środa, czerwca 11, 2008

Wiedeńskie kawiarniane życie


Chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami wrażeniami z nieco wydłużonego weekendu jaki spędziliśmy w Wiedniu. Było to na przełomie maja i czerwca i zastał nas w stolicy Austrii 30-to stopniowy upał. W sumie byłaby to dość miła odmiana po deszczowej w tym roku portugalskiej wiośnie gdyby nie masze napięte jak zwykle plany intensywnego zwiedzania miasta. Okazuje się jednak, że Wiedeń nawet przy lejącym się z nieba żarze zwiedza się nie najgorzej z jednego prostego powodu. Otóż na ratunek zziajanemu turyście przychodzą wiedeńskie kawiarnie.

Kaffeehaus w Wiedniu to właściwie instytucja, już od ponad stu lat kwitnie w tym mieście kultura kawiarniana. W większości są to przybytki, w których mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Tchnące XIX-wieczną, a w najgorszym razie wczesno dwudziestowieczną atmosferą kaffeehausy, umieszczone są zwykle na parterze dużych mieszczańskich kamienic. Ich sale są przestronne z wysokimi sufitami, giętymi krzesłami i stolikami o marmurowych blatach, okna przysłonięte aksamitnymi lub pluszowymi draperiami. te położone w okolicy cesarskiego Hofburgu, jak Demel i Cafe Griensteidl nawet za oknem mają klimat z epoki - ulicą co chwila mkną dorożki. I tylko łezka się w oku kręci, że klientela niestety już nie ta - zamiast nieodłącznych meloników lub cylindrów i parasolek z falbankami, ma już inne gadżety - bejsbolówki, okulary przeciwsłoneczne, telefony komórkowe i laptopy.

Szczęśliwie kawiarniana oferta pozostaje nadal bardzo tradycyjna. Króluje oczywiście kawa podawana na 101 sposobów. O metodach przyrządzania kawy przez wiedeńczyków możnaby napisać poemat, zaczynając oczywiście od patriotycznego polskiego akcentu czyli Odsieczy Wiedeńskiej i pana Kulczyckiego, który wśród pobitewnego zgiełku znalazł w obozie Wielkiego Wezyra worki z palonymi ziarnami kawy(inni twierdzą, że kawę sprezentował mu Jan III Sobieski w nagrodę za przedarcie się do Wiednia przez linie nieprzyjaciela z wiadomością o nadchodzącej odsieczy, dzięki czemu miasto nie uległo okupującym Turkom). Tak zaczęła się ponoć paneuropejska namiętność do tego smolistoczarnego trunku. Co było dla mnie dość zaskakujące, wiedeńczycy przypisują sobie również autorstwo cappuccino. Podobno wspólnikiem Kulczyckiego został były mnich kapucyn, a kawę z kremową pianką nazwano kapuziner, bo kolor miała wypisz wymaluj jak beżowe habity tych zakonników. Tyle, że w Wiednią kapuziner jest raczej ze śmietanką, a nie z mlekiem. W zakonnych klimatach pozostając istnieje też kaffee franziskaner, z obowiązkową bitą śmietaną posypaną wiórkami czekoladowymi. Bardzo popularna jest kawa melange, nazywana nawet wiener melange - espresso pół na pół z mlekiem, wszystko lekko spienione (i ta kawa chyba jest najbliższa włoskiemu cappuccino).

Jednak ze wszystkich wiedńskich kaw najbardziej przypadła mi chyba do gustu kaffee obermayer. Miałam okazję jej spróbować, dzięki poleceniu Tadka Gwiaździńskiego, od lat mieszkającego w Austrii i znającego od podszewki tamtejszą gastronomię i kulturę kawiarnianą (jeszcze nie raz będę o nim wspominać w mojej wiedeńskiej relacji). On to właśnie polecił nam kawiarnię Sperl, położoną nieco na uboczu głównych turystycznych szlaków i tam to właśnie też za Tadkową radą piliśmy tę boską kawę. Obermayer to mocne espresso i lodowato zimna płynna śmietanka, wlewana ostrożnie do kawy po wypukłej stronie łyżeczki przez kelnerkę już przy stoliku. Cały efekt to delektowanie się niewymieszaną kawą, gdy zaraz po gładkiej i zimnej śmietance czujemy na podniebieniu gorącą i aromatyczną czarną kawę. Wrażenie naprawdę jedyne w swoim rodzaju, a sam napój niewątpliwie łatwy do przygotowania w domu. Choć mam wrażenie, że mimo wszystko nie będzie już tak wykwintnie smakował jak w wiedeńskim kaffeehausie. Sama kawiarnia bardzo nam się podobała jeszcze z tego względu, że mieliśmy poczucie iż dotarliśmy w rdzennie wiedeńskie miejsce, raczej uczęszczane przez tubylców, a nie turystów (my byliśmy jedyni ;) ).

Nie zapominajmy, iż aby kawa była naprawdę po wiedeńsku musi jej towarzyszyć szklanka zimnej wody. Nie wiem z czego wynika ten obyczaj, ale przyznam, że wobec towarzyszącej nam aury był bardzo pożądany i praktyczny.

Oprócz kawy kwitnie w kawiarniach słynna od pokoleń wiedeńska sztuka cukiernicza. I tu małe rozczarowanie, kto był w Wiedniu pewnie się domyśla jakie. ;) Zawiódł nas oczywiście słynny tort Sachera. Ja, uprzedzona przez wspomnianego tu Tadka i z natury nie przepadająca za czekoladowymi ciastami, nawet nie zamierzałam go próbować, ale mój mąż się uparł, że nie zjeść tego tortu to tak jakby nie być w Wiedniu. Zamówił więc go w miejscu gdzie tort powinien być najlepszy z możliwych i ..... nawet go nie zjadł do końca. Cóż, śmiem obrazoburczo twierdzić, że polski domowy murzynek bije na głowę to suchawe czekoladowe ciasto, z warstwą dżemu morelowego i czekoladową polewą.

Po tym dość przewidywalnym rozczarowaniu, zajęliśmy się degustacją już może nie aż tak sławnych, ale o niebo smaczniejszych wypieków. Mmmm, zwłaszcza strudle zapadły nam głęboko w smakową pamięć. Twarożkowy topfenstrudel, śmietankowy rozpływający się w ustach milchrahmstrudel i oczywiście królujący wszędzie apfelstrudel ( o nim będzie osobny post, bo nad czymś tak pysznym nie można tak sobie po prostu przejść do porządku dziennego), wszystkie owinięte w warstwy nieprawdopodobnie wręcz cienkiego, chrupiącego, maślanego w smaku ciasta. Ja jeszcze zdążyłam się zakochać w torcie malakoff, w czasie przymusowo przedłużonego posiedzenia w Cafe Griensteidl ( utknęliśmy tam w czasie wieczornej burzy, niemożliwej do uniknięcia po z górą tygodniowych upałach), gdzie błyskawice iluminowały nam widok na Hofburg. Sam tort to proste, acz eleganckie połączenie biszkoptowych warstw z waniliowym kremem i bitą śmietaną. Wpisałam go natychmiast kajetu smakołyków koniecznych do wypróbowania w domowych pieleszach.

Właściwie to mnie nie dziwi, że wśród światowych metropolii Wiedeń znalazł się na 3 miejscu jeśli chodzi o "quality of life". Już samo kawiarniane życie zapewnia mu miejsce w pierwszej dziesiątce.

15 komentarzy:

  1. Wspaniała podróż i relacja!
    Jak ja kocham Wiedeń! Zapisałam sobie adres kawiarni Sperl, może kiedyś uda mi się tam trafić. Ale kawę obermayer muszę wypróbować. A o torcie malakoff juz od dawna myślę! ale w przepisach, które mam, należy własnoręcznie piec podłużne biszkopciki, które potem układa się warstwami i przekłada kremem z bitej śmietany. To dość pracochłonny przepis, no chyba żeby się wzięło gotowe biszkopty....

    OdpowiedzUsuń
  2. Fascynująca relacja z Wiednia!

    Ja słyszałam, że zwyczaj podawania kawy z wodą bierze się jeszcze z obszaru i czasu początków kawy czyli Etiopii. Kawa (kofeina możę?) ma własności nieco odwadniające i mądrzy Arabowie od dawna wiedzieli, że należy się przy spożyciu kawy "nawodnić". Stąd zwyczaj podawania kawy i wody jest często widywany w Turcji, Etiopii, Tunezji a może i w innych miejscach też. Ja sama spotkałam się z tym w Niemczech (gdzie wiadomo jest wielu Turków; mają oni prawie monopol na stoiska kawowe w miastach) oraz w Holandii (to samo).
    Bardzo ciekawe. Niecierpliwie będę czekać na dalsze relacje z Wiednia tudzież przepisy może nawet - strudlowo-wszelakie inne.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle bardzo interesujaca relacja Agnieszko :)
    Ja tez chyba bardziej jestem z frakcji strudlowej niz Sacherowej ;)
    A co do kawy, to i u nas serwuje sie ja ze szklaneczka wody, choc czasami trzeba o nia poprosic.

    OdpowiedzUsuń
  4. mmm...mniam, zatesknilo mi sie do strefy tortowo-strudlowej. tam nawet po najobfitszym posilku mam miejsce na kawalek porzadnego tortu. mam taka cukierenke w Kolonii gdzie gdy wchodze to na placz mi sie zbiera bo nie wiem na jaki tort sie zdecydowac.
    natomiast z Wiednia (gdzie bylam baaardzo krotko ale za to baaardzo hucznie) mam nie tylko wspomnienia kulinarne ale i estetyczne. otoz trafilam przez przypadek do jakiejs tam nieistotnej kafejki w jakiejs tam galerii (o sklepach mowie) i trzeba bylo skorzystac z toalety. i tu szok, osoba, ktora zajela sie wystrojem tejze przeszla sama siebie. toalety damskie byly zadedykowane najslawniejszym mezczyznom w historii, tej blizszej i tej dalszej i odpowiednio odwrotnie toalety meskie. nie konczylo sie na nazwiskach ale byly tez zdjecia, portrety malowane, wszystko w niesamowitej aranzacji. oczu nie mozna bylo oderwac. po czyms takim dyskusja na temat tortu Sachera zeszla na plan dalszy ale zdaje sie, ze tez zachwytow nie bylo, choc ja jestem wyznania czekoladowego z silnym uzaleznieniem wlacznie. uklony

    OdpowiedzUsuń
  5. Negresco, ja już z góry zakładam, że moje biszkopciki w malakoffie nie będą domowe. Ten tort, który jadłam miał spód z biszkoptowego ciasta, a potem przekładany był właśnie niedużymi podłużnymi biszkopcikami. Mam tylko wątpliwości co do kremu - wierzch był z bitej śmietany, ale wnętrze miedzy biszkoptami raczej jajeczno-waniliowo-śmietanowe, jak podejrzewam z dodatkiem alkoholu (stawiałabym na rum). Muszę poszperać w poszukiwaniu jakiegoś zadowalającego przepisu.

    Doroto, to co piszesz wydaje się być mocno prawdopodobne. Kofeina rzeczywiście odwadnia (a dokładniej to jest moczopędna), więc ta teoria ma jak najbardziej ręce i nogi. Ja pierwszy raz spotkałam się z wodą do kawy w Grecji i myślałam, że to taki dodatek ze względu na upal (który w sumie też odwadnia, tylko w innym mechanizmie). ;)

    Bea, to zapraszam koniecznie jak będzie post o apfelstrudlu. Co do kawy, to w Portugalii ze szklanką wody jest podobnie jak w Szwajcarii. Przysłowiowe "copo de agua" dostanie się w każdej kawiarni, ale trzeba o nie poprosić.

    Leloop, czy to nie będzie za dużo jeśli poproszę o adres tej cukierenki. Planujemy wakacyjnie w tym roku przejazd samochodem przez Francję, Niemcy, Szwajcarię i Austrię, w drodze go PL po naszą latorośl. Jeszcze nie mamy ścisłej marszruty, ale po Twoim obrazowym wpisie o łzach w oczach w cukierni, będę optowała za odwiedzeniem Kolonii.
    Co do wiedeńskich toalet, to tam chyba kwitnie jakaś lokalna "toaletowa turystyka".Ja trafiłam do takich zrobionych w naśladownictwie stylu Art Nouveau (Austriacy mówią Jugendstil) naprzeciwko domu Hundertwassera. Tam też była reklama i polecali następne siusiu robić dopiero pod operą wiedeńską w równie ponoć artystycznym przybytku. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. niestety adresu dokladnego nie pamietam ale jest to gdzies w centrum w strefie sklepowo-pieszej, kafejka niczym sie nie wyrozniajaca i mysle, ze w Niemczech zwlaszcza poludniowych znajdziesz takich mnostwo :)
    juz zazdroszcze ;)
    a ja chyba zaczne sie na nowo wybierac do Wiednia i zrobie sobie marszrute po toaletach, zreszta nie tylko :)
    uklony

    OdpowiedzUsuń
  7. To jak juz o tortach, to koniecznie rowniez do Kopenhagi, na taki z krolewskiej cukierni; mniaaam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiecie, dziewczyny, z tymi toaletami, to mi się skojarzyło, że Joanna Chmielewska główną bohaterkę swoich kryminałów obdarzyła manią "zwiedzania" toalet, w celu zbadania, czy minął już ustrój socjalistyczny:))) Ten zabawny, choć poboczny wątek, występuje w wielu jej książkach.

    OdpowiedzUsuń
  9. No to ja się przyznam, że w pewien sposób jestem (daleko) spokrewniona z Joanną Chmielewską. Przez nieżyjącą już ciocię Jadzię z Warszawy. Ciocia Jadzia pojawiała się w jej książkach jako osoba z zamiłowaniem fotografująca wszystko. Taka ciocia Jadzia była. Swoją drogą Joanna Chmielewska używa prawdziwych postaci ze swojego życia, czasem mniej lub bardziej rzeczywisto jej malując.

    A co do toalet, to jeszcze chyba istnieją takie socjalistyczne tu i tam. Nie tak dawno taka pani o funkcji "babci kiblowej" strasznie mnie ochrzaniła za przywleczenie się tam z walizką na kółkach. Po przecież zrujnuję jej kafelki! Dodam, że było to na stacji PKS. Pani bardzo mnie ujęła swoją postawą - była iście jak zjawa z lat 70 czy 80.
    Nie wiem co ja miałam z tą walizką zrobić, jak byłam sama.
    Dorota
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  10. Agnieszko, tak pięknie opisałaś Waszą wycieczkę. Czuje sie jakbym tam byla! Czytalam z zapartym tchem. Przejeżdzalam tylko obok Wiednia, ale nabralam juz wtedy apetytu by zwiedzić to miasto. Po Twojej cudownej relacji pragnę tego jeszcze bardziej.
    gratuluję tak udanej wycieczki do tak cudownego miejsca! Gratuluję talentu pisania i talentu robienia zdjec.
    Ja to sie chowam lepiej z moim fotkami;) hi hi :D
    Pozdrawiam serdecznie.
    Majana

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziewczyny, widzę że rozwinęła się nam iście kawiarniana konwersacja - od wiedeńskich ciast, poprzez toalety, aż do kryminałów Chmielewskiej i rodzinnych koligacji. :)

    Leloop, jeśli na południu Niemiec jest taki tortowy raj, to ta informacja mi już wystarczy. Dziękuję za odpowiedź.

    Beo, teraz znowu Ciebie będę męczyć - gdzież jest ta kopenhaska cukiernia ? (w planach jest też Legoland dla nieco juz przerośniętego wielbiciela klocków, więc i o tamtejsze cukiernie możemy zahaczyć).

    Negresco i Doroto, przypomniałyście mi , że już dawno nie wracałam do "Lesia" i "Wszystko czerwone" moich ulubionych pozycji Chmielewskiej.

    Doroto, ja z dwiema wielkimi walizami jakiś czas temu miotałam sie po tym mniejszym lotnisku we Frankfurcie. Nie ryzykowałam zostawienia w takich specjalnych schowkach, bo gdy zrobiłam to poprzednim razem coś się zablokowało i pół obsługi lotniska usiłowało mi je stamtąd wydobyć, gdy samolot już prawie odlatywał. Ale przynajmniej nikt na mnie nie kryzczał... ;)

    Majano, bardzo dziekuję za takie miłe słowa!! Jeśli chodzi o zdjęcia i pisaninę to idzie to raz lepiej , raz gorzej, ale dla mnie najważniejsze jest, że dzięki blogowi zatrzymuje się w kadrze i na papierze (hmmm... raczej wirtualnym "papierze") trochę własnych wrażeń. A do Wiednia się wybierz koniecznie, to miasto z fajnym klimatem.

    OdpowiedzUsuń
  12. jeszcze o podrozy przez Niemcy poludniowe; jezeli jeszcze nie masz zaplanowanej trasy to podpowiadam Norymberge (cesarski zamek, muzeum Albrechta Durera, piekne koscioly, sklepik z misiami Steiff'a i mebelkami do domkow dla lalek, stadion gdzie pieklil sie Hitler), nie wskaze zadnej konkretnej cukierni ale z pewnoscia takowa znajdziesz no i obowiazkowo norymberskie pierniki (moje ulubione zimtsterne) i rynek, na ktorym przez caly rok stoja stragany z roznosciami (polecam zanabyc faszerowana papryke u Turka). odbywa sie tam jeden z najstarszych jezeli nie najstarszy a z pewnoscia najwiekszy Jarmark Bozonarodzeniowy ale to nie o tej porze roku. poza tym poludniowe Niemcy to doskonala kuchnia, wszystko jest tam bardzo smaczne i niedrogie. my najczesciej zatrzymujemy sie w miasteczku Lauf, kilka kilometrow od Norymbergi, przesliczne miasteczko z sredniowieczna zabudowa, sporo hotelikow (gasthof)a w kazdym swietna restauracja i dobre tanie piwo. Niemcy maja zwyczaj jadac wieczorne posilki w knajpkach, nie tylko w weekendy wiec zawsze jest sporo tubylcow nie tylko hotelowych gosci.
    inna podpowiedz to "weinstrasse" miedzy Saarbrûcken i Mannheim jedzie sie wzdluz winnic i malowniczych miasteczek, oczywiscie mozna sie zatrzymac w gasthofie, dobrze zjesc i wypic miejscowa produkcje oraz zwiedzic przesliczne miasteczko Neuleiningen http://www.panoramio.com/photo/383190 gdzie mozna sie zaopatrzyc w miejscowe specjaly.
    i tak dalej, i tak dalej... :)
    uklony
    ps. swietna relacja z apfelstrudla

    OdpowiedzUsuń
  13. Agnieszko, ta cukierna to La Glace, tutaj wiecej info : http://www.laglace.dk/eng
    Mam nadzieje, ze znajdziecie tam cos dla siebie i ze posmakuje bardziej niz tort Sachera :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Leloop i Beo, serdecznie Wam dziękuję za informacje. Zapowiada się to wszystko naprawdę znakomicie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytaj caly blog, calkiem dobry

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.