piątek, lipiec 18, 2008

Marokański sposób na upał


U nas od ostatniego weekendu trwają upały. Temperatura oscyluje wokół 30ºC, na szczęście chłodzi nas tutaj troszeczkę życiodajna atlantycka bryza. Z powodu gorąca nie będzie dzisiaj ani słowa o jedzeniu ...za to sporo o piciu.

Miętowa herbata to chyba narodowy napój Marokańczyków, nosi też czasem nazwę herbaty Tuaregów. Piją ją do posiłków, do posiłkach i między posiłkami. Mimo, że zwyczaj picia tego napoju wydaje się być tak wrośnięty w marokańską kulturę, nie jest wcale taki znów starodawny - pochodzi bowiem z XVIII wieku.

Co zawsze mnie trochę zdumiewało, gorąca i mocno słodka herbata świetnie gasi pragnienie w północnoafrykańskim upale. Gdy włóczyliśmy się parę lat temu po Marakeszu na każdym rogu ulicy widzieliśmy wózki wypełnione po brzegi świeżą i orzeźwiająco aromatyczną miętą gotową do wrzucenia do herbaty. Inny obrazek to mężczyźni popijający miętową herbatę w kawiarniach, w drzwiach domów, czy w sklepach (przy niej zresztą dobija się targu przy jakichś większych zakupach, np. pięknych marokańskich dywanów). Ponoć zresztą tak jak gotowanie jest w arabskiej kulturze zajęciem kobiecym - ceremonia parzenia miętowej herbaty to dla odmiany męska specjalność. Żeby nie obrazić marokańskiego gospodarza należy jej wypić minimum 2 szklaneczki, co zresztą nie powinno stanowić raczej wielkiego poświęcenia ze strony gościa. ;)

Delektowanie się tą herbatą kojarzy mi się z chwilą wytchnienia od półpustynnego skwaru gór Atlas i męczącego zgiełku arabskiego miasta. Samo przyrządzanie tego napoju jest banalnie proste. Potrzebujemy bardzo niewielu składników - chińskiej zielonej herbaty typu gunpowder, świeżej mięty (gatunku Mentha spicata) i dobrej, najlepiej źródlanej wody. Aaa zapomniałabym - nieodzowny jest cukier, przeciwko czemu się długo burzyłam, ale w końcu skapitulowałam i pokornie uznałam konieczność posłodzenia tej herbaty. Najlepszy byłby cukier w sporych stożkach, powszechnie dostępny w Maroku, sprzedawany na wagę i zawijany w papier. Kruszy się go na kawałki i dodaje potrzebną ilość do herbaty. Równie dobrze jednak sprawdza się cukier w kostkach. Miętową herbatę w Maroku podaje się zresztą zwykle już posłodzoną - cukru dodaje się już podczas jej zaparzania. Ja jednak odstępuję od tej reguły, bo przecież każdy z nas lubi inną dawkę, a czasem i inny rodzaj słodyczy.

Co do parzenia to istnieją różne szkoły - pan sprzedający mi imbryk do herbaty w medinie w Marakeszu kazał mi zieloną herbatę po zalaniu wrzątkiem koniecznie jeszcze zagotować z dodatkiem mięty. Książki traktujące o kuchni marokańskiej zwykle jednak pozostają przy klasycznym sposobie zwyczajnego parzenia, bez zagotowania. Próbowałam obu metod i chyba preferuję ten drugi sposób. Zagotowana zielona herbata ma jak dla mnie zbyt dużo goryczki i intensywny taninowy posmak.

Sposób podawania jest uświęcony tradycją - potrzebujemy małych szklaneczek (malowanych lub pięknie grawerowanych), metalowego imbryka i umiejętności nalewania herbaty z bardzo wysoka, tak żeby uzyskać trochę pianki na powierzchni napoju. Ja tej ostatniej umiejętności nie zdołałam niestety opanować, co widać na załączonym obrazku.


Marokańska miętowa herbata


2 łyżeczki zielonej chińskiej herbaty gunpowder
pęczek świeżej mięty (co najmniej 4-5 gałązek)
dobra woda źródlana
stożek cukru lub cukier w kostkach

Zagotowujemy wodę. Przelewamy odrobiną wrzątku imbryk do herbaty. Wodę wylewamy. Wsypujemy do ogrzanego dzbanka zieloną herbatę i zalewamy 1/2 szkl wrzątku (listki herbaty mają tylko zmięknąć i oddać do wody goryczkę), po ok. 1min. tę wodę również ostrożnie wylewamy, ale tak aby herbata pozostała w dzbanku. Teraz zalewamy herbatę 1l zagotowanej wcześniej wody, dodajemy gałązki zgniecionej w rękach mięty (to bardzo ważne, tak wydobywamy cały miętowy aromat) i zamykamy imbryk przykrywką. Po ok. 5 min można podawać herbatę. Tradycyjnie cukier dodaje się do herbaty już w czasie parzenia.


7 comments:

Bea pisze...

Agnieszko, Twoje zdjecia - jak zwykle - zapieraja mi dech w piersiach! Sa naprawde przepiekne! Milo sie z Toba podrozuje :)

Małgosia.dz pisze...

Ileż to człowiek może się nauczyć! Wiesz Agnieszko, ja byłam święcie przekonana, że parzona herbata powinna być gładka. Obecność pianki (gdy taka mi się nieopacznie przydarzyła) uznawałam za przykry błąd w sztuce. ;-)

Liska pisze...

Tak, ja też lubię taką herbatę. Lubię też obserwować nalewanie jej z wysoka. A Maroko jest w ogóle bardzo specyficzne i przyjazne turystom. No i to jedzenie...

leloop pisze...

co innego pianka, ktora powstaje gdy herbate zaparzymy woda o niewystarczajacej temperaturze a co innego gdy nalewamy ja z "wysoka" do malych szklanzczek. ponoc "ochladza sie" sie ona w tym momencie do takiej temperatury, ze nie poparzymy sobi natychmiast ust. wielokrotnie probowalam sie przekonac do takiej herbaty w polnocnoafrykanskich restauracjach ale ta slodycz mnie zabija :( czasem rowniez trafialam na taka herbate z reglissa i wtedy moj organizm mowil stanowcze "nie".
na upal wole gorzka, mocna herbate bez dodatkow :) uklony

Pinos pisze...

Uwielbiam taką herbatę. A zdjęcia faktycznie przepiękne...

Lukrecja pisze...

przyłączam się do poprzedniczek zdjęcia piękne (mówię jako fotograf)
dla mnie słodka herbata hmmm jakoś nie do przełknięcia od 8 roku życia piję ją gorzką, ale jakby mnie poczęstowali to bym postarała się wypić

Agnieszka pisze...

Dziękuję wszystkim za miłe słowa.

Lisko, czyżby Ciebie również zauroczyła arabska kuchnia? ;)

Lukrecjo, usłyszeć taki komplement z ust profesjonalisty to szczególny zaszczyt. Ja jestem zakochana w Twoich zdjęciach kotów i wiewiórki.:)