabłka to papierówki (po angielsku "transparent" i kiedyś chciałabym sobie posadzić papierówkową jabłonkę. Ale lubię i kosztele i Macintoshe i różne nowe odmiany też. Piękny wpis i zdjęcia, świetna podróż. Zawsze bardzo cieszę się w jesieni kulinarnie przede wszystkim ze względu na jabłka. Śliwki też są OK, gruszki lubi mój mąż, a ja właśnie jabłka.
    Kiedyś w PRL-u było wino polskie, z jabłek właśnie. Ze względu na jakość miało wiele niemiłych określeń, między innymi Pan Jabu, J-23, Pershing i kilka innych. Muszę się przyznać, że byłam za mała, żeby próbować, ale te-gdzieś usłyszane określenia-bardzo mnie zawsze rozbawiały.
    Natomiast był świetny napój niealkoholowy o nazwie: "Frument, napój jabłkowo-miętowy nieklarowany." Jak do dziś pamiętam etykietę! Był pyszny, a i nazwa etymologicznie poprawna i ciekawa. Nie pamiętam kto to produkował, ale pewnie jedna z większych polskich firm typu Hortex czy coś takiego. Może pamiętasz coś takiego?
    Pozdrowienia serdeczne.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  10. Agusiu...doskonaly wpis, pieknie go zilustrowalas!
    Kocham jablka, potrawy z jablkami, a szczegolnie jablkowe trunki. Butelke Calvadosu mam zawsze w domu, a cydr (glownie dry) przywozimy "skrzynkami" z Devon (i okolic), oczywiscie z lokalnie uprawianych jabloni. Wedlug mnie doskonaly (moze nawet lepszy od normandzkiego, jest cos wyjatkowego w angielskich jablkach, smakuja jak zadne inne!)
    Dziekuje za Twoj "wklad" w Dzien Jablka :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Agnieszko,
    od pewnego czasu jestem stala czytelniczka Twojego bloga. Jako mloda mezatka majaca zbyt wiele czasu na rozwijanie pasji, poswiecam sie (od wczoraj!) wypiekowi pieczywa (czy da sie inaczej nazwac ten proceder, by nie uczynic zen masla maslanego...?). Zaliczylam na razie chleb z suszonymi pomidorami (maz rozanielony), a teraz w lodowce chlodza sie Laugenbrötchen. Twoja kuchnia dostarcza mi inspiracji i wielu przyjemnosci.
    Pozdrawiam chrupiac jablko.

    OdpowiedzUsuń
  12. Małgosiu, ja stwierdziłam , że nawet lubię takie poszukiwania, choć niewątpliwie są czasochłonne, później jednak jest spora satysfakcja z "odkryć". A moja dziatwa w liczbie 1 już dość odrośnięta, co nieco ułatwia sprawę. Chociaż z drugiej strony łazi za nami po tych wszystkich miejscach z miną skazańca i słuchawkami od ipoda na uszach.

    Leloop, ten z Asturii chyba najsłynniejszy z hiszpańskich. Ale oni robią cydr wzdłuż całego atlantyckiego wybrzeża. Popularne są lokale nazywane sidrerias, w których nalewa się cydr z beczek. Sika, za przeproszeniem, do szklanki z minimum 1,5m odległości. Gdzieniegdzie ponoć pozwalają klientom nalewać, ale kończy się to zwykle sporymi kałużami cydru na podłodze. ;) Tak to mniej więcej wygląda: http://www.youtube.com/watch?v=X78nTj9ptCo&feature=related

    Doroto, pamiętam napój jabłkowo-miętowy. Albo Hortex albo Tarczyn to produkował. Pyszny był. Teraz też są napoje w tym stylu, ale nie jestem pewna czy smak jest ten sam. Zresztą smaki z przeszłości zawsze wydają się nieosiągalne. Polskiego wina jabłkowego też nigdy nie próbowałam, ze względu właśnie na tę złą sławę. A może ono było smaczne, któż to wie...

    Tatter, cieszę się że mi zaliczasz udział w Dniu Jabłka. Bałam się czy taki wpis bez przepisu będzie się liczył. ;)

    Kaju, witam Cię serdecznie. Dziękuję bardzo za komplementy i trzymam z całej siły kciuki za laugenbrötchen. Mam nadzieję, że Twoja chlebowa pasja będzie się pomyślnie rozwijać. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. I jeszcze filmik z metoda nalewania cydru z butelki, o której wspominała Leloop:
    http://www.youtube.com/watch?v=WR1BQtPa_rs&feature=related

    OdpowiedzUsuń
  14. Agnieszko, spiesze doniesc, ze na polu pieczywowej wali dzialo sie nastepująco:
    Wczorajsze laugenbrötchen po 17stu minutach byly juz wysuszone i mocno spieczone. W moim piekarniku 210 stpni to stanowczo za duzo :)Buleczki odbyly sodowa kapiel w bardzo wysokiej temperaturze, co je troche "rozmaslilo".
    Tuz po wyjeciu i leciutkim ostygnieciu byly pyszne! Mąż obudzony brutalnie (buleczki pieklam po polnocy) pozarl trzy i zasnal z kminkiem w zebach (wiem, niezdrowo). Rano niestety nie byly juz tak pyszne, a popoludniu wyschly na kamien.
    Dzis uzylam tej samej sody, podgrzalam ją, ale byla duzo chlodniejsza, niz wczoraj. Pieklam w 180 stopniach, co z kolei okazalo sie temperatura zbyt niska. Buleczki zumienily sie, ale nie nabraly pozadanego ciemnego koloru.
    Wczoraj soli bylo zbyt duzo (a tylko lekko posypalam...), dzis zbyt malo.
    Mąż moj ukochany twierdzi, ze jak zwykle sie czepiam i ze sa pyszne. Ale coz, dazenie do perfekcji jest moim codziennym krzyzem :)
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  15. To widzę Kaju, że pierwsze twoje laugenbrotchen były z przygodami. Pamiętam moje chlebowe początki - też piekłam nocami i budziłam domowników na degustację. ;) Czasami sam zapach chleba ich podrywał z łóżek.
    Tak jak pisałam wyżej te bułeczki niestety mają tę wadę, że smaczne są tylko tuż po upieczeniu. Życzę Ci wytrwałości i samych sukcesów w wypiekaniu chleba. Dążenie do perfekcji rozumiem doskonale, sama na to cierpię. ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ależ zaczytałam się.Fajna sprawa z tym muzeum. Chodzi mi myśl czy udałoby się stworzyć coś takiego dla truskawki kaszubskiej...

    OdpowiedzUsuń
  17. Jeśli chodzi o Frument to produkowany był od zamierzchłych lat w Dwikozach w zakładach napojowych i tanich win jabłkowych. Pamiętam jak za małolata biegaliśmy do sklepiku i ścigaliśmy się kto pierwszy wypije cały Frument "na raz" :) Frument w smaku był trochę bardziej miętowy niż np. teraźniejszy Tymbark. Można go było spotkać jeszcze w niektórych lokalnych sklepach spożywczych w świętokrzyskim kilka lat temu. Nie wiem jak teraz ale ZPOW podaje że jeszcze go produkuje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za ciekawe info o lokalnym frumencie. Na pewno o nim nie zapomnę przy okazji jakiegoś pobytu w regionie. pozdrawiam.

      Usuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.