czwartek, czerwca 28, 2007

Sernik purysty


Łukasz właśnie zakończył trwające cały tydzień końcowe egzaminy w szkole (tym samym zakończył edukację w Middle School i od przyszłego roku będzie uczniem Upper School). Z okazji nadspodziewanie dobrych wyników postanowiłam zrobić mu przyjemność i uczcić to jakimś jego ulubionym ciastem. W rachubę wchodziła medalowa trójka: babka gotowana, ciasto bananowe lub sernik.

Stanęło na tym ostatnim. A że w domu miałam ser, co prawda w dużej ilości, ale tylko i wyłącznie homogenizowany, przypomniał mi się nadzwyczajnie prosty przepis. To jest po prostu kwintesencja sernika. Bez spodu, bez bakalii, bez żadnych fikuśnych dodatków - tylko niezbędne składniki z nutką wanilii i skórką cytrynową. Po prostu klasyka, ale z tych lekkich. Sernik dla smakowego purysty, jakim niewątpliwie jest mój syn. W dodatku wygodny do zrobienia dla Polki na obczyźnie. Dostępny tu francuski ser homogenizowany (fromage frais onctueux), w przeciwieństwie do słono-galaretowatego portugalskiego queijo fresco, jest bardzo smaczny - dość gęsty, kremowy, lekko kwaskowaty, do sernika idealny.

Przepis jest ultra-ekspresowy - przygotowanie masy zajmuje nie więcej niż 5-10 min. Potem siup do piekarnika i gotowe. Sernik w czasie pieczenia niewiele rośnie, tym samym po wyjęciu również niewiele opada. Masa jest lekka, trochę "piankowa" w konsystencji. Ponieważ samo ciasto jest tak delikatne smakowo doskonale się czuje w towarzystwie bitej śmietany i świeżych owoców.

Sernik purysty

prostokątna foremka 28x35cm (wtedy sernik jest niziutki 2-3cm wysokości) lub nieco mniejsza

1 kg 20% serka homogenizowanego
5 jaj
225g cukru (1 szkl)
1 i 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
skórka starta z 1 cytryny
50g stopionego masła
40g budyniu waniliowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Ubić jajka z cukrem, dodać masło, ekstrakt waniliowy i skórkę cytrynową. Szpatułką wmieszać do masy jajecznej ser homogenizowany. Przesiać na wierzch masy budyń i mąkę, lekko zmiksować, aż masa będzie gładka. Wlać do formy wyłożonej papierem do pieczenia i piec przez 45-50 min. Pozostawić w uchylonym piekarniku do wystudzenia. Gdy będzie w temperaturze pokojowej wstawić na minimum 2 godz. do lodówki.

niedziela, czerwca 24, 2007

Meksykański indyk w sosie chipotle

Doszłam ostatnio do wniosku, ze tutaj w Portugalii najtrudniej jest chyba odtworzyć oryginalne smaki kuchni meksykańskiej. Wynika to oczywiście z małego wyboru natywnie meksykańskich produktów. Owszem do woli można wybierać w gotowych tortillach, sosach do chili con carne, przyprawach do taco czy fajitas. Ale to niezupełnie są produkty, które mam na myśli próbując gotować autentyczne meksykańskie dania, które szczęśliwie jeszcze pamiętam z naszej podróży na Jukatan. Oprócz papryczek jalapenos, pasków kaktusa nopale i masa harina właściwie nie ma w czym wybierać. A przecież kuchnia ta jest tak kusząca i pełna niuansów smakowych. Wystarczy pomyśleć o całym wachlarzu gatunków papryk, od słodkich i łagodnych, przez lekko tylko szczypiące w język, z dymną nutą, aż do palących podniebienie iście diabelskim ogniem.

Ja z tymi ostatnimi miałam zresztą w Meksyku przygodę. Zobaczyłam w restauracji wielką miskę mieniących się różnymi kolorami zabawnych w kształcie papryk. Ponieważ leżały w całości, w dodatku w dużej ilości, pomyślałam , że nie mogą być przecież nadmiernie pikantne. Nałożyłam kilka na talerz i niewiele się zastanawiając włożyłam jedną całą do ust....To był ogień piekielny, trawiący moje podniebienie, język, a nawet przełyk przez dobre pół godziny. Tak jak i papryczki sama podobno na twarzy mieniłam się całą tęczą kolorów, od białego przez czerwony aż do zielonego. Zdołałam jedynie z trudnością wykrztusić do współbiesiadników "O Jezu, dajcie mi jogurt!!". Trzeba więc być ostrożnym, bo takie może być pierwsze spotkanie z chile habanero.

Chili chipotle, które stanowi "clue" dzisiejszej potrawy, na szczęście nie wywołuje tak drastycznych reakcji. Jest przyjemnie pikantne, o interesującym dymnym smaku. Ja przywiozłam je sobie z podróży do Meksyku marynowane w sosie adobo. Mam jednak dobrą wiadomość dla tych, co nie mają chipotle akurat w spiżarni ani w sklepiku za rogiem - można je z powodzeniem zastąpić (przynajmniej w tej potrawie) średnio pikantną papryką o dymnym smaku. Świetnie się sprawdza zwłaszcza pimentón de la vera, o którym już tu kiedyś pisałam. Myślę, że dobra, ostra węgierska papryka też mu nie będzie w niczym ustępować.

Dzisiejsze danie ma swój rodowód w meksykańskiej prowincji Veracruz. Proponuję przygotować je w większej ilości, bo odgrzane tylko zyskuje na smaku. Najważniejszy jest pięknie pachnący, gładki sos na bazie pomidorów, czosnku i papryki, wzbogacony korzennymi przyprawami. W tym przepisie wybitnie intensyfikującą aromat procedurą jest opiekanie warzyw na grillu lub w piekarniku. Drób możemy wybierać do woli - mogą być to porcje kurczaka albo jak u mnie - wielka, pokrojona są spore kawałki pierś indyka. Sam przepis zaadaptowałam z książki "The best American recipes 2004/2005". Za jej polecenie jestem dozgonnie wdzięczna Ani-Bajaderce.

Meksykański indyk w sosie chipotle z suszonymi śliwkami

12 śliwek suszonych, bez pestek

1 kg pomidorów
2 duże cebule
4 ząbki czosnku (2 nieobrane, 2 obrane i przepuszczone przez praskę)

4 ziarenka czarnego pieprzu
1 goździk
2 papryczki chipotle w sosie adobo (lub 1 łyżeczka ostrej wędzonej papryki)


3 łyżki oleju
1,5 kg pierś indyka pokrojona w spore 5-7cm kawałki (lub porcje kurczaka)
2 i 1/2 szkl bulionu drobiowego
1 laska cynamonu

sól do smaku

Zalewamy 2 śliwki wrzątkiem, odstawiamy na 15 min, a następnie odsączamy. Rozgrzewamy grill (ogrodowy lub w piekarniku). Na wyłożonej folią aluminiową blaszce układamy całe pomidory i obrane, przekrojone na pól cebule i rumienimy je ze wszystkich stron. Pomidorom wystarcza z 8-10min, cebule muszą się opiekać co najmniej kwadrans. Rumienimy nieobrane ząbki czosnku na suchej rozgrzanej patelni (mają pojawić się na skórce czarne plamki). Zdejmujemy z ognia i obieramy. Pomidory wyjmujemy z piekarnika, obieramy ze skórki i wycinamy twarde środki. Kroimy je razem z cebulami na większe kawałki. Ziarenka pieprzu i goździk tłuczemy w moździerzu. W blenderze dokładnie i dość długo miksujemy pomidory (z sokiem, który z nich wypłynął), cebulę, zrumienione ząbki czosnku i surowe przeciśnięte przez praskę, pieprz z goździkiem, papryki chipotle i 2 namoczone śliwki. Otrzymany sos przecieramy przez sito.

Rozgrzewamy 2 łyżki oleju na dużej patelni i osmażamy na nim porcje kurczaka lub indyka, aż do zrumienienia. Zdejmujemy z patelni i trzymamy w cieple.
Rozgrzewamy pozostałą 1 łyżkę oleju i wlewamy na patelnię odrobinę sosu pomidorowego, jeśli będzie intensywnie skwierczeć powoli dodajemy resztę. Jesli nie - mocniej rozgrzewamy patelnię. Smażymy ok. 5 min. Dodajemy 1/2 szkl bulionu. Doprowadzamy do wrzenia, zmniejszamy ogień i gotujemy na odkrytej patelni lekko perkoczący sos, stale mieszając, aż będzie gęsty i pachnący przez ok. 15 min.

Dodajemy kawałki indyka, pozostałe śliwki, laskę cynamonu i resztę bulionu. Dusimy przez 20-30 min, aż mięso będzie miękkie. Wyjmujemy laskę cynamonu i podajemy gorące, najlepiej z ryżem.

środa, czerwca 20, 2007

Velouté z zielonych szparagów z ryżem


Dzisiaj będzie tu dość nietypowy wpis. Dotychczas nie krytykowałam tu gotowanych przez siebie dań. Jednak skoro w kuchni tak jak i w życiu zdarzają się każdemu małe lub większe wpadki, dzisiaj będzie parę słów o przepisie, który mnie niesłychanie zirytował. Nie żeby ta francuska zupa znaleziona w notabene interesującym blogu C'est moi qui l'ai faite była niesmaczna. Nie, nie, nie - ona jest bardzo dobra, o delikatnej konsystencji i czystym smaku, bardzo francuska. I w tej francuskości cały szkopuł.
Ja nigdy nie byłam entuzjastka tamtejszej "haute cuisine". Owszem podziwiałam wykwintne składniki, wyszukany sposób podania, ale niespecjalnie pociągało mnie pracochłonne przygotowywanie tych potraw w domu. W restauracji jak najbardziej jem te dania z przyjemnością, ale w domowych pieleszach preferuję rustykalną kuchnię francuskiej prowincji, z Prowansją na czele lub znakomite potrawy rodem z paryskiego bistro.

Dzisiaj jednak skusiłam się na szparagową velouté, która wydawała się łatwa w przygotowaniu. I tu się nie pomyliłam - nie jest ona "proceduralnie" skomplikowana. W czym więc tkwi problem, który anonsowałam już na początku posta? No cóż - powiem wprost- odkąd gotuję, nie pamiętam, żebym taką ilość naczyń i innych utensyliów użyła do przygotowania jednej potrawy. Rany boskie - garnki, rondelki, sitka do przecierania, pojemniki od blendera wypełniły mi bez mała cały zlewozmywak. W dodatku miało to miejsce w czasie przygotowania zupy, która poza szparagami ma całkiem znikomą ilość składników !!! I to mnie właśnie w kuchni francuskiej najbardziej irytuje i zniechęca - to podsmaż, tamto zblanszuj, potem jeszcze trzeba trochę "sautée" czy "deglaze". A przy każdym z tych kroków góra zmywania niepokojąco zbliża się do wysokości Mont Blanc. W dodatku w efekcie tych wszystkich zabiegów mamy zupę, która wizualnie się wcale jakoś szczególnie nie prezentuje.
Dość tych narzekań! Oto moja lekko zmodyfikowana wersja wykwintnego smakowo przepisu dla mających dość nietypowe hobby, mianowicie dla osób lubiących zmywać:

Velouté z zielonych szparagów z ryżem

1 kg zielonych szparagów (mniej więcej 2 pęczki)
1 posiekana cebula
¾ l bulionu drobiowego lub warzywnego
1 łyżka masła
200 g ryżu ugotowanego (lub 1/3 tej wagi surowego do ugotowania na sypko)
15o ml płynnej śmietanki
sól i świeżo zmielony pieprz do smaku

Ucinamy 5 centymetrowe czubki szparagów i blanszujemy przez 4 min w gotującej się osolonej wodzie. Odsączamy i natychmiast wrzucamy do naczynia z lodowato zimną wodą. Ponownie odsączamy. Resztę szparagów kroimy na 4cm kawałki. Szklimy cebulę na maśle, dodajemy nieugotowane szparagi, lekko podsmażamy. Wlewamy bulion i zagotowujemy. Zmniejszamy ogień i gotujemy do miękkości. Miksujemy zupę (najlepiej w blenderze i to dość długo) i dokładnie przecieramy przez sitko (chodzi o to, że nawet po zmiksowaniu mogą być w zupie szparagowe włókienka, a my chcemy się ich zupełnie pozbyć). Dodajemy śmietankę, doprawiamy solą i pieprzem i podgrzewamy zupę. Przed podaniem dodajemy ryż i ozdabiamy czubkami szparagów.

niedziela, czerwca 17, 2007

Malinowy "fool" z wodą różaną

Od dłuższego czasu stała u mnie w spiżarni buteleczka wody różanej, zakupiona w Londynie w jakimś sklepie z orientalnymi specjałami. Nie miałam specjalnie dużo pomysłów na jej wykorzystanie. Jak ją kupowałam to wydawała mi się niezbędnie potrzebna, miałam wrażenie, że musiałam zrezygnować w przeszłości z miliona bliskowschodnich i arabskich deserów, do których była konieczna. To mój typowy syndrom - muszę coś mieć, koniecznie, absolutnie, niezbędnie. A jak już mam, to idzie w odstawkę, z myślą, a kiedyś tam do czegoś się wykorzysta. I tak stoi... Potem nagle wpada w oczy jakiś przepis i olśnienie - przecież ja mam tę wodę różaną i prawie jej nie używam.

Tak było i dzisiaj - potrzebowałam takiego deseru na ostatnia minutę , co to się "rach-ciach" przygotowuje. Obiad był jednodaniowy - prosta sycąca zapiekanka i jakoś tak było mu potrzeba tej słodkiej kropki nad "i". Mam już kilka sprawdzonych książek, w których szukam ratunku w takich sytuacjach, a ostatnio ich lista poszerzyła się o maleńką książeczkę z przepisami z angielskiego miesięcznika "Olive", o której już w tym blogu wspominałam też przy deserowej okazji. I tym razem się na niej nie zawiodłam.

"Fool" jak to "fool", skomplikowany by nie może, na co już sama nazwa wskazuje. Mimo narzucających się prostych skojarzeń, nazwa tego brytyjskiego deseru pochodzi od francuskiego foulé, co oznacza w wolnym tłumaczeniu zmiażdżony i odnosi się do rozdrabniania owoców, będącego tu podstawową techniką wykonania.
Deser ten ma 2 podstawowe składniki: wspomniane już owoce, najczęściej jagodowe i świeżą śmietanę. Oczywiście wariacji na temat jest mnóstwo. Mój dzisiejszy "fool" na przykład oprócz śmietany zawiera gęsty grecki jogurt, a owoce są tu miksowane, a nie miażdżone.
Robi się go ekspresowo i smakuje wybornie. A połączenie smaku malin z wodą różaną zajmuje dzisiaj na mojej kulinarnej liście przebojów zaszczytne pierwsze miejsce.

Malinowy "fool" z wodą różaną

150g malin
150g jogurtu greckiego
1 łyżeczka wody różanej
2 łyżki cukru
200ml śmietany kremówki
maliny do przybrania

Miksujemy w blenderze maliny z jogurtem, wodą różaną i 1 łyżką cukru. Śmietanę ubijamy na sztywno z pozostałą łyżką cukru. Nadal ubijając dodajemy owoce z jogurtem. Nakładamy do pucharków lub kieliszków. Dekorujemy malinami. Schładzamy w lodówce.

środa, czerwca 13, 2007

Polędwiczki wieprzowe w orientalnej marynacie

Wieprzowina w Portugalii nie rzuca na kolana, z jednym wyjątkiem - specjalnego gatunku świnek z Półwyspu Iberyskiego, nazywanych zresztą nomen omen - porco ibérico. Jest to to samo zwierzątko, które jest dostarczycielem mięsa do wyrobu hiszpańskiego jamon czy portugalskiego presunto - suszonych, wędzonych szynek, sprzedawanych zazwyczaj pod postacią wielkich świńskich nóg. Są tu nawet specjalne urządzenia do krojenia tej wędliny, której plasterki muszą być papierowo cienkie. Rzeczywiście muszą, bo inaczej będziemy tą szynkę zmuszeni bardzo długo żuć. Co do świnek - to je się pasie, jak owce, zazwyczaj w interiorze Portugalii (głównie w regionie Alentejo) i oczywiście w Hiszpanii. Jadają one żołędzie i to nie byle jakie - gustują głównie w tych z dębów korkowych. Tu jest zdjęcie porcos ibericos i parę słów o ich hodowli.

Wielokrotnie już piekłam schab z tego gatunku wieprzowiny i muszę przyznać, że wychodzi wprost fenomenalnie soczysty. Niedawno udało mi się zdobyć również wieprzowe polędwiczki i postanowiłam je przygotować w prosty sposób, żeby zbytnio nie zagłuszyć doskonałego smaku samego porco iberico. Zostawiłam je na całą noc w nieco orientalnej marynacie. A na następny dzień upiekłam w rękawie foliowym. Ja ostatnio bez tego rękawa żyć nie mogę i bez niego już prawie że mięs nie piekę, tak sobie tę metodę upodobałam (przede wszystkim ze względu na łatwość przygotowania potraw i fenomenalny moim zdaniem efekt, jaki ten sposób pieczenia zapewnia).

Polędwiczki wieprzowe w orientalnej marynacie

2 polędwiczki wieprzowe po ok. 300g każda


Marynata:

1/4 szkl sosu sojowego

2 łyżki wytrawnego sherry

1 łyżeczka brązowego cukru

1 łyżka ciemnego miodu

1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej

2 drobno posiekane ząbki czosnku

1 cebula grubo posiekana


Mieszamy ze sobą wszystkie składniki marynaty. Wkładamy polędwiczki do płaskiego szklanego naczynia i zalewamy marynatą. Przykrywamy szczelnie przezroczystą folią. Mięso zostawiamy w marynacie na min. 4 godz lub na całą noc w lodówce.

Razem z marynatą wkładamy mięso do rękawa do pieczenia i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190ºC na ok. 40min. Kroimy w plastry pod skosem i podajemy z warzywami.

niedziela, czerwca 10, 2007

Ciasto ucierane z mąką razową i owocami



To będzie historia o niepowodzeniach, desperacji i wreszcie o uwieńczonych sukcesem długotrwałych poszukiwaniach.

Wiele lat byłam przekonana, że niemożliwe jest w przypadku ciast połączenie walorów zdrowotnych ze smakowymi. Mam na myśli zastępowanie w ciastach mało wartościowych, z punktu widzenia odżywczego i dietetycznego, składników na te bogate w witaminy, mikroelementy czy chociażby błonnik. Do tego wniosku doszłam po wielu, zakończonych niezmiennie katastrofą, próbach pieczenia ciasta z mąką razową. Bez względu na przepis, ciasta były twarde, zakalcowate albo się diabelnie kruszyły i nieodmiennie lądowały w koszu.

Jednak co chwilę wpadały mi w oczy ryciny z nową piramidą żywieniową i wypisywane wielkimi literami wezwania, do zwiększenia w diecie ilości błonnika, a tym samym zastępowania białej maki tą z pełnego ziarna. Postanowiłam więc dać zdrowym (może uczciwiej byłoby powiedzieć - zdrowszym) wypiekom ostatnią szansę. I tu - eureka !!! W zeszłym roku odkryłam wreszcie dobry przepis na ucierane ciasto z mąką razową. Zgodnie ze wszystkimi zapowiedziami autorki jest po prostu znakomite. Ani śladu zakalca, całkiem lekkie, po prostu doskonałość, zwłaszcza pod owoce. Przepis na ten cud, podała już jakiś czas temu na forum CinCin Tudik, a ja się ciągle i nieodmiennie nim zachwycam. W dodatku nie wiem, co w poprzednich przepisach było źle, a tu jest dobrze, ale co mi tam - ważny jest efekt. Jedno, co wydaje mi się istotne, to użycie dość drobno mielonej razowej mąki pszennej.

Ja położyłam na wierzch świeże morele, ale doskonałe są też truskawki, maliny, wiśnie, jabłka czy śliwki. Zresztą można tu popuścić wodze fantazji.



Razowe ciasto ucierane pod owoce

blaszka 22 x 35cm

150g masła
120g brązowego cukru
4 jajka
4 łyżki mleka
250g mąki pszennej razowej, drobnomielonej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli

Nagrzać piekarnik do 180ºC. Masło, cukier i sól zmiksować na krem. Nadal miksując dodawać jajka i mleko. Następnie wsypywać powoli mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i solą. Ciasto wyłożyć na wysmarowaną masłem i wysypaną bułką tartą blaszkę i ułożyć na nim dowolne owoce. Piec przez ok. 45-55 min, aż wierzch ciasta się zezłoci, a patyczek wbity w środek będzie suchy. Można posypać cukrem pudrem, jeśli użyte owoce są kwaśne.

środa, czerwca 06, 2007

Tajska sałatka z bambusem

Niesłychanie boleję nad tym, że nigdy nie byłam w Tajlandii. To jest smutek nie tylko pożądającego turystycznych wrażeń globtrotera. Wzdycham, jak się pewnie domyślacie, równie mocno do tajskiej kuchni. Mimo, że bywamy w tajskich restauracjach, to zachodzi obawa, potwierdzona zresztą przez bywałych w Azji znajomych, że tak jak w przypadku kuchni chińskiej, również i "tajszczyzna", którą nam w Europie i Ameryce serwują, nie umywa się do oryginału. Ponieważ, jak się nie ma co się lubi..... to jednak do tych restauracji chodzimy, po wcześniejszym upewnieniu się, że szef kuchni jest rzeczywiście rodowitym Tajem.

Drugą opcją jest oczywiście próba odtworzenia tych egzotycznych smaków w domu. Tu nieocenioną pomocą są książki. Przyznam się, z pewnym zażenowaniem, że tych ostatnich na moich półkach nie brakuje. Już sobie nawet solennie kilka razy przyrzekałam, że więcej nic nie kupię na temat w/w kuchni. Szczególnym uznaniem darzę książki Vatcharin'a Bhumichitr'a, a zwłaszcza jedną "Stylish Thai in Minutes".Wszystko w niej jest nie dość, że oryginalne, to jeszcze, jak już tytuł wskazuje, ekspresowe. Ja musiałam trochę przepis po swojemu pozmieniać (tak, tak, wiem, że to nietrzymanie się litery przepisów zakrawa wręcz na obsesję :)). Zmniejszyłam ilość chili i ugotowałam krótko na parze fasolkę, bo jednak propozycja autora jedzenia jej na surowo to dla mnie trochę zbyt odważny pomysł.

Na powyższym zdjęciu widać moje mizerne i nieporadne próby "odgapienia", szczególnie charakterystycznego dla tajskiej kuchni oryginalnego sposobu podawania nawet codziennych potraw. No cóż, powiedzmy uczciwie, że trzeba sobie jeszcze poćwiczyć. ;) Muszę chyba podziękować autorowi, że ze względu na charakter książki, nie pokazał dzieł sztuki wykrawanych z owoców i warzyw, bo wtedy to już bym nie miała żadnych szans. :)

Tajska sałatka z bambusem

110g pędów bambusa, pokrojonych w julienne
2 szalotki

1 duży ząbek czosnku

4 łyżki bulionu warzywnego
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny lub limonki
2 łyżki jasnego sosu sojowego

1 łyżeczka cukru

1/2 łyżeczki papryki chili w proszku
2 łyżeczki podprażonych nasion sezamu
10 liści mięty

1 cebula dymka pokrojona w krążki

2 duże liście kapusty pekińskiej

200g zielonej fasolki ugotowanej na parze (szparagowej lub płaskiej , jeszcze lepiej gdy ktoś ma dostęp do azjatyckich long-yard beans)


Rumienimy na suchej patelni lub na grillu przekrojone na pół szalotki i całe ząbki czosnku. Gdy będą miękkie i mocno zrumienione kroimy je na małe kawałki i ucieramy na pastę w moździerzu (dla wygody można to zrobić w malakserze).
W rondlu zagotowujemy bulion, dodajemy pędy bambusa, pastę czosnkowo-szalotkową, sok cytrynowy, sos sojowy, cukier i chili. Mieszamy i mocno podgrzewamy, zdejmujemy z ognia. Dodajemy sezam, miętę i dymkę. Liście kapusty i fasolkę układamy wokół brzegów talerza, do środka nakładając mieszankę z bambusem.

niedziela, czerwca 03, 2007

Ciasto z masą jabłkową i kremem


Mój mąż był niedawno na wojażach w Polsce, a konkretnie to odwiedził Toruń. Oprócz przywiezienia walizki pełnej polskich smakołyków (w tym oczywiście obowiązkowo pierniczków), wpadł na genialny pomysł uzupełnienia mojej biblioteczki kulinarnej (możecie sobie wyobrazić moje zdumienie !!). Śmiał się, że w księgarni najbardziej rzuciły mu się w oczy liczne tomy autorstwa zakonnic i zakonników. I to nie na temat, jak by się można było spodziewać, doskonalenia przymiotów ducha. Wszystkie jak jedna chwaliły rozkosze stołu. Podziwiam właśnie te nowe nabytki i na każdej okładce jest zdjęcie rumianej i okrąglutkiej siostry lub brata zakonnego z brzuszkiem, którego i Zagłoba by się nie powstydził.

Szczególnie zaciekawiła mnie książeczka "103 ciasta siostry Anastazji", o której czytałam już od dawna na przeróżnych polskich forach kulinarnych. Po przekartkowaniu stwierdziłam, że hołduje ona prawie wyłącznie modzie na wielowarstwowe przekładane ciasta, już w założeniu dość pracochłonne. Ale od czego jest wolny weekend, który się spędza w domu zaganiając 13-latka do nauki do egzaminów. W dodatku miałam zapas chyba z 4kg jabłek, zakupionych do wyrobu musu jabłkowego na "Festyn Średniowieczny" w szkole Łukasza. A że w końcu do szkoły powędrowały wcześniej już wspomniane toruńskie pierniki, zostałam ci ja z koszem jabłek i nieostudzonym zapałem do kulinarnej działalności.

Na pierwszy ogień musiało więc pójść ciasto mające w składzie jabłka. Wybrałam dość kwaskowe w smaku, bo oprócz szarych renet są tu galaretki i trochę zaskakująca w kremie kwaśna śmietana. Siostra Anastazja na wierzch proponuje polewę czekoladową lub galaretkę. Ja wybrałam tę drugą opcję, bo mi mariaż jabłek i czekolady jakoś się nie widział. W dodatku już sobie wyobrażałam narzekania Łukasza. Przepis swoim zwyczajem poddałam więc oczywiście drobnym modyfikacjom.

Ciasto pomimo maślano-śmietanowego kremu jest całkiem orzeźwiające. Dolna warstwa fajnie wilgotnieje pod wpływem masy jabłkowej. Sama masa, dzięki dodatkowi galaretki i kaszy mannej, jest oryginalna w smaku. Mój syn jest zdania, że wierzchnia galaretka też powinna być cytrynowa lub jabłkowa. No cóż, tak już jest, jak ma się w domu smakowego purystę ...


Ciasto z masą jabłkową i kremem z kwaśną śmietaną

Ciasto:
125g masła w temperaturze pokojowej
200g cukru
4 jajka
200g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
skórka otarta z 1/2 cytryny
1 łyżeczka soku z cytryny

Masa jabłkowa:
1 kg jabłek
1 szkl cukru
1op cukru waniliowego
2/3 szkl wody
3/4 szkl kaszy mannej
1 łyżka masła
1op galaretki jabłkowej lub cytrynowej + 1/2 szkl wody

Krem:
250g miękkiego masła
1 szkl cukru pudru
1op cukru waniliowego
250 ml tłustej kwaśnej śmietany (20-30%) w temperaturze pokojowej
1/4 łyżeczki aromatu cytrynowego

Wierzch:
1op galaretki

Ciasto:
Nagrzewamy piekarnik do 180ºC. Masło ucieramy ze 150g cukru. Żółtka oddzielamy od białek. Nadal miksując dodajemy pojedynczo żółtka do masy maślanej. Białka ubijamy na sztywno z resztą cukru, na koniec dodając sok z cytryny. Do masy maślanej dodajemy miksując mąkę przesianą z proszkiem i skórkę cytrynową. Następnie delikatnie mieszamy z ubitymi białkami. Wylewamy ciasto do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki. Pieczemy ok. 25-30 min, aż wierzch się zezłoci.

Masa jabłkowa:
Z cukru, wody i cukru waniliowego gotujemy syrop. W tym czasie obrane jabłka ucieramy na tarce o dużych oczkach. Dodajemy do gorącego syropu i smażymy ok. 10min. Rozpuszczamy galaretkę w 1/2 szkl wrzącej wody. Wsypujemy kaszę i wkładamy łyżkę masła. Smażymy aż kasza się rozgotuje (kolejne 10 min). Gdyby masa przywierała do dna garnka można dodać odrobinę wody. Mieszamy masę z rozpuszczoną galaretką i jeszcze gorącą nakładamy na ciasto w blaszce. Gdy przestygnie wstawiamy do lodówki do stężenia.

Krem:
Miksujemy masło z cukrem pudrem i cukrem waniliowym. Teraz po łyżce dodajemy śmietanę i zapach cytrynowy nadal miksując. Gdyby masa się zważyła, wystarczy dosłownie na chwilę włożyć miskę z kremem do garnka z gorącą wodą i chwilę pomiksować, aż składniki się połączą. Masa od ciepła zrobi się też rzadsza, ale to tylko pomaga w rozsmarowaniu. Krem wykładamy na masę jabłkową i równo rozsmarowujemy. Ponownie wstawiamy do lodówki.

Wierzch:
Rozpuszczamy galaretkę w 1/2l wrzącej wody. Tężejącą wylewamy na krem i ciasto znowu wędruje do lodówki.