piątek, września 28, 2007

Marmolada jabłkowa z cytrusami i morelami

Okazuje się, że dzisiaj zupełnie przypadkiem moje kulinarne wyczyny zgrały się ze świętem. Otóż gdybyście jeszcze nie wiedzieli mamy dzisiaj "Dzień Jabłka", co odkryłam zaglądając na forum CinCin. Zbieg okoliczności jest zupełnie wyjątkowy, bo mnie tego typu okazje zwykle kulinarnie nie stymulują. Wręcz nienawidzę gotować na zadany temat, czy na żądanie. Nawet gości wolę zapraszać w ostatniej chwili, żeby było spontanicznie, bo wtedy i pomysły mam lepsze i dużo szybciej mi one przychodzą do głowy. Gdy umówię ze znajomymi kolację tak z tydzień wcześniej, to trwonię czas na bezproduktywne przeglądanie czasopism i książek w poszukiwaniu odpowiednich przepisów (i wszystkie wydają się być nieodpowiednie na daną okazję, a tych właściwych za nic w świecie nie mogę znaleźć). Nachodzą mnie też czarne wizje, że wybrane potrawy będą jedną wielką klapą.

Tak się jednak złożyło, że od kilku dni jestem w "szale przetworowym" i akurat dnia 28 września padło na jabłkową marmoladę. Mogłam więc fuksem dołączyć do świętujących. Szykuję ją już 3 rok z kolei i za każdym razem muszę produkować jej coraz więcej. Jak widać po przepisie, dodatek cukru jest tu właściwie symboliczny - wystarczą suszone morele, słodycz samych jabłek i soku z pomarańczy.

Ja jej jeszcze nigdy nie przygotowywałam do słoików, jakoś mi wygodniej przechowywać ją przez kilka dni w lodówce, a większe ilości mrozić. Ale oczywiście można ją zwyczajnie zapasteryzować. Ta marmolada jest świetna jako nadzienie do szarlotki (takiej np. jak ta na powyższym zdjęciu), na jedną dużą blaszkę zużywam wtedy podwójną jej porcję. Lubimy ją również w naleśnikach i do smarowania na słodkim śniadaniowym chlebie lub bułeczkach. Ale chyba najsmaczniejsza jest z lekko przyrumienionymi w tosterze domowymi bagels.

Marmolada jabłkowa z cytrusami i morelami

1,5 kg kwaśnych jabłek

200g suszonych moreli pokrojonych w kostkę

skórka z 1 cytryny

sok z 2 cytryn

skórka i sok z 1 dużej pomarańczy

3 łyżki jasnego brązowego cukru

1 łyżeczka mielonego cynamonu


Jabłka obieramy i kroimy na plasterki. Wkładamy do dużego garnka, skrapiamy sokiem z cytryny i pomarańczy, posypujemy startą z cytrusów skórką, cukrem i cynamonem. Wrzucamy morele. Dusimy na małym ogniu, aż jabłka i morele zmiękną i zaczną lekko się rozpadać.
Marmoladę podzieloną na porcje możemy przechowywać kilka dni w lodówce, zamrozić lub pasteryzować do słoików.

czwartek, września 27, 2007

Krewetki w tajskim stylu

Jak już tu wspominałam kuchnię tajską znam niestety jedynie teoretycznie i jeszcze z wizyt w restauracjach. Bywający w tamtych stronach znajomi (hej, hej Agnieszko i Witku :) ), generalnie mieli bardzo pozytywne wrażenia co do kuchni w oryginale. Z negatywów wspominali jedynie, że czasami stopień pikantności dań bywa trudny do akceptacji.

Ja przyznam się, że również miewałam z tym problemy tyle, że rozkoszując się autentyczną kuchnią meksykańską. Czasem potrawy były tam do tego stopnia "hot", że uniemożliwiało mi to rozkoszowanie się innymi składnikami dania poza chili. Prawdę mówiąc, wszechogarniające pieczenie w jamie ustnej niezwykle mi utrudnia odbiór innych niuansów smakowych. Nie myślcie tylko, że ja lubię mdłe potrawy. Myślę, że jak na przeciętne polskie, a zwłaszcza portugalskie gusta, to dopuszczam w daniach całkiem dużą dawkę kapsaicyny. :) Gdy sama gotuję, nauczona doświadczeniem, dozuję jednak te wszystkie chili, pieprze kajeńskie i piri-piri stopniowo, żeby nie zdominowały potrawy.

W moim dzisiejszym tajskim daniu z pewnością będzie można docenić bogactwo składników, bo chili to tutaj tylko jeden z wielu dodatków. Jest to rodzaj dania, którego proporcje uwielbiam: tylko trochę owoców morza i mnóstwo warzyw. Jak to w kuchni Azjatów - najbardziej czasochłonne jest krojenie. Późniejsza obróbka cieplna idzie migiem. Przepis już od dawna jest w moim komputerze w pliku o nazwie "tajskie owoce morza". Oryginalnego źródła nie pomnę, zresztą tyle razy już go modyfikowałam, że mogę chyba traktować, jako własne przepisowe "dziecko".

Tajskie krewetki ze szparagami i kukurydzą

2 łyżki oleju arachidowego
3 ząbki czosnku drobno posiekane
200 g zielonych szparagów, pokrojonych w 3 cm kawałki
125g miniaturowych kolb kukurydzy
1 łyżka ciemnego sosu sojowego
4 łyżki bulionu warzywnego
1 dojrzały pomidor posiekany w drobną kostkę
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
150g średniej wielkości krewetek, obranych ze skorupek
1 duża marchewka pokrojona w zapałkę
2,5cm korzeń świeżego imbiru, obrany i drobno posiekany w zapałkę
1/2 łyżeczki sproszkowanej papryczki chili
100g świeżego szpinaku

Rozgrzać olej w woku lub na zwykłej patelni. Podsmażyć czosnek i imbir, aż będą złociste, dodać kawałki szparagów (ale nie czubki ! te zachować na później), marchewkę i kukurydzę. Smażyć przez 2-3 min. Wrzucić czubki szparagów, krewetki i chili i smażyć jeszcze 2 min. Dodać sos sojowy, bulion i pomidora. Teraz dolać rozmieszaną w wodzie mąkę ziemniaczaną i ogrzewać do zgęstnienia. Na koniec wrzucić szpinak i smażyć jeszcze przez 1 min. Natychmiast podawać.

niedziela, września 23, 2007

Panna cotta z białą czekoladą i bursztynowym sosem z maracuji



Maracuja, inaczej nazywana owocem pasji, to jeszcze jeden dla Polaka egzotyczny owoc, który tu w Portugalii rośnie w przydomowych ogródkach. Nikt się nim specjalnie nie emocjonuje, zrywa się go z pnącej roślinki, przekrawa na pół i łyżeczką wyjada przyjemnie kwaskowaty miąższ razem z ziarenkami. O sekrecie wyboru najlepszych i najbardziej dojrzałych owoców pasji również dowiedziałam się dopiero tutaj. Otóż należy zerwać z pnącej się tu gdzie popadnie rośliny (lub wybrać ze stosu owoców w jakiejś pobliskiej frutaria) najbrzydszy wizualnie okaz - pomarszczony i ciemny, taki właśnie, jaki szerokim łukiem omijałam w działach z egzotycznymi owocami w Polsce. Tylko takie brzydale są odpowiednio dojrzałe i słodkie. Jeśli wybierzemy śliczniutki i gładki jasnoczerwony okaz możemy być pewni, że będzie niedojrzały i jego cierpkość wykręci nam usta i pozostawi nieprzyjemny posmak na języku.




Tajemnicę więc już znacie, teraz wystarczy wybrać odpowiednie owoce i zabrać się do przygotowania panna cotta z sosem z owoców maracuji. W tym przypadku co prawda nie trzeba szukać na straganie tych najbrzydszych kaczątek , dodatek słodkiego wina i cukru skompensuje nieco mniejszą dojrzałość owoców (takie są właśnie te na moim zdjęciu - tuż przed doskonałością). Przepis znalazłam w zasługującej w pełni na swój tytuł książce "The Wicked Sweet Indulgences". Po swojemu jedynie przygotowałam żelatynę i "sportugalszczyłam" recepturę, używając swojskiego słodkiego białego wina moscatel (moje to było Favaios, czyli moscatel z pobliskiego regionu Douro), a nie obłędnie drogiego francuskiego Sauternes. Myślę, że przepisowi to nie wyszło na złe.

Przed konsumpcją proponuję wymazać z pamięci tabele kaloryczne i z pełną świadomością grzechu włożyć do ust łyżeczkę jedwabistej panna cotta, oblanej kwaskowatym winnym sosem z owoców pasji.



Panna cotta z bia
łą czekoladą i sosem z maracui


6 porcji

300ml śmietanki kremówki 30%
150g białej kulinarnej czekolady, pokruszonej
75g cukru
2 łyżeczki żelatyny
2 łyżki wody
1 łyżka mleka
1/2 szkl miąższu z owoców maracuja (ok. 5-6 owoców)
1 szkl słodkiego białego wina (moscatel lub typu sauternes)

Śmietankę z czekoladą i 2 łyżkami cukru podgrzewać na małym ogniu, nie dopuszczając do zagotowania, aż się składniki rozpuszczą. Żelatynę zalać wodą i zostawić do napęcznienia. Dodać 1 łyżkę mleka i wstawić szklankę do rondelka z gorącą wodą, mieszając aż się rozpuści. Można dodać kilka łyżek gorącej masy śmietankowo-czekoladowej, co przyspieszy rozpuszczanie żelatyny.

Wlewamy żelatynę do śmietany z czekoladą i dokładnie mieszamy. Przelewamy masę do natłuszczonych foremek o pojemności ok.1/2 szkl. Zostawiamy do ostudzenia i wstawiamy do lodówki do stężenia. W międzyczasie przygotowujemy sos z maracui. Miąższ, razem z winem i pozostałym cukrem mieszamy w rondelku, doprowadzamy do wrzenia i odparowujemy do ok. 1/3 objętości (przez ok. 15min). Zostawiamy do ochłodzenia.

Podajemy deser schłodzony, polany syropem z maracui.

środa, września 19, 2007

Pieczony kurczak w miodowo-limonkowym sosie BBQ


Od wczoraj miałam straszną chrapkę na pieczonego, pięknie zrumienionego kurczaka. W Portugalii w wielu miejscach można kupić pieczone na ulicy na węglowych grillach rozpłaszczone kurczaki. Myśmy mieli swoje ulubione miejsce na rynku w nadrzecznej dzielnicy Afurada, od czasów jak Lukasz chodził tam na religię do pobliskiego kościoła przygotowując się do I Komunii. Niestety rynek zlikwidowano, a z nim zniknęły te doskonałe kurczaki ze złocista i chrupiącą skórką, do których jeszcze serwowano trochę sosu "picante"i wspaniałe maleńkie, pieczone ziemniaczki.

Ponieważ szczęśliwie pogoda nadal dopisuje postanowiliśmy spróbować odtworzyć ten "uliczny smak" i upiec kurczaka na ogrodowym grillu. Nasz ogród to raczej miniaturka, ale wystarczy dla zapracowanych mieszczuchów, chcących wyciągnąć się na leżaku na słońcu, zjeść śniadanie pod palmą (a nawet dwoma, druga to juka co prawda, ale wygląd ma jak najbardziej palmowaty ;) ), czy tak jak dzisiaj wrzucić coś na ruszt i schrupać to potem na powietrzu. Jak ja uwielbiam jeść na dworze - etykieta prawie że nie obowiązuje - wszystko może kapać, pryskać, chlapać, a my tylko ze smakiem i swobodą oblizujemy paluchy.

Kurczak jest z rejonów, gdzie na powietrzu jada się okrągły rok. Wyszperałam go u Anyi von Bremzen w hołubionej przeze mnie od jakiegoś czasu książce "Terrific Pacific". Jest niezwykle prosty i szybki w przygotowaniu. Marynatę robi się migiem, warto tylko pomyśleć o grillowych planach dzień wcześniej wtedy wkładamy zamarynowanego kurczaka na noc do lodówki, gdzie smaki nam się pięknie przegryzają. Następnego dnia tylko rozpalamy nasz grill, w międzyczasie szykujemy jakąś smakowitą sałatkę i już możemy się relaksować przy chrupiącym ptaszysku.

Pieczony kurczak w miodowo-limonkowym sosie BBQ

1 kurczak o wadze 1,5-2kg (najlepiej przeciąć go wzdłuż mostka i rozpłaszczyć)
sól do smaku

Marynata:
1/4 szkl ketchupu
skórka starta z 1 limonki
1/4 szkl soku z limonki
1 i 1/2 łyżki miodu
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
4 duże ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
2 i 1/2 łyżki startego świeżego imbiru

Mieszamy składniki marynaty. Kurczaka dokładnie osuszamy papierowymi ręcznikami. Jeśli będziemy piekli go na grillu lepiej przeciąć go wzdłuż mostka i rozpłaszczyć. Nacieramy wewnątrz i na zewnątrz solą. Układamy w płaskim naczyniu i pędzlujemy częścią marynaty. Szczelnie przykrywamy i zostawiamy w lodówce na min. 6 godz., a najlepiej na całą noc.
Pieczemy kurczaka w piekarniku nagrzanym do 215ºC lub na grillu (wtedy koniecznie go rozpłaszczcie, o wiele lepiej się piecze), smarując kilkakrotnie marynatą w czasie pieczenia. Jeżeli pieczemy w piekarniku i zostanie nam trochę marynaty, to warto pod koniec pieczenia dodać ją do brytfanny. Kurczak jest gotowy gdy po ukłuciu widelcem wypływa z niego przezroczysty sok.

niedziela, września 16, 2007

Tian - prowansalska zapiekanka warzywna


Niepisana zasada, odnośnie głównych posiłków w naszym domu, brzmi tak:
2x w tygodniu mięso,
2x w tygodniu ryba,
a w pozostałe 3 dni - dania wegetariańskie (w tym raz koniecznie coś z roślin strączkowych).

Zasada obowiązuje wtedy, gdy chce mi się planować posiłki, tzn. od przypadku do przypadku, niestety . Ale że dzisiaj jestem w fazie porządnickiej i wypada dzień wegetariański, postanowiłam, że będzie tian.

Po dziwną nazwą kryje się prosta francuska zapiekanka z pokrojonych w plasterki warzyw, ułożonych w schludne rządki w naczyniu do zapiekania. Ja użyłam tych najbardziej typowych dla tianu - cukinii, pomidorów i ziemniaków. Papryka jest już trochę autorskim dodatkiem, choć przy tego typu potrawach wszystkie chwyty są dozwolone. Możecie dobierać sobie zestawy warzyw w/g własnej fantazji i smakowych upodobań. Wyszła z tego całkiem smaczna i lekka kolacja, jak znalazł na mające się niedługo ku końcowi (przynajmniej kalendarzowo) lato.

Tian - prowansalska zapiekanka warzywna

2 łyżki oliwy extra virgin
6 średnich ziemniaków ugotowanych w mundurkach, obranych i pokrojonych w plastry
3 średnie cukinie pokrojone w plastry
6 pomidorów, bez skórki, pokrojonych w plastry
1 papryka pokrojona w paski
sól i pieprz do smaku
1 łyżka świeżego tymianku
1 łyżeczka suszonych ziół prowansalskich
2 ząbki czosnku przepuszczone przez praskę
150g twardego sera żółtego, startego na drobnej tarce

Nagrzewamy piekarnik do 200ºC. Jedną łyżeczką oliwy smarujemy naczynie żaroodporne. Układamy warstwami naprzemiennie wszystkie warzywa. Zioła i czosnek mieszamy z resztą oliwy i polewamy nią tian. Posypujemy obficie startym serem. Pieczemy do miękkości warzyw i zrumienienia wierzchu ok. 35-40 min.

środa, września 12, 2007

Friands z nektarynkami


Przepadam za friands. To nie pierwszy przepis na nie, który tu podaję i na pewno nie ostatni. Te małe ciasteczka o francuskim rodowodzie, nazywane też czasem financiers, urzekają mnie swoją konsystencją. Uwielbiam, że są takie chrupiąco-kleiste. Oprócz tego uwodząca jest łatwość ich wykonania i jeszcze jedno - poczucie, że jest się zapobiegliwą i oszczędną panią domu. Skąd znowu to ostatnie, zapytacie? Otóż do friands wykorzystuje się same białka, a tych - ja przynajmniej - jakimś dziwnym sposobem mam zachomikowane dziesiątki w zamrażarce. Okazuje się, że oprócz nieśmiertelnych bezów jeszcze do czegoś smakowitego się nadają (ach uwaga, nie zapominajmy o makaronikach, one też są grzechu warte!). Dzisiejsza wersja friands, z dodatkiem dużej szczypty cynamonu i soczystych owoców, jest jak znalazł na późne lato (przynajmniej u nas temperatury wskazują na to, że ta miła pora roku jeszcze trochę potrwa) lub wczesną jesień. Świetnie sprawdzają się nektarynki, śliwki (one były w oryginalnym przepisie) lub brzoskwinie.

Wiem, że będzie nudne, jak powiem, że przepis pochodzi z "Café cakes" (seria "Australian Women's Weekly"), ale taka jest rzeczywistość. Nie mogę się od tych książeczek oderwać. Pełne są takiej prostej inspiracji na każdy powszedni dzień, co w sumie chyba najczęściej się człowiekowi przydaje. No i oczywiście zdjęcia są takie, że tylko resztki zdrowego rozsądku wstrzymują mnie od konsumpcji papieru, na którym są wydrukowane.

Właśnie w Australii - poza Francją skąd pochodzą - friands są bardzo popularne. Ponoć są w repertuarze każdej szanującej się kafejki. Australijczycy puszczają wodze cukierniczej wyobraźni i nie boją się żadnych dodatków, zwłaszcza owoce królują we friands z Antypodów. Jeszcze jedną różnicą jest rodzaj foremek - Francuzi wolą klasyczne sztabki (wtedy lepiej pasuje do ciastek nazwa "financiers" - finansiści), a Australijczycy coś w rodzaju niewielkich i owalnych foremek do mufinek.


Friands z nektarynkami

2 nektarynki lub kilka śliwek
185g stopionego masła*
125g (ok. 1 szkl) zmielonych na pył migdałów
6 białek, lekko ubitych
240g (1 i 1/2 szkl) cukru pudru
75g (1/2 szkl ) mąki
1 i 1/2 łyżeczki cynamonu

Nagrzewamy piekarnik do 190ºC. Nektarynki lub śliwki kroimy w półplasterki. Białka ubijamy leciutko z cukrem pudrem (mają się jedynie odrobinę spienić). Mieszamy ze sobą migdały, mąkę, cynamon i masło, dodajemy białka z cukrem i mieszamy łyżką, aż składniki się połączą. Nakładamy masę do przygotowanych (natłuszczonych i wysypanych bułką tartą) małych mufinkowych foremek lub specjalnych foremek do friands. Do każdej z foremek wkładamy 2-3 plasterki nektarynki. Pieczemy przez ok. 25 min, zostawiamy do wystygnięcia w foremkach jeszcze na 5 min. Wyjmujemy z foremek i studzimy na siatce.

* ideałem jest zastosowanie "beurre noissette", czyli tzw. brązowego masła. Otrzymamy je przez roztopienie masła na maleńkim ogniu i dalsze podgrzewanie, aż to co opadnie na dno zrumieni się lekko, a sam maślany tłuszcz zacznie pachnieć orzechowo. Przypomina to w sumie trochę przygotowanie hinduskiego ghee.

niedziela, września 09, 2007

Banalnie, czyli nasz chleb powszedni



Chyba każda osoba piekąca w domu chleb ma taki przepis, który może robić z zamkniętymi oczami. Wtedy, gdy jest zmęczona, nie chce jej się myśleć, szukać przepisów, ryzykować porażki. Jest to zwykle prosty chleb lubiany przez całą rodzinę, dostosowany idealnie do gustu domowników. I ja mam taki przepis, który już setki razy pozwolił mi na wyjęcie z piekarnika pachnących i chrupiących bochenków, nigdy jakoś się nam nie nudzących. Zauważcie, że mówi to osoba chorobliwie lubiąca wypróbowywać nowe przepisy... czasem jednak jak widać zdarzają się wyjątki od reguły, zresztą uwielbienie nowości nie musi oznaczać, że nie ma się żelaznego repertuaru sprawdzonych przepisów. Ten chleb ma w sobie wszystko co lubimy, jest niezwykle prosty w wykonaniu i niezbyt czasochłonny.

Przepis jest już bardzo stary, właściwie jest ze mną od początku mojej przygody z pieczeniem chleba. Był wielokrotnie modyfikowany, żeby idealnie spełniał wszystkie nasze wymagania. A jakie te wymagania są? Otóż nasz chleb musi być:
- nieduży i foremkowy, jakoś ten kształt jest u nas do kanapek najbardziej ulubiony
- na zakwasie i obowiązkowo z czarnuszką (naszą ukochaną przyprawą do pieczywa)
- miąższ musi mieć sprężysty, ale nie gliniasty, dziurki nieduże i równomiernie rozłożone
- koniecznie ma mieć pełno zdrowych ziarenek i nasionek (to już jest trochę wymuszone przeze
mnie, ale w pełni akceptowane przez resztę rodziny; zresztą dzięki tym dodatkom chleb może
nosić szumną nazwę "zdrowy")
- i co dość oczywiste - ma być przy nim jak najmniej zachodu, nie może sprawiać problemów w
wykonaniu, ani żadnych niemiłych niespodzianek.

Żeby sobie ułatwić życie, raz na jakiś czas robię sobie na zapas cały słój mieszanki "zdrowych dodatków" potrzebnych do produkcji tego chleba. Potem tylko odmierzam żądaną ilość i nie muszę biegać po kuchni, szukając a to płatków owsianych, a to znowu siemienia, czy sezamu.



Zdrowy chleb powszedni

2 keksówki o wymiarach 11x20cm

1 szkl letniej wody źródlanej
1/2 szkl maślanki (lub więcej wody zamiast niej)
75g zakwasu żytniego

230g mąki pszennej
70g białej mąki żytniej
150g mąki pszennej razowej
1 łyżka glutenu (niekoniecznie)
1 łyżeczka suszonych drożdży
1 i 1/3 łyżeczki soli

Zdrowe dodatki:
1/4 szkl otrębów (najlepiej mieszanych z 4 zbóż)
1/4 szkl pestek słonecznika
1/4 szkl pestek dyni
1 łyżka sezamu
2 łyżki siemienia lnianego (ja mieszam jasne i ciemne)
3 łyżki drobnych płatków owsianych
1 łyżeczka nasion lucerny
1 łyżeczka czarnuszki
1/2 łyżeczki kminku

masło lub oliwa w spray'u i otręby pszenne do wysypania foremek
mak do posypania wierzchu

Dodajemy składniki (oprócz "zdrowych dodatków") do maszyny do chleba w/g instrukcji (u mnie najpierw płynne, potem suche). Nastawiamy na program "Dough". W drugiej połowie wyrabiania dosypujemy zdrowe dodatki. Ciasto nie utworzy kuli w maszynie, będzie dość ciężkie i będzie się przyklejać do dna i ścianek w czasie wyrabiania. Po zakończeniu wyrabiania pozostawiamy ciasto chlebowe w maszynie do wyrośnięcia do zakończenia programu i podwojenia objętości (u mnie to trwa ok. 1 godz).

Ciasto lekko odgazowujemy i przekładamy do natłuszczonych i wysypanych otrębami foremek. Posypujemy makiem, lekko dociskając go do ciasta. Przykrywamy foremki natłuszczoną przeźroczystą folią i zostawiamy do wyrośnięcia (ok. 40 min). W tym czasie nagrzewamy piekarnik z kamieniem do pieczenia w środku (ustawionym na dolnej półce) do 200ºC.

Pieczemy chleb przez ok. 50 min, spryskując go wodą (zraszaczem do kwiatów ;) ) zaraz po włożeniu do pieca i drugi raz po minucie. Ja jeszcze wlewam trochę wrzątku na blaszkę ustawioną po kamieniem na dnie piekarnika. Chleb jest gotowy, gdy postukany w spód wydaje pusty odgłos.

środa, września 05, 2007

Sernik makowy w paski



Czy nie wydaje Wam się, że sernik i makowiec walczą o zaszczytny tytuł najbardziej tradycyjnego polskiego ciasta? I nie mówię tu o rodowodzie, bo inne nacje też te wypieki znają, ale o tym co nam się wydaje klasyką polskiego cukiernictwa. Ja przynajmniej bardzo patriotycznie oba te ciasta kojarzę. A i w polskich cukierniach nigdy ich nie brakuje, nęcą łasuchów na każdym rogu .

A gdyby tak połączyć mak i ser w jednym cieście? Przeważa ser, stąd miano sernik. Mak jest tylko dodatkiem do masy serowej. Spodobały mi się naprzemienne ciemne i jasne warstwy robiące wrażenie tortu. Dodatek mascarpone sprawia, że sernik jest bardzo gładki i puszysty, a jednocześnie kaszka manna pozwala zachować prawidłową sernikową konsystencję, mimo użycia serka homogenizowanego. Mi szczególnie przypadły do gustu makowe warstwy mieszane z masą serową, jeszcze nigdy nie udało mi się skosztować tak delikatnego i kremowego maku.Tym prostym sposobem mamy 2 klasyczne ciasta w jednym, a jednocześnie trochę inne podejście do cukierniczej tradycji.



Pasiasty sernik makowy

tortownica o średnicy 24cm

Kruche ciasto:
250g mąki
75g drobnego cukru
125g zimnego masła pokrojonego w kostkę
1 jajko

Masa:
125g masła w temperaturze pokojowej
200g drobnego cukru (z czego 50g idzie do białek)*
4 jajka rozdzielone na białka i żółtka
250g serka mascarpone
1kg serka homogenizowanego 20%
2 łyżki soku z cytryny
6 łyżek kaszy mannej
125g maku (zaparzonego mlekiem i 3 krotnie zmielonego)

Kruche ciasto:
Zagniatamy wszystkie składniki na kruche ciasto. Wstawiamy na min. 30 min do lodówki. Rozwałkowujemy ciasto i wylepiamy nim dno i boki tortownicy (do samej góry). Tortownicę owijamy z zewnątrz folią aluminiową i wstawiamy ponownie do lodówki w czasie gdy przygotowujemy masę.

Masa:
Nagrzewamy piekarnik do 175ºC. Miksujemy masło ze 150g cukru na gładką masę. Dodajemy po kolei 4 żółtka nadal miksując. Na najniższych obrotach miksera dodajemy mascarpone, serek, a następnie sok cytrynowy i kaszę manną. W osobnej misce ubijamy białka ze szczyptą soli i 50g cukru na sztywną pianę. Delikatnie łączymy pianę z masą serową. Dzielimy masę na pół i do 1 części dodajemy zmielony mak i ostrożnie mieszamy. Wykładamy masę na kruchy spód warstwami zaczynając od tej z dodatkiem maku. Pieczemy przez 50-60min. Po upieczeniu pozostawiamy sernik do ostygnięcia w lekko uchylonym piekarniku.

*ilość cukru nieco zwiększona, bo były narzekania, że sernik jest nieco zbyt mało słodki, początkowo było 150g :)

niedziela, września 02, 2007

Dzwonka łososia z masłem cytrynowo-imbirowym



Chyba najbardziej lubię łososia w towarzystwie świeżego koperku. Ale że o ten u mnie nie najłatwiej, a i miłość do kulinarnych eksperymentów wciąż trwa postanowiłam dziś wypróbować nowy przepis. Właściwie to szukając czegoś niezawodnego i szybkiego zaczęłam znowu kartkować moje ukochane "The Best American Recipes" i tym razem natknęłam się na przepis dosłownie 5 minutowy.

Właściwie to bardziej sposób na łososia niż przepis. Po prostu przygotowujemy smakowe masełko z dużą ilością dobrze robiącego każdej rybie soku z cytryny. Samego łososia krótko obsmażamy na spryskanej sprayem z oliwą grillowej patelni i voilá już nasze danie ląduje na stole w ekspresowym czasie. Sekretem jest lekkie podgrzanie soku z cytryny, dzięki temu łączy się z masłem tworząc coś w rodzaju puszystego maślanego kremu. Musimy tylko uważać, aby soku cytrynowego nie podgrzać zanadto, żeby nie stopił masła. Autorzy książki polecają krótki "blast"(to słowo już chyba na zawsze będzie mi się kojarzyć z filmem "Star Wars" ;) ) w kuchence mikrofalowej.

Dzwonka łososia z masłem cytrynowo-imbirowym

4 dzwonka łososia
oliwa do smażenia
sól morska i świeżo zmielony pieprz do smaku
1 łyżka soku z cytryny

Masło cytrynowo-imbirowe:
6 łyżek miękkiego masła
2 łyżki świeżo wyciśniętego ciepłego soku z cytryny
2 łyżki świeżo startego korzenia imbiru
2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku

Sok cytrynowy podgrzewamy króciutko (ma być ciepły, ale nie tak, żeby topić masło). Ubijamy z masłem, szczypiorkiem i imbirem. Dzwonka łososia skrapiamy sokiem z cytryny, nacieramy solą i posypujemy pieprzem. Smażymy na patelni grillowej spryskanej oliwą. Podajemy z masłem cytrynowo-imbirowym i ogórkami.