piątek, lipca 11, 2008

Japońska miska pełna smakowitości



Ja chyba nie jestem typową wielbicielką japońskiej kuchni. Mam wrażenie, że prawdziwy jej znawca musi wielbić sushi. Ja je owszem mogę zjeść, uważam, że jest całkiem smaczne, ale nie popadam w delirium zachwytu na jego punkcie. I nie jest to kwestia tego, że odstarszaja mnie surowe ryby czy owoce morza. Mój problem jest zupełnie innej natury. Ponoć 1 sztuka sushi jest na 1 kęs i powinna być zawsze jedzona w całości. Nie wiem jak ludzie sobie z tym radzą - dla mnie jest to totalnie niemożliwe. W czasie naszego zeszłorocznego rejsu po Karaibach poszliśmy na statku na prezentację wykonania sushi przez japońskich mistrzów, zakończoną degustacją wykonanych przez nich małych jadalnych dzieł sztuki. Jak mniemam wszystko, również wielkość sushi, była zgodna z tradycyjnymi prawidłami. A ja i tak - jak zwykle - nie potrafiłam ich poprawnie zjeść. :) Jedna porcją sushi moim zdaniem można się tylko udławić, mi w każdym razie, gdy próbuję je przełknąć oczy wręcz wychodzą z orbit. Gdy zaś próbuję je niezgodnie z zasadami podzielić na 2 kęsy, oczywiście nie jestem w stanie przedrzeć się zębami przez warstwę alg. Nie wiem z czego to się bierze, może to zatykające działanie ryżu, a może powodem jest to, że ja lubię od zawsze delektować się wszystkim w naprawdę maleńkich kąskach. I chyba miałam zakodowane to w genach, bo gdy obserwuję moje dziecko jedzące swój ukochany kisiel nabierając go na czubek łyżeczki, to jakbym obserwowała samą siebie.

Wracając do kuchni japońskiej to na szczęście ma ona do zaproponowania oprócz słynnego sushi jeszcze dużo innych smakowitości. Nie pamiętam, czy już tu wspominałam, że podczas jednego z pobytów w Londynie zakochaliśmy się w smakołykach sieci restauracji Wagamama. Niektórzy mówią, że to właściwie japoński fast food, oparty głównie na tzw. bowl food, czyli jedzeniu podawanym w miseczkach (w przypadku Wagamama słuszniej by chyba było powiedzieć - w michach). Są to głównie dania z "noodles" i ryżem oraz sporo pysznych zup. Naprawdę bardzo je polecam, zwłaszcza, że restauracje usytuowane są w dość newralgicznych turystycznie punktach Londynu (my bywamy zwykle w tej obok British Museum). Wagamama tak polubiliśmy, że zakupiłam nawet ich książkę, z towarzyszącą jej płytą DVD demonstrująca niektóre stosowane tam techniki kulinarne.

Dzisiaj jednak moja japońszczyzna nie pochodzi z Wagamama, choć wygląda jakby była prosto stamtąd. Znalazłam przepyszne danie w zbiorze "Best American Recipes 2000". Przepis jest tradycyjnie znakomity, jak na tę serię książek przystało. Wspominałam już tu nie jeden raz, że wydawcy wnikliwie poszukują, we wszelkich dostępnych źródłach, przepisów, które w danym roku są "naj- naj" i oszczędzają nam wiele zachodu dzieląc się swoimi odkryciami we wspomnianych książkach. Przyznam, że jeszcze nigdy się na ich propozycjach nie zawiodłam, a korzystam z nich bardzo intensywnie. Dzisiaj jednak zmieniłam nieco proporcje - mimo, że autorzy upierają się, że tak jest dobrze, dla mnie sosu sojowego i sake było jednak w przepisie zbyt dużo (może to zależy od rodzaju użytego sosu i gatunku sake). Zapraszam więc na miskę japońskich smakowitości podawaną w nowojorskiej restauracji pani Lynne Aronson o wdzięcznej nazwie "Lola Bowla"



Japońska miska pełna smakowitości

6 szkl wody
2/3 szkl sosu sojowego
2/3 szkl mirin
2/3 szkl sake
350g makaronu soba z mąki gryczanej
500g piersi kurczaka
1 cebula pokrojona w półplasterki
6 dużych krewetek (jumbo shrimp albo tiger shrimp) w skorupkach
szczypta przyprawy shichimi togarashi
3 łyżki grubo posiekanej dymki
400g świeżego szpinaku (mogą być też całe listki mrożonego)

Do przyprawienia już w misce:
olej z prażonego sezamu (toasted sesame seed oil)
olej chili
sok świeżo wyciśnięty z cytryny
przyprawa shichimi togarashi
szczypiorek pokrojony w 3 cm kawałki
prażone ziarenka białego i czarnego sezamu


Wodę, sos sojowy, mirin i sake wlewamy do dużego garnka, doprowadzamy do wrzenia i na małym ogniu gotujemy 30 min. Szpinak blanszujemy prze 1 min w dużej ilości wrzącej wody. Osączamy i natychmiast wrzucamy do garnka z lodowato zimną wodą. Ponownie osączamy i zostawiamy w sitku do odcieknięcia (szpinak i wywar sojowy można przygotować dzień wcześniej). Piersi kurczaka kroimy w cienkie plasterki na skos. Krewetki obieramy ze skorupek, zostawiając tylko ogonki, usuwamy jelito. Makaron gotujemy w osolonej wodzie. Do wrzącego wywaru sojowego dodajemy cebulę, plastry kurczaka i krewetki. Gotujemy ok. 6-10min (nie za długo, żeby krewetki nie były twarde; generalnie im większe krewetki tym dłuższy czas gotowania). Pod koniec gotowania dokładamy dymkę.

Do miseczek nakładamy makaron, porcje szpinaku, mięso kurczaka i krewetki. Zalewamy dowolną ilością gorącego wywaru. Ozdabiamy szczypiorkiem, sezamem i doprawiamy toragashi, olejem sezamowym, sokiem z cytryny i olejem chili.

14 komentarzy:

  1. Wygląda bardzo zachęcająco.
    W Wagamamie nigdy nie byłam. Mnie odstraszyło to, co inni chwalą - wielkie porcje jedzenia. Ja, podobnie jak Ty, Agusiu, lubię się delektować małymi porcjami, nie lubię zostawiać 3/4 na talerzu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Agnieszko -jakie ty robisz zdjęcia
    O matko napatrzyć sie nie mogę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Margot, cieszę się , że podoba Ci się moja amtorska "twórczość".

    Lisko, porcje w Wagamamie są rzeczywiście spore, ale jedzenie proste i smaczne. Ja tam chodzę zwykle z dwoma głodnymi facetami tak że, nie ma problemu z tym co mogłoby zostać na moim talerzu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. jak robie w domu sushi to kroję je tak by było na jeden kęs i nie mam problemu :)
    szkoda że to danie jest z kurczakiem (nie jem mięsa)
    masz jakiś przepis na danie bezmięsne?

    OdpowiedzUsuń
  5. Lukrecjo, nie wiem czy jesz owoce morza, ale jeśli tak to spokojnie zamista kurczaka można dać więcej krewetek i danie nadal powinno być smakowite. Muszę, tak jak radzisz, spróbować zrobić kiedyś w domu takie maleńkie sushi dla mających zaburzenia połykania. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. dzięki wypróbuje
    polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. By podzielić jeden sushi na dwa polecam przecięcie go w połowie pałeczkami. Wymaga to nabycia pewnej wprawy, ale tak właśnie radzą sobie Japończycy i jest to wykonalne. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję za radę. Przy najbliższej okazji rozpocznę treningi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko, a może przy okazji podzielisz się z nami przepisem na portugalski lokalny przysmak, czyli cataplanę? Jadłam ją wiosną w Albufeirze i b. mi smakowała! W poddublińskim porcie Howth pewnie udałoby mi się kupić niezbędne owoce morza, ale wolałabym mieć sprawdzony przepis, Małgosia

    OdpowiedzUsuń
  10. Małgosiu, muszę Ci się przyznać, że ja cataplany jeszcze nigdy nie robiłam, mimo że bardzo ją lubię. Z prostej przyczyny: konieczna jest do niej specjalna hermetycznie zamykana patelnia (coś jakby wok składający się z dwóch identycznych części i wykonany z miedzi) i ja nie mogę od lat dostać takiej , która działałaby na kuchence indukcyjnej niestety. Portugalczycy twierdzą, że gotowane w innym garnku to już nie jest to. Nie jestem do końca przekonana, spróbuję więc zbadać sprawę...

    OdpowiedzUsuń
  11. Hallo Agnieszko,

    wspanialy blog! Dziekuje!
    Co do sushi moge tylko dodac, ze powinno ono byc tak male aby pasowalo perfekcyjnie w nasza jame ustna :-)... Jestem ogromna fanka japonskiej kuchni (moj maz jest Japonczykiem i oboje jestesmy zdecydowanie Foodies) a makaron soba jest moim ulubionym makaronem. Przpiekna prezentacja!
    Wagamama jest niestety Nie-Japonska. Nie znam zadnego Japonczyka, ktory by postawil noge w tej holenderskiej sieci.
    Co do lektury o kuchni japonskiej (strasznie bogatej!!! - sushi to fast food) polecam: Harumi Kurihara Harumi's Japanese Cooking. Genialna!

    Pozdrowienia z Lizbony Magda

    OdpowiedzUsuń
  12. Magdo, bardzo dziękuję za miłe słowa o blogu. No właśnie, ja mam chyba coś nie tak z jamą ustną. ;) A tak naprawdę to trochę wydziwiam, bo sushi jest bardzo smaczne.
    Zazdroszczę dostępu do kultury i kuchni japońskiej z pierwszej ręki. Od lat marzymy o wizycie w Kraju Kwitnącej Wiśni. Może kiedyś marzenie się spełni.
    Wiem, że Wagamama to mocno zeuropeizowana restauracja, ale ja chyba nie mam jeszcze za bardzo wyrobionego podniebienia w japońskich smakach, więc byłam całkiem zadowolona z posiłku tam.;) Gdy tam byliśmy to po kuchni, którą widać z sali restauracji, kręcili się Japończycy (nie wiem czy na 100% autentyczni ;), co mnie pozytywnie nastroiło.
    Bardzo Ci dziękuję za polecenie książek Harumi. Zdawałam sobie sprawę z ich istnienia, bo często czytywałam dobre opinie na amerykańskich blogach. Ale nie wiem dlaczego żyłam w przekonaniu, że autorka jest Amerykanką japońskiego pochodzenia. Przyznam, że natychmiast po Twojej rekomendacji zamówiłam "Harumi's Japanese Cooking".
    Magdo, a nie mielibyście ochoty przyjechać na polski piknik do Porto 16/10?

    OdpowiedzUsuń
  13. Harumi jest bardzo popularna w Japonii. Książki na angielski tłumaczyła sama i ma nawet program telewizyjny dot. nauki angielskiego w kuchni. Ostatnio wydala nowa książkę: Everyday Harumi, która tez jest bardzo dobra. Niestety jej przepisy sie powtarzaja w jej trzech europejskich publikacjach. Jedna uwaga: książka jest pisana dla Anglików, wiec ostrożnie z sosem sojowym :-)...

    Znasz "Made in Italy" Locatelli'ego (korzystam już z apostrofów)? Również polecam. Jak mieszkałam w Londynie niewiele mogłam z niej gotować ale tutaj prawie wszystkie produkty są w zasięgu reki. Wiec się można wyszaleć.

    Twój blog jest absolutnie artystyczny - piękne zdjęcia, ciekawe historie. Wspaniały pomysł. Chętnie Cie osobiście poznam. Co do pikniku: mam prawdopodobnie projekt w Polsce :-(

    Czekam z niecierpliwością na następny post

    Magdalena

    OdpowiedzUsuń
  14. Właśnie dotarła do mnie książka Harumi, będę miała co przeglądać wieczorem. "Made in Italy" mam już od ładnych paru lat w swoim księgozbiorze. Nawet jego przepis na dyniowe bułki trafił tu na blog: http://www.kuchnianadatlantykiem.com/2007/03/buka-dyniowa-z-rodzynkami.html
    To jedne z lepszych tomiszczy na temat włoskiej kuchni. Naprawdę w Londynie brakowało Ci składników do gotowania po włosku? Mi się zawsze wydaje, jak tam jestem, że to raj etnicznych kuchni i, tak jak w NYC, można dostać wszystko, co się człowiekowi zamarzy. Jak to mówią, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma... Ale fakt, że w PT składniki do śródziemnomorskiego gotowania są raczej powszechnie dostępne. Co do pikniku, to szkoda, ale mam nadzieję, że jeszcze znajdziemy inne okazje, żeby się spotkać.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.