wtorek, grudnia 23, 2008

Świąteczne życzenia



Jak co roku składam najserdeczniejsze świąteczne życzenia wszystkim moim czytelnikom i sympatykom tego blogu. To już moje trzecie "blogujące" święta i muszę przyznać, że przez ten szmat czasu bardzo się zżyłam i zaprzyjaźniłam z wieloma tu zaglądającymi osobami.

Tym razem nasze Boże Narodzenie będzie poza Portugalią. Po raz pierwszy od 9-ciu emigracyjnych lat spędzimy je w Polsce z naszą rodziną.

Tradycyjnie już życzę Wam, aby te Święta spełniły Wasze oczekiwania pod każdym względem - pogodowym, prezentowym i rzecz jasna kulinarnym (o to najmniej się obawiam, bo wiem, że piszę do pasjonatów gotowania i oczami wyobraźni już widzę Wasze stoły uginające się od samych pyszności). Przede wszystkim jednak trzymam kciuki za bożonarodzeniowy nastrój w Waszych domach, bo ten zależy nie tylko on nas samych, ale i od naszych bliskich. Oby i oni mieli podobną do nas wizję tych najpiękniejszych w roku Świąt.

niedziela, grudnia 14, 2008

Mój świąteczny miodownik





Długo dumałam przed zrobieniem tego ciasta. Przepisów na nie są miliony. W zależności od regionu nosi też różne nazwy - miodownik, stefanka, a nawet królewiec. Proporcje składników też są zmienne, co przyprawiało mnie o największą frustrację, bo jak tu wybrać te najlepsze, gdy się jeszcze nigdy nie piekło danego ciasta. To ostatnie stwierdzenie to właściwie nie jest prawda, bo kiedyś w bardzo zamierzchłej przeszłości, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Polsce, a ja byłam świeżo upieczoną mężatką, już je robiłam i pamiętam, że bardzo nam smakowało. Tyle że oczywiście nie mam najmniejszego pojęcia z jakiego to było przepisu.

Nie pozostało mi więc nic innego niż studiować wnikliwie dostępne w necie, książkach i czasopismach przepisy, posiłkując się zwłaszcza widniejącymi pod nimi opiniami osób, które już je piekły. Mogę powiedzieć, że mój przepis jest kompilacją receptur dziewczyn z forum CinCin: Gusi, Iguany, z pewnymi modyfikacjami Paulinki i Roggie. Oczywiście musiałam też dorzucić moje trzy grosze - tu ująć cukru, tam dodać miodu, zwiększyć proporcje kremu w stosunku do ciasta. Efekt takich modyfikacji bywa różny, szczęśliwie tutaj był bardzo zadowalający. Uprzedzam tylko wszystkich łakomczuchów, że ciasto można najwcześniej zacząć konsumować na drugi dzień po przygotowaniu. Moim zdaniem jest to znakomity wypiek na Boże Narodzenie, u nas w zeszłym roku zastąpił piernik (stąd dodatek do ciasta przyprawy do pierników), z którym to niezmiennie i od lat mam na pieńku. ;)



Miodownik

foremka 28x35cm

Ciasto:
100g masła
180g cukru
1 op. cukru waniliowego
2 jajka
5 łyżek kwaśnej śmietany
3 łyżki miodu
2 łyżeczki sody
500g mąki
2 łyżeczki przyprawy do piernika
szczypta soli

Polewa orzechowa:
4 łyżki miodu
3 łyżki cukru
2 łyżki masła
200g orzechów włoskich

Krem grysikowy:
10 łyżek (115g) kaszy manny
500ml mleka 3,5%
250ml mleka skondensowanego niesłodzonego
2/3 szkl cukru
2 żółtka
1op. cukru waniliowego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
250g masła
2 łyżki likieru waniliowego lub innego ulubionego alkoholu

Ciasto:
Nagrzać piekarnik do 160-170ºC. Masło zmiksować z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę. Nadal ucierając dodawać pojedynczo jajka. Śmietanę wymieszać z miodem i sodą. Ostawić na 2-3min. Masę śmietanową dodać do masy maślanej nadal ubijając. Mąkę przesiać z solą i przyprawą do piernika. Dodawać ją stopniowo do masy, ubijając na niskich obrotach.

Podzielić ciasto na 2 części. Cieniutko rozsmarować połowę ciasta łyżką (moczoną od czasu do czasu w zimnej wodzie) w blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piec przez ok. 20 min. Po wyjęciu z piekarnika poczekać aż ciasto przestygnie i dopiero wyjąć razem z papierem z formy (w przeciwnym wypadku może się połamać).

Rozsmarować w blaszce na papierze do pieczenia druga część ciasta i rozłożyć na nim równomiernie polewę orzechową (wykonanie poniżej). Piec tak jak pierwsze ciasto.

Polewa orzechowa:
Rozgrzać na patelni masło, miód i cukier. Dodać orzechy i kilka minut przesmażyć.

Krem grysikowy:
Mleko skondensowane wymieszać z kaszą manną. Zwykłe mleko lekko podgrzać z cukrem, wlać do niego grysik rozrobiony z mlekiem skondensowanym i ciągle mieszając zagotować. Gotować na maleńkim ogniu nadal mieszając do zgęstnienia. Zdjąć masę z ognia, do gorącej wbić 2 żółtka i dobrze wymieszać, dodać cukier waniliowy i ekstrakt. Odstawić przykrytą folią spożywczą do całkowitego wystygnięcia (najlepiej folię położyć bezpośrednio na masie, wtedy nie utworzy się niepożądany kożuch). Masło zmiksować na puch. Dodawać do niego po 1 łyżce zimnej masy z kaszy manny ciągle ubijając, na koniec wmiksować 2 łyżki likieru.

Składanie ciasta:
Na dno formy położyć warstwę ciasta bez polewy, na niej rozłożyć krem, a następnie przykryć ciastem z polewą orzechową. Tę ostatnią warstwę podnosić i układać na kremie "na cztery ręce"albo przekroić na pół i układać na masie połówki ciasta. Jest ono dość miękkie i kruche, te wszystkie ostrzeżenia są po to żeby się ustrzec nieestetycznego złamania ciasta. Miodownik można jeść najwcześniej na drugi dzień po zrobieniu (a idealnie to na trzeci), wówczas warstwy ciasta miękną od kremu i całość robi się wilgotna.


środa, grudnia 10, 2008

Świąteczna pierś z indyka

I jak ja mam tu się nastrajać do Świąt, gdy za oknem słońce świeci jak zwariowane, a na trawniku można znaleźć takie kwiatki . Niedawno Małgosia z blogu "Pieprz czy wanilia", zapytała jakie są w Portugalii oznaki zimy. Te z niedzielnego spaceru i z mojego ogródka załączam powyżej. ;)

Chyba ta aura powoduje, że rok w rok za późno się zabieram za kupowanie prezentów i strojenie domu. Może jedynie kulinarnie nadążam , bo kuchenne prace w większości trudno rozpocząć z dużym wyprzedzeniem. W tym roku jednak w nosie mam tutejszą pomyloną pogodę i trzymam kciuki za mroźne, i jeśli się da - białe Święta w Polsce. Po dziewięciu Bożych Narodzeniach na obczyźnie , wreszcie udało nam się - po wielu trudach - wywalczyć grudniowe urlopy i jedziemy do Gdańska. Tak że w te Święta przypadnie mi degradująca i jakże przyjemna rola kuchcika czy też pomocy kuchennej, bo ster rządów w kuchni będą dzierżyć panie domu, u których będę gościć. Moje przygotowania do Świąt są więc w tym roku trochę na jałowym biegu, ale postanowiłam podzielić się z Wami tradycyjnymi u nas potrawami, które zawsze w moim domu bywają na stole.

Pierwszy dzień Świat upływa zwykle pod znakiem zimnego bufetu, okraszonego tylko ciepłym barszczem z uszkami i bigosem. Dlatego co roku poszukuję ciekawych przepisów na pieczone mięsa, dobre do jedzenia na zimno. Ta pierś z indyka w dość egzotycznym wydaniu (bo marynata ma wyraźne nuty karaibskie, kojarzące się z przyprawą jerk z Jamajki) weszła już u nas do stałego repertuaru. Choć jeśli przyjrzeć się składnikom dania (korzenie, cytrusy i indyk) to przecież są wręcz klasycznie świąteczne. Mięso trzymane w tej bogatej w składniki zalewie jest soczyste i kruche. Co do dodatku octu - to ja ostatnio eksperymentuję ze szwedzkim żurawinowym z Ikei lub niedawno własnoręcznie zrobionym octem z granatów.
Jeśli ktoś woli to jak najbardziej może taką indyczą pieczeń jeść jako główne danie na ciepło.




Pierś indyka z Jamajki
duża pierś indyka (1-1,5 kg)

Marynata typu "jerk":

1/2 szkl soku wyciśniętego z pomarańczy

1/3 szkl octu z białego wina
2 łyżki słodkiego białego wina
1/4 szkl jasnego sosu sojowego

1/4 szkl oliwy

1 papryczka jalapeño z zalewy drobno pokrojona

1 łyżka brązowego cukru

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka suszonego tymianku

1 łyżeczka mielonego cynamonu

1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej

1 łyżka zmielonego ziela angielskiego

1 łyżka startego świeżego imbiru

3 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę

4 zielone cebulki część zielona i biała pokrojone w plasterki

ewentualnie morele suszone do nadziania


Wymieszać składniki marynaty i zalać nią pierś indyka. Odstawić w przykrytym naczyniu
najlepiej na noc do lodówki. Wyjąć z marynaty, można nadziać morelami robiąc w mięsie od góry małe nacięcia. Piec w rękawie foliowym w 200ºC (ja piekę razem z marynatą, wówczas pierś jest bardziej soczysta). Czas pieczenia zależy od wagi mięsa i oczywiście od właściwości naszego piekarnika. U mnie to zwykle ok. 50 min na 1 kg mięsa.

niedziela, grudnia 07, 2008

Wymarzony cheesecake waniliowy



Nie wiem czy w Waszych domach tradycyjnie na Boże Narodzenie piecze się sernik. To ciasto kojarzy się chyba ściślej z Wielkanocą niż z zimowymi świętami. Przynajmniej w moim rodzinnym domu sernik co prawda często bywał, ale nigdy nie był obowiązkowy. Od kiedy jednak Święta spędzamy poza krajem, a mój syn nauczył się walczyć o swoje smakowe upodobania sernik musi być. W zeszłym roku w okolicach Bożego Narodzenia skusiłam się na sernik waniliowy autorstwa Jennie Shapter, zaproponowany przez Dorotus z blogu "Moje wypieki". Autorka słynie w blogosferze ze znakomitych słodkich wypieków i wyjątkowo przemawiających do zmysłów zdjęć. Tak jak sama Dorotus pisze o tym serniku - jest on absolutnie doskonały - lekki, puszysty, a jednocześnie kremowy. U nas w domu to ideał.

Ja jedynie nie nadałabym mu nazwy sernik, a pozostała przy angielskiej cheesecake. To może trochę idiotycznie wygląda językowo, ale ja mam swoją prywatną klasyfikację ;) i dla mnie cheesecake to co innego niż sernik.
Ten ostatni to w mojej nomenklaturze typowo polski wypiek tylko i wyłącznie z polskiego twarogu, kwaskowaty w smaku, raczej nie kremowy, naładowany bakaliami i mnóstwem jajek, z ubijanymi osobno białkami, rosnący w czasie pieczenia (a często gęsto i opadający po wyjęciu z piekarnika ;) ). Tym samym dla mnie niestety zazwyczaj niemożliwy do zrobienia, z oczywistego powodu - braku w Portugalii polskiego twarogu (no dobrze, dobrze - czasem zdobędę ukraiński i wtedy jest wielkie święto).
Cheesecake
to coś zupełnie innego - rodowód ma amerykański, choć oczywiście jego przodkiem jest nasz wschodnioeuropejski sernik. W składzie ma zawsze idealnie gładki ser typu philadelphia. W czasie pieczenia zwykle mocno nie rośnie, a gotowy ma niezwykle kremową konsystencję. I nie zapominajmy, że obowiązkowo posiada kruchy, często herbatnikowy spód.
Ot, taka to moja klasyfikacja dla prywatnych potrzeb. ;)

W związku z tym sernikowym postem przyszła mi do głowy refleksja - jak to tradycja, która w samym swoim założeniu powinna być stara, niezmienna i konserwatywna jednak ewoluuje w czasie. Bo jakaż Polka tak z 20 lat temu robiłaby cheesecake na Święta. Tym gorzej, że mi to dzisiaj wcale nie wydaje się jakoś szczególnie występne i bardzo odbiegające od bożonarodzeniowych zwyczajów. Powiem więcej - moje dziecko bez takiego sernika nie wyobraża sobie Świąt, więc dla niego to już rdzenny domowy obyczaj. Może jeszcze dla jasności dodam, że oprócz tego ciasta mój synalek nie je żadnych innych tradycyjnych bożonarodzeniowych wypieków, z natury rzeczy zawierających rodzynki, orzechy lub mak. Tak że, jak sami widzicie i ja i on wybór mamy niewielki. Ja muszę sernik upiec, bo on nie miałby co na Święta jeść.

Gwoli ścisłości: dokonałam pewnym zmian - jak to zwykle ja - w oryginale przepisu zaprezentowanego przez Dorotus. Sprowadzają się one w zasadzie do stwierdzenia, że zmniejszyłam ilość spodu, a zwiększyłam masy serowej. My tak po prostu najbardziej lubimy - cienki spód i mnóstwo gładziutkiej kremowej masy. Mmm, po prostu pycha!!

Cheesecake waniliowy

tortownica o średnicy 22cm

Spód:
130g herbatników digestive
40g roztopionego masła

 Masa serowa:
3 jajka1 op. cukru waniliowego
150g drobnego cukru
800g serka kremowego typu philadelphia
1 łyżka mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
225ml śmietany kremówki

Spód:
Tortownicę owijamy z zewnątrz folią aluminiową. Herbatniki kruszymy malakserem. Dodajemy roztopione masło. Dokładnie mieszamy i rozkładamy masę na spodzie tortownicy ubijając dnem szklanki . Wstawiamy do lodówki.

Rozgrzewamy piekarnik do 170ºC. Ubijamy mikserem jajka z cukrem i cukrem waniliowym, aż zrobią się kremowe. Dodajemy resztę składników i krótko miksujemy do otrzymania gładkiej masy. Wylewamy ostrożnie łyżką na spód. Pieczemy przez ok. 50-60min aż wierzch sernika się zetnie. Zostawiamy do wystygnięcia w piekarniku. Gdy osiągnie temperaturę pokojową wstawiamy na całą noc do lodówki.

niedziela, listopada 30, 2008

Ciasto "do góry nogami" z pistacjami z pigwą


Dzisiaj zdecydowałam się na dość nietypowy mariaż smaków. Miałam w spiżarni sporo owoców pigwy. Jedna ze sprzedawczyń na moim ekologicznym ryneczku mnie na nie namówiła. Wreszcie mogę się pochwalić, że oprócz zwykłych sklepów z ekologiczną żywnością wykryłam w Porto coś w rodzaju Farmers' Market. W okolicy naszego miejskiego parku raz w tygodniu odbywa się "Feira biológica". Odnosi się wrażenie, że te kilka stoisk okolicznych producentów "zdrowo" hodowanej żywności okupowane jest głównie przez mieszkających w Porto obcokrajowców. Pałętają się tam Anglicy, Francuzi, Włosi (i oczywiście Polacy, tych nigdzie nie może zabraknąć ;) ). Portugalczycy, oprócz chlubnych wyjątków, mieszkających w okolicy, chyba się jeszcze na razie nie przekonali do tej idei. Jeszcze wspomnę tylko, że moje dziecko przeklina dzień, w którym wpadłam na trop tego rynku, bo od tej pory co tydzień w sobotę zrywany jest z łóżka (jego zdaniem skoro świt), żeby służyć mamie za tragarza. ;)

Po tej małej dygresji wracamy do pigw. Dobrze, że te owoce się nieźle przechowują, bo ja - jak zwykle - natychmiast po zakupie zapomniałam , gdzie się podział wybrany przepis na pieczone w piekarniku pigwy. Leżały więc ładnych parę dni zanim, zupełnie przypadkiem, znalazłam w małej książeczce "Cafe cakes" z serii The Australian Women's Weekly zupełnie inną recepturę - na ciasto z pigwami i pistacjami.

W sposobie wykonania przypomina ono odrobinę tartę Tatin, bo owoce w tej recepturze idą na spód ciasta (przynajmniej większość z nim, bo część purée z pigwy miesza się z masą). Za to w smaku, jak zauważył natychmiast mój mąż, jest bardzo "keksowate". Nie wiem czy to wpływ owoców (w końcu przecież nie suszonych), czy dużej ilości orzechów, ale rzeczywiście jest to od razu narzucające się skojarzenie. Także dzisiaj zapraszam wielbicieli nietypowych keksów na wypróbowanie tego ciasta. Jego dodatkową zaletą jest fakt , że długo utrzymuje świeżość i wilgotność. Ja zwiększyłam ilość pistacji (przez pomyłkę zresztą ;) ), w oryginale przepisu było tylko 1/2 szkl.

Ciasto "do góry nogami" z pistacjami i pigwą

2/3 szkl cukru
125ml (1/2 szkl) soku pomarańczowego
1 szkl wody
2 strączki kardamonu, lekko zmiażdżone
3 owoce pigwy, obrane i pokrojone na plasterki

Ciasto:
90g masła
2 łyżeczki startej skórki pomarańczowej
180g drobnego cukru
1op. cukru waniliowego
3 jajka
225g mąki
1/4 łyżeczki sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 szkl kwaśnej śmietany 15%
1/4 szkl soku pomarańczowego
1 szkl pisatcji, posiekanych i lekko uprażonych

W rondlu wymieszać cukier, wodę, sok i kardamon. Podgrzać aż cukier się rozpuści, dodać plasterki pigwy i gotować na bardzo maleńkim ogniu bez przykrycia przez ok. 1 godz (aż owoce będą miękkie, a płyn prawie zupełnie wyparuje). Wyjąć kardamon i przestudzić.

Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Dno blaszki wyłożyć lekko natłuszczoną folią aluminiową i wyłożyć na nią 2/3 pigwy. Resztę owoców zmiksować na gładką masę.

Masło ubić z cukrem i skórką pomarańczową na puszystą masę. Nadal miksując dodawać pojedynczo jajka. Mąkę przesiać z sodą oraz proszkiem do pieczenia i na niskich obrotach miksera dodawać do ciasta na zmianę z sokiem pomarańczowym i śmietaną. Na koniec wmieszać pistacje, a następnie dodać zmiksowaną pigwę, lekko mieszając szpatułką, tak żeby w cieście pozostały smugi masy owocowej. Wyłożyć ciasto na plasterki pigwy. Piec przez ok.
1 godz. 15 min lub aż patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy po wyjęciu.

środa, listopada 26, 2008

Europejskie impresje 2008: Bordeaux - królestwo za wino


Dojrzewające winogrona z okolic St-Emillion. Château Fonplegade.

Loara Loarą, ale kto ma bzika na punkcie czerwonych win, tak jak mój mąż, dopiero w dorzeczu Dordogne i Garonne czuje się jak w raju. Region Bordeaux od wieków walczy o palmę pierwszeństwa wśród francuskiego "morza" wina z Burgundią. Do dzisiaj trudno powiedzieć kto te zapasy gigantów wygrywa. W moim subiektywnym przekonaniu to właśnie wina z Bordeaux były prawie że synonimem francuskiego wina. Ale to tylko takie prywatne wrażenie.

Prawdę mówiąc niewiele mam do powiedzenia na temat tego regionu, ponieważ muszę z pewnym zażenowaniem się przyznać, że podróż przez tę okolicę odbyłam w stanie raczej półprzytomnym. A to dzięki wszechobecnym degustacjom win, którym ze względu na prowadzącego samochód męża musiałam sama podołać. ;)

Nie będę Was zanudzać podziałem regionu i klasyfikacjami tamtejszych win. Dla pasjonatów wszystko jest klarownie i obszernie omówione tutaj. Jest nawet szczegółowa mapka. My zajmiemy się dogłębniej obszarami oznaczonymi jako nr 21 i 24.
Na wstępie jednak ważna rada dla wybierających się do tego regionu winiarskiego - nie zwiedzajcie najbardziej okrzyczanych winnic, zwłaszcza tych z wielkiej piątki Premiers Crus. Spotkacie tam kłębiący się tłum turystów, win nie spróbujecie, bo żaden właściciel nie jest na tyle szalony, żeby rozlewać darmo dla gawiedzi wina w cenie powyżej (często bardzo grubo powyżej) 100€ za butelkę. Omijając szerokim łukiem Petrus, Mouton-Rothschild, czy inne Château Haut-Brion, mamy szansę na skosztowanie szerokiego wachlarza win i na serdeczne przyjęcie oraz bardzo kompetentną pomoc w wyborze butelczyn, które zamierzamy zabrać ze sobą do domu.

Producenci Premiers Grands Cru Classés z okolic St-Émilion. Próbujemy win w Union des Producteurs w St-Émilion. "Falujące" winnice między St-Émilion i Libourne. Jeden z licznych sklepów z winami w starej części miasteczka.

Polecam zwłaszcza jeden z "best kept secrets" regionu Saint-Émilion - Union des Producteurs de St-Emillion, zrzeszenie okolicznych producentów, gdzie zawsze znajdziemy ogromny wybór win i możliwość degustacji większości z nich, brak turystów, oraz - co ma niewątpliwie również niebagatelne znaczenie - niskie ceny. My udaliśmy się właśnie do tego miejsca, położonego nieco poza miasteczkiem, gdzie - posługujący się kompletnie dla nas niezrozumiałym narzeczem francuskiego - przemiły starszy pan, mimo bariery językowej pomógł nam podjąć trudną decyzję co do wyboru tutejszych vins rouges. Najlepsze ostatnie roczniki, które chyba więcej znaczą niż słynna marka, to: 2000, 2003, 2005. Muszę przyznać, że i na nas wpłynęła - miejmy nadzieję, że zasłużona - sława regionu, bo skrupulatnie trzymamy zakupione butelki na jakąś szczególna okazję.

Maison du Vin w Graves. Château Fonplégade w okolicach St-Émilion. Union des Producteurs de St-Émilion.

Wybraliśmy się jeszcze do maleńkiego regionu Graves-de-Vayres. W miejscowości Vayres na południowym brzegu rzeki Dordogne, w tamtejszym Maison du Vin, trafiliśmy na bardzo uprzejmą i kompetentną panią, która zapoznała nas z tajnikami wyrobu i smaku win z tego stosunkowo młodego, jak na Bordeaux regionu. Zdobył on bowiem swoją AOC całkiem niedawno, bo dopiero w 1946r.

Okolica była kiedyś słynna z łagodnie słodkich, białych win moelleux (to wina zawierające 30 do 50 g cukru na litr; gdy cukru jest powyżej 50g mamy już do czynienia z vins liquoreux) . Region porastał w większości słynny szczep muscadelle (jest on jednym z trzech gatunków winogron, z których robi się okrzyczane sauternes, pozostałe to sauvignon blanc i sémillon), do czasu gdy w czasie srogiej zimy winorośl doszczętnie przemarzła.

Od tej pory hoduje się tu głównie szczepy cabernet sauvignon i franc oraz merlot, z których produkuje się czerwone wino. Nam szczególnie do gustu przypadły mieszanki ze znaczną przewagą merlot (ok. 70-80%). Szczep muscadelle nadal rośnie w regionie, ale że jest kapryśny i jak wspomniała nasza przewodniczka łapie wszystkie choroby, nie jest już tutaj powszechny.
Miła pani przestrzegła nas jeszcze przed robieniem zakupów w sklepach winiarskich w miasteczku Saint-Émilion, gdzie się udawaliśmy, które są niewątpliwie bardzo "glamour" tak pod względem wystroju, jak i narzutu na ceny bachusowego trunku.

Po tej wizycie, gdzie sięgnęłam kresu mojej degustatorskiej wytrzymałości, postanowiliśmy zwiedzić urocze Saint-Émilion, które słusznie nazywane jest najładniejszym miasteczkiem w całym regionie Bordeaux. Gdyby nie tabuny Brytyjczyków, odwiedzających dawne włości Plantagenetów, mogłoby ono nawet poszczycić się sennymi uliczkami. Ma za to piękny kościół z katakumbami wykutymi w skale, a uliczki inkrustowane są jak klejnotami pięknymi sklepami winiarskimi i cukierniami. W tych ostatnich wypieka się znakomite makaroniki, o których jeszcze kiedyś tu napomknę.


Nasze lokum pod St-Émilion.

Dzień zakończyliśmy w jednym z Gîtes de France - domu otoczonym zewsząd winnicami, gdzie znowu udało nam się poczuć atmosferę francuskiego joie de vivre. Prosty wystrój, ale z tym nieuchwytnym francuskim szykiem, widocznym na każdym kroku. Ciepły wieczór na patio w towarzystwie włoskiego małżeństwa, z równym zapałem co my degustującego tutejsze wina. I - to w tym kraju wręcz naturalne - wspaniały posiłek: lekkie gazpacho (w końcu Hiszpania już niedaleko). Potem już wcale nie lekkie, ale za to kruche i rozpływające się w ustach confit de canard podane w gnieździe młodej fasolki szparagowej. Na deser - ukłon w stronę angielskiej przeszłości regionu - apple crumble, ale z kleksem nieposłodzonej i świetnie kontrastującej z deserem crème fraîche.

Tym apetycznym akcentem kończę wreszcie moją wakacyjną epopeję ) którą chyba już zdążyłam znudzić śmiertelnie większość czytelników). Proszę o wybaczenie, ale dzięki tej pisaninie udało mi się przedłużyć sobie letnie wakacje prawie do grudnia ;) dzieląc się z Wami moimi wrażeniami.



niedziela, listopada 23, 2008

Ocet z rajskich owoców


Bohater dzisiejszego wpisu to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych owoców jakie wydała matka natura. Ponoć to właśnie granatem z rajskiego ogrodu, a nie jabłkiem, Ewa skusiła Adama. Nie dziwi więc, że owoc kojarzy się z Bliskim Wschodem, choć nie tylko tam jest znany i wykorzystywany. Od Starożytności uprawia się granaty w całym basenie Morza Śródziemnego.

Niedawno z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że granatowe drzewka lub krzaczki rosną i owocują z powodzeniem w Portugalii. Było to w czasie naszej jesiennej wyprawy w Dolinę Douro, gdzie przypadkiem zobaczyłam małe owoce granatów wiszące sobie na całkiem niepozornym krzaczku. W ogóle jesienna pora jest tu na Półwyspie Iberyjskim pełna dość egzotycznych dla Polaka sezonowych owoców. Jest to czas persymonów, kasztanów, pigw i właśnie granatów. Że nie wspomnę o rozpoczynającym się w listopadzie sezonie na cytrusy.

Nie zaobserwowałam w Portugalii jakiegoś intensywnego wykorzystania granatów w przepisach kulinarnych. Z tego co wiem, jada się je tutaj na surowo, dodaje do owocowych sałatek i czasem robi sos do mięsa z dodatkiem czerwonego wina.

Myślę, że warto wykorzystywać ten piękny i smaczny owoc również ze względów zdrowotnych. W związku z panującą ostatnio modą na fitozwiązki (nie jestem pewna obowiązującego w języku polskim tłumaczenia słowa phytochemicals ...), antyoksydanty, polifenole i inne łapacze wolnych rodników, wymyślono nawet skalę zdolności pochłaniania tych rodników przez różne owoce i warzywa. Nasz granat prezentuje się na tej liście pochłaniaczy zła ;) wcale nieźle i może się poszczycić 10500 jednostkami ORAC (oxigen radical absorbance capacity). Podobno dzięki tym różnym dobroczynnym substancjom mamy się nie starzeć i nie chorować ;). Warunek jest jeden - trzeba je czerpać bezpośrednio z roślinek a nie z "supermultipotecjalnych" tabletek. Genialna ludzkość chyba powoli dochodzi do wniosku, że być może przyroda sama wie co dla nas dobre i niekoniecznie trzeba wszystko ekstrahować i podawać w pigułkach. Czasami wystarczy staromodnie zerwać z drzewa i zjeść.

Wracając do kulinarnych zastosować granatów - ja co roku, jak tylko granaty pojawią się na straganach w pierwszej kolejności robię aromatyzowany nimi ocet o pięknym rubinowym kolorze. Pracy przy nim jest śmiesznie mało, a po kilku dniach oczekiwania możemy się pochwalić zupełnie niespotykanym, egzotycznie pachnącym dodatkiem do wszelkiego rodzaju sosów i marynat. Ponieważ zbliżają się Święta pomyślałam , że jest to również wcale nie najgorszy własnoręcznie wykonany prezent dla znajomych smakoszy.

Przy okazji przypomniało mi się, że produkowałam już nawet melasę z granatów, o czym pisałam tutaj. Od jakiegoś czasu jest ona dostępna w sklepach, w działach z żywnością orientalną, chociaż przyznam, że ja mam tej mojej spory zapas i dotąd nie musiałam kupować. Taka domowa to też niezły pomysł na prezent dla wielbicieli arabskiej kuchni.



Rajski ocet z granatów

3 dojrzałe owoce granatu
300ml octu z czerwonego wina


Granaty kroimy na pół i w misce z wodą wyłuskujemy z nich ziarenka (wtedy białe błonki unoszą się do góry i łatwo się ich pozbyć), a następnie odsączamy. Ugniatamy w garściach ziarenka, żeby puściły sok, a potem wsypujemy wszystko do dużego słoja i zalewamy octem. Zostawiamy na słonecznym parapecie na 3-5 dni , po tym czasiem odcedzamy i filtrujemy ocet do butelki (najwygodniej to zrobić przez lejek wyłożny warstwą waty). Można przechowywać w chłodnym i ciemnym miejscu do 6 miesięcy.

środa, listopada 19, 2008

Europejskie impresje 2008: Valle de Loire - zamki i białe wina


Zamek Chenonceau

Dolina Loary to dla mnie królestwo zamków i białych win. Te ostatnie świetnie się czują w piwnicach wykutych w wapiennych skałach, tworzących swoiste obramowanie utworzonej przez rzekę szerokiej doliny. W czasie naszej podróży mieliśmy sporo szczęścia ponieważ trafiliśmy na ostatni dzień "Foire de vins" w Amboise i w Vouvray. Za radą naszego przewodnika Michelina "The Wine Regions of France" zdecydowaliśmy się na odwiedzenie tego ostatniego miasteczka.

W wykutych w skale 200-metrowych korytarzach zgromadzili swoje stoiska wszyscy najbardziej poważani winiarze z regionu Vouvray, należącego do największego w Dolinie Loary "terroir" dawnej prowincji Touraine. AOC Vouvray obsadzony jest w 100% odmianą Chenin Blanc, która daje cały przekrój win białych - od wytrawnych do słodkich moelleux oraz modnych musujących. Wśród tych ostatnich można wyróżnić 2 rodzaje: Vouvray mousseux to intensywnie musujące wino, podczas gdy Vouvray pétillant ma jedynie drobne, delikatne bąbelki. Winobrania w tym regionie należą do najpóźniejszych we Francji, zazwyczaj mają miejsce dopiero w listopadzie.
Nawet te najbardziej wytrawne wina z Vouvray są moim zdaniem stosunkowo łagodne i zawsze owocowe w smaku, wyjątkowo wręcz "łatwe" do picia.


A wino lało się strumieniami.... Lokalne targi "płynnego złota" w Vouvray.

My zdecydowaliśmy się, oczywiście po uprzedniej degustacji, na butelkę wytrawnego L'Interdit i jedną Vouvray pétillant. To ostatnie zniewoliło nas swoim miodowym smakiem i zapachem. Producent polecał nam je szczególnie jako aperitif lub idealne towarzystwo ..... no zgadnijcie do czego - oczywiście do foie gras lub koziego sera. Te przysmaki zresztą też można było na miejscu kupić, czego nie omieszkaliśmy uczynić. Nasza podróżna lodówka już pękała w szwach, a przecież przed nami było jeszcze całe południe Francji. Foie gras, jak już wspominałam, ma niejednego "perfect companion", ale to naturalnie musujące wino z Vouvray, rześkie i z nienarzucającą się delikatną słodyczą jest naprawdę wymarzone do kremowego, gładkiego i ciężkiego francuskiego delikatesu. Wiem, co mówię, bo po winie, jak i po wiezionym do Porto foie gras z regionu Périgord pozostało nam już tylko wspomnienie.


Zakupione przez nas wina z regionu Touraine (w skład którego wchodzi też AOC Vouvray). Na górnych zdjęciach czerwone i różowe wina produkowane ze szczepu Gamay.

Jeden z dwóch największych skarbów Doliny już omówiłam, pozostało więc jeszcze wspomnieć o zamkach. Zbudowany na samej Loarze Chenonceau, mimo że obiektywnie bardzo piękny, był oczywiście nie do zniesienia. Z prostego rzecz jasna powodu - znajduje się on chyba w marszrucie każdego odwiedzającego Francję turysty. Ja i Maciej widzieliśmy ten zamek już wiele lat temu, a naszego syna do oglądania dusznych i zapchanych do niemożliwości ludźmi pomieszczeń nie skusiły nawet moje pikantne opowieści o byłej pani na Chenonceau - metresie króla Henryka II , 20 lat od niego starszej Dianie Poitiers i nienawidzącej jej z całego serca królowej Katarzynie Medycejskiej.


Chenonceau, tym razem z drugiej strony Loary.

Na szczęście czego jak czego, ale zamków w Dolinie Loary nie brakuje, po pobieżnym obfotografowaniu Chenounceau udaliśmy się więc do tych mniej popularnych. O wiele przyjemniejsze były dużo mniej okrzyczane zamki w Azay-le-Rideau i w Villandry.


Azay-le-Rideau - kameralny zamek na uboczu turystycznych szlaków.

Z kolacji w Azay-le-Rideau moi panowie byli niezwykle zadowoleni, ja natomiast popisałam się wyborem zupełnie nietrafionej tradycyjnej sałatki z regionu Perigord, mającej w składzie: foie gras, orzechy i croutons. Tzn. foie gras było pyszne, ale niestety towarzyszył mu inny przysmak o wdzięcznej nazwie gésiers. Ja niczego nieświadoma (ach, te braki we francuskim słownictwie) złożyłam zamówienie, po czym, gdy było już za późno i danie podano na stół, po małym organoleptycznym śledztwie nabrałam podejrzeń, że są to kacze żołądki.

W Portugalii jadane są żołądki kurze, nazywają się moelas i wiążą się z jednym z moich bardziej traumatycznych przeżyć kulinarnych w tym kraju. Moja ignorancja - wówczas w języku portugalskim - została ukarana, gdy podano mi "w gościach", jako wielki przysmak i specjalność domu, talerz duszonych żołądków. Z całym szacunkiem dla wielbicieli podrobów, nie będę w szczegółach opowiadać jakie katusze przeżywał mój szanowny żołądek, gdy nie chciałam sprawić przykrości gospodarzom i usiłowałam to danie zjeść. Tak to jest, jak ktoś jest szalenie wybredny i ze zwierząt jada - że tak się anatomicznie wyrażę - wyłącznie mięśnie prążkowane zależne od woli (no jeszcze ewentualnie drobiową wątróbką nie pogardzi).
Jasnym punktem naszego wieczoru w Azay-le-Rideau były za to boskie lody malinowe z dodatkiem całych malin o smaku jak z babcinej nalewki, którymi sobie z nawiązką odbiłam sałatkową porażkę.

Lunch za to tego samego dnia mieliśmy iście francuski - piknik na trawie z różowym winem z regionu Touraine (szczep Gamay) i serami: kozim Sainte Maure du Touraine i świetnym comté, kupionymi w sklepie z regionalnymi specjalnościami niedaleko zamku Chenonceau. Do tego rustykalny chlebek campaillette, przypominający nieco grubszą i krótszą bagietkę, o cudownie chrupiącej, rumianej skórce i nieco wilgotniejszym od bagietki wnętrzu. A na deser - miniaturowe financiers, które się uchowały jeszcze ze sklepu z Bayeaux. Takie południowe posiłki polecam zresztą każdemu podróżującemu po Francji samochodem. Urocze miejsce na piknik, wbrew moim obawom, a zgodnie z przekonaniem mojego optymistyczniej nastawionego do życia męża, we francuskiej campagne znaleźć niezwykle łatwo. Często nawet miewają one cywilizacyjne udogodnienia typu drewniane stoły, ławy i bieżąca woda. Nie ma chyba nic przyjemniejszego niż delektowanie się na łonie natury wspaniałym, jeszcze ciepłym pieczywem zakupionym w przydrożnej boulangerie, znakomitymi lokalnymi serami i winem (lub wodą - to opcja dla nieszczęsnych, pokrzywdzonych przez los kierowców lub niedorostków).

W następnym odcinku włóczyć się będziemy po jednym z dwóch najsłynniejszych regionów winiarskich Francji. Chyba nie trudno będzie Wam zgadnąć jak się nazywa ta okolica. ;)

niedziela, listopada 16, 2008

Urodzaj na owoce z antypodów: Dżem z kiwi



Pisałam już, że zostałam niedawno obdarowana sporą ilością owoców kiwi, które musiałam jakoś zutylizować. Uśmiejecie się co mnie spotkało, gdy zaniosłam do pracy mufinki z przedostatniego posta, żeby poczęstować ofiarodawczynię tych pysznych owoców. Mufinki owszem bardzo smakowały i na na następny dzień Dona Adelaide uszczęśliwiła mnie następnym koszem pełnym ... no cóż - znowu kiwi. Tym razem stwierdziłam, że nie będę się bawić w przepisy zużywające po 1-2 owoce, zwłaszcza że te były już mocno dojrzałe. Postanowiłam pozbyć się ich hurtem.

Wymyśliłam sobie dżem z kiwi. Żeby nie było nudno urozmaiciłam go dodatkiem soku i skórki z limonki, cienko pokrojonych listków świeżej mięty i - uwaga! to clue programu - kokosowego rumu Malibu. Nieskromnie się pochwalę, że wszystkie sklepowe dżemy z kiwi w roli głównej mogą się przy tym schować. Teraz się zastanawiam, czy zanieść parę słoiczków mojej portugalskiej znajomej, bo a nuż znowu zechce mnie obdarować następnym koszem kiwi (w końcu mówią, że do 3 razy sztuka), a temu to już mogę nie podołać. ;)

Dżem z kiwi z aromatem limonki, mięty i rumu Malibu

1 kg kiwi, obranych i pokrojonych w kawałki, ważonych po obraniu
1 kg cukru
1 op pektyny w proszku (30g; na 1 kg owoców)*
sok i skórka otarta z 1 limonki
garść listków świeżej mięty pokrojonych w paseczki
3 łyżki rumu Malibu

Owoce, sok i skórkę z limonki wrzucamy do dużego garnka i stawiamy na małym ogniu. Pozwalamy im perkotać przez 2 min, a następnie lekko rozdrabniamy końcówką malaksera. Zasypujemy pektyną i znowu doprowadzamy do wrzenia, gotujemy przez 1 min. Dodajemy stopniowo cukier, ciągle mieszając i gotujemy jeszcze przez 5-10min, na koniec wrzucamy listki mięty i Malibu. Przekładamy do wysterylizowanych słoików i szczelnie zakręcamy. Można dla pewności dżem zapasteryzować.

*zamiast pektyny i zwykłego cukru można oczywiście użyć cukru żelującego (w PT niedostępnego), postępując dalej w/g instrukcji na opakowaniu

środa, listopada 12, 2008

Europejskie impresje 2008: Normandia mlekiem płynąca i jabłkami pachnąca


Widok z oddali na wyspę Mont Saint-Michel.

Dzisiaj znowu moja wakacyjna Francja, tym razem jesteśmy ciut dalej na południe - w Normandii. Atrakcji tu jak zwykle nie brakuje, tak dla turysty, jak dla smakosza. My udajemy się do małego miasteczka Bayeux - słynnego głównie ze swojego gobelinu. W ścisłym tego słowa znaczeniu, nie jest to tkany gobelin, a 70 metrowy zwój haftowanego płótna, który opowiada nam historię podboju Anglii przez Wilhema Zdobywcę i jego Normanów. Misternie wypracowane detale zachwycają, ale chyba największe wrażenie robi na nas fakt, że oglądamy kawałek materiału mający prawie 1000 lat. Zwiedzanie jest zresztą świetnie zorganizowane - gobelin ogląda się z audioprzewodnikiem na uszach. Każda haftowana scena jest omówiona w szczegółach, tak że przy okazji można sobie odświeżyć kawałek historii powszechnej. Wałęsamy się trochę po sennych uliczkach i oglądamy jeszcze imponującą tak od środka, jak i z zewnątrz katedrę.


Wnętrze katedry w Bayeux. Fragment słynnego gobelinu. Detale w katedrze.

Teraz czas na to co Bayeux ma nam do zaoferowania kulinarnie - a nie jest tego mało. Normandia to kraina mlekiem płynąca w dosłownym tego słowa znaczeniu i jeszcze na dodatek pachnąca jabłkami. Normandczycy potrafią te swoje "zasoby naturalne" świetnie wykorzystać - do wyrobu znakomitych serów, masła, crème fraîche, soku jabłkowego i calvadosu, żeby wymienić tylko te najpopularniejsze.

Smakowitości w sklepie "Au Comptoir des Saveurs".

My zaczynamy kulinarne rozkosze od sklepu "Au Comptoir des Saveurs" z tutejszymi regionalnymi specjalnościami. Półki od góry do dołu wypełnione są normandzkimi i bretońskimi ciastkami oraz karmelkami. Tym ostatnim nie mogę się oprzeć. Robione są na bazie solonego masła, co jest świetnym kontrapunktem dla słodyczy cukierków. Mi najbardziej przypadają do gustu caramels de beurre saleé aux pommes - karmelki pachnące jak świeżo upieczona maślana szarlotka. Degustujemy też na miejscu różne rodzaje confiture de lait (francuskiego odpowiednika dulce de leche, w Polsce nazywanego czasem kremem krówkowym). Ta z calvadosem i jeszcze jedna z orzechami laskowymi skuszą chyba każdego łakomczucha. W sklepie wszędzie piętrzą się słoje konfitur i galaretek, głównie oczywiście jabłkowych. Jest tu też znakomity wybór różnych gatunków cydru i calvadosu.

Podziemia katedry w Bayeux. Karmelki tym razem z Bretanii.

Ponieważ sklep tylko nam rozbudził apetyt, a solennie sobie przyrzekliśmy, że zakupy zostaną skonsumowane dopiero w Porto, teraz udajemy się na małe co nieco do polecanej w "Le Guide de Gourmands" lokalnej cukierni "A la Reine Mathilde". Założona pod koniec XIX wieku, mieści się zresztą bardzo blisko wspomnianego już sklepu. Pierwsze skrzypce wśród używanych przez normandzkich cukierników ingrediencji grają oczywiście jabłka, calvados, doskonałe masło i śmietanka. Już sam opis proponowanych ciastek wzmaga pracę ślinianek, a co tu mówić, gdy człowiek zobaczy te dzieła sztuki cukierniczej na własne oczy. Dobrze, że cukiernia ma kilka stolików, gdzie można się natychmiast delektować ich przysmakami. Zamówienie składamy z przewodnikiem w ręku, co robi na obsesyjnie kochających jedzenie Francuzach bardzo dobre wrażenie. ;) Ściśle się trzymamy polecanych w książce specjalności zakładu, na które popyt wśród mieszkańców trwa nieprzerwanie od z górą 20-tu lat. Ja jestem nieco rozczarowana, bo mimo, że ciastka są bardzo smaczne, to jednak niezwykle tradycyjne, z dość ciężkimi maślanymi kremami. Mam wrażenie, że to co sama wypatrzyłam w cukierni bardziej by mi smakowało.

Patisserie "A la Reine Mathilde".

Najlepsze było chyba pavé bayeusain - kwadratowe, z pralinkowym kremem i orzechami, na migdałowym biszkopcie, polane grubą warstwą czekolady. Pomme d'or to znowu bardzo wilgotne, biszkoptowe ciacho mocno przesączone calvadosem, z czekoladowym ganache, biszkoptem i czereśniami.
Wybrane przeze mnie gourmandise de Bayeux to chrupiąca orzechowa rurka, wypełniona maślanym, waniliowym kremem, upstrzonym rodzynkami moczonymi w calvadosie.

Ciastka z "La Reine Mathilde": pomme d'or, gourmandise de Bayeux, pavé bayeusain.

Wieczorem jedziemy do Mont Saint-Michel. Muszę się przyznać, że nie znoszę europejskich atrakcji turystycznych z tzw. pierwszej ligii - nasycenie Japończykami przekracza w tych miejscach chyba 100%, w dodatku jest środek sierpnia i Francuzi mają długi weekend. Kłębiący się ludzie, fotografujący wszystko w zakresie 360º wokół siebie, zwykle skutecznie odbierają mi chęć do zwiedzania. Szczęśliwie wieczorem na wyspie, mającej za swojego patrona archanioła Michała, jest już trochę mniej tłoczno, co zapowiadał, pozytywnie nas nastrajający, eksodus wyjeżdżających po grobli samochodów.

Krużganki i mnisi ogród. Trafiliśmy na przypływ. Mroczne wnętrza opactwa.

Mont Saint-Michel jest cudowne, brakuje mi słów, żeby to opisać, lepiej popatrzcie na zdjęcia, choć i im daleko do odzwierciedlenia rzeczywistości. Mimo, że byłam we Francji wielokrotnie tu mnie wiatry jeszcze nigdy nie przygnały. To jeden z rzadkich przykładów, gdy piękno natury udało się zamienić człowiekowi w prawdziwy cud. Największe wrażenie wyspa robi chyba z daleka, kojarzy nam się trochę z obrazem Breughel'a "Wieża Babel" . Monumentalna katedra wieńcząca szczyt również wewnątrz robi piorunujące wrażenie - masywne kolumny w pomieszczeniach , na zmianę z koronkowymi krużgankami wokół mnisich ogrodów. W samych kościele trafiliśmy w dodatku na mnichów śpiewających psalmy - to było jak błyskawiczna podróż w czasie, do średniowiecza. Nastrój trochę jak z "Imienia róży".

Wieczór zakończyliśmy kolacją u "Mère Poulard". Ja jadłam marmite de deux poissons - potrawę z łososia, tamboril, żabnicy (bo takie jest chyba niezbyt zachęcające polskie tłumaczenie słowa lotte) i muli z warzywami. Wszystko pływało w delikatnym sosie z normandzkiej śmietanki, a mule były chyba najlepsze, jakie miałam kiedykolwiek okazję jeść - miękkie i rozpływające się w ustach. Maciej skusił się już na bretońskie smaki, w końcu Bretania tuż za miedzą. Zajadał się gryczanymi galettes bretonnes i zapijał je półwytrawnym cydrem (jak nam tu na blogu zresztą polecała Leloop). Lukasz bardziej zachowawczo zdecydował się na cocotte de poulet z purée i warzywami przypominającymi ratatuj, lecz bez bakłażanów.
Ale najwspanialsze okazały się desery - tarte aux pommes i crème à la vanille à l'ancienne. Tego ostatniego smakołyku od tamtej pory Maciej i Łukasz uparcie domagają się w domu, a ja nijak nie potrafię uzyskać tego niepowtarzalnego smaku. Deser przypominał on pot de crème lub niezapieczony crème brûlée z widocznymi kropeczkami naturalnej wanilii. Takie, niby to proste dania bywają najtrudniejsze do odtworzenia, bo prawdopodobnie sekret ich smaku tkwi w jakości użytych produktów i w tym przypadku kłania się pewnie brak normandzkiej śmietanki. ;)

To by było na tyle o Normandii, a w następnych odcinku znajdziemy się wreszcie, ku wielkiej radości mojego męża, w jednym z winiarskich regionów Francji.

niedziela, listopada 09, 2008

Urodzaj na owoce z antypodów: Mufinki z kiwi


Dotknęła mnie ostatnio prawdziwa klęska urodzaju. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, a jednak.... Znajoma z pracy, posiadaczka sporego ogrodu, w którym panoszą się między innymi pnącza kiwi, postanowiła uszczęśliwić mnie koszem tych owoców. Te nowozelandzkie rośliny rosną tu jak szalone, oprócz nich z południowej półkuli sprowadzono do Portugalii eukaliptusy, które w tej chwili są tu już prawie chwastem. Las eukaliptusowy po deszczu dostarcza wspaniałych wrażeń olfaktorycznych i jeszcze w dodatku darmowych inhalacji dla mających problemy z drogami oddechowymi. ;) Brakuje nam tylko misiów coala do pełnego szczęścia.

Wracając do kiwi - sporo udało nam się zjeść na surowo, część lekko zmiksowanych zamroziłam, ale ciągle w koszu nie było widać dna. Zaczęliśmy więc robić koktajle, sałatki owocowe i smoothies na bazie kiwi, a moje dziecko na widok tego pięknie zielonego owocu poczynało się już lekko krzywić.

Postanowiłam więc przemycić kiwi nieco w ukryciu - dzisiaj padło na proste i zawsze mile widziane mufinki. W przepisie użyłam 2 gatunków mąki kukurydzianej - żółtej i białej (w Portugalii ta ostatnia jest dość popularna, bo piecze się z niej często tradycyjny chleb broa), można jednak użyć tylko żółtej. Mam jednak na myśli zwyczajną mąkę, a nie kaszkę. Dodatkowo mufinki mają w składzie trochę mąki razowej - proponuję użyc tej drobno mielonej, wtedy zyskujemy na walorach zdrowotnych (kłania się błonnik), nie tracąc nic a nic na smaku.


Kukurydziane mufinki z kiwi
12 średnich mufinek

115g mąki
75g drobno mielonej pszennej mąki razowej
40g białej mąki kukurydzianej
30g żółtej mąki kukurydzianej
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
110g cukru
2 jajka
125ml oleju roślinnego
1/2 szkl mleka
2 kiwi, obrane ze skórki i pokrojone w kostkę

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Mieszamy ze sobą mąki, proszek do pieczenia, sól i cukier. Jajka miksujemy z olejem i mlekiem. Do suchych składników dodajemy mokre i mieszamy drewnianą łyżką tylko do połączenia składników. Na koniec dodajemy kiwi
i ostrożnie łączymy z masą. Pieczemy przez ok. 20-25 min aż się lekko zezłocą z wierzchu.

środa, listopada 05, 2008

Europejskie impresje 2008 : Pas de Calais - sery i bąbelkujące napoje


Le perlé de groseille

Wracam do mojej wakacyjnej "neverending story". Jesteśmy z powrotem we Francji, tym razem w jej najbardziej na północ wysuniętym skrawku - Pas de Calais. Zaopatrzyliśmy się jak już wcześniej wspomniałam w bardzo pomocną książeczkę, wydaną z okazji otwarcia tunelu pod kanałem La Manche "Shopping for Food and Drink in Northern France and Belgium" i skierowaną głównie do brytyjskich smakoszy i wielbicieli wina, przyjeżdżających tu na weekendowe zakupy. Że Wyspy są niedaleko możemy się zresztą naocznie przekonać - z niektórych miejsc naszej trasy świetnie jest widoczny angielski brzeg.

Udajemy się najpierw do słynnego chyba w całej Francji sklepu pana Philippe'a Olivier'a w Boulogne-sur-Mer. Jest to krótko rzecz ujmując świątynia sera. Zaskakuje mnie, że to mały, uroczy i stylowy sklepik. Przy tej wielkiej famie spodziewałam się jakiegoś ogromnego przybytku, jarzącego się światłami i wypolerowanymi do błysku ladami. Tu jest jednak rustykalnie i wręcz przytulnie. Wybór serów nie jest przytłaczający, za to bardzo przemyślany. Królują specjalności z północy, na czele z przepysznym maroilles. Niektóre sery są kreacjami pana Oliviera, robione w/g jego ścisłych wskazówek przez wybranych okolicznych serowarów (jak np. unikalny camembert macerowany w calvadosie). Pod sklepem mieszczą się caves d'affinage, czyli piwniczki, w których sery nabierają idealnej do spożycia dojrzałości.

Serowa świątynia Philippe'a Olivier'a.

Miasto nas niespecjalnie zachwyca, udajemy się więc wgłąb lądu do małej miejscowości Loison-sur-Créquoise. Naszym celem jest "La Maison du Perlé", siedziba producenta owocowych win musujących. Nie brzmi to dobrze, prawda? W Polsce owocowe wino to raczej nie jest synonim jakości. ;) Nas początkowo również bardziej niż wino, kusiła wzmianka w naszym przewodniku, że jest tam mała crêperie na świeżym powietrzu, gdzie podają najlepsze w okolicy naleśniki. Coś akurat idealnego na lekki letni obiad.

Dwie odsłony musującego wina le perlé. Regionalna restauracja w Montreuil-sur-Mer.

Czeka nas jednak kilka miłych niespodzianek. Właściciel z synem oprowadzają nas po swojej wytwórni. Okazuje się, że produkują tu wina z trzech rodzajów owoców: porzeczek, malin i wiśni. Nie ukrywają, że porzeczki są sprowadzane z Węgier, gdyż we Francji nie uprawia się ich na dużą skalę, tyle tylko co ludzie mają w przydomowych ogródkach, po 1-2 porzeczkowe krzaczki. Gdy ja już otwieram usta, żeby patriotycznie oznajmić, że powinni porzeczki sprowadzać z Polski, okazuje się, że rodem z naszej ojczyzny są używane przez nich wiśnie. Przyznam, że podoba mi się szczerość producentów i to, że nie wmawiają mi obłudnie, iż każdy owoc sami ręcznie zrywali tuż za miedzą.

Do wytwórni wina przylega sad i spora kolekcja kilkudziesięciu krzaczków, różnych odmian porzeczek. Trochę zbija mnie z tropu, gdy czytam w ulotce reklamowej o "zielonej porzeczce"(groseille verte), ale już przy krzaczkach okazuje się, że to po prostu nasz poczciwy agrest. Degustujemy wszystkie wina i , mimo patriotycznych zapędów, muszę szczerze przyznać, że wiśniowe najmniej mi smakuje. ;) Kupujemy więc aromatyczne malinowe i lekko kwaskowate porzeczkowe oraz pasztet z dodatkiem tego ostatniego. Aaaa, byłabym zapomaniała - pija się je jako aperitif, albo - tym razem na pewno zgadniecie - tak, tak: w towarzystwie foie gras. ;)

Sklepik z winem u producenta. Zaczynamy degustację. Niektórzy przenieśli się już z winem na łono natury. Pâtes, terrines i rillettes z dodatkiem lokalnie produkowanych alkoholi.

Próbujemy też eau de vie de cidre de la Créquoise, destylowanego alkoholu robionego na bazie cydru, który jest tak porażająco mocny, że moim skromnym zdaniem w stanie czystym aż niepijalny (ma aż 51º vol). Można powiedzieć, że jest to mniej zacny krewny calvadosu, nie ma appellation d'origine contrôlée , za to ma prawo być od niego mocniejszy. ;) W koktajlach (tu kilka pomysłów na nie) lub jako dodatek do deserów jest ponoć całkiem zjadliwy. W Bretanii tego typu alkohol nosi nazwę lambig i jest bretońską odpowiedzią na normandzki calvados.

Dzień jest piękny i bardzo słoneczny, teraz więc pozostaje nam jeszcze tylko lunch na łonie natury. W sadzie porozstawiane są stoły i ławy, a mały drewniany domek to smażalnia naleśników. Crêpes robione są z ciasta z dodatkiem piwa, a ilość rożnorodnych słonych i słodkich nadzień bardzo nam przemawia do podniebienia. Szczególnie smakowite są naleśniki z sosem malinowym (coulis de framboise) i lodami lub z brązowym cukrem cassonade, skropione jeszcze na dodatek wspomnianą już eau de vie de cidre. Na aperitif podawane jest oczywiście tutejsze owocowe perlé, potem można zdecydować się na - również robiony przez państwa Delobel - cydr lub frênette. Podejrzewałam, że ten ostatni lekko musujący napój produkowany jest na bazie kwiatów czarnego bzu. Jakież było moje zdumienie, gdy w domu przewertowałam materiały źródłowe ;) i okazało się jednak, że do produkcji frênette używa się liści ... jesionu (franc. frêne).

Smażalnia naleśników i najsmaczniejszy crêpe z sosem malinowym.

Jest tu nam tak przyjemnie, że chciałoby się posiedzieć dłużej w cieniu jabłoni, ale donośnym głosem wzywają nas dalsze atrakcje, o których w następnym odcinku. :)

piątek, października 31, 2008

Festiwal dyni: Jesienna sałatka



Widzę że Bea prowadząca dyniowy festiwal zainspirowała wiele osób do szaleństwa w kolorze pomarańczowym. I ja się jemu, jak wiecie, nie oparłam. Dzisiaj będzie znowu dyniowo i tym razem bardzo jesiennie. Mimo, że poprzednio zaprezentowałam ciasto to muszę przyznać, że w mojej kuchni dynia króluje głównie w wytrawnych wcieleniach.

W dzisiejszym daniu pierwsze skrzypace grają dwa jesienne skarby: wspomniana złoto-pomarańczowa dynia i rubinowe buraki. Nawet kolorystycznie pasują do tej pory roku - bordo, soczysty pomarańcz i jeszcze tylko odrobinę letniej zieleni. Ja pałam wyjątkowym entuzjazmem do warzyw korzeniowych i dyniowatych w sałatkach, taka kompozycja więc była dla mnie wymarzona. Warzywa te potrafią ogromnie urozmaicić wachlarz kulinarnych możliwości, a ich delikatna słodycz wprost doskonale się komponuje z intensywnymi w smaku i dość słonymi serami. Lubię je łączyć z serem kozim, fetą lub niebieskimi serami pleśniowymi.

Tak delikatne w smaku warzywa, w dodatku z wyraźnym s
łodkim akcentem wymagają także wyrazistego i kontrującego dressingu. Musztardowy sos z octem balsamicznym jest tu więc kropką nad "i". Dopełniają kompozycji nuty goryczki z rukoli i kiełków. Zapraszam więc na jesienną i w dodatku pełną witamin ucztę.

Jesienna sałatka z buraków, dyni i koziego sera

1 duży burak upieczony lub ugotowany i pokrojony w ósemki
400g dyni pokrojonej w dość dużą kostkę
3 łyżki oliwy ekstra virgin
75g (1/2 szkl) orzechów laskowych zrumienionych na patelni, można je obrać ze skórki
250g rukoli
6 łyżek kiełków z lucerny (można użyć innych drobnych kiełków)
200g białego i miękkiego serka koziego
1 łyżka octu balsamicznego
1 łyżeczka ziaren brązowej gorczycy
1 łyżeczka musztardy
sól i pieprz do smaku

Nagrzać piekarnik do 200ºC. Dynie polać 2 łyżkami oliwy, doprawić solą i pieprzem i upiec w piekarniku (przez ok. 20-30 min), aż będzie miękka i lekko zrumieniona. Wyjąć z piekarnika i zostawić do ostudzenia. Przygotować sos z reszty oliwy, octu, ziaren gorczycy i musztardy, doprawić solą i pieprzem. Na indywidualnych talerzach układać rukolę, dynie, buraki i pokruszony ser kozi. Posypać kiełkami i orzechami. Polać sosem vinaigrette.

poniedziałek, października 27, 2008

Festiwal Dyni: gâteau à la citrouille czyli ciasto dyniowe z południowo-zachodniej Francji


Dzisiaj krótka przerwa w relacji z naszych wakacji "gourmet" (jak mi tak dalej wolno będzie szło to mam duże szanse dociągnąć z wakacyjnymi wspomnieniami do Bożego Narodzenia). Dziś będzie o dyni. Przyłączam się do Festiwalu Dyni organizowanego w tym roku przez Beę z blogu "Moja Kuchnia". Nie mam zresztą innego wyjścia ;) . Zostałam hojnie obdarowana przez znajomą po pierwsze - pomarańczową klasyczną dynią (jak ta z bannera), po drugie - dynią Hokkaido, i po trzecie - gigantyczną zieloną, żeberkowaną i nieco wydłużoną (być może to Hubbard squash, ja jestem trochę na bakier z dyniowym nazewnictwem). Byłabym zapomniała - jest jeszcze po czwarte - żeby mi czasem nie było za mało dyniowatych i spółki- jestem szczęśliwą posiadaczką koszyka patisonów. Jak ja sobie poradzę z tą klęską urodzaju to nie bardzo wiem. Na razie postanowiłam się rozprawić z tą pierwszą najzwyczajniejszą pomarańczową dynią.

Napotkane w holenderskim miasteczku stoisko z imponującą ilością dyń.

Już jakiś czas temu zaciekawił mnie przepis z - eksplorowanego ostatnio przeze mnie kulinarnie i nie tylko - regionu południowo-zachodniej Francji na gâteau à la citrouille, czyli po prostu dyniowe ciasto. Jak jest różnica dla Francuza między citrouille, courge a potiron to ja niestety mam niewielkie pojęcie (może Bea albo Leloop coś podpowiedzą). Znalazłam taką stronę o taksonomii dyń, która ma za zadanie ten problem wyjaśnić, ale mi chyba tylko zamieszała jeszcze bardziej w głowie. W każdym razie większość osób robi gâteau à la citrouille z dyniowatych o pomarańczowym miąższu. Ciasto z klasycznego przepisu z Sud - Ouest, uboższego zwykle w stosunku do podanego tu przeze mnie o jajka i korzenie, nosi też często nazwę le mesturet. Czasem zamiast piec, smaży się je w formie placków lub pączków na głębokim tłuszczu.


Przepis jest o tyle nietypowy, że dyni jest tu dużo więcej niż mąki, w efekcie czego uzyskujemy ciasto bardzo wilgotne, wręcz przypominające pieczony pudding. Drugą charkterystyczną cechą jest obecność mąki kukurydzianej. Atrakcją jest oczywiście piękny pomarańczowy kolor, nie bez kozery są przyprawy pod postacią quatre épices, skórki pomarańczowej i dosłownie kilku kropli wody z kwiatu pomarańczy (niech was nie kusi dodanie większej ilości, bo ma ona niezwykle intensywny wręcz perfumiarski zapach). Ciasto jest znakomite polane crème anglaise lub powiedzmy to bardziej swojsko - waniliowym sosem. Moje drogie dziecko zajada je oprószone jedynie cukrem pudrem.

Zanim podam przepis przypomnę jeszcze tylko moje wcześniejsze dyniowe przepisy z tego blogu, bo nie od dzisiaj wszakże jesteśmy z dynią za pan brat:
Pieczone dynie z Singapuru
Bułka dyniowa z rodzynkami



Gâteau à la citrouille

kwadratowa foremka o boku 20 cm, najlepiej z wyjmowanym dnem

800g dyni, ważonej po obraniu i pokrojeniu w kawałki
1/2 szkl wody
szczypta soli

50g masła

130g jasnego brązowego cukru

2 łyżki brązowego rumu
1/2 łyżeczki quatre épices*
1/2 łyżeczki cynamonu
1/8 łyżeczki wody z kwiatu pomarańczy
1 łyżeczka skórki otartej z pomarańczy
4 jajka
150ml płynnej śmietanki (moja była 10%)

50g mąki
100g mąki kukurydzianej
2 łyżeczki proszku do pieczenia

cukier puder do oprószenia wierzchu
Dynię rozgotowujemy do miękkości z wodą i szczyptą soli pod przykryciem na małym ogniu. Gdy woda całkowicie wyparuje zdejmujemy z ognia, miksujemy ją i dodajemy masło, cukier, rum, przyprawy oraz wodę i skórkę pomarańczową. Gdy lekko przestygnie dodajemy jajka ze śmietanką i wszystko dobrze ubijamy trzepaczką do piany. Przesiewamy do masy obie mąki z proszkiem do pieczenia i lekko mieszamy. Zostawiamy ciasto na 20-30min w temperaturze pokojowej. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 200ºC. Wykładamy masę do natłuszczonej i wysypanej mąką foremki i pieczemy przez 45-55 min. Podajemy oprószone cukrem pudrem, z sosem waniliowym lub coulis z czerwonych owoców.

* quatre épices to mieszanka mielonego pieprzu, godzików, gałki muszkatołowej i imbiru; w sumie bardzo w stylu naszej rodzimej przyprawy do pierników; współczesne mieszanki miewają różny skład, a przypraw w nich - o ironio, wbrew nazwie - bywa nawet do 7-miu. Pieprz bywa często zastępowany zielem angielskim w wersjach do słodkich potraw, czasem dodawany bywa też cynamon;
niekiedy nazwa
quatre épices odnosi się jedynie do ziela angielskiego (nazywanego we Francji i w Portugalii zresztą też - pieprzem jamajskim), w którym znawcy wyczuwają nuty w/w przypraw.

środa, października 22, 2008

Europejskie impresje 2008: Belgia - koronki , czekoladki i Św. Mikołaj



Jak Holandia jawiła mi się jako kraj dla lalek, tak Belgia była w mojej wyobraźni przystanią dla eleganckich dżentelmenów i wymuskanych dam, całych w koronkach, które swoimi bladymi arystokratycznymi palcami wyjmują z fikuśnych bombonierek wyszukane czekoladki. Takie wrażenie robi przynajmniej Brugia - z pięknym starym miastem, w którym na każdym rogu natykamy się na sklep z czekoladą lub koronkami. Właściciele prześcigają się wręcz w pomysłowości jeśli chodzi o witryny - są to istne dzieła sztuki. Nie zapominajmy, że Brugia od stuleci jest mekką koronczarstwa. To stąd właśnie pochodziły ślubne koronki panien młodych z dobrych domów całej Europy. A i do dzisiaj słyszymy jeszcze czasem, że ta czy inna arystokratka otula się nimi na jakąś uroczystą okazję.

Brugia leży we flamandzkiej części Belgii, mimo to już na pierwszy rzut oka widać, że to francuski styl życia wygrywa tu z niderlandzkim purytanizmem. Kawiarnie są gwarne już od rana, restauracje kuszą owocami morza, ze słynnymi mulami na czele. Panowie biegają po ulicach z bukietami kwiatów, a kobiety wychodzą ze sklepów z misternie zapakowanymi pudełkami czekoladek. Brugia to również piękne kościoły, pokaźnych rozmiarów główny plac z imponującym ratuszem.
W przeciwieństwie do Francji Belgia to kraj piwa, ale za to jakiego. Gatunków są setki, istny raj dla smakoszy tego trunku, do których ja się raczej nie zaliczam, więc wiele o piwie nie opowiem. Zadowalam się zwykle nietypowymi owocowymi w smaku piwami firmy Mort Subite (czyli po naszemu "nagła śmierć"), jak wiśniowy kriek czy malinowe framboise . Zdradliwe to one są stąd chyba nazwa firmy, ten owocowy smaczek zdaje się obłudnie rozgrzeszać nas z wypitej ilości.
Kolejny sławny trunek to jenever , od którego pochodzą bardziej współczesne giny, to specjalność wspólna dla Belgii i Holandii. Belgowie produkują jenever w przeróżnych odmianach, popularne są też likiery na bazie tego alkoholu, przypominające nieco Advocaat, za to w różnych pastelowych barwach.

Wnętrze katedry w Brugii. Obraz flamandzkiego mistrza Jacoba Van Oosta. "Sound and light show " o północy w Brugii.
Ja w Belgii odkryłam coś, czego szukałam bez powodzenia w Holandii. Tam na każdym kroku wypytywałam o foremki do speculaas, co spotykało się ze zdziwieniem takim, jakie w Polsce wywołałaby chyba tylko prośba o przepis na wafelki Prince Polo. W Belgii zaś trafiłam do sklepu, gdzie obok pięknych drewnianych foremek w kształcie serca (będą jak znalazł na świąteczne pierniki i jak sprzedawczyni mi podpowiedziała "to make cookies for your loved one";) ), leżały różnej wielkości formy do speculoos (taka pisownia obowiązuje w tym kraju), w dodatku w kształcie autentycznych holenderskich wiatraków. Poza tym okazało się, że te korzenne ciasteczka są typowe nie tylko dla niderlandzkiej kuchni, ale również wypieka się je w Belgii i północnej Francji. Tradycyjnie przygotowuje się je na hucznie obchodzony w tych rejonach Europy dzień Św. Mikołaja. Obecnie w sprzedaży stały się one dostępne przez cały rok i niestety coraz mniej osób je wypieka w domach. A szkoda, bo jak się sama przekonałam po powrocie do domu i upieczeniu ich, te domowe są o niebo lepsze niż sklepowe.

Formy do speculoos mają przeróżne kształty od wysokich postaci Saint Nicholas poczynając, poprzez wiatraki, na zwykłych płaskich prostokątnych ciasteczkach kończąc. Bywają cieniutkie i bardzo kruche, z dodatkiem płatków migdałowych, a czasem dość pokaźnej 2 cm grubości (te ostatnie pochodzą z Limbourga). Smak mają korzenny, troszkę zbliżony do pierniczków, ale samo ciasto jest bardziej kruche i maślane. Tradycyjnie używa się do nich brązowego cukru vergeoise, ale (uwaga !) nie trzcinowego tylko z buraków cukrowych. Ja o takim mogę tylko pomarzyć, robiłam więc ciasteczka z ciemnym brązowym cukrem trzcinowym. Co do tego czy cukier powinien być ciemny czy jasny zdania są podzielone. Fabrycznie produkowane ciasteczka są ciemno złote, tych domowego wypieku nie dane mi było ani w Holandii ani w Belgii spróbować. Jak na mój gust to ciemny cukier lepiej się komponuje z korzennymi przyprawami, dlatego jego użyłam, ale zamierzam również spróbować wersji z jasnym. Nie najgorszym, choć niezbyt klasycznym pomysłem wydaje mi się też użycie cukru rapadura.

Przepis, który podaję pochodzi z opakowania moich foremek. Porcja jest niewielka, tak na jedną blaszkę ciasteczek, zagorzałym wielbicielom speculoos radzę ją podwoić. ;) W Holandii i w Belgii można kupić gotowe mieszanki przypraw do tych ciastek, tak jak w Polsce do pierniczków, popularne są też lody o smaku speculoos . Ja przywiozłam sobie pastę do smarowania pieczywa o smaku tych ciasteczek, ale przyznam szczerze, że mnie jakoś szczególnie nie zachwyciła, foremki były o wiele bardziej trafionym i trwalszym nabytkiem. ;)

Speculoos
ilość: 1 blaszka ciasteczek (taka z piekarnika)

100g mąki
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/8 łyżeczki gałki muszkatołowej
60g ciemnego brązowego cukru
70g zimnego masła
2 łyżeczki mleka

olej roślinny o neutralnym smaku i mąka do wysypania foremek

Mąkę przesiewamy z przyprawami i mieszamy z cukrem. Dodajemy masło i szybko zagniatamy jak kruche ciasto, na koniec jeśli potrzeba dodajemy mleko. Ciasto rozpłaszczamy, zawijamy w przezroczysta folię i wstawiamy do lodówki na co najmniej 1 godz lub dłużej. Nagrzewamy piekarnik do 175ºC. Pędzelkiem smarujemy foremki olejem i wysypujemy je mąką. Ciasto cienko rozwałkowujemy*, jeśli trzeba podsypując mąką (całkiem dobrze i bez przyklejania wałkuje się między dwiema warstwami przezroczystej folii spożywczej). Wylepiamy nim foremki i następnie uderzając mocno dłonią w dno foremki wykładamy je na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę. Po kilku nieudanym próbach doszłam do wniosku, że sekretna techniką jest trzymanie foremki w powietrzu tuz nad blaszka i zdecydowane uderzanie w nią całą powierzchnia dłoni). Po każdorazowym użyciu wysypujemy ponownie foremkę mąką. Dobrze jest w czasie formowania speculoos trzymać blaszkę z już gotowymi w lodówce, wtedy w czasie pieczenia lepiej zachowują swoje wzorki i kształt. Pieczemy przez 20-25 min.

* z tego samego ciasta można zrobić speculoos o grubości 1cm, wtedy dajemy ciut więcej masła (80g zamiast 70g) i pieczemy przez ok. 40-45min.

sobota, października 11, 2008

Europejskie impresje 2008: Holandia


Jeden z wiatraków Kinderdijk. Roczny ser Gouda z kminkiem.

Będę Was jeszcze trochę zanudzać naszą wycieczką, ale na pocieszenie dodam, że to już nasza droga powrotna. Dziś parę słów o Niderlandach.

Holandia, to kraj trochę kłócacy się z naszą słowiańską mentalnością. Wrażenie takie można odnieść zwłaszcza na prowincji. Może nie szokuje to tak, gdy wjeżdża się do niej z Niemiec. Panuje nadal perfekcyjny porządek i tylko okna robią się coraz większe, bardziej wypucowane i umożliwiają każdemu przechodniowi szybką ocenę, czy żyją tam porządni ludzie. Może raczej powinnam powiedzieć porządniccy. ;) Chyba tylko w kraju o purytańskich tradycjach można było prawnie pozwolić na palenie marihuany i inne obyczajowe swobody, bo i tak wśród tubylczej ludności będą sprawnie działały ich od wieków wypracowane i chyba już przekazywane genetycznie moralne hamulce. Wystarczy spojrzeć dla kogo jest atrakcją amsterdamska dzielnica Czerwonych Latarni. Te hamulce ponoć jednak działają coraz gorzej, o czym upewnia nas przyjeżdżający do Porto raz w miesiącu pracujący z moim mężem znajomy Holender. Obśmiewany przez portugalskich żigolaków, że od zawsze chodzi w tych samych butach, facet jest znakomity w swojej profesji, mówi biegle w 6-ciu językach i ma letni dom na rajskiej wyspie Arubie (widać na tych butach zaoszczędził ;) ). Zawsze się zastanawiam jak by mi się mieszkało w takim kraju jak Holandia - z jednej strony wszystko uporządkowane, poukładane, wyczyszczone i jak mniemam sprawnie działające, ale z drugiej - czy nie brakowałoby mi słowiańskiej otwartości i śródziemnomorskiej swobody i wyluzowania (tak, tak, tego samego, które mnie gdzieś tak raz w tygodniu doprowadza do furii ;)).

Lelystad, galeon Batavia. Sery Gouda.

No dobrze, tyle rozważań filozoficzno-socjologicznych nad Niderlandami. Przejdźmy do tego, co tu warto zobaczyć i rzecz jasna - co zjeść. Byliśmy tu bardzo krótko, ominęliśmy szerokim łukiem znane nam już duże metropolie, kierując się do miejscowości mniejszych, ale wciąż bardzo "klimatycznych". W ogóle ten nasz cały wyjazd mógłby chyba nosić nazwę turystyki prowincjonalnej. Holandia przywitała nas urwistym wiatrem, wzburzonym morzem i przelotnym deszczem. Mimo niezbyt sprzyjającej aury udało nam się zobaczyć kilka urokliwych małych miasteczek (ciągle mi sie nasuwało skojarzenie, że one są jak dla lalek - wszystko było kolorowe, ukwiecone i maleńkie, aż dziw bierze, że tam mieszkają zwykli duzi ludzie). W Lelystad podziwiamy replikę owianego legendą galeonu Batavia , a niesprzyjająca aura nie zniechęca mojego syna do nabycia u wjazdu na tamę Houtribdijk gigantycznego, jak to się u nas w domu mówi "loda z rury". Muszę przyznać, że mimo pełnej świadomości, że robi się go z jakiegoś sztucznego proszku nie mogłam nie zachwycić się wspaniałą konsystencją i waniliowym smakiem. To chyba jeszcze taka skaza z dzieciństwa, gdy te lody kupowało się w Sopocie na Monciaku i były dla mnie cudownym rarystasem. ;)

Nie jest to pora kwiatów, nie widzimy więc wiosennych pól tulipanów, za to na każdym kroku kanały, wiatraki i niebo jak na płótnach holenderskich renesansowych mistrzów. Jedziemy do Edam na kolację. Po krótkim scanningu menu pobliskich restauracji decydujemy się na ..... kuchnię indonezyjską. Od dawien dawna chciałam spróbować rijstafel, słynnego wielodaniowego posiłku, którego tradycję przywieźli Holendrzy z południowo-wschodniej Azji jeszcze za kolonialnych czasów. Miasteczko wieczorem jest opustoszałe, może to wina pogody, a w restauracji Ropaja głównie obcokrajowcy. Cóż mottem Holendrów nie jest chyba "carpe diem", chociaż może i jest, tyle że oni zdaje się inaczej je rozumieją niż my. Po odcyfrowaniu menu z pomocą przemiłej kelnerki składamy zamówienie i po kwadransie rozpoczyna się niekończąca się parada półmisków, a wszystkie lądują na specjalnych podgrzewaczach na naszym stole. Szalenie mi się podoba taki wybór i różnorodność, w zasadzie każdy może sobie skomponować posiłek w/g własnego widzimisię. Jedyna potrawa która mnie zaskakuje to saté/satay - szaszłyki w sosie z orzeszków ziemnych. Zawsze sobie wyobrażałam, że jest to potrawa pikantna z intensywnie orzechowym smakiem, więc wyobrażacie sobie jak musiał mnie zaskoczyć łagodny wręcz słodki, choć aromatyczny sos. Ciekawe czy tak smakuje satay również w Indonezji, być może holenderska jego odmiana jest przygotowywana schlebiając gustom dawnych kolonizatorów. Żeby to sprawdzić trzeba będzie się wybrać w bardziej egzotyczne rejony (choć po cichu liczę na wiedzę Komarki z blogu "Every cake you bake", która niedawno zwiedzała Indonezję). Wychodzimy z restauracji usatysfakcjonowani, ale nie przejedzeni - mimo, że potraw był cały kalejdoskop, porcje były maleńkie, a większość dań warzywna.

Wytwórnia sera Gouda.

Kolejny dzień upływa nam pod znakiem sera. Najpierw zwiedzamy małą wytwórnię goudy i edama w okolicach Volendam. Różnica między tymi dwoma serami to oprócz kształtu w zasadzie jedynie zawartość tłuszczu - gouda ma go ok. 48% a edam 40%. Mleko przeznaczone na ser jest ogrzewane, dodaje się do niego podpuszczki, która powoduje powstanie skrzepu. Następnie odciska się nadmiar serwatki w drewnianych formach i przepłukuje ser solanką. Później rozpoczyna się leżakowanie. Syn właściciela tłumaczy nam ze szczegółami jak sery są produkowane i zapewnia, że można je przechowywać w temperaturze pokojowej niemal w nieskończoność. Chociaż przyznaje, że po 3 - 4 latach ser może być trochę zbyt twardy do konsumpcji.

Sery holenderskie klasyfikowane są w/g okresu leżakowania na: jong belegen - młode dojrzewające przez min. 10 tygodni, belegen - te dojrzewają przed sprzedażą przez ok. pół roku, oud belegen - dojrzewające min. 8-9 miesięcy i oude kaas - stare sery o okresie dojrzewania minimum 14 miesięcy. Kolor parafinowej otoczki sera też wiele nam o nim mówi: czerwoną mają młode sery głównie produkowane na eksport, te co zostają w Holandii są zazwyczaj żółte, czarna otoczka charakteryzuje ser dojrzały, z zielona to zwykle ser z dodatkami. Zamiast w parafinę pakuje się też często sery w plastik, jak nas zapewniał producent jest to plastik.... w pełni jadalny. Przyznam, że nie bardzo mnie te zapewnienia przekonały. ;)

Będąc wielbicielami serów o wyrazistym smaku, decydujemy się na goudę dwuletnią - kruchą, ciemnożółtą, z wytrąconymi dzięki przechowywaniu chrupiącymi mikroskopijnymi kryształkami soli oraz na pyszny młody edam z kminkiem. Producent ma jeszcze w swoim asortymencie sery z dodatkiem papryki, czosnku, goździków i liści pokrzywy, wszystkie kuszące. Oprócz serów właściciele strugają na miejscu tradycyjne holenderskie chodaki. Mamy nawet możliwość sami wypróbować, że nie jest to lekkie zajęcie.

Targ serowy w mieście Gouda.

Kolejny "serowy" etap to targ w mieście Gouda. Główny plac miasta od samego rana zasłany jest wielkimi kołami sera. Licytuje się ceny, ze znawstwem ogląda każdy egzemplarz, a potem wszystko sprzedawane jest na przysłowiowym pniu. Oprócz wszechobecnych straganów z serem wypatrujemy na rynku inną specjalność miasta pyszne goudse stroopwafels.

Wafle goudsestroopwafels.

Na naszych oczach sprzedawca bierze talarki surowego ciasta, wkłada je do waflownicy, a za chwilę jeszcze gorące przekłada gęstym karmelowym syropem. Oczywiście gdy odchodzimy od stoiska każde z nas trzyma w garści po jednym waflu i jeszcze całą pokaźną paczuszkę na później. ;)

Okolice Kinderdijk. Przydrożny sklep z warzywami. Holenderskie kanały.

Przed nami jeszcze okolice Kinderdijk z wielkim zgrupowaniem najpiękniejszych holenderskich wiatraków, zbudowanych jeszcze w XVIII wieku i chronionych przez UNESCO. Spacerujemy sobie wzdłuż kanałów, mijają nas dziesiątki rowerzystów, wieje wiatr, a wiatraki ciągle się kręcą.