sobota, czerwca 21, 2008

Wiedeń dla wytrawnych smakoszy


Obiecałam sobie, że nie napiszę już ani słowa o wiedeńskich słodyczach, w końcu nie samym ciastami żyje człowiek. ;) Ale o atrakcjach kulinarnych Wiednia pozostało mi jeszcze wiele do napisania, ale żeby was nie zanudzać wspomnę jeszcze tylko o trzech punktach na mapie stolicy Austrii nie do przegapienia dla smakoszy.

Zacznijmy od mieniącego się feerią barw, smaków i zapachów bazaru Naschmarkt. Maciej był początkowo dość sceptycznie nastawiony "Phi -mówił - taka gdańska Hala na wolnym powietrzu". Zaczął jednak powoli nabierać entuzjazmu, w miarę posuwania się wzdłuż stoisk z tureckimi kebabami, arabskim pieczywem, tysiącami gatunków lokalnych serów i wędlin, z dalekowschodnimi produktami, a przede wszystkim z cudownie świeżymi warzywami i owocami. U wiedeńskich sprzedawców nie brakowało chyba żadnej odmiany szparagów, a poczciwe ziemniaki prezentowały całe spektrum kolorów z czarnym włącznie.


Słoiczków i woreczków z przyprawami z każdego zakątka globu było tyle, że nawet ja, mająca wstydliwie wielką ich kolekcję we własnym domu, znalazłam coś dla siebie (były to strączki rośliny tonka, podobno równie atrakcyjne jak wanilia do aromatyzowania deserów). Imponująco prezentowało się stoisko z przeróżnymi gatunkami octów, na każdym kroku królował też austriacki specjał - zielono-złocisty olej z pestek dyni (jego też troskliwie opatulonego taszczyłam w głównym bagażu samolotem do Porto). Spora część Naschmarkt to małe knajpki specjalizujące się w "street food", czyli małych i większych dankach, wygodnych do zabrania ze sobą i spałaszowania na ulicy. Nie brakuje też niewielkich barów, w których można usiąść z kieliszkiem wina lub kuflem piwa i obserwować ciągle przepływający tłum kupujących i turystów.

Wspomnę jeszcze o kolejnym ważnym punkcie na mapie Wiednia, który każdy wielbiciel klasycznej austriackiej kuchni powinien koniecznie odwiedzić. Punktów jest właściwie więcej niż jeden, bo mowa tu o restauracjach należących do rodziny Plachutta. Jest ich w samym Wiedniu kilka, zazwyczaj zresztą położone są w dosyć newralgicznych punktach miasta i łatwo do nich trafić. My zdecydowaliśmy się na tą pod nieomylnie prowadzącym we właściwe miejsce szyldem "Plachutta".

Specjalnością tych wiedeńskich kucharzy z dziada pradziada jest klasyczna, chciałoby się powiedzieć cesarsko-królewska, kuchnia. Prym dzierży słynne danie o wdzięcznej nazwie tafelspitz - czyli gotowana w rosole wołowina. Wydawałoby się banał, prymitywna potrawa, a tu okazuje się, że jej wielbicielem był cesarz Franciszek Józef (choć to może jeszcze nie jest argument, bo on znany był z prostych żołnierskich gustów i upodobań ;) ). Sztuka mięsa u Plachutty to jednak dzieło sztuki. Troska o klienta zaczyna się już przy wyborze specjalnie hodowanego, doskonałego gatunkowo bydła. Wołowa tusza jest potem ze znawstwem rozbierana i świeże mięso przybywa do rąk szefa kuchni. W restauracyjnej karcie potraw z gotowanej wołowiny jest 12. Z zależności od wybranej przez nas partii mięsa, wszystko jest w odpowiedniej temperaturze i przez ściśle określoną ilość czasu powoli gotowane w mrugającym rosole, tak aby na nasz stół wjechała gotowana wołowina granicząca z doskonałością. Sam rosół i idealnie ugotowane, lekko chrupiące warzywa też są warte grzechu. Oprócz samego mięsa, dla tego dania równie istotne są dodatki - znakomite sosy chrzanowo-jabłkowy i szczypiorkowy, zrumienione na ruszcie grzanki z ciemnego chleba, podsmażane ziemniaczki.

Wspomniałam o daniu flagowym, ale u Pachutty dosłownie wszystko jest doskonałe - od pieczywa poczynając na deserach kończąc. Mnie w uniesienie wprawiły maleńkie rogaliki posypane grubą solą i kminkiem. Wśród dań głównych figuruje też znakomity wiener schnitzel , w lekkie zdumienie wprawia tylko jego gigantyczny rozmiar, ale pocieszmy się , że jest za to cieniuteńki. Wspaniały jest też gulasz (o dziwo nie jest to - jak na Węgrzech - zupa, tylko - podobnie jak w Polsce - potrawa z genialnie kruchego, wprost rozpływającego się w ustach mięsa, uduszonego w sosie, któremu towarzyszą delikatne kluseczki. Wszystko ląduje na stole w miedzianym rondlu i na podgrzewaczu, żeby w czasie całej konsumpcji miało idealną temperaturę. Wśród deserów (ciiii, wiem, że miałam o nich nie pisać) królują sufletowe zapiekanki na słodko ze słynnego austriackiego twarożku topfen z sosami waniliowym i malinowym, strudle, Salzburger Nockerl, imponująco też prezentuje się ogromny puchar eiskaffee zwieńczony wspaniałą jak Austria długa i szeroka schlagobers czyli bitą śmietaną.

Jedyną konfuzją w restauracji było dla mnie menu w języku angielskim, które nam grzecznie przyniesiono. Tłumaczenia na język Szekspira były bardzo opisowe, ale jakoś tak mało kojarzące się z austriackimi odpowiednikami, że kalecząc niemiecki język musiałam za każdym razem wypytywać o oryginalne nazwy. Wystarczyłoby na jednym menu umieścić obok nazw niemieckich ich angielskie odpowiedniki i już byłoby łatwiej. Ja na szczęście jestem czasem superdociekliwa i natręta, tym razem dzięki tym irytującym cechom charakteru nie straciłam okazji zjedzenia znakomitego deseru.

Dodam jeszcze, że pan Ewald Plachutta jest autorem austriackiego opowiednika "Kuchni polskiej" pt. "Kochschule - Die Bibel der guten Küche".

A teraz już naprawdę ostatnia z moich wiedeńskich atrakcji - tym razem dla tych, którzy chcieliby skosztować prostej, wiejskiej i bezpretensjonalnej kuchni austriackiej. Można i taką znaleźć w kojarzącym się z walcem, operą i elegancją Wiedniu. Tym razem trzeba się udać do dzielnicy Grinzing, dawniej położonej wśród winnic wioski, obecnie raczej przedmieść stolicy Austrii (niedaleko stąd jest też polski akcent - Kahlenberg, wzgórze na którym przybyły na odsiecz Sobieski rozłożył swój obóz). Grinzing słynie zwłaszcza w porze winobrania z heuriger. Słowo to ma dwa znaczenia. Jest nazwą tawerny czy oberży, w której sprzedaje się młode wino , w uświęconej XVIII-wiecznym edyktem cesarza Józefa tradycji. Tę samą nazwę nosi również samo wino z tegorocznego winobrania (heurig to w austriackim niemieckim - tegoroczny). Dawniej heurigen (l.mn od heuriger) funkcjonowały przez ściśle określony prawem czas, a znakiem, że w danej tawernie można było już kosztować tegorocznego wina były zawieszone nad wejściem gałązki jodły lub szyszki (ta dekoracja przestaje dziwić, gdy uświadomimy sobie, że pierwsze wino z danego roku jest dostępne zwykle w okolicach listopada).

Dzisiaj jednak można się go bez problemu napić, tak jak i wielu innych lokalnych win, również poza sezonem. Do wina w każdej oberży, podawane jest przaśne jedzenie, które mi dotąd najbardziej kojarzyło się z Tyrolem. Oprócz win, jak to w niemieckojęzycznej strefie bywa i piwa nie może zabraknąć (co już nie ma nic wspólnego z tradycją heurigen, niektórzy nawet takie nowomodne wyszynki, gdzie dostępne jest piwo nazywają pseudo-heurigen). Mój utyskujący od zawsze na portugalskie wędliny mąż połakomił się w jednej z knajpek na bratwurst z kiszoną kapustą i zasmażanymi ziemniakami, ja zdecydowałam się na smażeninę z 3 gatunków mięsa i ziemniaków. Do tego oczywiście piliśmy heuriger, podawany zimny koniecznie w sporych zroszonych szklankach i roter traminer (ze słodkawą nutą, mi przypominał nieco słynny gewurztraminer) . Same tawerny są w swojskim i bezpretensjonalnym ludowym stylu. My jedliśmy pod gołym niebem, siedząc pod starą lipą na ławach przy drewnianym stole, a wokół aż kipiało od zieleni. Nasza knajpka w senne i upalne niedzielne popołudnie była wyjątkowo zaciszna, oprócz nas wino popijała para Anglików, resztę stołów zajmowali chyba stali bywalcy tego winnego przybytku. Spokój i cisza to nie są jednak charakterystyczne atrybuty heurigen, należy się raczej nastawić na atmosferę dość głośnej biesiady i przygrywającą kapelę.

To już koniec wiedeńskich wspomnień, przynajmniej tych kulinarnych. Muszę przyznać, że oprócz tego, że chciałam się z Wami podzielić moimi wrażeniami, miałam tez bardziej egoistyczny cel - chciałam to przeżyć jeszcze raz. ;)

26 komentarzy:

  1. ech... gdanskiej hali targowej daleko do tych obrazkow, gdynskiej zreszta takoz. co nieznaczy, ze do nich nie tesknie :)
    a Grinzig "i ja tam bylam i wino, wino pilam" a potem sie wracalo na piechote przez caly Wieden bo hotel byl na wzgorzu przeciwpaloznym.
    az mi sie chce na tychmiast do Wiednia gdy patrze i czytam, brawo :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja uwazam, ze sachertorte to taki gorszy murzynek, a probowalam go w kawiarni hotelu Sacher ( jeszcze przed remontem). I ja zatesknilam za Wiedniem i moja ulubiona kawiarnia Instytutu Sztuk Pieknych, gdzie taper gosciom przygrywa, a ogrodek buzuje kwiatami az do konca wrzesnia, kiedy to dynie zajmuja poczesne dekoracyjne miejsca. I na ten targ chce, cos go opisala i obfotgrafowala tak, ze serce sie wyrywa.
    Chapeau bas!
    qd

    OdpowiedzUsuń
  3. Agnieszko, oniemiałam...to za mało powiedziane. :) Cudnie opowiadasz. :)
    A cóż było w tych pękatych buteleczkach z 'kranikiem'?
    I jeszcze informacja z pierwszej ręki :): choć Hala Targowa w Gdańsku po wielkim remoncie, to towar w najmniejszym nawet stopniu nie równa się temu co widzieliście w Naschmarkt...

    OdpowiedzUsuń
  4. ja podpisuję się pod tym co napisała
    Małgosia dż.

    OdpowiedzUsuń
  5. Leloop, myśmy też jakoś pokrętnie wracali, z uzyciem wielkiej ilości tramwajów. Mam wrażenie, że ich liczba była wprost proporcjonalna do ilości wypiego wina. ;)

    Klaro, witam Cię serdecznie w moim netowym kąciku. Miło mi, że tu zajrzałaś. Tort Sachera jedliśmy w tym samym miejscu co Ty, tym większe było nasze rozczarowanie (choć w zasadzie to się go - tzn. tego rozczarowania - spodziewaliśmy po tylu zasłyszanych negatywnych opiniach).

    Małgosiu, w tych butelkach są dziesiątki rodzajów octów - morelowe, pigwowe, malinowe, z różnych gatunków win, szampana itp, itd. Przy każdej stoi mała buteleczka z kroplomierzem do gedustacji.

    Dziekuję wszystkim za miłe słowa, Wy to potraficie zmotywować człowieka do dalszego grafomaństwa kulinarnego i okołokulinarnego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo wszystko ciekawe i smaczne i bardzo mi się tego Wiednia zachciało. I przez kawę i strudel no i jeszcze te wołowinki. Swietnie to Agnieszko opisałaś!

    Ja mam dokładnie te same uczucia co Ty i wielu Twoich czytelników wzglednie tortu Sachera. Dla mnie to polskie torty i torty francuskie różne ( z których pewnie wywodzi się trochę polskich) są znacznie lepsze.

    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  7. Doroto,
    nie zgodze sie z Toba, nasza tradycja tortowa wywodzi sie wlasnie z austro-wegier i pewnie kuchni poludniowo niemieckiej. We Francji torty takie jak u nas sa prawie w ogole nie znane, nie przecze jest mnostwo wspanialych wypiekow, o dzialajacych na wyobraznie i kubki smakowe nazwach :) ale zupelnie innych. uklony

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszko, powinnaś pisać książki kulinarne jak nic !
    Twoje opisy są wspaniałe, tak przyjemnie sie je czyta, aż tak że człowiek wyobraża sobie smaki, zapachy.
    Niesamowite.

    Pozdrawiam,
    Ola.

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnieszko piękne zdjęcia- jakbym tam była normalnie ;) Cała austriacka ;)relacja była świetna :)

    pozdr

    OdpowiedzUsuń
  10. Leloop,

    W moim dawnym domu było wiele ciast i tortów właśnie prosto z kuchni francuskiej. Może jest to kwestia regionalna? Np. torcik listkowy, nie wiem czy jest Ci to znane, ale to nic innego niż milefeuille. Co prawda są różne teorie pochodzenia millefeuille, od Napoleona przez Włochy aż do teorii węgierskich. Napoleonka. Coś takiego jak "tort francuski" niewygodnie mi przypisywać Austrii ani Węgrom. Mamy też w cukiernictwie polskim nazwy: ciasto francuskie, ciasto półfrancuskie. Czasem jest używane w polskich tortach. Tort czekoladowy mojej mamy to dokładny przepis na Reine de Saba klasyczny tort czekoladowy rodem z Francji. Mama ma przepis od babci.
    Myślę, że ze względu na położenie Polski to wiele się tam wpływów kulinarnych krzyżowało. Nie powinno się zapominać o roli Napoleona oraz Bony, to są wpływy z którymi do dziś się w Polsce żyje.

    Pozdrowienia.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  11. Doroto,
    oczywiscie ciasto francuskie to nic innego jak millefeuile i tak jak napisalam, Francja ma wiele pysznych ciast, z ktorych sporo weszlo do kuchni polskiej. niewiele jest jednak przepisow podobnych do tego co my uwazamy za tort czyli ciasto przekladane na ogol kremem maslanym. bede sie wiec upierac, ze ciasto zwane w Polsce tortem rozpowszechnilo sie w Polsce na dobre za sprawa austriakow (choc i krolowa Bona maczala w tym juz palce), coz nazwa niemiecka to "torte". zreszta wystarczy wejsc do cukierenki niemieckiej i francuskiej i porownac ilosc tortow :)
    nie przecze, ze w Twoim domu moze byc wiele przepisow zwanych tortami a wywodzacych sie z tradycji francuskiej lecz z pewnoscia tutaj nosza one inne nazwy. tort ma ten sam zrodloslow co tarta ale jakze niewiele ma z nia wspolnego :) uklony

    OdpowiedzUsuń
  12. Agnieszko, przyznam sie - podczytuje Twoj blog od dawna, osmielilam sie paru osobom linka podrzucic, pare przepisow skopiowac....Zachwycic sie vinho verde ( raz mi sie udalo nabyc w niemieckim realu, w Polsce wina portugalskie niemal nie istnieja).Ale dopiero relacja wiedenska spowodwala swedzenie piora i oto jestem.
    I narobilas mi smaku na melona; uwielbiam melony. Pare lat temu bylam o tej porze nad Dunajem, po s lowackiej stronie. Na targu krolowaly melony i morele....
    qd

    OdpowiedzUsuń
  13. Klaro, w takim razie cieszę się, że zdecydowałaś się napisać te komentarze i miło mi strasznie, że jesteś moją stałą czytelniczką.

    Co do portugalskich win to o ile dobrze kojarzę w trójmiejskim Auchan jest sklep z winami portugalskimi, tylko nie wiem dlaczego sprzedawane tam wino Mateus ma napis "Made in Spain" ;) Ja też bardzo lubię vinho verde, zwłaszcza w lecie i do ryb.

    OdpowiedzUsuń
  14. vinho verde i my lubimy o tej porze roku :)
    wydaje mi sie Agnieszko czy trafilam na krajanke, znaczy Trojmiasto i oklice? wywnioskowalam to z twoich komentarzy, uklony

    OdpowiedzUsuń
  15. Leloop, jak najbardziej jestesmy krajanki. Ja przez prawie 3 dekady mieszkałam w Gdańsku.
    A mogłabys mi doradzić jakie ja fajne wina mam sobie przywieźć z Francji, żeby się nie zrujnować?

    OdpowiedzUsuń
  16. no prosze jak milo :))) ja wprawdzie urodzona gdanszczanka ale z zamieszkania gdynianka, Wzgorze Nowotki :) od 12 lat jestem tam juz tylko gosciem :}
    coz w sprawie win, zalezy jakie lubisz, czy czerwone czy biale, ciezkie czy raczej o nucie owocowej. poniewaz wbrew pozorom, moj francuski maz nie jest koneserem win jedynie serow, za to smakoszem piw, zapytam mojej sasiadki, na ktore wina w tym roku trzeba zwrocic uwage. postaram sie jeszcze w tym tygodniu odpowiedziec...

    OdpowiedzUsuń
  17. Leloop, wstyd mi to trochę pisać, ale ja lubię wina prawie każde ... białe i czerwone, młode i dojrzałe, lekkie owocowe i ciężkie taninowe.;) Mój mąż za to bardzo mocno skłania się ku czerwonym, ciężkim i dojrzałym.

    Pytając Cię miałam raczej na myśli stosunkowo niezbyt kosztowne wina, które mają bardzo dobra relację ceny do jakości i ja w zasadzie mam znikomą szansę na nie trafić będąc przejazdem na wakacjach i nie znając wystarczająco dobrze lokalnych niuansów. Tu u siebie to jestem uzbrojona w co roku aktualizowane książki, które szczegółowo oceniają prawie każde dostępne wino z danego regionu. Poza Portugalią niestety szukam trochę po omacku, bo nie na wiele zdaje się wiedza , że w ciemno można kupować Chateaux Lafitte.;)

    Zwykle wypatruję, którego wina jest najmniej na półkach, bo kto jak kto tubylcy w winiarskich krajach zawsze wiedzą co dobre. Kiedyś w Prowansji spotkalismy w supermarkecie miłego starszego pana (klienta a nie sprzedawcę), który widząc nas z zasępionymi minami przed półkami z hektolitrami win, tak cudownie nam pomógł wybrać, że do dzisiaj wspominam jakie to były znakomite trunki.

    OdpowiedzUsuń
  18. nie ma sie czego wstydzic :)
    my gdy jestesmy w regionie winnym to tez kupujemy na czuja, tamtejsze supermarkety z reguly zawsze sa niezle zaopatrzone w lokalna produkcje i rzadko kiedy trafia sie nam jakis niewypal. mozna tez sprobowac bezposrednio u producenta w ulubionym regionie. Bretania jest troche uposledzona w tym temacie bo ostatnie winnice wycieto tu chyba w 17 wieku, zeby sadzic lasy sosnowe na statki, tu tylko cidre. tu http://www.vinogusto.com/fr/vins-supermarches/73 znalazlam jakas strone winomaniakow z rankingiem win w supermarketach, moze to bedzie jakis trop. sorry, ze bardziej Ci nie pomoge ale u nas spozycie piwa jest wieksze niz wina :/ natomiast gdybys szukala porad w kwestii serow to nie ma problemu :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Super zdjęcia ! Kocham Wiedeń !

    Iwona.

    OdpowiedzUsuń
  20. Leloop, dziękuję za pomoc. Link całkiem interesujący i myślę, że nam się przyda. A co do serów to też Cię wykorzystam - co byś polecała z północy Francji? Może jakichś lokalnych producentów?

    Iwono, cieszę się, że Ci się zdjęcia podobają!!

    OdpowiedzUsuń
  21. lista moze byc dluga, zalezy jak traktowac polnoc. tak doslownie polnoc-polnoc czy rowniez Ile-de-France czyli okolice Paryza i potem w kierunku Belgii. sprobuje zrobic jakies sensowne kompendium :) uklony

    OdpowiedzUsuń
  22. W naszej powrotnej drodze z PL wjedziemy do Francji od strony Belgii, potem Pas de Calais,Pikardia, Normandia, Bretania, Pays de Loire i na południe w stronę Bordeaux i Biarritz. Tak że te właśnie regiony by mnie "serowo" bardzo interesowały. W przeciwną stronę już umyśliłam sobie przejazd przez Roquefort-sur-Soulzon w wiadomym celu.;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Zaczynajac od polnocy, glownie mleko krowie, sery kremowe, czesto „lejace sie”. Najbardziej znane brie de Meaux (lagodniejszy) lub Melun (ostrzejszy i bardziej slony), moj maz uwaza, ze to brie z Melun jest „prawdziwym” brie ale dla niego najlepszy ser to taki, ktorego zapach zabija muchy w locie. Dlatego staramy sie przy „obcych” nie otwierac lodowki ;)
    Inny polnocne bardziej znane to Livarot zwany rowniez „colonel” z racji 5 paskow papieru, skorka musi byc lekko klejaca (AOC); Maroilles (AOC), mocny zapach wspanialy gdy go zapiec z ziemniakami ale do tego piwo; Vieux –Lille b. mocny
    Oczywiscie camembert de Normandie (AOC)
    Coulommieres taki wiekszy camembert, robiony bardziej na poludnie niz Normandia ale zaliczany do polnocnych serow
    Boulette d’Avesnes, czerwony stozek obtoczony w papryce, mocny z ziolami jeden z ulubienszych naszych
    Boulette de Cambrai podobny tylko bez papryki
    Sery w formie serca cœur d’Arras, d’Avesnes
    Boulle de Lille / mimolette française jeden z serow twardych wykazuje wplywy holenderskie , kolor od pomaranczowego do ciemnoczerwonobrazowego (dwuletni)
    Neufchatel (AOC) , mocny w srodku kremowy
    Pont l’eveque (AOC)normandia
    Brillat savarin bardzo kremowy 300%kalorii , pycha
    Czesto kremowe sa obtaczane w ziolach, rodzynkach, pieprzu etc
    Trappe produkowany przez mnichow trapistow
    Curè nantais tu juz zjezdzamy na poludnie, polecam petit curè nantais, ulubiony ser moich dzieci
    Chabichou du Poitou (Poitou-Charantes), Chabis forma walca i inne odmiany np. w formie dzwonka.
    Ossau-Iraty-brebis Pireneje AOC
    Anneau du Vic-Bilh z dziura w srodku Pireneje
    Jak moze zauwazylas slusznie, pominelam Bretanie, niestety i sery nie naleza do mocnej strony bretonczykow, nie ma tradycyjnego sera bretonskiego :(. To kraj kapusty i swinskiego tylka, skad my to znamy ;). W Bretanii nalezy wybrac sie do creperie i zamowic „crepes de ble noir” z andouille de Guemene (mieszkam zaraz obok), do tego cidre najlepiej sec albo demi-sec (doux jest dla turystow). Od Nantes na poludnie to juz kraina kozich serow, jest ich niezliczona ilosc, wlasciwie kazda wies ma swoj, Chabichou du Poitou (Poitou-Charantes), Chabis forma walca i inne odmiany np. w formie dzwonka
    ser „bleu” z mleka owczego taki jak roquefort i pochodne. To tez jest kraina kacza czyli foie gras (wiem trudny temat ale czasem jadam) i rozne confite de canard.
    Pireneje to twarde sery owcze Ossau-Iraty-brebis AOC
    i z mleka krowiego, ktore tak jak w Hiszpanii je sie z patèe de fruits czyli taka twarda marmolada albo z konfitura wisniowa, pycha. Co do kupowania to polecam lokalne hale targowe, w dni targowe (i nie tylko) zawsze jest tam stoisko z odpowiednio wylezakowanymi serami czy to lokalnymi czy z calej Francji. Sa duzo drozsze niz te w supermarketach ale jakosc jest nieporownanie lepsza :). No i gosc, ktory sprzedaje wie co sprzedaje podczas gdy w supermarkecie pani albo jest nowa albo wlasnie przerzucili ja z dzialu rybnego :}.
    AOC znaczy, ze marka zastrzezona i ser produkowany jest tylko i wylacznie w takich warunkach jak tradycyjny. Podobnie ma sie z winem :). Polecam oczywiscie sery fermier czyli prosto od „chlopa” albo artisanale czyli wyrob rzemieslniczy np. Trappe
    Jezeli bedziecie jechac przez Holandie to rowniez polecam zakup w jakims serowym sklepiku.
    Pisze sobie tak i pisze, zajrzalam do internetu i znalazlam to http://www.univers-fromages.com/encyclopedie.php teraz sobie obejrzysz wszystko ze zdjeciami, brakuje tylko zapachu 

    OdpowiedzUsuń
  24. zapomnialam o rocamadour kozim serku z Akwitanii, no i zyczyc smacznych zakupow :)
    ja tez wkrotce odwiedze stare, trojmiejskie katy. moze sie gdzies miniemy ha, ha, uklony

    OdpowiedzUsuń
  25. Leloop, z Ciebie jest chodząca serowa encyklopedia!!! Już sobie to wszystko kopiuję i wynotowuję. Dziękuję za pomoc. Najbardziej mnie zaintrygowały: Boulette d’Avesnes, Boulette de Cambrai, Maroilles i Chabichou du Poitou. Nigdy ich w PT nie upolowałam.

    Brillat savarin kiedys mi się udało tu dostać, kupiłam sporą ilość, po czym z przerażeniem spojrzałam, że miał chyba z 70% tłuszczu ..., ale był pyszny i długo u nas w lodówce nie zalegał.;)

    Sery z Ossau-Iraty mieliśmy przyjemność próbować już kilka razy, będąc na nartach w Pirenejach.

    Muszę powiedzieć, że w Portugalii też jest ugruntowany zwyczaj jadania sera (zwłaszcza queijo da serra )z twardą marmoladą z pigwy (tu zresztą z powodów językowych "marmelada" może być tylko z pigwy, która nosi wdzięczną nazwę "marmelo").

    Właśnie, gwoli przygotowania do wyjazdu, czytam książkę "Hot sun, cool shadow" o Langwedocji , z mocnym akcentem na tamtejsze specjały, no nie powiem ślinka cieknie przy lekturze. A foie gras też jadam i przyznam szczerze, że co by nie mówić, jest to uczta dla kubków smakowych.

    Dzięki za rady co zjeść i wypić w Bretanii. Na gryczane crepes się bardzo nastawiamy. Andouille to rodzaj wędliny, prawda?

    Życzę Ci miłego pobytu w Trójmieście.:)

    OdpowiedzUsuń
  26. az tak genialna to nie jestem ;) posilkowalam sie jednakowoz encyklopedia sera (polecam w formie ksiazkowej, autorstwa dwoch japonczykow, sic! ale ze wstepem jednego z wielkich szefow kuchni Joël Robuchon'a). wszystkie te sery jadam jednakowoz wiec wiem o czym pisze ;) polnocne, mocne sery czesto popija sie miejscowym piwem, warto wiec sie tez zainteresowac lokalnym browarnictwem.
    Andouille to rzeczywiscie wedlina, dosc specyficzna bo robiona ze swinskich flakow za przeproszeniem. ma wiec dosc charakterystyczny smak, ale jest pyszna na zimno badz podsmazona na patelni. tu http://www.andouille-guemene.com/strona wytworcy tej najbardziej autentycznej z Guemene. ma niepowtarzalny smak i tej z supermarketu nielatwo jest ja doscignac :). wiem, ze to nielatwe ale najlepiej byloby gdybyscie trafili do creperie, w ktorej zywia sie tubylcy, w karcie sa podstawowe tylko wypelnienia nalesnikow, zadne owoce morza czy tez chorizo nie wchodza w gre :) zycze udanych wakacji i mocy wrazen kulinarnych :) uklony

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za wizytę na blogu i komentarze.