środa, listopada 26, 2008

Europejskie impresje 2008: Bordeaux - królestwo za wino


Dojrzewające winogrona z okolic St-Emillion. Château Fonplegade.

Loara Loarą, ale kto ma bzika na punkcie czerwonych win, tak jak mój mąż, dopiero w dorzeczu Dordogne i Garonne czuje się jak w raju. Region Bordeaux od wieków walczy o palmę pierwszeństwa wśród francuskiego "morza" wina z Burgundią. Do dzisiaj trudno powiedzieć kto te zapasy gigantów wygrywa. W moim subiektywnym przekonaniu to właśnie wina z Bordeaux były prawie że synonimem francuskiego wina. Ale to tylko takie prywatne wrażenie.

Prawdę mówiąc niewiele mam do powiedzenia na temat tego regionu, ponieważ muszę z pewnym zażenowaniem się przyznać, że podróż przez tę okolicę odbyłam w stanie raczej półprzytomnym. A to dzięki wszechobecnym degustacjom win, którym ze względu na prowadzącego samochód męża musiałam sama podołać. ;)

Nie będę Was zanudzać podziałem regionu i klasyfikacjami tamtejszych win. Dla pasjonatów wszystko jest klarownie i obszernie omówione tutaj. Jest nawet szczegółowa mapka. My zajmiemy się dogłębniej obszarami oznaczonymi jako nr 21 i 24.
Na wstępie jednak ważna rada dla wybierających się do tego regionu winiarskiego - nie zwiedzajcie najbardziej okrzyczanych winnic, zwłaszcza tych z wielkiej piątki Premiers Crus. Spotkacie tam kłębiący się tłum turystów, win nie spróbujecie, bo żaden właściciel nie jest na tyle szalony, żeby rozlewać darmo dla gawiedzi wina w cenie powyżej (często bardzo grubo powyżej) 100€ za butelkę. Omijając szerokim łukiem Petrus, Mouton-Rothschild, czy inne Château Haut-Brion, mamy szansę na skosztowanie szerokiego wachlarza win i na serdeczne przyjęcie oraz bardzo kompetentną pomoc w wyborze butelczyn, które zamierzamy zabrać ze sobą do domu.

Producenci Premiers Grands Cru Classés z okolic St-Émilion. Próbujemy win w Union des Producteurs w St-Émilion. "Falujące" winnice między St-Émilion i Libourne. Jeden z licznych sklepów z winami w starej części miasteczka.

Polecam zwłaszcza jeden z "best kept secrets" regionu Saint-Émilion - Union des Producteurs de St-Emillion, zrzeszenie okolicznych producentów, gdzie zawsze znajdziemy ogromny wybór win i możliwość degustacji większości z nich, brak turystów, oraz - co ma niewątpliwie również niebagatelne znaczenie - niskie ceny. My udaliśmy się właśnie do tego miejsca, położonego nieco poza miasteczkiem, gdzie - posługujący się kompletnie dla nas niezrozumiałym narzeczem francuskiego - przemiły starszy pan, mimo bariery językowej pomógł nam podjąć trudną decyzję co do wyboru tutejszych vins rouges. Najlepsze ostatnie roczniki, które chyba więcej znaczą niż słynna marka, to: 2000, 2003, 2005. Muszę przyznać, że i na nas wpłynęła - miejmy nadzieję, że zasłużona - sława regionu, bo skrupulatnie trzymamy zakupione butelki na jakąś szczególna okazję.

Maison du Vin w Graves. Château Fonplégade w okolicach St-Émilion. Union des Producteurs de St-Émilion.

Wybraliśmy się jeszcze do maleńkiego regionu Graves-de-Vayres. W miejscowości Vayres na południowym brzegu rzeki Dordogne, w tamtejszym Maison du Vin, trafiliśmy na bardzo uprzejmą i kompetentną panią, która zapoznała nas z tajnikami wyrobu i smaku win z tego stosunkowo młodego, jak na Bordeaux regionu. Zdobył on bowiem swoją AOC całkiem niedawno, bo dopiero w 1946r.

Okolica była kiedyś słynna z łagodnie słodkich, białych win moelleux (to wina zawierające 30 do 50 g cukru na litr; gdy cukru jest powyżej 50g mamy już do czynienia z vins liquoreux) . Region porastał w większości słynny szczep muscadelle (jest on jednym z trzech gatunków winogron, z których robi się okrzyczane sauternes, pozostałe to sauvignon blanc i sémillon), do czasu gdy w czasie srogiej zimy winorośl doszczętnie przemarzła.

Od tej pory hoduje się tu głównie szczepy cabernet sauvignon i franc oraz merlot, z których produkuje się czerwone wino. Nam szczególnie do gustu przypadły mieszanki ze znaczną przewagą merlot (ok. 70-80%). Szczep muscadelle nadal rośnie w regionie, ale że jest kapryśny i jak wspomniała nasza przewodniczka łapie wszystkie choroby, nie jest już tutaj powszechny.
Miła pani przestrzegła nas jeszcze przed robieniem zakupów w sklepach winiarskich w miasteczku Saint-Émilion, gdzie się udawaliśmy, które są niewątpliwie bardzo "glamour" tak pod względem wystroju, jak i narzutu na ceny bachusowego trunku.

Po tej wizycie, gdzie sięgnęłam kresu mojej degustatorskiej wytrzymałości, postanowiliśmy zwiedzić urocze Saint-Émilion, które słusznie nazywane jest najładniejszym miasteczkiem w całym regionie Bordeaux. Gdyby nie tabuny Brytyjczyków, odwiedzających dawne włości Plantagenetów, mogłoby ono nawet poszczycić się sennymi uliczkami. Ma za to piękny kościół z katakumbami wykutymi w skale, a uliczki inkrustowane są jak klejnotami pięknymi sklepami winiarskimi i cukierniami. W tych ostatnich wypieka się znakomite makaroniki, o których jeszcze kiedyś tu napomknę.


Nasze lokum pod St-Émilion.

Dzień zakończyliśmy w jednym z Gîtes de France - domu otoczonym zewsząd winnicami, gdzie znowu udało nam się poczuć atmosferę francuskiego joie de vivre. Prosty wystrój, ale z tym nieuchwytnym francuskim szykiem, widocznym na każdym kroku. Ciepły wieczór na patio w towarzystwie włoskiego małżeństwa, z równym zapałem co my degustującego tutejsze wina. I - to w tym kraju wręcz naturalne - wspaniały posiłek: lekkie gazpacho (w końcu Hiszpania już niedaleko). Potem już wcale nie lekkie, ale za to kruche i rozpływające się w ustach confit de canard podane w gnieździe młodej fasolki szparagowej. Na deser - ukłon w stronę angielskiej przeszłości regionu - apple crumble, ale z kleksem nieposłodzonej i świetnie kontrastującej z deserem crème fraîche.

Tym apetycznym akcentem kończę wreszcie moją wakacyjną epopeję ) którą chyba już zdążyłam znudzić śmiertelnie większość czytelników). Proszę o wybaczenie, ale dzięki tej pisaninie udało mi się przedłużyć sobie letnie wakacje prawie do grudnia ;) dzieląc się z Wami moimi wrażeniami.



8 komentarzy:

  1. Ech, ja już nic nie powiem... (Tylko sobie westchnę i postanowię, że też tam muszę pojechać). Kto jak kto, ale ja zawsze z utęsknieniem czekam na kolejne odcinki i czuję się tak, jakbym siedziała przy kominku i słuchała opowieści z dalekich krajów :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś daleka od znudzenia czytelników! Już raczej możesz nas przyprawić o zawrót głowy, bo już sama nie wiem gdzie najbardziej bym chciała pojechać :) Wspaniałe wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Francja...Tez mi sie taka duza podroz marzy:) Moze nastepne wakacje...Choc Luby wpomina czesciej o Portugalii...
    Ago, niecierpliwie czekam na kolejna dokladke!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnieszko, nie badz ta skromna, przyzwyczailas nas juz do swoich reportazy i tak latwo nie damy Ci przestac. musisz szybciutko udac sie w jakas podroz, zeby byly ciagi dalsze. wiem, wkrotce znajdziemy sie na Weihnachtsmarkcie ale to jeszcze chwile potrwa ;(
    ten odcinek jest doskonaly na ta pore roku, nie ma nic bardziej rozgrzewajacego w listopadzie niz wspomnienie zalanej sloncem winnicy. zdjecie nr 2 to niespelnione marzenie mego meza, pewnie 90% Francuzow o tym marzy i jak czytam, chyba nie tylko Francuzow ;). A St.Emilion, i ja tam bylam gazpacho i wino pilam i tak jak wspomnialam czytajac Twe opowiesci zaczynam tesknic za Francja.
    pozdrawiam z maksymalnie szarej, burej, zimnej i deszczowej Bretanii

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj tak, niech zyje St.Emilion! ale i Petrus i Mouton-Rothschild rowniez rzecz jasna ;) Mam bardzo lubiacego francuskie wina tescia, wiec... ;)
    A Twoje 'reportaze' sa wspaniale Agnieszko, i dopisuje sie do tych czekajacych na wiecej :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. wychodzi na to, ze jestem masochistka, bo prosze o wiecej tego "zanudzania na smierc" :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Agnieszko, Twoje opowiadania są tak ciekawe, że nie mogą się znudzić. Z niecierpliwością czekam, aż znowu będziecie mieli urlop i gdzieś pojedziecie!
    Z pewnością znowu podzielisz się wtedy z nami wrażeniami z wyjazdu, prawda? Cudownie się czyta Twoje wpisy!

    OdpowiedzUsuń
  8. Lisko, dzięki za takie miłe słowa. Wiem, że sama lubisz takie wypady, zresztą można się o tym przekonać z pięknych relacji na twoim blogu.

    Tilianaro dziękuję. :) Ja tam chciałam zobaczyć o wiele więcej, ale jak zwykle czasu było za mało. To tylko w pisaniu tak się rozciągnęło jak guma.;)

    Strony Smaku, Portugalię turystycznie bardzo polecam. Mają tu wiele urokliwych zakątków. Zjeść i wypić też się da nie najgorzej, jak ktoś lubi wino, ryby i owoce morza.

    Leloop, czuję się bardzo dowartościowana jeśli tą pisaniną u kogoś mieszkającego we Francji udało mi się wzbudzić tęsknotę za niektórymi jej zakątkami. A co do własnej winnicy to zapewniam Cię, że nie tylko Francuzi o niej marzą. ;)

    Beo, taki teść to skarb. Wpraszałabym się ciągle do niego na kolację, albo zapraszała do siebie dokładnie opowiadając co ugotuję, żeby dobrze dobrał mały drobiazg dla gospodarzy. ;)

    Olasz, :) :). No ja nic nie chciałam mówić, ale coś mi to rzeczywiście na masochizm wygląda.;)

    Kasiac, tak jak wspominałam w tym dzieleniu się wrażeniami jest trochę egoizmu, bo sama sobie w ten sposób przedłużam wakacje. Poza tym później mogę sobie poprawiać humor czytając takie miłe komentarze.:)

    To oczywiście nie koniec naszych podróży i relacji z nich (przynajmniej mam taką nadzieję). Za jakiś czas zresztą wrócę wirtualnie do St-Émilion, bo jestem wam winna relację o tamtejszych znakomitych makaronikach. A w międzyczasie wyskoczyliśmy jeszcze do -jak się okazuje nadspodziewanie bogatej kulinarnie - Walencji. I muszę w końcu się zebrać i coś skrobnąć o PT. Tak że planów nie brakuje.;)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.