środa, listopada 28, 2007

Indiański gulasz w krainie Navajo

Dwa sąsiadujące ze sobą kaniony: Upper i Lower Antelope Canyons, są na pierwszym miejscu naszej listy "Cuda świata". W niektórych godzinach dnia, na krtgótko wpadają do niego promienie słońca wywołując efekt widziany na powyższym ujęciu. Unoszący się pył z okolicznej pustyni daje dodatkowo opalizujący efekt.

Dzisiaj chciałam napisać parę słów o miejscu, dla którego właściwie wybraliśmy się na te wakacje - są to kaniony Lower i Upper Antelope w Arizonie.

Dojeżdżamy do Lower Antelope Canyon w gorący listopadowy dzień o 9.00, ale wejście jest jeszcze zamknięte. Oba kaniony znajdują się na terenie ogromnego rezerwatu Indian Navajo. Dwóch młodych indiańskich chłopaków prosi nas o poczekanie pół godzinki. Coś takiego jest zaskakujące w Ameryce, ale na tym terenie obowiązują przecież prawa plemienne. Jeździmy więc po okolicy robiąc zdjęcia, innych pięknych widoków zresztą nie brakuje. Jesteśmy przecież niedaleko 4 corners (punktu gdzie stykają się granice 4 stanów: Utah, Colorado, Arizony i New Mexico), miejsca aż najeżonego atrakcjami turystycznymi przez duże "A".

Tu w okolicach są już znane nam Grand Canyon i słynna z westernów Monument Valley. Ale my chcemy zobaczyć tylko nasz wyśniony Antelope i może jeszcze spektakularny podkowiasty zakręt ("horseshoe bend") rzeki Colorado.

Wracamy po 2 kwadransach do kanionu, parkujemy samochód, płacimy fee i dodatkowo opłatę za wkroczenie na tereny indiańskie. Pieszo idziemy ok. 100 m. Indianin pokazuje nam wąziutką szparkę w ziemi i mówi, że tutaj jest wejście. Szczelina ma miejscami nie więcej niż pół metra. Z zewnątrz nie prezentuje się okazale, powiedziałabym , że raczej klaustrofobicznie. Ale wewnątrz.... sami spójrzcie na zdjęcia, choć i im daleko do odbieranej gołym okiem rzeczywistości.
Oprócz nas są w kanionie ze 4 osoby - akustyka przedziwna - oni są na przeciwległym końcu wąwozu a wydaje się jakby byli za najbliższą skalną ścianą. Momentami jest bardzo wąsko - jedynie kilkadziesiąt centymetrów, trzeba przeskakiwać przez skały podtrzymując się rękami o ściany kanionu. Ustawiamy aparat i robimy chyba z 200 zdjęć.

Mimo, że to listopad udaje nam się zarejestrować bardzo pożądane fotograficznie zjawisko - promień słońca wpadający z góry na dno kanionu.

Przy wyjściu z Lower Antelope stoi tablica pamiątkowa: tutaj w 1997 roku zginęła spora grupa turystów (głównie z Europy): zaskoczeni nagłą ulewą w wąskim kanionie po prostu utonęli.

Po 10 minutach dojeżdżamy do Upper Antelope Canyon. Tu musimy czekać na transport do wejścia do kanionu. Indianie nie pozwalają prywatnym samochodom wjeżdżać na teren. Nudę zabijamy rozmawiając z indiańską przewodniczką, która żali się, że młodzi Indianie nie chcą uczyć się języka Navajo. Zna dobrze "polish sausage", ale nie wie, gdzie leży nasz kraj. My tłumaczymy, ze Europa Wschodnia, Polska, a ona pyta czy to Rosja.... Ale nie zżymajmy się: co przeciętny Europejczyk wiem o narodzie Navajo ?

Wreszcie ruszamy rozklekotanym jeepem do kanionu. Jedziemy wyschniętym, piaszczystym korytem rzeki, momentami mamy wrażenie że jeep się zakopie i stanie, a my będziemy musieli go w tym upale pchać. Indianka narzeka na zapalonych fotografów, którzy zamiast przepisowej godziny, usiłują przedłużyć sobie wizytę w kanionie.


Po 10 minutach zatrzymujemy się przed nieco szerszą niż poprzednio szczeliną skalną, tym razem nie jest położona w dnie rzeki tylko pomiędzy otaczającymi to dno skalnymi ścianami. Wchodzimy i znowu.... widoki absolutnie zapierają nam dech w piersiach. Jest magicznie, wspaniale, pięknie, ciekawie... i jak to pyta pani nauczycielka w pewnej słynnej polskiej dobranocce dla dorosłych...."I jak jeszcze Czesiu?" na co uczeń odpowiada - "Zaje....." Faktycznie trochę brakuje człowiekowi przymiotników. ;)

Indianka mówi, że mamy szczęście być tutaj po sezonie. W lipcu i sierpniu jest tyle ludzi, że nie można się przecisnąć ! Oczywiście jeszcze trudniej zrobić zdjęcia. Oprócz nas kręcą się zresztą po kanionie uczestnicy tzw. photo tours. Wszyscy obwieszeni super aparatami (jeden Niemiec miał jedynie ze 3 na szyi), ze statywami ważącymi chyba po 5kg, specjalnymi plecakami na obiektywy i wszyscy w specjalnych kamizelkach zaprojektowanych do przechowywania reszty foto-gadżetów. Zaczynamy wydawać się sobie trochę śmieszni z naszym leciutkim i poręcznym statywem i jedynie 2 obiektywami, z których zresztą w kanionie użyliśmy tylko jednego. Poniżej na zdjęciu duchy w kanionie, niektóre nawet przyszły straszyć ze statywami. ;)

Z żalem po godzinie opuszczamy Górny Kanion Antylopy. W głosowaniu jednomyślnie orzekamy: kanion jest od dziś na pierwszym miejscu naszej prywatnej listy "cudów świata".

Wracamy do Page i dojeżdżamy do punktu widokowego: przed nami, a raczej pod nami Marble Canyon rzeki Colorado, pionowe kilkusetmetrowe ściany kanionu, w dole turkusowa rzeka i niedaleko gigantyczna zapora wodna. I znów zapiera nam dech w piersiach.


Horse shoe bend - rzeka Kolorado.

Nieco dalej na południe stajemy na małym parkingu w środku pustyni. Ruszamy pieszo i po około 1 kilometrze docieramy do krawędzi kanionu rzeki Kolorado. Przed nami Big Bend. Wokół pusto, jedynie kilku fotografów przygotowuje sprzęt na zachód słońca. Trudno się dziwić ich obecności, gdy widoki są takie jak ten poniżej:



Horse shoe bend - rzeka Kolorado.

Nasza droga biegnie teraz wzdłuż południowej granicy Monument Valley. Tam już byliśmy w 2005 roku. Teraz mijamy wiele fantastycznych formacji skalnych, widocznych na tle zachodzącego słońca i kryształowo czystego nieba. Jesteśmy ciągle u Indian Navajo. Tyle o nich piszę, że postanowiłam przygotować po powrocie do domu nawet jakąś potrawę tych natywnych mieszkańców Ameryki Północnej. Pomocą posłużyła mi nieoceniona książka "Southwest - The Beautiful Cookbook". W oryginale w tej potrawie duszona jest baranina, bo Indianie do dziś wypasają mnóstwo owiec na terenie rezerwatu. Autorzy książki wspominają jednak, że można ją zupełnie spokojnie zastąpić innym mięsem. Ja do tego gulaszu użyłam wołowiny. Muszę przyznać, że z trudem mi przez usta i klawiaturę przechodzi węgierskie słowo gulasz w przypadku potrawy już nie tylko z innego kontynentu, ale i z innej półkuli. Ale z drugiej strony nie mam pojęcia czym zastąpić angielskie słowo "stew"... Może nazwać je "duszonka"? ;)


Gulasz Indian Navajo



2 łyżki oleju kukurydzianego
750g wołowiny pokrojonej w kostkę
1 szkl cebuli pokrojonej w kostkę
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
750ml bulionu wołowego

1 chili serrano*
1 i 1/2 szkl ziaren kukurydzy
4 duże pomidory, bez skóry i pokrojone w dużą kostkę
2 zielone papryki, opieczone, obrane ze skóry i pokrojone w kostkę
1 czerwona papryka, opieczona, obrana ze skóry i pokrojona w kostkę
1 łyżeczka zmielonego kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
sól do smaku

Osmażamy mięso partiami na mocno rozgrzanym tłuszczu (patelnia nie może być przepełniona, bo wołowina zacznie się dusić zamiast smażyć). Zdejmujemy mięso z patelni i trzymamy w cieple. Na tej samej patelni przesmażamy na oleju cebulę i czosnek. Dodajemy mięso, zalewamy wołowym bulionem i dusimy do miękkości przez ok. 1 -1 i 1/2 godz. Dodajemy chili serrano, pomidory, papryki, kukurydzę i przyprawy. Dusimy jeszcze ok. 15-20 min.


*to jest ostre pod
łużne zielone chili, moje było z puszki, ale można je zastąpić łagodniejszym jalapeño i i niewielką ilością maleńkich i bardzo ostrych zielonych papryczek chili

niedziela, listopada 25, 2007

Złoto Florydy i cytrusowy weekend

Plaża Miami.

Dzisiaj będzie zupełnie niechronologicznie. Przeskakując cały pobyt w Arizonie opowiem o końcówce naszych wakacji w USA. Robię to z dwóch powodów - po pierwsze mąż mi wyniósł z domu książkę, w której miałam przepis na indiańską potrawę potrzebny mi do przygotowanego na dzisiaj postu, po drugie - mamy teraz cytrusowy weekend organizowany i zapowiadany już od kilku dni przez Tatter z blogu "Palce lizać".


A skoro cytrusy to koniecznie i Floryda. Do stolicy tego stanu lecimy z Albuquerque przez Orlando. Po przemierzeniu 2/3 kontynentu należy nam się wypoczynek, więc późnym wieczorem docieramy do Miami Beach.


Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Od plaży dzieli nas tylko ścieżka dla spacerowiczów i jak to na Stany przystało - dla biegaczy, których od rana do wieczora jest tu pełno. Panowie biegają z gołymi torsami przepasani jedynie czujnikami od pulsometrów, panie w kosmicznych topach, obie płcie zaopatrzone są w ipody i najnowsze sportowe buty z czujnikami Nike+ mierzącymi prędkość, dystans i ilość spalonych kalorii. No w sumie jest na co popatrzeć...

Oprócz młodych sportowców sporo starszych ludzi, nie na darmo Floryda ma famę mekki emerytów. Dziwi tylko jak oni wytrzymują te temperatury i wilgotność, przynajmniej w lecie. Do końca pobytu plażujemy, kąpiemy się w oceanie, gdzie woda jest cieplejsza niż w lodowatym hotelowym basenie. Wylegujemy się na leżakach, jak na prawdziwych turystów przystało. Czas jeszcze przez chwilę płynie wolno...


Zapytacie pewnie co niby jest tytułowym złotem Florydy ? Co do tego pewnie nie ma najmniejszych wątpliwości (jeśli pominiemy piękne plaże i słońce ) - największym skarbem tych okolic są oczywiście cytrusy. Pomarańcza jest nawet emblematem tablic rejestracyjnych "Sunshine State". Gdy jeździliśmy po Florydzie w 2005 roku, oprócz nie budzących mojego wielkiego entuzjazmu bagnistych i "aligatorzastych" Everglades, mijaliśmy rzeczywiście całe hektary gajów pomarańczowych.

Portugalskie cytrusy może nie są tak słynne jak ich kuzyni zza Atlantyku, ale równie tu powszechne. Jak w Polsce jabłonkę, tak w Portugalii każdy ma przydomowym ogródku "laranjeira", czyli drzewo pomarańczowe.

I właśnie cytrusy grają pierwsze skrzypce w moim dzisiejszym torcie. W sezonie zimowym, gdy te owoce są w szczycie formy i jest ich zatrzęsienie - warto je spożytkować na taki właśnie intensywnie cytrynowo-pomarańczowy torcik.
Ciasto w tym torcie jest ciekawe, bo z dodatkiem świeżo wyciśniętych soków cytrusowych i w rezultacie dużo wilgotniejsze od typowego biszkoptu.



Tort "złoto" Florydy

na tortownicę o średnicy 28 cm

Krem cytrusowy:
3 całe jajka
3 żółtka jajek
3/4 szkl cukru
1 łyżka drobno startej skórki cytrynowej
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku cytrynowego
1/4 szkl świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
125g miękkiego masła

Ciasto:
2 i ¼ szkl mąki
1 płaska łyżka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
5 jajek rozdzielonych na białka i żółtka
1 całe jajko
1 i 1/3 szkl cukru (ta 1/3 idzie do białek)
½ szkl oleju
1 łyżka drobno startej skórki pomarańczowej
1 łyżeczka drobno startej skórki z cytryny
2/3 szkl świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka soku z cytryny

Do posmarowania wierzchu:
300ml śmietany kremówki ubitej z cukrem i cukrem waniliowym

Krem:
Ubijamy w dużym garnku jajka i żółtka z cukrem do białości. Dodajemy skórkę cytrynową i soki z cytrusów nadal ubijając. Stawiamy na małym ogniu i dodajemy masło ciągle ubijając (mikserem lub trzepaczką) - masło się może zważyć, ale nie należy się tym przejmować. Podgrzewamy ciągle ubijając, aż masa zacznie gęstnieć (nie może się jednak zagotować, uwaga dla posiadających termometr do konfitur lub syropów cukrowych - masa powinna osiągnąć temperaturę ok. 70ºC). Przelewamy ją z garnka do zimnej miski, kładziemy folię spożywczą bezpośrednio na kremie (żeby się nie utworzyła skórka) i jak tylko ostygnie wkładamy do lodówki.

Ciasto:
Nagrzewamy piekarnik do 160 ºC. Ubijamy do białości 5 żółtek z 1 jajkiem i 1 szkl cukru. Powoli dodajemy olej i skórki cytrusowe. Teraz na zmianę stopniowo wlewamy soki cytrusowe i wsypujemy mąkę wymieszaną z solą i proszkiem do pieczenia. Ubijamy białka z 1/3 szkl cukru i szczyptą soli, ubite na sztywno mieszamy szpatułką z resztą ciasta. Wlewamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą tortownicy o średnicy 28 cm ( w żadnym razie nie mniejszej - ciasto rośnie wysokie) i pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 50-60 min.

Po upieczeniu i ostygnięciu kroimy ciasto na 3 placki, przekładamy je zimnym cytrusowym kremem, a wierzch i boki smarujemy bitą śmietaną.

czwartek, listopada 22, 2007

Chleb kukurydziany wśród kaktusów saguaro



Po Białych Piaskach mamy w planach piaski bardzo... kolczaste. Zawracamy na północ i po kilkudziesięciu minutach zbliżamy sie do Old Tucson Studios - miasteczka kowbojskiego, gdzie przez wiele lat kręcono westerny. Krajobraz jest rzeczywiście do tych filmów jak wymarzony.



Old Tucson położone jest na skraju Saguaro National Park: to pół-pustynia zarośnięta olbrzymimi kaktusami: najwyższe z nich mają ok. 30 m. wysokości. Stojący przy nich Łukasz wydaje sie być taki mały !
Droga przez park jest piaszczsta i nierówna. Parkujemy samochód na jednym z niewielkich parkingów i idziemy wyznaczonym krótkim szlakiem widokowym robiąc mnóstwo zdjęć.



Oprócz dorodnych okazów kaktuów saguaro napotykamy także na ich wysuszone na preriach szkielety.


Kaktusy sa naprawdę wielkie, ich pierwsze, często powyginane w różne strony, "ramiona" wyrastają po ok. 150 latach. Otaczające nas góry maja czerwono-brunatny odcień.


Zjeżdżamy w dół do doliny łączącej Tucson z Phoenix, wjeżdżamy na Interstate 10 i przemieszczamy się na północ. Przejeżdżamy przez Phoenix, stolicę stanu Arizona. To wielkie miasto z downtown i wieloma drapaczami chmur. Ok. 150 km na północ od metropolii, zjeżdżamy na szosę nr 10 i kierujemy się na miasteczko Sedona.

Dolina i okolice miasta Sedona. Przepiękne i "magiczne" miejsce na naszej trasie. Położone pomiędzy Pheonix i Flagstaff w Arizonie.

To wspólczesna mekka ruchu New Age i jedno z miast, gdzie według statystyk chciałaby mieszkać wiekszość Amerykanów. Sedona ma bardzo uprzywilejowane położenie: w pięknej, szerokiej dolinie, z duża ilością słodkiej wody,otoczone wspaniałymi Czerwonymi Górami, czyli czerwono-brunatnymi łańcuchami Red Rocks.

Sedona. Red Rock Crossing.

My dojeżdżamy do Red Rock Crossing , małego parku krajobrazowego na obrzeżach Sedony. Po okolo 500 metrach spaceru dochodzimy do przepięknego miejsca widokowego, gdzie czerwone wierzchołki gór odbijają się w strumieniu. Z Łukaszm skaczemy przez rzekę po kamienich. Odwiedzający budują tutaj małe kopczyki z płaskich kamieni na niewielkiej wyspie na środku rzeczki, to chyba te klimaty New Age. ;) Jest naprawdę idyllicznie. Cease the moment.... Podobno latem są tutaj tłumy - w listopadzie spotykamy wyłącznie pojedynczych ludzi. W przydrożnych sklepikach nadal królują hatch chiles.


Wracamy przez Sedonę na północ i przez widokowy Oak Creek Canyon docieramy do Flagstaff. Fragmentem starej Route 66 przecinamy miasto i podążamy na północ przez zupełnie opuszczone stepy Arizony. Po stronie lewej słońce zachodzi nad Wielkim Kanionem rzeki Colorado. Prosta jak strzała droga biegnie na północ przez kilkaset mil. Po drodze mijamy Indian Trading Posts, w wiekszości nieczynne o tej porze roku punkty sprzedaży indiańskiego rękodzieła (jaka szkoda - oni mają taką piekną ceramikę). Docieramy do północnej granicy stanu Arizona, prawie wjeżdżajac do stanu Utah. Jesteśmy w miasteczku Page. Okolica jest przeurocza, ilość "cudów natury" w pobliżu, może przyprawić turystę i fotografa o zawrót głowy. Dosłowienie patrząc w każdą stronę krajobraz jest przecudowny.



Kolację tym razem jemy w meksykańskiej restauracji w Page. Porcje są gigantyczne, a my nie jesteśmy w stanie zjeść wszyskiego. Na słabych nogach ( pierwszy raz probówane świetne piwo meksykańskie "Pacifico" i gigantyczna margarita ) wracamy do hotelu. Jutro mamy być w wymarzonym od kilku lat Antelope Canyon.

O kanionie będzie w następnym odcinku, a teraz zajmiemy się bardzo południowo-zachodnim chlebem. Jest to odmiana popularnego amerykańskiego corn bread, tyle że z mąki z niebieskiej kukurydzy, specjalności regionu. Ja opócz samej mąki kupiłam jeszcze całe ziarna kukurydzy, również w atramentowym kolorze.

Chleb oczywiście można zrobić i ze zwykłej grubo mielonej mąki kukurydzianej, smakiem żółta i niebieska w sumie niewiele się różnią. Pieczemy go w płaskiej kwadratowej blaszce i kroimy jak ciasto. Samo pieczywo jest doskonałym dodatkiem do wszelkich dań z regionu, nam zwłaszcza smakuje z przeróżnymi chili i indiańskimi odmianami gulaszu (czy język polski ma inną nazwę na potrawy z duszonego mięsa?). Przepis pochodzi, z uwielbianej przeze mnie książki "Southwest - The Beautiful Cookbook", tyle, że ja przypadkiem zapomniałam o dodatku cukru (i zresztą uważam że słusznie, w wytrawnym chlebie wystarczy sama delikatna słodycz kukurydzy), a celowo nieco zmieniłam proporcje obu używanych mąk.


Chleb z niebieskiej kukurydzy z papryką
kwadratowa foremka o boku 2ocm

3 łyżki oleju kukurydzianego
3 łyżki masła
1 czerwona papryka, drobno pokrojona w kostkę
1 chili jalapeño, drobno posiekane
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
1 szkl mąki pszennej
3/4 szkl mąki z niebieskiej kukurydzy
2 łyzeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
2 jajka
3/4 szkl maślanki (lub jogurtu rozmieszanego z mlekiem)

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Na małej patelni podgrzewamy olej i masło. Gdy masło się roztopi dodajemy czerwoną paprykę i na średnim ogniu smażymy aż będzie miękka ok. 5 min. Dodajemy jalapeño i czosnek, smażymy jeszcze minutkę. Odstawiamy do przestudzenia.

Mieszamy w misce obie mąki, proszek do pieczenia, sodę i sól.

Ubijamy jajka z maślanką, dolewamy do nich przestudzona mieszankę maślano-paprykową, dobrze mieszamy. wsypujemy mąki i mieszamy tylko do połączenia składników (ja to wszystko robię w mikserze na minimalnych obrotach, ale można mieszać zwyczajnie łyżką).

Wykładamy ciasto do przygotowanej foremki i pieczemy ok. 40min, aż wbity w środek ciasta patyczek będzie suchy. Pozostawiamy do ostygnięcia na siatce i kroimy w kwadraty.

poniedziałek, listopada 19, 2007

Białe chili w Białych Piaskach

Park Narodowy White Sands

Dzisiaj parę słów o drugim tygodniu naszych wakacji, który dla odmiany spędziliśmy na stałym lądzie. O huraganie Noel, który pomieszał nam trochę szyki już wspominałam. W ostatnią noc rejsu tuż przed Miami zdołał nas jeszcze trochę pobujać, machając swoim ogonem. Tak że na lotnisko w Fort Lauderdale udajemy się mocno kołyszącym, marynarskim krokiem. Samolot linii Southwestern, zabiera nas przez Tampę do serca stanu New Mexico - Albuquerque. Dolatujemy już po zapadnięciu zmroku, lecz od razu zauważamy różnicę klimatu - jest nadal gorąco, ale już sucho, kontynentalnie.
Wynajmujemy minivana i jedziemy drogą "interstate" na południe do hotelu w małym miasteczku Socorro. Wieczorna wizyta we - wstyd sie przyznać, ale - fast foodzie zadowala bardzo Łukasza. W ciągu dnia i wieczorem jest ciepło (ok. 25ºC), ale w nocy na pustyni robi się chłodno, temperatura spada do 12ºC. Ranek w niedzielę jest zimny, przynajmniej dla wygrzanych na Karaibach zmarźluchów. Po śniadaniu w hotelu jedziemy jeszcze kawałek na południe, a potem skęcamy na wschód.
Pzekraczamy Rio Grande. Łukasz przy miejscu eksplozji pierwszej bomby atomowej.
Najpierw przecinamy rzekę Rio Grande, otoczoną drzewami w jesiennych kolorach. Potem mijamy wyschnięte połacie stepowych traw i jedziemy przez dziesiątki mil zupełnie pustą drogą. Stajemy na chwilę przy Trinity Site, czyli miejcu eksplozji pierwszej bomby atomowej w 1945 roku - wokół nie ma żywego ducha. Przecinamy po drodze Valley of Fires, czyli dolinę wypelnioną wyłącznie czarnymi bazaltowymi skałami - pozostałość po kiedyś płynącej tutaj rzece lawy wulkanicznej.
Skręcamy na południe i przez Almonogordo docieramy wreszcie wczesnym popołudniem do White Sands, czyli białej jak śnieg, gipsowej pustyni. Jesteśmy ok. 100 km od granicy z Meksykiem. Pustynia jest tylko częściowo udostępniona do zwiedzania ( ale obszar ten jest większy niż całe Las Vegas z przedmieściami ). Większą część White Sands zajmują tereny wojskowe, gdzie testowane są rakiety i gdzie czasami lądują promy kosmiczne, gdy pogoda na Cape Canaveral na Florydzie nie dopisuje. Gorąco, ale klimatyzacja w samochodzie pozwala przeżyć. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musi tutaj być w środku lata. To naprawdę szczęście podróżować w listopadzie: jest nieco chłodniej i bardzo mało turystów.
Wydmy i "white dune surfing".

Na wydmach spotykamy nieliczne samochody. Zabieramy kupioną po drodze plastikową "patelnię" i szukamy najwyższej wydmy aby pozjeżdżać. "White dune surfing", bo tak się to tutaj nazywa, jest naprawdę super. Gipsowy piasek, co pierwszy zauważył Lukasz, nie przykleja się zbytnio do skóry, w dodatku szczęśliwie dla nas nie ma wiatru. Lukasz zostaje przy samochodzie i kontynuuje zjazdy z wydm, my wyruszamy na mały spacer po okolicy szukając fotogenicznych miejsc.Po 2 godzinach wracamy na autostradę. Mijamy góry Sierra Dona Ana i przez Cruzes zbliżamy się powoli do miasta Tucson, już w Arizonie. Jazda zabiera nam prawie 4 godziny. Po zmroku zmęczeni docieramy do hotelu.
Park Narodowy White Sands i w oddali masyw Sierra Doña Ana.
Rankiem kierujemy się jeszcze bardziej na południe wzdłuż Interstate 19 prowadzącej do meksykańskiego El Paso i "odkrywamy" San Xavier de Bac. To jedna z pierwszych misji katolickich na kontynencie amerykańskim, nazywana "gołębiem pustyni". Gdy zbliżamy się po piaskowym pustkowiu do białego jak śnieg kościoła, rozumiemy skąd ta nazwa. Jesteśmy ok. 30 km od granicy z Meksykiem. Mijają nas liczne patrole US Border.
O poranku jest chłodno i przyjemnie, a kościół zupełnie pusty. Robimy zdjęcia, wchodzimy na patio i do małego muzeum, zostawiamy drobne "gratuity". Spokojnie i cicho, jak przyjemnie jest odwiedzać takie miejsca poza sezonem. Wyobraźnia zaczyna pracować i przenosimy się do początków XVIII wieku, gdy jeziuci założyli misję.

W okolicy pojawiają się też pierwsze kaktusy z dziwnymi otworami w srodku pnia - to dziuple/gniazda pustynnych ptaków. Ale o kaktusach więcej w kolejnym odcinku mojej relacji.


Przy informacji turystycznej w White Sands był sklepik z rękodziełem i lokalnymi produktami. Triumfalnie wyniosłam z niego wielki worek suszonych bardzo charakterystycznych dla Nowego Meksyku hatch chile peppers, mielone zielone chili, trochę różnych przypraw i "kamyk" do zmiękczania ciasteczek.

W domu oczywiście musiałam wypróbować moje skarby, a że ja zawsze po powrocie z jakiegoś kraju mam fazę na tamtejszą kuchnię, moja rodzina może się spodziewać co najmniej 2 tygodni w stylu amerykańskiego Southwest.



Na pierwszy ogień poszło znane wszystkim chili, tyle , że w wersji białej. Zamiast popularniejszej czerwonej używamy do niego białej fasoli, mięso jest równiez białe - bo to piersi z kurczaka, do tego jeszcze sporo papryki i sera. Danie o niezwykłej prostocie wykonania, sycące i zaskakująco delikatne, mimo pikantnych nut w tle.




Chili blanco

2 szkl białej fasoli (moczonej w wodzie przez 8-12 godz.)
4 pojedyncze piersi z kurczaka
3 i 1/2 szkl wody

2 łyżki oliwy extra virgin
3 cebule
4 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyzeczki mielonych goździków
2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1 i 1/2 łyżeczki suszonego meksykańskiego oregano
4 zielone papryki (opieczone, bez skórki i nasion, pokrojone w kostkę)
1 papryczka jalapeño, drobno pokrojona
2 szkl bulionu z kurczaka

2 szkl startego żółtego sera

Do przybrania:
pomidory pokrojone w kostkę, krążki papryki jalapeño, kolendra, szczypiorek, starty żółty ser

Piersi kurczaka zalewamy wpłaskim garnku wodą i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu przez ok. 20 min. Zachowujemy wywar, a piersi po ostygnięciu rozdrabniamy na strzępki i przykrywamy folią spozywczą, żeby nie wyschły.

W dużym głębokim rondlu rozgrzewamy oliwę i szklimy na niej cebulę. Teraz dodajemy przeciśnięty przez praske czosnek, pieprz cayenne, goździki, kumin i oregano. Smażymy chwilę i dodajemy zielone papryki i jalapeño. Dodajemy odsączona fasolę, zalewamy bulionem i wywarem z gotowania kurczaka. Doprowadzamy do wrzenia i pod przykryciem na małym ogniu gotujemy przez 1 godz. Zdejmujemy pokrywkę i jeszcze dogotowujemy do miękkości fasoli ok. 45min.

Dodajemy kurczaka i ser, mieszamy i zdejmujemy z ognia. Podajemy z pomidorami pokrojonymi w kostkę, dodatkowym serem, przybrane krążkami jalpeño, kolendrą i szczypiorem.

wtorek, listopada 13, 2007

Pastel de tres leches na wyspie Cozumel


Dzisiaj już będzie ostatni odcinek naszej rejsowej (ale nie wakacyjnej ) epopei. Tym razem parę słów o meksykańskiej wyspie Cozumel. Znanej na wiecie powszechnie, głównie jako raj dla płetwonurków.


Byliśmy kilka lat temu na Jukatanie, więc okolice były znajome. Na samą wyspę jednak nie zawitaliśmy, bo raczej nas ciągnęło w interior, a później już, jak to zwykle bywa, nie starczyło na wszystko czasu.

Teraz więc wypożyczyliśmy samochód i objechaliśmy Cozumel w kilka godzin. Wyspa nie jest duża, a że kultury Majów są tu zaledwie niepozorne szczątki, więc postanowiliśmy się napawać innym jej bogactwem - pięknymi plażami i oczywiście najsłynniejszą na zachodniej półkuli rafą koralową. Był więc to dzień totalnego leniuchowania.


Czasu mieliśmy niestety niewiele, więc tym razem nie było scuba diving, a jedynie snorkeling i
pływanie katamaranem, co demonstrują moi panowie poniżej.



Mimo, że Cozumel wydaje się być jedną wielką bazą turystyczną, można jednak znaleźć i tutaj piękne, puste i dzikie plaże, trzeba tylko odrobinkę oddalić się od centrum. Woda jest krystalicznie czysta i szmaragdowa oraz, co też nie jest bez znaczenia, ciepluteńka nawet w listopadzie. Nasze plażowanie było co jakiś czas przerywane ulewnym i ciepłym tropikalnym deszczem. Wrażenie przezabawne. :)


Oprócz tego buszowaliśmy trochę po sklepach. Tzn. głównie ja buszowałam, a Maciej z Lukaszem chcąc nie chcąc włóczyli się za mną, umilając sobie czas robieniem głupkowatych zdjęć, jak na prawdziwych turystów przystało. ;)



Jak widać poniżej handel odbywał się się nawet na plaży. Z okołokulinarnych zdobyczy to nabyłam wreszcie wymarzoną praskę do tortilli i suszone liście kukurydzy, niezbędne do robienia tamales. Mąż mi jedynie zawetował, tłumacząc się perfidnie nadbagażem, piękny i wielki kamienny moździerz mocajete, ważący niestety ładnych parę kilogramów. Cóż, zawsze jest powód, żeby ponownie pojechać do Meksyku. ;)

Nie odmówiliśmy sobie również doznań gastronomicznych. Te, jak się domyślacie, są w Meksyku porażające (a czasem nawet paraliżujące, jak ktoś się skusi na zbyt ostre papryczki, czego sama doświadczyłam 3 lata temu). Oprócz wspomnianych już tutaj tamales, gęstej zupy posole i tortilli z milionem dodatków, raczyliśmy się moim ukochanym od czasu poprzedniego wyjazdu meksykańskim deserem - pastel de tres leches (w wolnym tłumaczeniu to ciasto z 3 mlekami). Poniższe zdjęcie to mój własny wypiek, bo od pierwszej degustacji na Riviera Maya już je nie raz robiłam we własnej kuchni.

Te tytułowe 3 rodzaje mleka (zwykłe, skondensowane i skondensowane słodzone) używane są do przesączenia delikatnego ciasta i dzięki nim nabiera ono wspaniałej wilgotności. Mało słodka bita śmietana na wierzchu i garść sezonowych owoców, dopełniają całości. Zamieszczony tu przepis jest dość dowolną interpretacją receptury z książki Marthy Stewart z "Living Annual Recipes 2002"



Pastel de tres leches


foremka 35x22cm

115 g roztopionego i ostudzonego masła
6 dużych jajek
1/4 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki gruboziarnistej soli
1 szkl cukru
1 szkl mąki

1 szkl 3% mleka w temperaturze pokojowej
300ml mleka skondensowanego niesłodzonego (ok. 390g)
300ml mleka skondensowanego słodzonego (ok. 400g)

500ml śmietany kremówki
1 op. cukru waniliowego
owoce do przybrania (truskawki, mango, ananas, karambola lub co nam fantazja podpowie)

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Wysmarować masłem i wysypać mąką foremkę do pieczenia. Ubić mikserem białka 6 jaj z połową cukru, sodą i solą aż będą bardzo sztywne. Żółtka ubić z resztą cukru i ostrożnie wmieszać do nich białka. Wmieszać do jajek szpatułką roztopione masło. Przesiać na masę 1/2 szkl mąki i ostrożnie wymieszać, przesiać resztę mąki i ponownie lekko wymieszać do połączenia się składników. Wlać ciasto do przygotowanej formy i piec ok. 20-25min aż będzie złote i patyczek wbity w środek ciasta będzie suchy. Wyjąć z piekarnika i wystudzić na siatce do temperatury pokojowej. Gęsto nakłuć powierzchnię ciasta wykałaczką.

Wymieszać ze sobą 3 rodzaje mleka i odstawić. Powoli zalać całą powierzchnię ciasta mlekiem. Powinno wchłonąć cały płyn w ciągu 5 -10 min. Włożyć do lodówki na minimum 5 godz. lub całą noc. Tuż przed podaniem ubić na sztywno śmietankę kremówkę z cukrem waniliowym. Rozsmarować ją grubą warstwą na cieście. Podawać ze świeżymi owocami.

niedziela, listopada 11, 2007

Zielona zupa callaloo w Belize


Chyba organizatorzy naszego rejsu postanowili nam powolutku dawkować cywilizację, bo następnym portem po Roatanie było Belize. Największe miasto kraju o tej samej nazwie, które jeszcze do 1981 roku było brytyjską kolonią. Nieporównywalnie lepiej rozwinięte gospodarczo niż Honduras, ale poza główną metropolią (w której jak to śmiejąc się powiedział nam przewodnik istnieją 4 skrzyżowania z sygnalizacją świetlną) nadal niespecjalnie zniszczone przez przemysł turystyczny.

Autobusy na ulicach Belize-City.


Ruiny Majów.

To ostatnie widać zwłaszcza na wycieczkach w ruiny miast Majów. Trzeba wziąć pod uwagę, że my byliśmy co prawda poza sezonem, ale mimo to niezwykle było przyjemnie zwiedzać takie miejsca jedynie w grupie ok.15 osób. Dodatkowo mieliśmy przewodnika, który był archeologiem, biorącym udział w pracach w oglądanym przez nas Altun Ha, i z entuzjazmem oraz nie szczędząc czasu opowiadał nam o kulturze i cywilizacji Majów. Ruiny te odkryto stosunkowo niedawno, bo w 1963 roku i jak to w Ameryce Środkowej bywa w zasadzie przypadkiem. Jak się dowiedzieliśmy archeolodzy w Belize hołdują polityce konserwacji, a nie rekonstrukcji zabytków, jak to często się zdarza w krajach ościennych. A że największym wrogiem tych budowli jest wiatr i deszcz, często zostawia się je tutaj częściowo pokryte ziemią, jak nam powiedziano po to, aby przetrwały jeszcze przynajmniej tysiąc lat dla przyszłych pokoleń.



Oprócz reliktów kultury Majów mieliśmy też okazję zobaczyć trochę dzikiej fauny i flory Belize. Pojechaliśmy na wyprawę rzeką płynącą przez środek dżungli.


Ja ze swoją fobią do wszelkich owadów, gadów i płazów, byłam nastawiona nieco sceptycznie, ale okazało się, że jest to jednak niezapomniane wrażenie zobaczyć w naturze krokodyle, iguany, goryle i dziesiątki gatunków tropikalnych ptaków. Choć nadal będę się upierała, że niekoniecznie chciałabym spotkać na własnym pomoście o poranku takiego oto osobnika:




Wycieczkę zakończyliśmy świetnym lunchem w środku dżungli, na który składał się znakomicie (tak trochę w jamajskim stylu "jerk") przyprawiony pieczony kurczak, mnóstwo warzyw i oczywiście ryż z brązową fasolą z pieprzno-cynamonowymi akcentami.


Statek rybacki na Morzu Karaibskim.

A przed głównym daniem jedliśmy najbardziej zieloną zupę na świecie. Callaloo to dla mnie kwintesencja smaku Karaibów. Ponoć przywieziona przez afrykańskich niewolników w XVIII wieku i dostosowana do lokalnie dostępnych składników, w dodatku pełna ciemnoliściastych warzyw, tak modnych ostatnio i propagowanych przez współczesną dietetykę.

Ja spędziłam kiedyś długie godziny zakopana w książkach i w necie, próbując dojść do ładu z nomenklaturą odmian dostępnych w Portugalii przeróżnych kapustnopodobnych warzyw. Portugalczycy lubią jeść przeróżne ciemnozielone jarzyny, więc wybór mamy tu całkiem spory i grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Efekty moich poszukiwań nie były w pełni satysfakcjonujące, ale co nieco udało mi się w tej kwestii rozszyfrować i uporządkować we własnej głowie.

Ta zupa pochodząca z Antyli daje ogromne pole do popisu w trawiastozielonej kwestii. W oryginale wykorzystuje się, praktycznie niemożliwe do zdobycia w Europie (a może się mylę?), liście rośliny callaloo. Ale nie zniechęcajcie się tą drobną przeszkodą, skoro afrykańskim niewolnikom udało się transplantować tę zupę z Afryki na Karaiby, to i my sobie chyba poradzimy. ;)

Doskonale można zastąpić środkowoamerykańskie zieleniny każdą kapustą typu kale (w Portugalii to będzie couve galega), szpinakiem, rzeżuchą wodną (port. agrião), bok choy, a nawet kapustą włoską czy młodymi liśćmi rzepy (ang. turnip greens, port. nabiças lub grelos). Nie musimy tu hamować fantazji, im więcej gatunków warzyw wrzucimy tym lepiej. Wszystkie chwyty są dozwolone, byle były tylko zielone.;) Przedstawiam zatem europejską wersję zupy callaloo:

Zielona zupa callaloo z Antyli

1 łyżka oliwy z oliwek
2 drobno posiekane cebule
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
3/4 kg mieszanych zielonych liściastych warzyw pokrojonych w paski *
3-4 młode cukinie
250g okry świeżej lub z puszki (opcjonalnie, można zamiast niej dać więcej cukinii)
1 zielona papryka chili drobno pokrojona (lub 1 łyżeczka zielonego sosu Tabasco)
1/2 l bulionu z kurczaka lub warzywnego

1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
sól i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku
2 łyżki octu z białego wina
1 puszka mleka kokosowego (ok.400ml)

Do przybrania:
250g ugotowanego mięsa z krabów lub paluszków krabowych
3 łyżki szczypiorku
awokado pokrojone w plastry (opcjonalnie)

Na oliwie podsmażyć cebule i czosnek, następnie dodać liściaste warzywa, chili, okrę i cukinie, smażyć wszystko jeszcze ok. 10 min. Wlać gorący bulion. Dusić do miękkości. Zmiksować dokładnie zupę. Dodać tymianek, ziele angielskie, sól i pieprz. Doprawić octem, wymieszać. Wlać mleko kokosowe. Mocno podgrzać. Podawać zupę posypaną szczypiorkiem i mięsem z krabów. Do tego świeży chleb i jeszcze ewentualnie (żeby było bardziej zielono :) ) plastry awokado.

* tak jak wspomniałam można użyć:
kapusty typu kale (port. couve galega),
kapusty włoskiej
szpinaku
rzeżuchy wodnej
bok choy
młodych liści rzepy (ang. turnip greens, portugalskie grelos lub nabiças)