sobota, grudnia 29, 2007

Ciepła sałatka z porami i oliwkami czyli jak odreagować Święta

Uwielbiam świąteczne jedzenie, szykuję go zawsze dużo (czytaj zbyt dużo), a potem od Wigilii do drugiego dnia Świąt tym wszystkim się delektujemy. Biesiadujemy z wielka przyjemnością, ale już tak w okolicach 28 grudnia nikt w domu nie może na bożonarodzeniowe potrawy patrzeć, mimo ich dużego wyboru. Ciekawe czy Wy też tak macie? Mój organizm zaczyna się wręcz domagać czegoś bez grzybów, bez kapusty, bez maku, bez miodu, bez bakalii, a jednocześnie nie będącego pieczonym mięsem ani rybą. Mam wizje śródziemnomorskiego jedzenia, obfitującego w warzywa (zwłaszcza pomidory widzę we śnie i na jawie). Chodzą za mną również sery, których w Święta w zasadzie nie jadamy.

Aby więc odreagować bożonarodzeniową obfitość i zaspokoić warzywne zachcianki zrobiłam dziś sałatkę. Ale, że zima w pełni jest to danie na ciepło. Sięgnęłam do książki "Cooking"Australijki Donny Hay - niezrównanej, jeśli chodzi o proste, a zarazem pomysłowe dania. Ja sałatkę nieco wzbogaciłam dodając ... no oczywiście pomidory i zmniejszając o połowę ilość oliwek - w oryginale są ich aż 2 szklanki. Oboje z Maciejem co prawda jesteśmy oliwkowymi maniakami, ale mimo wszystko ta ilość wydała mi się nieco przesadzona. Zwłaszcza, że ja zamierzałam użyć głównie greckich oliwek tzw. "dry-cured", o intensywnym, mocno dymnym aromacie.

Smaki wszystkich składników bardzo ładnie tu ze sobą współgrają, a dodatek octu balsamicznego wieńczy dzieło. Bardzo polecam to danie jako odtrutkę na bigosy, grzybowe uszka, majonezowe sałatki, keksy i makowce, wszystkim tym, którzy kochają Święta, ale przez ściśle limitowany czas. ;)


Ciepła sałatka z porami i oliwkami

2/3 szkl czarnych greckich oliwek bez pestek
1/3 szkl zielonych oliwek bez pestek
1 łyżka oliwy
4 małe pory przekrojone wzdłuż
2 łyżki świeżego lub 1 łyżka suszonego oregano
1 łyżka soku świeżo wyciśniętego z cytryny
2 łyżki octu balsamicznego

2 papryki (1 żółta, 1 zielona) opieczone w piekarniku, bez skóry, pokrojone w paski
150g pomidorów czereśniowych przekrojonych na połówki
200g ricotty w kulkach lub fety albo koziego sera pokrojonego w większą kostkę
grubo zmielony pieprz
kilka listków bazylii

Na oliwie usmażyć pory, aż będą miękkie i zrumienione. Dodać oliwki, oregano, sok cytrynowy i ocet balsamiczny i smażyć jeszcze przez 2-3 min. Zdjąć z ognia, wymieszać ostrożnie z serem, papryką, pomidorami , pieprzem i bazylią. Podawać z chrupiącym wiejskim chlebem.

niedziela, grudnia 23, 2007

Boże Narodzenie 2007


To już drugie Boże Narodzenie od kiedy jestem blogowiczką...bloggerką...coś nie potrafię się dzisiaj wysłowić - no w każdym razie to już kolejne Święta od kiedy piszę swój blog. Jak ten czas leci.... Pewnie tak jak i ja jesteście dzisiaj bardzo zabiegani, w wirze świątecznych przygotowań, starając się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Ale może ktoś zajrzy tu, żeby na chwilę odsapnąć. :)

Już tradycyjnie, tak jak i w zeszłym roku, chciałam życzyć wszystkim moim czytelnikom i przyjaciołom najpiękniejszych Świąt. Mam nadzieję, że będzie to Boże Narodzenie, jakie każdy z Was sobie wymarzył - nastrojowe, w rodzinnej ciepłej atmosferze, z tradycyjnymi pysznościami na stole i trafionymi prezentami pod choinką.

U góry załączam zdjęcie - podobno najwyższej w Europie - choinki, stojącej na Praça dos Aliados w centrum Porto. Pogoda u nas - jak zresztą łatwo przewidzieć - niestety niezbyt zimowa. :)

środa, grudnia 19, 2007

Niby nic istotnego czyli sos tatarski



Gdybyśmy zaczęli wymieniać bez czego nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia lista pewnie byłaby długa. Na jej czele królowałaby pewnie choinka, opłatek, pierniczki, sianko pod obrusem, makowce, uszka, wigilijne ryby. Wymieniać można prawie w nieskończoność. Zabawne, że czasami nie możemy się również obejść bez jakichś drobiazgów, które wśród zalewu świątecznych pyszności wydaja się nieistotne, ale gdyby ich zabrakło natychmiast byśmy ich nieobecność dotkliwie poczuli.

U nas w domu przykładem na takie niby nic nie znaczące, a dopełniające świątecznej tradycji dodatki są dwa sosy - chrzanowy i tatarski. Ten ostatni w ciągu wielu lat tak w naszej rodzinie ewoluował, ze chyba daleko odszedł od receptury podawanej w klasycznych polskich książkach kucharskich. Rodem jest on ponoć nie z kuchni polskiej, ale z tradycji w którą ta ostatnia przez długie wieki była z uwielbieniem zapatrzona - z cuisine française, gdzie nosi nazwę sauce tartare. Skąd ta nazwa? Czyżby miała coś wspólnego z grożącymi niektórym staropolskim domostwom na południowo-wschodnich kresach Tatarami.... Jeśli tak jest w istocie (kilka źródeł  taką etymologię podaje) to może jednak Polacy mieli jednak jakiś udział w odkryciu tego sosu. Bez względu na rodowód, zapraszam do wypróbowania mojej wersji sosu tatarskiego, znakomitego zwłaszcza do ryb i pieczonych mięs na zimno.



Sos tatarski

1/2 szkl majonezu
1 łyżka chrzanu
1 łyżeczka musztardy
4 łyżki kwaśnej gęstej śmietany
1 ogórek konserwowy obrany ze skórki i pokrojony w drobną kostkę
3 małe grzybki w occie drobno posiekane w kostkę
1 łyżeczka ziarenek zielonego pieprzu z zalewy
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżka posiekanego koperku
sól, cukier do smaku

Wymieszać ze sobą wszystkie składniki sosu. przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym szklanym pojemniku.

niedziela, grudnia 16, 2007

Czekoladowa krajanka z marcepanową skorupką



Marcepan i czekolada to klasyka sama w sobie. Muszę się przyznać, że ja przez wiele wiele lat marcepana nie lubiłam. Do tego stopnia, że wstyd się przyznać ale w dzieciństwie nadgryzałam czekoladki z bombonierki i gdy się okazało, że były z marcepanowym nadzieniem, już więcej ich nie tykałam. Właściwie dopiero od kilku lat doceniłam marcepan. Przyczyniły się do tego 2 smakołyki : słynne czekoladki "Mozart Kugeln" i fenomenalna piernikowa krajanka Ani-Bajaderki z marcepanowym nadzieniem.

Od kiedy skosztowałam tych smakołyków posypała się marcepanowa lawina i odtąd ekscytuję się każdym nowym przepisem z marcepanem. I sama nie mogę zrozumieć siebie z przeszłości i własnej marcepanowej niechęci. Mam co prawda pewne podejrzenia, otóż przypuszczam, że awersję do tej cudownej migdałowej masy powodował aromat migdałowy, królujący przez lata w polskich cukierniach i w popularnych czekoladkach. Był on tak intensywny i dla mnie nieakceptowalny, że nie pozwalał mi się rozkoszować delikatnym smakiem migdałów. Do dziś obchodzę ten sztuczny zapach z daleka, a we własnej kuchni stosuję naturalną esencję migdałową i muszę otwarcie powiedzieć, że jest to zupełnie inna bajka.

Dzisiejszy przepis od kilku już lat czekał w kolejce na wypróbowanie w sezonie świątecznym. Bo czyż migdały nie są jednym ze smaków Bożego Narodzenia? Portugalczyk powie, że nie. Dla niego migdały to wyłączny emblemat Wielkanocy. Ale my Polacy chyba nie mamy takich uprzedzeń. Dla nas wszelkie bakalie królują w kuchni w czasie obu tych pięknych świąt. A tak nawiasem mówiąc to ta krajanka poradziła by sobie chyba i w roli mazurka. ;)


Czekoladowa krajanka z marcepanową skorupką

blaszka 23x33cm

Kruchy spód:
150g mąki
50g cukru pudru
25g ciemnego kakao
szczypta soli
115g masła, zimnego i pokrojonego w kostkę
1/2 łyżeczki esencji migdałowej

Nadzienie:
150g dżemu malinowego bez pestek (ten z pestkami można przetrzeć przez sitko)
1 łyżka likieru malinowego
175g pastylek z gorzkiej czekolady (chocolate chips) lub pokruszonej na kawałki czekolady

Polewa:
175g drobno zmielonych migdałów
4 białka
szczypta soli
175g drobnego cukru
1/2 łyżeczki esencji migdałowej
50g płatków migdałowych

Kruchy spód:
Nagrzewamy piekarnik do 160ºC. Blaszkę wykładamy lekko natłuszczoną folią aluminiową. Przesiewamy (koniecznie!) ze sobą mąkę, kakao, cukier i sól. Dodajemy masło i esencję migdałową i zarabiamy kruche ciasto. Wylepiamy nim spód blaszki i pieczemy przez ok. 15min. Po wyjęciu ciasta zwiększamy temperaturę piekarnika do 190ºC.

Nadzienie:
Na upieczone ciepłe ciasto rozsmarowujemy dżem wymieszany z likierem. Na wierzch sypiemy pastylki czekoladowe lub kawałki czekolady.

Polewa:
W malakserze lub mikserze z końcówką do wyrabiania ciasta miksujemy wszystkie składniki polewy oprócz płatków migdałowych. Masę rozprowadzamy dokładnie na wierzchu nadzienia, tak żeby pokryła całą powierzchnię ciasta. Posypujemy płatkami migdałowymi i zapiekamy w piekarniku przez ok. 20-25min aż wierzch się zezłoci.

środa, grudnia 12, 2007

Szał ciasteczkowy - Cynamonowe gwiazdki z cytrusową nutką



Dzisiaj upiekłam kolejne adwentowe ciasteczka. Tym razem z bardzo bożonarodzeniowymi składnikami. Bo cóż może się bardziej kojarzyć ze Świętami niż cynamon i cytrusy. Zwłaszcza te ostatnie. Zwłaszcza dla Polaków. Pamiętacie czasy jak były dostępne tylko raz do roku? Właśnie na Boże Narodzenie ludowa władza litowała się nad narodem i do portów zawijały statki pełne cytrusów. Potem stało się w wielogodzinnych kolejkach, bo rzucili pomarańcze... Wtedy jako dziecko myślałam, że nam komuniści taką niespodziankę na Święta robili, dopiero po wielu latach zrozumiałam, że w tym okresie cytrusy były po prostu najtańsze, bo był na nie sezon. Ale tak mi już od tamtych czasów zostało, że muszę mieć na każde Boże narodzenie stosy mandarynek i pomarańczy.

Same ciasteczka są bardzo łatwe do zrobienia, kruchutkie i pięknie pachnące. Gwarantuję świąteczny zapach w całym domu, który może nawet zwabić sąsiadów. ;)




Cynamonowe gwiazdki z cytrusową nutką

ok. 50 sztuk

250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka cynamonu
90g brązowego jasnego cukru

100g zimnego masła
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 duże jajko, rozdzielone na żółtko i białko

Do posypania wierzchu:
2 łyżki cukru
1/2 łyżeczki cynamonu

Wymieszać w misce mąkę z proszkiem, sodą, cynamonem i brązowym cukrem. Wetrzeć do mąki masło w kawałeczkach. Dodać soki cytrusowe, żółtko i tylko tyle białka ile potrzeba do wyrobienia ciasta (zostawić resztę białka do posmarowania ciastek). Zagnieść ciasto. Włożyć kulę ciasta zawiniętą w folię spożywczą co najmniej na 1 godz. do lodówki. Nagrzać piekarnik do 190ºC. Wałkować ciasto na grubość ok. 0,5cm. Wycinać gwiazdki, smarować ich wierzch lekko ubitą resztką białka, układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i posypać cukrem wymieszanym z cynamonem. Piec aż będą złociste, przez ok. 8-12min w zależności od wielkości ciasteczek.

niedziela, grudnia 09, 2007

Szachownica makowo-kokosowa


Na Boże Narodzenie, w przeciwieństwie do pozostałej części roku, staję się w kuchni tradycjonalistką i oprawa Świąt jest u nas w domu stosunkowo "ortodoksyjna". Odkąd żyjemy na obczyźnie oczywiście toczę jeszcze nieustającą walkę, aby wszystkie potrawy miały jak najbardziej oryginalnie polski smak. Mamy dość stały, obowiązkowy wręcz zestaw dań, wynikający z kresowych tradycji naszych rodzinnych domów, ale poza nim nasze menu trochę z roku na rok ewoluuje. Dotyczy to zwłaszcza różnych wersji klasycznych przepisów na świąteczne ciasta, wypróbowywanych przeze mnie w ciągłym poszukiwaniu tego jednego jedynego najdoskonalszego smakowo. Tak dzieje się z przepisami na serniki i pierniki, ciągle szukam ideału. Czasem jednak sięgam po przepisy z jakimś klasycznym świątecznym składnikiem, ale trochą łamiące tradycję. Tak jest w przypadku dzisiejszego ciasta z makiem.

Przepis na nie znalazł się tu na prośbę kilku osób z forum MniamMniam. Dzieliliśmy się tam naszymi planami na świąteczne wypieki i ja rzuciłam hasło szachownicy makowo-kokosowej, która spotkała się z zainteresowaniem. Robiłam to ciasto 2 lata temu na Boże Narodzenie i wywołało dość duży entuzjazm wśród domowników i zaproszonych gości. W każdym razie zniknęło jako pierwsze ze wszystkich wypieków, właściwie to w oka mgnieniu. W zeszłym roku wróciłam jednak do klasyki i była tradycyjna makowa strucla, ale na Święta Anno Domini 2007 będzie chyba ponownie szachownica. W końcu każda rodzina i każdy dom tworzy z czasem swoje własne świąteczne tradycje i u nas do kanonu najwyraźniej wejdzie to ciasto z tradycyjnie świątecznym makiem i nieco mniej typowym na te okazje kokosem.

Przepis pochodzi z kuchennego zeszyciku mojej Mamy (chyba wszystkie mamy mają takie bezcenne notatki, prawda?). Mam poważne podejrzenia, że dostała go ona od zaprzyjaźnionej gospodyni z Kaszub, do której w letnie wakacyjne wieczory chadzaliśmy po mleko. Zdjęcie jest już dość wiekowe, musicie mi wybaczyć, bo ciasto będę piec tuż przed Świętami, a chciałam podzielić się tym przepisem z wyprzedzeniem, gdyby ktoś - tak jak ja - zdecydował się na bożonarodzeniową rewolucję i chciał obalić rząd miłościwie nam panujących makowych strucli.



Szachownica makowo-kokosowa

prostokątna foremka o wymiarach 23x35cm

Kruche ciasto:
600g mąki
4 łyżki cukru pudru
250g masła
6 żółtek
3 łyżki kwaśnej śmietany
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki kakao

Warstwa makowa:
300g maku
2 jajka
1/2 szkl cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu migdałowego (opcjonalnie)

Warstwa kokosowa:
6 białek
1 szklanka cukru
1 op cukru waniliowego
200g wiórków kokosowych

250g powideł śliwkowych lub morelowych

Ciasto:
Zagnieść kruche ciasto ze wszystkich składników oprócz kakao (najlepiej to zrobić w malakserze). Podzielić ciasto na 3 części. Do jednej z nich dodać kakao. Każdą z części owinąć w folię spożywczą i włożyć do lodówki na min. 1 godz.

Warstwa makowa:
Mak sparzyć i zmielić 3 razy w maszynce do mięsa. Utrzeć mikserem żółtka z 1/4 szkl cukru aż będą kremowe i puszyste. Dodać proszek do pieczenia, ekstrakt migdałowy i mak. Dokładnie wymieszać. Ubić białka na sztywną pianę z resztą cukru i delikatnie wmieszać do masy makowej.

Warstwa kokosowa:
Białka ubić z cukrem i cukrem waniliowym na sztywną pianę. Delikatnie wymieszać z kokosem.

Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Natłuszczoną i wysypaną bułką tartą foremkę wykładamy rozwałkowaną jedną częścią jasnego kruchego ciasta i smarujemy je powidłami. Na nie wykładamy ukośnymi pasami (o szerokości ok. 3cm każdy) na przemian masę makową i kokosową. Na to ścieramy na grubej tarce ciasto kakaowe. Na ciemne ciasto ponownie układamy pasy masy kokosowej i makowej (ma wypadać mak nad kokosem i kokos nad makiem, tak aby utworzyły szachownicę). Na wierzch ścieramy na tarce drugą część jasnego ciasta. Pieczemy przez ok. 60 min aż wierzch się zezłoci.

środa, grudnia 05, 2007

Szał ciasteczkowy - prążkowane ciasteczka wiśniowe


Przez cały rok piekę w zasadzie stosunkowo niewiele ciasteczek. Jeśli już się zdecyduję to zwykle na coś w rodzaju chocolate chip cookies, albo na jakieś równie proste nakładane łyżką prosto na blaszkę. Ale gdy nadchodzi grudzień, a z nim Adwent i oczekiwanie na najpiękniejsze święta w roku - wszystko się zmienia. Zaczynam krążyć jak lew koło wszelkich "cookie bibles" i ciągnie mnie jak magnes do stron internetowych pełnych małych pieczonych słodkości.

To już stało się tradycją, że umilamy sobie ten, tutaj zwykle deszczowy, grudzień wyciąganymi po kilka razy w tygodniu z piekarnika stosami ciasteczek. A że pora sprzyja przedświątecznym spotkaniom i przyjęciom, które zwykle łączą się również z drobnymi upominkami to fakt ten napędza jeszcze mój tytułowy szał ciasteczkowy. Nie znam osoby, która nie zachwyciłaby się takim własnoręcznie wykonanym pachnącym, chrupiącym i smakowitym prezentem.

Dzisiejsze ciasteczka robiłam już na ubiegłoroczne Boże Narodzenie, ale jakoś w przedświątecznym zamieszaniu zapomniałam tu o nich napisać. Skusiły mnie swoją ładną formą. Wymagają trochę cierpliwości, bo ciasto musi dwukrotnie odpoczywać w zamrażalniku, po to żeby można im było potem nadać właściwy kształt. Atrakcją jest wiśniowe nadzienie, a same ciasteczka są bardzo chrupiące. Przepis pochodzi ze strony Marthy Stewart. Jest jak zwykle nieco przeze mnie zmodyfikowany. Przede wszystkim nie dodawałam do nadzienia cukru, bo wydaje mi się wystarczająco słodkie, poza tym wolałam aromat cytrynowy zamiast migdałowego.




Prążkowane ciasteczka wiśniowe

36 sztuk (ok. 2 duże blaszki)

Nadzienie:
3/4 szkl suszonych wiśni
1/3 szkl dżemu wiśniowego
1/2 łyżeczki ekstraktu cytrynowego

Ciasto:
1 i 1/4 szkl mąki
1/2 szkl żółtej drobnej mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
115g masła w temperaturze pokojowej
1 szkl cukru
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Nadzienie:
Do malaksera wrzucamy suszone wiśnie i dżem. Miksujemy na dość gładką pastę. W małym garnuszku podgrzewamy, ciągle mieszając, aż się zagotuje. Zdejmujemy z ognia, dodajemy ekstrakt cytrynowy. Zostawiamy do ostygnięcia.

Ciasto:
Mieszamy w misce mąkę, mąkę kukurydzianą, proszek do pieczenia i sól.
Mikserem ubijamy masło z cukrem na gładki krem. Dodajemy jajko i wanilię nadal miksując.
Na niskich obrotach miksera dosypujemy partiami mieszankę mąk. Krótko mieszamy, aż do połączenia składników.

Dzielimy ciasto na 4 równe części. Wałkujemy każdą część na prostokąt (ok.23-25cm x 10 cm, 1 cm grubości) pomiędzy 2 arkuszami papieru do pieczenia. Układamy placki jeden na drugim, przełożone arkuszami papieru do pieczenia i w blaszce przenosimy na 45-60min do zamrażalnika.

Wyjmujemy ciasto z zamrażalnika. Zdejmujemy papier z części ciasta. Równomiernie rozsmarowujemy 1/3 nadzienia na pierwszej warstwie ciasta. Nakładamy na nie drugi prostokąt ciasta i ponownie rozsmarowujemy masę. Powtarzamy czynności z kolejną warstwą ciasta. Ostatnią warstwę zostawiamy nieposmarowaną.

Ponownie wkładamy ciasto z nadzieniem do zamrażalnika na 1-1,5 godz.
Rozgrzewamy piekarnik do 180ºC. Wykładamy blaszki papierem do pieczenia.
Po wyjęciu ciasta przycinamy równo brzegi, żeby mieć ładną cegiełkę. Kroimy ja w poprzek na 0,5 cm plastry. Układamy je na blaszkach, pozostawiając wolne ok. 5cm przestrzenie między ciasteczkami. Pieczemy, aż się zezłocą wokół brzegów przez ok. 12-15min. Przechowujemy w puszkach do 2 tygodni.

sobota, grudnia 01, 2007

Słoneczny cobbler w Nowym Meksyku


Dziś już ostatni dzień zwiedzania i ostatni dzień moich wakacyjnych wspomnień. Docieramy do hotelu w Farmington. To małe miasteczko niedaleko tzw. Four Corners, czyli miejsca, gdzie jak wspominałam spotykaj się granice 4 stanów USA. Miasteczko jest małe i niepozorne, ale po 400 km przebytego przez nas kompletnego pustkowia sprawia dobre wrażenie.
Jesteśmy znowu w Nowym Meksyku. Tereny są już nieco bardziej zamieszkałe. W oddali majaczy Santa Fe Forest, zalesione góry na wysokości 4000 m. W południe spotykamy pierwsze puebla, czyli małe wioseczki indiańskie, położone na niewielkich wzniesieniach i odrestaurowane w indiańskim stylu domki. Wszędzie na straganach wiszą papryki hatch chile. Znów jest gorąco, 26ºC. Na pastwiskach widać gdzieniegdzie bizony.
Dojeżdżamy do przemieść Albuquerque. To tutaj między innymi dotarł w 1540 roku Hiszpan Coronado szukając słynnych Siedmiu Złotych Miast Cibola. Skręcamy na północ na Interstate 25 i po 15 milach zjeżdżamy do Tent Rocks National Monument. Pieszy szlak ma około 3 km. Ruszamy łagodnie w górę. Wchodzimy do kolejnego wąziutkiego "slot canyon". Potem wspinamy się tym razem trochę ostrzejszym podejściem.
Utworzone z białych skał pumeksowych stożkowe góry wyglądają niesamowicie. To taka amerykańska wersja tureckiej Kapadocji. Robimy fotki. Nieudanie próbujemy zaskoczyć amerykańskie wiewiórki ( te śliczne z "gatunku" Chip and Dale ), lecz uciekają zanim założymy teleobiektyw.
Meldujemy się w hotelu w Albuquerque. Potem księgarnia "Barnes & Nobles" ( ładnych parę godzin ;) ) i Applebee´s. Wyruszamy wieczorem zwiedzać stare miasto. Na standardy europejskie to właściwie nic szczególnego - najstarszy kościół ma jedynie 300 lat, ale jest tu za to bardzo stylowo, wręcz przeuroczo. Takie zakątki jak poniżej spotyka się na każdym kroku.

Słońce zachodzi a my dalej włóczymy się po mieście, kontynuujemy robienie zdjęć i zakupy w małych sklepikach z rękodziełem i specjalnościami stanu New Mexico. Wracamy do hotelu starą Route 66 - doprawdy nie wiem skąd u nas taki sentyment do tej amerykańskiej drogi-legendy.

A że to już ostatni odcinek wakacyjnych wspomnień, postanowiłam sobie nieco osłodzić pourlopową nostalgię. Cóż może się do tego nadać jak nie deser z brzoskwiń hodowanych od wieków przez Indian Navajo, będący jednocześnie klasyką współczesnej amerykańskiej kuchni. Zapraszam na znakomity peach cobbler, który w moim wydaniu jeszcze ewoluował w stronę tropików, bo dodałam do niego oprócz brzoskwiń owoc mango i pomarańczę. Oczywiście z owocami można dowolnie eksperymentować, zamiast brzoskwiń świetne również będą morele.
Cobbler w kolorze słońca

750g brzoskwiń (ok. 3-4 całe owoce), bez skóry i pokrojonych w cząstki
1 mango obrane i pokrojone w kawałki
1 pomarańcza, z okrojoną skórą, pokrojona w poprzeczne plastry, a następnie w ćwiartki
1 łyżka soku świeżo wyciśniętego z cytryny

Ciasto:
90g masła
160g cukru
1 jajko
125g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Na dnie wysmarowanej masłem żaroodpornej foremki rozkładamy owoce wymieszane z sokiem cytrynowym. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia. Mikserem ubijamy mas
ło z cukrem na kremową masę. Następnie dodajemy jajko i miksujemy kolejną minutę. Teraz dosypujemy mąkę i ubijamy na małych obrotach miksera aż składniki się połączą. Wykładamy ciasto łyżką na owoce, nie starając się zakryć dokładnie całej powierzchni. W czasie pieczenia owoce muszą mieć miejsce, żeby bulgotać przez dziury w cieście. Pieczemy ok. 40min aż wierzch będzie złocisty. Cobbler podajemy ciepły w towarzystwie bitej śmietany lub sosu waniliowego.